29 lipca, 2012

Z mądrości ludowych...

"Chuchnąć w zamek kościelny przed wschodem słońca, to się we śnie mocz z pewnością zatrzyma"
"Gdy się choremu chuchnie do ucha i mówi podczas tego pacierz, wnet wyzdrowieje chory, chyba że chorość jest smiertelna".
"Koszulę z chorego nalezy zawiesić rano przed wschodem słońca na figurze, aby się chorość do kogo innego przejęła"
"Miodu od pszczół nie trzeba dawać choremu, bo gdyby pomarł, poginęłyby pszczoły"
"Aby słońce nie opaliło, trza się myć śniegiem marcowym"
"Aby pijakowi wódkę obrzydzić, trza mu się dać napić wody, w której się moczył dziewięć dni szeląg na smętarzu naleziony"
"Ząb wyrwany rzucić na piec lub włożyć we węgieł lub w ścianę kościoła, - to już nigdy nie uczuje się bolu zębów"
"Po zachodzie słońca nie można już niczego pożyczać, boby było nieszczęście" (także samo nie pożyczać, jako się krowa cieli)
"Umarłego nie trzeba wieźć na cmentarz kobyłą, boby porzuciła."
"Gdy wyjeżdżającemu lub idącemu na targ, albo w dalszą jakowąż podróż przejdzie drogę kobieta, to wysyła się chłopca, w ogóle mężczyznę, ale najlepiej młodego, aby on ODSZEDŁ tę drogę, żeby jakiego nieszczęścia nie było."
"Gdy wychodzący z domu potknie się na progu, to może się wrócić, bo mu się nic nie uda"
"Aby złodziej drżał jako liście osiczyny, trzeba na czczo będącemu osikę zaciąć w święto podczas dzwonienia"
"Gdy się dziewczyna nie może wydać, trzeba złapać gacka, odłomić mu szponki i kłuć niemi tego, za kogo by pójść najradziej chciała. Najlepiej tegoż czynić w dni szalone*, podczas tańca".
"Aby być zawsze mocnym, trza się tarzać, gdy się pierwszy raz na wiosnę usłyszy grzmot i nosić przy sobie kamień piorunowy**"
"Aby przez rok krzyże nie bolały, trza się opasać bylicą na św. Jana Chrzciciela."
"Włosy należy strzydz tylko podczas nowiu, tj. gdy księżyca przybywa"
"Ostrzyżone włosy należy palić, coby ich ptaki na gniazda nie zbierały"
"Gdy dziewczyna dostanie co w podarku nie do pary, to nie wyjdzie za mąż"
"Aby złodzieja przyciągnąć, przylepia się kartki do koła młyńskiego"
"Gdy dziecię miewa boleści, znaczy że je miesiączek*** przeszedł. Temuż trza baczyć, by światło księżyca na śpiące dziecię nie padało, a jeżeli dziecię cierpi z tegoż powodu, to trza albo zafajdanej pieluchy na dach wyrzucić, by się księżyc dla smrodu cofnął, abo na oknie garnuś wody nastawić, coby się w niej miesiączek utopił"
____________________
* tj. w Zapusty
**kamień piorunowy - belemnit http://pl.wikipedia.org/wiki/Kamie%C5%84_piorunowy i http://pl.wikipedia.org/wiki/Belemnity
*** księżyc, a ściślej jego promienie














27 lipca, 2012

O tem, kto wygrał bitwę warszawską dwudziestego roku, czyli o zasługach 27 Pułku Ułanów na dzień ich święta...:)


     Wielce to zacnego pułku dzieje mi dziś spisywać przychodzi, tedym i rad, bo że nam ułanów dzielnych bodaj nigdy nie zbrakło, przecie mało komu takiej mieć Fortuny, by czynnościami swemi na wielkich szalach ważyć i effecta onegoż ważenia widzieć...
  Przenosim się w czas Niepodległej najgorętszy: lipiec 1920 roku... Na południu wpodle Lwowa nasze 2 i 3 armia w ustawicznych utarczkach z Konarmią Budionnego wielce ambarasowane i choć nareście k'temu przyszło, że jakie widoki by go strzymać choć krzynę się pojawiły, to na północy ode Niemna Tuchaczewski cios wyprowadził, co nam śmiertelnem miał być. W rozważania sztabowe nie wchodząc, tyleć tu rzec nam trza, że plan onegoż wielce był chytrem i wieleż nie zbrakło by się pofortunnił... Rolę takiegoż tarana, jak na południu Budionnemu, na północy przypisano korpusowi konnemu Gaj-Chana, co po prawej granicą Litwy i Prus Wschodnich osłonięty, przeć miał ile konie zniosą do przodu, by pospołu z III, IV i XV bolszewickiemi armiami docisnąć nas ku południowi, skąd zasię kleszczy część wtóra, z Grupą Mozyrskiej i XVI armii złożona, miała nas wepchnąć w Błota Poleskie i wybić do nogi...
  Po części popłochowi i chyżości odwrotu, po części ofiarności ułanów pułków wszytkich odwrót ów osłaniających i wroga spowalniających nam tegoż zawdzięczać, że się ten zamiar nie powiódł i wojska nasze pod Warszawę dotarły niemal cało, choć pożal się Boże w jakiej też kondycyi (takoż i psychicznej...)
  Tuchaczewski umyślił ciosu ostatecznego na Paskiewiczowem manewrze z 1831 roku wzorowanem, czyli obejść Warszawy siłami głównemi od północy i zaatakować onej od zachodu. Temuż i Gaj-Chana konnych i IV armijej na Płock wykierował, by nas od tyłu zaszli.
  W temże czasie zwierzchność nasza, co może, czyni by Armijej Ochotniczej, nowem duchem zapalonej, uformować... przyjdzie nam jeszcze kiedy o tem szerzej pisać, dziś jeno proszę na daty zważać, w jakiem się też to wszytko pośpiechu działo: 203 pułku ułanów, bo to o niego rzecz idzie poczęto 27 lipca formować w Kaliszu z ochotników, co się po największej części z ziemiańskich synów spod Kalisza wiedli... 3 sierpnia nakazano onym na eszelon siadać i na front jechać! Pierwszy bój przyszło im już 6 sierpnia toczyć, ale o tem niech lepiej sam dowódca pułku owcześny (podpułkownik Zygmunt Podhorski, z "Krechowiaków" się wywodzący:) rzeknie:
"...W międzyczasie nadszedł meldunek, że nasze oddziały wycofały się już z pobliskiego Przasnysza, który zajęli kozacy. Nie chcąc dopuścić do zaskoczenia pułku w czasie wyładowywania, skierowałem natychmiast w kierunku na Przasnysz dwa szwadrony pod dowództwem mego zastępcy, rtm. Zakrzewskiego, z zadaniem nawiązania styczności z nieprzyjacielem i opóźnienia jego marszu na Ciechanów. Za Ciechanowem oba szwadrony zostały zaatakowane przez kozaków. Aby nie dopuścić do ich zniszczenia, szarżuję na kozaków, zapominając, że dowodzę niewyszkolonymi ułanami. Pędząc oglądam się za siebie i spostrzegam, że moi ochotnicy dzielnie wyrywają naprzód, nastawiają lance, wymachują szablami i głośno krzyczą "hura"... Szyk, w jakim to wszystko cwałuje, najtrafniej byłoby chyba określić: "Kupą, mości panowie"... Podaję prawie beznadziejny rozkaz do obsługi ckm.: Strzelać z karabinów. Natychmiast niemal pada kilkanaście strzałów. Nie wierzę swym oczom: co strzał, to kozak się wali. Ułani spokojnie i pewnie strzelają dalej. Nie zdążyli chyba wystrzelać po jednym magazynku, gdy 20 kozaków już leżało. Wśród nich spostrzegam zamieszanie, czołowi cofają się, widocznie udziela się to i dalszym, gdyż niebawem cała ława kozacka ucieka. Dzielni ułani w dalszym ciągu strzelają, wydatnie siejąc śmierć. Położenie uratowane. Rozkazuję zdjąć ciężkie karabiny maszynowe ze stanowisk i galopem wycofać się ze szwadronem do Ciechanowa. Zbieg okoliczności chciał, że przy ckm -ach znaleźli się jedni z najlepszych strzelców, znani myśliwi, Andrzej Potworowski, bracia Wyganowscy i inni, którzy z całą zimną krwią i opanowaniem potrafili kilku swymi celnymi strzałami odeprzeć szarżę kozaków, zadając im bardzo poważne straty. Naprawdę, pułk im zawdzięczać musi, że uniknął klęski i został uratowany ..."
  Dni te... dla Ciechanowa wielce gorące, jeszcze opisywać będziem, tu zasię rzec trza, że nas koniec końców z tegoż Ciechanowa dwakroć wyparto i za jednem z tych dni, gdzie w Ciechanowie panoszyli się czerwoni, naszym ułanom przykazano flanki piechocińców* osłaniać, aleć kaliszanów temperament ułański poniósł i obszedłszy nocą z 14 na 15 sierpnia miasto samo i uderzyli tak niespodzianie, że paniki śród bolszewii szarżą tą wywołanej ani sposób opisać... Traf chciał, że w mieście stał akurat sztab IV armii... Dowódca onej, Siergiejew na pierwszem lepszem koniu zbiegł aż do Mławy, a sztab cały nie oparł się, aż w Ostrołęce dopiero! To jednak uśmiechy Fortuny dopiero początek: w ręce ułanów wpada radiostacja IV armii, JEDYNA droga komunikacyi Siergiejewa z Tuchaczewskim w odległem Mińsku siedzącem! 
   I tu przychodzim do tego, w czem wielu tajemnicy "cudu nad Wisłą" upatrują... Następne dni cztery rozstrzygnęły o wszytkim: nowo utworzonej naszej 5 armii pod Sikorskim przyszło nad Wkrą na czerwonych natrzeć i w boju śmiertelnem się zewrzeć, dla szczupłości sił swoich niemal bezbronnej flanki swej lewej mając... I na tą że flankę nakazywał Siergiejewowi Tuchaczewski co wrychlej uderzać! Wołał w próżnię... nieświadoma niczego IV armia z towarzyszącym onej korpusem Gaj-Chana szła wciąż na zachód, owo przódzi planowane Warszawy obejście czyniąc, a tem samem ode teatrum najpryncypalniejszego się oddalając... Po latach historyk francuski, rzeczy nieświadomy, rzeknie, że bolszewicy parli ku Toruniowi i zapędzili się w pomorski korytarz, bo z Traktatem Wersalskim chcieli wojować... Na koniec jakoż się nareście spamiętali, insi już pobici byli i IV armii mus było przed naszymi do Prus Wschodnich uciekać i dać tam internować, by się ze szczętem rozgromić nie dać... Ciekawym: wiele by też  w ów czas Tuchaczewski był gotów dać za... jeden telefon komórkowy:)) Za możność wysłania jednego esemesa?:)) Maila?:)
   Chwały ułanom kaliskim należnej poskąpił, co przykro powiedzieć, sam Marszałek, ani spominając o nich w swojej książce**, częścią zaś oddał im jej Sikorski***, gdzie wprost stwierdził, że jegoż 5 armia nadto słabą była, by dwóm armiom z przodu sprostać, a jakobyż jeszcze przyszło z trzecią z tyłu walczyć, żywa noga by najpewniej z naszych nie uszła, jakoby nie ciechanowski zagon 203 pułku...  Wiele nam jeszcze pisać o dniach tamtych przyjdzie, takoż o wielgiej sztuce wywiadu naszego, co sowieckich depesz rozszyfrowywał przódzi, nim ich Tuchaczewski na swem biorku miał, póki co do ułanów naszych powróćmy...
  Wojowali potem jako kawaleria dywizyjna 13 Dywizji Piechoty, a za pokoju nastaniem, jako jeden z nielicznych pułków ochotniczych, uznany godnym, by go w armijej regularnej zatrzymać, otrzymał za patrona króla Stefana Batorego i numer nowy: 27.
  W Międzywojniu pułk stacyonował w radziwiłłowskiem Nieświeżu, tedy okrom 26 Pułku Ułanów Wielkopolskich imienia hetmana Jana Karola Chodkiewicza w Baranowiczach stojącego był najdalej na wschód wysuniętem garnizonem naszem. Między Nieświeżem a Baranowiczami ledwo kilometrów 40 tedy nie dziwota, że dla braku rozrywek inszych, często odwiedzano się wzajem i to przecie nie z rękami pustemi. Dodać wypadnie, że w 27 Pułku po wojnie przyszło służyć wielu dawnym carskim kawalerzystom. Temuż i marsz pułkowy na marszu 13 Narwskiego Pułku Huzarów wzorowan, temuż i obyczajów dawnych rosyjskich moc, jak choćby w pułkach na wschodzie kultywowana gra w "stukułkę"****, czy też stroju wielce nieregulaminowego w koszarach zażywanego, jako to granatowych spodni z żółtemi lampasami, jakich drzewiej Kozacy astrachańscy nosili... Temuż zresztą i nieświeskich ułanów czasem "Astrachańcami" zwano. Za jedną z wizyt wzajemnych w Baranowiczach, kiedy towarzystwu się już żegnać przyszło, komu z gospodarzy przyszło do łba toast wznieść "Niech żyją nam Astrachańczycy!" co tak rozeźliło wachmistrza Nurkiewicza, co już miał tęgo łeb okowitą zaprószony, że się ku odprowadzającym odwrócił i rzekł: "Pamiętajcie chłopy, że w dawnej Polsce hetman króla nie tylko w rękę, ale i w dupę całował!", niechybny onym wytyk do rangi obu pułkowych patronów czyniąc. Skandalu z tem związanego nawet się i opisać nie podejmuję... Dobre pół roku zeszło, zaczem się jedni ku drugim odzywać poczęli i i możnaż było towarzystwo za jednem stołem posadzić... Ponoć jednak, że i w dwa lata po tem zdarzeniu jeszcze oficyjerom w gości ku drugim się udającym broń w kancelaryi pułkowej deponować kazano...
  Pułk we Wrześnie wojował pode Mińskiem Mazowieckiem i w słynnym pod Krasnobrodem starciach, inszych już i nie licząc... 27 wrześnie wpodle Władypola pod Samborem po bitwie przeciw Sowietom przegranej, kapitulować przyszło:(( Dowódcę, pułkownika Józefa Pająka, zamordowano w Katyniu.
  W nowogródzkiej AK pułku odtworzono. Z początkiem Powstania Warszawskiego znalazł się w Kampinoskiej Puszczy, skąd się na zdobywanie lotniska w Bielanach pokusić probował. Rozwiązany na Kielecczyźnie w połowie 1945 roku.
________________________
* 18 Dywizji Piechoty
** "Rok 1920"
***"Nad Wisłą i Wkrą"
**** wielce hazardowna rozrywka, jako żywo na myśl "rosyjską ruletkę" przywodząca... Oficyjerowi jednemu oczu przewiązywano i stawiano na środku kasyna z nabitem rewolwerem. Reszta się przemykała cichcem pod ścianami, aż na sygnał "zabawą" kierującego wszyscy zamierali, a ktoś (wskazany lub losowany) zastukał w ścianę wyciągniętą ręką. Na ten sygnał oficer uzbrojony odwracał się i strzelał w stronę, skąd posłyszał stukot. W Prużanach się tem jeszczeć i ochotniej zabawiano i tam mi o jednej ofierze wiedzieć, co tejże zabawy nie przeżyła:(( Po inszych pułkach rannych było najmniej kilku...

26 lipca, 2012

O przepomnianem Krechowiaków święcie, takoż o 16 Pułku Ułanów Wielkopolskich...

   Kaducznie prześlepiwszy święta Krechowiaków, co nam 24 Iunii przypadło (za co mnie niechybnie już w "Błękitnym Szwadronie" niejedna poza kolejką służba będzie czekać), przyjdzie nam ze zwłoką dwudniową spomnieć i o nich....czyli o1 Pułku Ułanów Krechowieckich im. płk. Bolesława Mościckiego (pierwszego dowódcy) - w rocznicę bitwy pod Krechowcami w 1917 r... Chapeau bas! (osobliwie nawet i nie za Krechowce, jeno za te z KonArmią Budionnego utarczki, po których kozacy bali się nawet z potrójną przewagą na krechowiaków nacierać...) Komu o historyjej onegoż pułku wiedzieć więcej, tejże paginy polecam:

http://www.historia.org.pl/index.php/publikacje/publikacje/xix-w-do-i-wojny-wiatowej/526-zwizki-1-puku-uanow-krechowieckich-z-wolbromiem.html

Że tam nie masz wiele o pułkowem życiu późniejszem, dodam że poległego pułkownika Mościckiego czczono w pułku niczem świętego. Po kres istnienia pułku na okazyjach wszelkich naprzeciw krzesła dowódcy aktualnego stawiano puste krzesło i nakrycie dla Mościckiego, a w pułku na swoistej końskiej emeryturze do końca swoich dni żył koń pułkownika: "Krechowiak".
  Przy każdem niemal pułku podnosić mi przychodzi extraordynaryjne przywiązanie żołnierzów i oficyjerów do pułku swego, aleć takiego kultu nieomal jak u "Krechowiaków" panował, prawdziwie mało gdzie uświadczyć przyszło... Dochodziło i do takowych cyrkumstancyj, jako z Imci Janem Litewskim (ostatni dowódca przedwrześniowy-poległ 11 września 1939 pod Zambrowem), który jeszcze majorem będąc, awansu odmówił, bo ów się wiązał z przeniesieniem do pułku inszego... Komu wiedzieć, jak w Międzywojniu z awansami było, temu gestu tegoż docenić w pełni...
  "Krechowiak" nie darmo jadł ułański owies; każdego nowo przyjmowanego oficyjera przyjmował starszy, onemu na opiekę naznaczony właśnie na "Krechowiaku" siedząc... Dowództwa kolejne przekazywano sobie na ceremonijej wielce podniosłej, której kulminacyją było to jako odchodzący dowódca płat sztandaru całował i nowemu cugli "Krechowiaka" podawał... Byli i tacy, co przy tym płakali... "Krechowiak" padł ze starości w lipcu 1939 roku, co najstarsi pułkowi podoficerowie za wróżbę wojny niechybnej uznali.
  Osobliwa wielce historyja się ze sztandarem pułkowem wiąże... Jako resztkom pułku po bitwie pod Kockiem kapitulować przyszło, sztandaru na polu bitwy zakopano. Po wojnie całej ekspedycyi, by go odzyszczeć podjęto: podporucznik Podhorski przez trzy granice się przekradał, by pod Kock dojść, sztandaru odkopać, do Warszawy dowieźć, gdzie inszy z wtajemniczonych Konstanty Górski, go w poczcie dyplomatycznej do Szwajcarii przemycił, gdzie go znów Podhorskiemu zwrócił, jako ów się na powrót przez granice przedostał. Niewiele się niem nacieszyli Krechowiacy, co się w II Korpusie Andersa odrodzili... Pułku, wielce zasłużonego pod Monte Cassino, Piedimonte i Ankoną, rozwiązano w lipcu 1947 roku... a jakośmy przy odradzaniu już, tom licząc: 1 Pułku Ułanów Nadwornych z lat 1776-1792, 1 Pułku Ułanów w Księstwie Warszawskiem, zasię nowego w Królestwie Polskiem, 1 Pułku Ułanów co się w czas Wiosny Ludów u braci Madziarów reaktywował, Krechowiaków właściwych po dwakroć liczonych (z rozwiązaniem pułku w 1917 i odtworzeniem w 1918), następców onych u Andersa, takoż akowskiego pułku co do 29 Dywizji AK się liczył, tom się ośmiu żywotów tegoż pułku doliczył... to i nawet od kotów widać lepsi:))
   "Elegancki, wielkopański,
    To jest pierwszy pułk ułański"
   Dzisiejsi zaś nasi bohaterowie właściwi, co pospołu z Krzysztofami i Annami wszytkiemi, świętują, to ci, którym 16 Pułk Ułanów Wielkopolskich drogi... w tem i ci, co nader szykownej pułkowi urządzili paginy:
http://www.16puw.pl/index.php?first=show&second=16_puw a i o wielce zacnej Grupie Rekonstrukcyjnej z Bydgoszczy spomnieć się tu godzi: http://kohr.kujawsko-pomorskie.pl/27,l1.html

25 lipca, 2012

Dziś świętuje Tatarska Jazda...:)


Święto 13-go Pułku Ułanów Wileńskich dla rocznicy bitwy pod Janowem w 1920 r. Pułk osobliwością był wielką dla proweniencji swojej... wywodząc się z oddziałów ochotniczej samoobrony, tradycjami się pisał do rozwiązanego w 1920 roku Tatarskiego Pułku Ułanów im. płk. Mustafy Achmatowicza. Od 1936 roku Pierwszy Szwadron Pułku oficjalnie  się "tatarskiem" mienił, a w proporczyku dowódcy szwadronu w barwy pułkowe wpisano półksiężyc... Komu o Tatarach naszych więcej chcieć wiedzieć, upraszam tutaj:
http://www.polska-zbrojna.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=9624:tatarska-jazda&catid=116:historia&Itemid=145
  Spadkobiercami tamtych tradycyj dziś się nam młódź jawi spod skautowskiego znaku, a ściślej 25 Warszawska Drużyna Kawalerii Harcerskiej tegoż właśnie pułku imienia, zasię jutro świętują ich koledzy z Bygdoszczy, gdzie 33 Bydgoska Harcerska Drużyna Jeździecka imienia 16 Pułku Ułanów Wielkopolskich imienia gen.Orlicz-Dreszera, swoich patronów święta obchodzić będzie w rocznicę  bitwy pod Szczurowicami w 1920 r. Ówże pułk formowano w Biedrusku z oddziału konnego powstańców wielkopolskich powstałego 29 XII 1918 roku. W maju 1919 przemianowany na 2 Pułk Ułanów Wielkopolskich, ostatecznie w lutym 1920 zmienionoż mu cyfry na 16-ty. Osobnej o tem już noty pisał nie będę, boby nam się tydzień znów na rocznicowy odmienił, a przecie przed nami jeszczeć święto 27 Pułku Ułanów, o zasługach których przepomnieć się nie godzi... Są tacy, co prawią, że to im prawdziwej wiktoryi nad Wisłą w 1920 roku zawdzięczać, ale o tem za sposobnością inszą:))

23 lipca, 2012

A to nam zabili Ferdynanda, czyli o chrześcijańskim sercu arcyksiążąt...


„– A to zabili nam Ferdynanda – rzekła posługaczka do pana Szwejka (...)
– Którego Ferdynanda, pani Müllerowo – zapytał Szwejk nie przestając masować kolan. – Ja znam dwóch Ferdynandów: jeden jest posługaczem u drogisty Pruszy i przez pomyłkę wypił tam razu pewnego jakieś smarowanie na porost włosów, a potem znam jeszcze Ferdynanda Kokoszkę, tego, co zbiera psie gówienka. Obu nie ma co żałować.
– Ależ, proszę pana, pana arcyksięcia Ferdynanda, tego z Konopisztu, tego tłustego, pobożnego...” Cytowanego fragmentum fundamentalnego dzieła Imci Haśka zna bodaj każdy, nawet jak jeno tylko poczynał je czytać, bo to właśnie tam są słowa z karty pierwszej najpierwsze... Persony przywołanej żeśmy tu nawet i wystawiali w nocie niedawnej, aliści że pani Müllerowa raczyła się była do jego pobożności odwołać, tandem ja tu inszych przedłożę exemplów, by tegoż bogobojnego człeka należycie wystawić...
   Trafiło się wiosną Anno Domini 1902 na zamku w Konopiszcie, gdzież arcyksiążę Franciszek Ferdynand rezydował, że woźnica jeden zamkowy, Józef Fejfara, był sobie przywłaszczył ze starej, w lamusie przystajennem porzuconej uprzęży końskiej, frędzli kilka, z których był sobie poczynił brelok do zegarka, w kamizeli noszonego.
   Że się był o tem arcyksiążę zwiedział to i nie dziwno, boć ów się sam niemalże policmajstrem własnem widział, osobą własną baby wiejskie chrust w jego lasach zbierające goniąc. Że skąpi byli oboje, z arcyksiężną Zofią z Chotków, to i legendy o tem szły, jakoż resztek po obiadach sprawdzali, gdzież idą i co z niemi czynione jest. Arcyksiężna osobiście starych ubrań po mężu wyprzedawała, wykłócając się o cenę niczem przekupka, co zresztą też czyniła ze wszytkimi dostawcami dworskiemi. Po powodzi, co się w 1906 roku przytrafiła, Ferdynand na chłopstwo okoliczne żołnierzów nasłał i śniętych ryb, przez kmiotków wyzbieranych, im odbierać kazał.
   Tedy i nie dziwota, że się arcyksiążę na frędzlach starych stratny musiał poczuć okrutnie, boż z miejsca nakazał winowajcę w kajdany okuć i pod sąd postawić. Sędzia pirwszy był uznał, że Fejfara winien zarzucanego mu crimen, aleć dla znikomości szkody*, uwolnił podsądnego od kary. Franciszek Ferdynand nie popuścił, a nieukontentowanym się czując owym wyrokiem, k'temu przywiódł, że sędzia dymissyję ujrzał, a nowo mianowany pokarał woźnicę 24 godzinnem więzieniem o chlebie i wodzie. Historyja milczy o tem, czy woźnica Józef Fejfara płakał po arcyksięciu w Sarajewie później ubitym...
___________
* frędzli zagrabionych na 35 halerzy wyceniono

19 lipca, 2012

Ze świąt pułkowych najmilsze...


Nie temuż szczególny, że jaki nad podziwienie dzielnością zacny, chocia jak dokażem, nie psu spod ogona wypadły...:), ani nie iżbym insze deprecyjonować w onych chwale umyślił, jeno temuż mi extraordynaryjnie bliski, że Dziada mego to pułk macierzysty...:))   
   Święto 25 Pułku Ułanów Wielkopolskich obchodzi się w rocznicę powstania tegoż pułku protoplasty, czyli 115 Pułku Ułanów Wielkopolskich w 1920 r. Jako sama nazwa ukazuje :)))...pułk stacyjonował wpierw w Nowogródku, zaczym na Polesie przeniesion już i po wojnę 1939 roku w Prużanach (nazwy za Dziadkiem podaję, choć wiedzieć mi, że mieściny i po niewieściemu Prużaną zwą). O dzielności pułku rozpowiadać nie będę nadto wiele, bo za wszytko rzec starczy, że się za Wrzesień pułk Srebrnego Krzyża Virtuti Militari doczekał, między inszemi za słynną szarżę pod Krasnobrodem o którejżem już i ongi spominał był. Jedna to z niewielu (mnie o jeszcze jednej jeno wiedzieć, ale to więcej potyczki patroli były) we Wrześniu potrzeba, w której po obu stronach kawalerzyści się starli... ech, żebyż to Bóg zawżdy tak był łaskaw równemu się z równym potykać... Choć nie wiem, czy się tak rzec godzi, za równych naszym chwatom uznając jeźdźców, co na koniach ciężkich, a jeszczeć i z góry szarżując, tychże przewag wyzyszczeć nie umieli, naszej zajadłości i sztuce szablą i lancą robienia nic naprzeciw postawić nie umiejąc...

   Przewrotnie może poczniem nie o bojach, czy zasługach niekłamanych... a o radościach życiu pułkowemu towarzyszących, o balach i zabawach ułańskich...:))
   W pułku tem bowiem ślubów oficyjerskich świętowano extraordynaryjnie, chocia może i swawolnie kapkę:)) Po części oficyjalnej i tanecznej w kasynie białego mazura tańczono, zaczem państwo młodzi kwapili się ku kwaterze swojej. W kasynie ostawali jeno kawalerowie, którzy cosi tam przekąsiwszy, a przepiwszy, pod przewodem najstarszego z nich się pod okno kwatery nowożeńców kwapili, gdzie śpiewali dość krotochwilnej i frywolnej piosneczki, bodajże sub titulo "A Panu Młodemu..." Ostatni raz żem onej słyszał lat temu ze trzydzieści jakoż ją chór "Unisono" (wszytkich nie pomnę, aliści czterech ich było w tem Kociniak i Stockinger starszy niechybnie:). We zwroteczkach kolejnych życzenia Pannie Młodej składane były, zasię w refrenie nieodmiennie Panu Młodemu życzono...wigoru i werwy:))). Obligiem dla Panny Młodej było się po zwrotce pierwszej w okienku ukazać w samej koszulce i pomachać druhom mężowskim:)) Zali by tegoż uczynić się wzbraniała, koncertu pewnego miała do świtu, a tak po jednokrotnem prześpiewaniu wykrzykiwano onym życzeń, śpiewano "Sto lat!" i... udawano się do ujeżdżalni, gdzie już kawalerów czekali żonaci koledzy... Godzi się rzec, że cały ów wieczór oficerowie bynajmniej nie w bryczesach i oficerkach z cholewami, a w spodniach wieczorowych (granatowe z lampasami w kolorach pułkowych), szaserami zwanemi i w lakierkach... I w temże to właśnie stroju teraz dosiadano na oklep doprowadzanych koni :))i za koleją, podług starszeństwa, przejeżdżano tor z kilku przeszkód złożony... Że nie czyniono nijakiego wymogu na czas niezbędny, by przebyć go "czysto", tedy na koniec wszytkim ex aequo najpirwszego mieśćca przyznawano, a jeno sempiterny i szasery utytłane świadczyć mogły wieleż to razy kto nawracać musiał:))
   Z balów pułkowych dwa były najpryncypalniejsze: karnawałowego, i wtórego w dzień święta pułkowego. Zabawy przebiegały zgodnie z ustalonym zwyczajowo porządkiem. Przed balem jeszczeć i właściwem się w kasynie oficyjerowie zbierali od najmłodszych kawalerów poczynając, takoż i extraordynaryjnie przybyły aż z Łukowa, gdzie szwadron zapasowy stacyjonował, rotmistrz Andrzejewski, dowódca onegoż, arcytalent samorodny, wodzirej nad wodzireje:)). Okrom oficyjerów pułku spraszano elity miejscowej , takoż sąsiadów z 20 Pułku Artylerii Lekkiej. O naznaczonej na balu początek godzinie wkraczał na salę dowódca pułku z żoną, zaczem ów żony przy paniach ostawiał i wmaszerowywał na środek sali, gdzie stawał na baczność i salutował przybyłych, a orkiestra poczynała grać marsza pułkowego. Potem dopiero dowódca witał gości i gdy pierwsze lody stajały wkraczało fanfarzystów czterech. Dla tradycyi, której przyczyn żem nie dociekł, zawżdy byli w mundurach sukiennych (zimowych) z naramiennikami krytemi barwami pułkowemi.
  Jakoż się fanfarzyści ustawili (na baczność, trąbki na udach, ustnikami w stronę sali) orkiestra poczynała grać marsza z"Aidy" Verdiego. Jakoż do refrenu przychodziło,  fanfarzyści czynili niewielki wykrok prawymi nogami w przód i nieco w bok, unosili fanfary i poczynali grać ów motyw, a orkiestra cichła. Gdy pokończyli refrenu, orkiestra grała dalej, a fanfarzyści znów stawali na baczność, by po chwili na fanfarach znów samego refrenu grać. 
  Tańce właściwe się poczynały mazurem, za niem walc, a po nich polka. Po tych trzech tańcach wszytcy pospołu siadali za stoły i to był toastów najpryncypalniejszych czas. Zabawy nad ranem biały mazur kończył...
   Inszy z obyczajem w temże pułku (aleć i w najmniej dziesięciu inszych, osobliwie tych z numeracyją wysoką:)) kultywowanem, byłoż oficyjera witać i do kompanijej przyjmować, podając onemu na klindze szabli tyluż okowity kieliszków, wieleż cyfra pułku liczyła... Dopieroż za spełnieniem onychże mógł się nowicyusz za pułku godnego mieć. W dwudziestym piątym cichem obyczajem było dozwolić słabszym na kondycyi luboż i na głowie, by po dniach kilku wytchnienia drugiej onemu dać szansy...:))). Rzec się godzi, że to niejako próba była podwójna, bo podawał na szabli ten, co przed nowoprzybyłym jako ostatni tejże próby przechodził, a komu się to proste widzi, niechaj na linijce choćby krótkiej i lekkiej sam poprobuje... zaczym się do szabli weźmie i kieliszków multum prawdziwych...:))
  Pokój tańcom i zabawom dawszy, zdałoby się w pułkowych dziejach cofnąć krzynę, ku skwarnemu latu Roku Pańskiego 1920, gdzieśmy to za nawały bolszewickiej postępem w okrutnie srogich się terminach znaleźli, gdy nam zaraza owa niemal do Warszawy nie wjechała... Cyrkumstancyje wojenne migiem dokazały, że aby myśleć o jakiem udanem piechoty odwrocie, by onej móc się przegrupować, wytchnienia dać chwilę, jaki moderunek spsowany na nowy pomieniać, nie masz inaczej jeno trza było mieć kawaleryi moc wielgą, co by odwroty piechoty osłaniać mogła i siedzących piechocińcom na karkach czerwonych kozaków zająć umiała... Temuż właśnie, com już parokroć tłomaczył, latem tegoż roku wysyp pułków ułańskich nagły, najwięcej ochotniczych , które na gwałt formowano i szczęśne te, co zdążyły całością w bój pójść, boć bywały i takie, co ledwo jakiego szwadronu bodaj sformowano, już przeciw Moskalom go pchano... Nie inaczej było i z przyszłym 25 Pułkiem, choć 19 lipca to dopiero były nadwyżki ochotników z 15 Pułku Ułanów Wielkopolskich, pułku już sławnego niemałemi dokonaniami w czasie niedawnej przecie insurekcyi we Wielgiej Polszcze, bodaj jedynej w dziejach naszych, co jej szczęśną i fortunną zwać można... Tymże ochotnikom przyszło w pułku nowem szwadron pierwszy złożyć, podobnie trzeciego składali wolontarze ze szwadronu zapasowego w bydgoskiem 16 Pułku Ułanów Wielkopolskich, zasię szwadron wtóry to wolentarze okoliczni, na wezwanie Ojczyzny w potrzebie przybyli, co często choć serca, jak to u Wielkopolan zwyczajnie mężnego i szczerego, zapału niemałego, przecie experiencyi żadnej, a bywało że i z koniem nieobyci... Szwadron czwarty, w Pińczowie odległym powstały, zbierał dawniejszych austro-węgierskich i rosyjskich podkomendnych.
  Experiencyi małej ani bacząc, pułk nowem numerem 115 naznaczony i pod komendą nową*, choć krótkotrwałą, pod, a ściślej NAD Warszawę pchnięto. W arcana sztuki sztabowej nadto zawiłe nie wchodząc, tu dziś starczy że tyle rzeknę, że "cudu nad Wisłą" istota na tem się zasadzała, by Rossyjanom pozornie dozwolić manewru Paskiewicza z 1831 roku powtórzyć, czyli Wisłę na północ od Warszawy pod Płockiem przekroczyć dla uderzenia na stolicę od góry zamierzonego, zasię na nadto rozciągniętych w onym pochodzie od południa, znad Wieprza znienacka w bok uderzyć i pogromić, ku północy gnając, by onych nadto ku Wiśle zapędzonych, okrążyć i zniszczyć, co by się niemal udało, gdyby się owi osaczeni nie salwowali do niemieckich Prus Wschodnich rejteradą**...
  By tegoż wszytkiego dokazać, trzech trza było rzeczy mieć pewnych: by się atak znad Wieprza do ostatka w sekrecie uchował, o czem jeszcze nam pisać przyjdzie, by południem ciągnący Moskale zatrudnieni tak długo zostali, by z pomocą swoim nie zdążyli, a o to, to już zadbały załogi Lwowa i Zamościa, takoż ambicyja niemała komisarza przy Budionnego Armijej Konnej***, co wodza swego podbechtywał, by rozkazom wbrew, na Madziarów iść, tamecznej rewolucyi wspierając i by oswobodzicielem Węgier zasłynąć... Trzecią sprawą arcyważką było, by tychże Rossyjan na Warszawę ciągnących, jednak przez Wisłę nie przepuścić, a przeciwnie uwiązać onych w bojach długich i krwawych, by się ani nie spodziali, co się im za plecami warzy... I toż była rola, wielce później niedoceniana, naszej 5 Armii, której jenerał Sikorski komenderował. Onemu między inszemi, po walkach uprzednich pod Nowogrodem i Ostrołęką, przydzielono 8 Brygady Jazdy, a w jej składzie świeżo pod Ostrołęką ochrzczony w boju, 115 Pułk Ułanów Wielkopolskich.
  Od 8 sierpnia począwszy, dwóch z górą niedziel pułk krwawił w ustawicznych bojach powstrzymujących, których zliczać nawet nie będę, by Czytaczów nie znudzić, dość że na koniec, jako się następujący Moskale spamiętali nareście, że im znad Wieprza na tyły zagłada postępuje, porzuciwszy z punktu zamiary pierwotne, na łeb, na szyję się całe to bractwo ku tyłowi cisnąć poczęło, by okrążenia uniknąć... I tu się dla 115 Pułku okazyja do chwały nadarzyła, by ten zwężający się przesmyk pomiędzy wojskami naszemi a granicą pruską domknąć i Moskalów pognębić! By tegoż dokazać,  najsamprzód trza było na rzeczce Działdówce wpodle Mławy jakiej przeprawy dobyć, co się pofortunniło podwójnie, bo raz adiutant pułkowy, porucznik Dembiński tak długo po rzece brodził, nic sobie z ostrzału moskiewskiego nie robiąc, aż brodu wynalazł i czwarty szwadron niem na wroga zaszarżować mógł, zasię  podchorąży Jerzy Kühn ze swemi ułanami ze szwadronu trzeciego poważył się mostem płonącym już, prosto pod kule bolszewickie szarżować, za czym nie dość, że Moskali pogromił, to i jeszczeć mostu ugasił!
   Nie koniec na tem o przeprawę bojów, bo gdy za ułanami w ślad się przeprawiać artyleria poczęła, by walk na północnym brzegu ogniem z bliska wspierać, to na tenże moment kozacy do szarży ruszyli... I rzeczy niemal nie do uwierzenia, że na stronie jednej onych sotnię całą powstrzymał szarżujący przeciw nim podchorąży Mieczysław Żniński z trzema (!!!) ułanami, zasię drugich pobok następujących, dopokąd działa nie odprzodkowały, nie załadowały i ognia nie dały, strzymywał wachmistrz Józef Pawlak, co kulomiotami na taczankach komendował... Nawiasem: jako pułk w bój ruszał, jeno dwie miał takie machiny, wszytkich inszych maschinengewehrów na wrogu w ciągu tygodnia zdobywszy, mógł nareście szwadron karabinów maszynowych z prawdziwego zdarzenia sformować... I za okazyją dygresyja nieduża, bom dopotąd zda się o taczankach nie pisał... Najwięcej to nibyż z rosyjską kawalerią kojarzone urządzenie, by na podwodzie jakiej lekkiej karabinu maszynowego z obsługą posadzić, przecie zda mi się, że to nie Moskale, a nasi w tem do absolutnego przyszli pierwszeństwa...:)
   Zdałoby się, że z taczanki jeno w tył, luboż na boki strzelać można, bo do przodu niemal niepodobieństwem, by własnego woźnicy czy koni nie ubić, przeciem czytywał, że naszym taczanek obsługom i takie się sztuki udawały... Zdałoby się tedy, że taczankom najbardziej odwrotu osłaniać rzecz stosowna, a przeciem słyszał, że nasi równo z szarżą pędząc (a i chyżej czasem nawet !:), szarżującym drogi ogniem z maschinengewehra czyścili!  Zdałoby się, że niepodobieństwem o jakiem celnem myślić strzelaniu z taczanki pędzącej, a przecie nie po drodze asfaltem wylanej, a po błoniu jakiem, czy po stepie, gdzie pierwsza myśl samemu się dobrze trzymać, by nie wypaść, a przecie strzelce nasi moc krzyżów i medali za takież właśnie strzelanie dostawali!
     By, nie zanudzić, o jednej tylko jeszcze opowiem batalii, co jej początkiem nawet za dzień święta przyjęto pułkowego i sub die 17 września obchodzono. Jako już za uchodzącymi bolszewikami, na Wołyniu 8 Brygada pościgi czyniła, wpodle Klewania, mieścinki niedużej nad rzeką Stubłą przyszło do takiegoż galimatiasu, że straciwszy uchodzących z oczu, strzymał Imć pułkownik Grzmot-Skotnicki**** brygady całej, by się w okolicy rozpatrzyć. Sąsiedzki 2 Pułk Ułanów stanął od miasteczka na północ, frontem ku stacyi kolejowej, zasię nasz 115 miasteczko samo zajął, za czym patrole w ślad za Moskalem rozesławszy, konie rozkulbaczył. Znowuż mi dygresyi czyniąc, prosić przebaczenia przyjdzie, ale o tem nie rzec nie sposób, boć to utrapieniem wielkopolan było okrutnem... Owoż dostali oni w moderunku swojem jakiego po Niemcach erzatsu, w postaci kocy pod siodła papierowych... Anim słyszał gdzie o tem, by jakabądź armia takich zażywała, temuż mi mniemać, że to jeno jakie experimentum było nieudaczne i zarzucone wrychle, aleć że naszym tu Fortuna nie dopomogła, spadłoż im to nieszczęście na głowy, a ściślej na grzbiety końskie... Ano i co człek się jakich spominków ułańskich tknie, to sarkania na odparzone końskie grzbiety najwięcej... temuż się nie dziwuj, Czytelniku Miły, że za leda chwilą możebną, koni rozkulbaczano, by im ulżyć...
   Ano i na takich, do boju nie nadto gotowych znienacka nieprzyjaciel nastąpił... Na stacyję, niczem jaki deus ex machina, wjechał sowiecki pociąg pancerny i jak po 2 Pułku prać nie pocznie, tak onym się zdało, że się przed niemi piekło rozstąpiło, tedy przed tym ogniem i piechotą nacierającą poczęli odstępować ku tyłowi...
    Ze wzgórz miasteczko ode wschodu okalających podobny się począł ostrzał, a patrol posłany galopem ku miasteczku nawrócił, na karkach mając całej niemal bolszewickiej brygady jazdy! Jakbyż i tego było mało, na równieńskiej szosie (od południa) się pojawił sowiecki automobil pancerny i ze swej strony ogniem z maschinengewehrów obłożył skraj miasteczka, a za niem następująca piechota najwyraźniej zamyślała ułanów w Klewaniu okrążyć i od zachodu i zdusić!
   Ano i prawda to nieskłamana, że wartość żołnierza najwięcej w chwili nagłego poznać zagrożenia... Insi by i może głowy potraciwszy, biegać obłędnie poczęli, luboż się i na parol wroga zdawali, naszym zasię ułanom, choć rozproszonym i bez koni, co ich koniowodni po rynku z harmat ostrzeliwanem, póki co darmo łapać probowali, ani do głów przyszło, by ich tracić...:) Najsamprzód szwadron pierwszy pod porucznikiem Bednarskim, wrychle przez szwadron drugi podparty, PIESZO przeciw kozakom szarżującym postąpił i onych z miasteczka na powrót wyparł! Jako już się tu i bój spomiędzy opłotków na równinę przeniósł, w sukurs walczącym przyszły taczanki nasze, których kozacy najwidniej z bliska zapoznać nie nadto ciekawi, bo odstąpili wrychle... Oficyjerowie przy tem wszytcy nasi, jak nie padli, tak ranieni zostali, temuż przy końcu starcia tegoż komenda była przy prostym wachmistrzu, Marcinie Bekasiaku.
   Od południa porucznikowi Milewskiemu z trzecim szwadronem także udało się piechurów z miasteczka wypchnąć, i na cmentarzu się okopawszy, nie dopuścić k'temu, by go już stamtąd wyparto. Adiutantowi pułkowemu, porucznikowi Dembińskiemu, com go już tu i spominał, laury kolejne należne, bo z jednem ledwo ułanem (starszy ułan Stanisław Niedziałek), karabin maszynowy obsadziwszy, nie dopuścił, by czerwoni i od zachodu Klewań podeszli! Na toż nareście szwadron czwarty, już na powrót konny, między pierwszym i trzecim uderzywszy, natarcie bolszewickie złamał i zwinął, a na karkach uciekających, do samego lasu pogonił... I rzecz znów niemal nie do uwierzenia: przyszło do boju niesłychanego taczanki z owym automobilem pancernem, gdzie kapral Jan Opaska z woźnicą swojem tak onego manewrowali, by ów się okręcać nie nadążał, sami zasię onemu pneumatyki i insze mechanizma tak zdziurawili, że załoga onego wolała rejterować, niźli dalej tej utarczki toczyć!:)  I co się znów na cyrkumstancyje tak straszne ledwo do uwierzenia możebnem wyda... że w tem boju żeśmy po prawdzie kilkudziesięciu rannych mieli, ale poległych ledwo dwunastu!
   Ano i to już nie dziwne, że dla zasług tak znacznych, po wojny pokończeniu pułku, choć ochotniczy, umyślono nie rozformowywać, a na stałem wojskowem etacie ostawić. Jeno przy tem numeru odmieniono na 25 i takiem już po kres swój pozostał...
    Na koniec jeno jeszcze dzisiejszych kontynuatorów tegoż pułku sławnego tradycji wskażę, co to po stronie jednej 16 Pomorska Dywizja Zmechanizowana , po drugiej zasię całkiem cywilna, przecie wielce zacna instytucja: Stowarzyszenie Roztoczańskiej Konnej Straży Ochrony Przyrody imienia 25 Pułku Ułanów Wielkopolskich, której za tąż pamięć nieprzemijająca cześć i chwała! A i szkole, takoż onych imienia,  w miejscu szarży ostatniej wrześniowej, w Krasnobrodzie samem...
  Imci Torlinowi zawdzięczać mi przyjdzie, że ów byłże tak wielgiej dobroci, iż uraczył mię ucztą prawdziwą dawniejszych fotografij z orkiestrami pułkowemi, w tem i z plutonami trębaczy jazdy naszej... Kto ciekawy, za Imci Torlinem upraszam, gdzie i naszego pułku orkiestry najdzie:
http://www.odkrywca.pl/orkiestry,378490.html

    I tegoż to Pułku ku pamięci toast wznoszę na stojąco, zasię przed niem jeszczeć i inszego: za pamięć o człeku przezacnym, którego wnukiem mam honor się mienić, a który Pułkowi temu niemal dwadzieścia lat swego żywota poświęcił... za pamięć Wachmistrza Wawrzyńca Ślązaka...

                                                  

_______________________
* rotmistrza Macieja Mielżyńskiego, której to persony zapamiętać upraszam, bo nawrócim do niej jeszcze
** o cyfrze onych, internowanych w Prusach Wschodnich, rozmaicie prawią, ale możnaż ich między 30 a 45 tysiąców rachować.
*** niejakiego Josifa Dżugaszwilego, więcej znanego jako Josif Wissarionowicz Stalin
**** spominałżem Go już ongi za okazyją o Belinie cyklu, boć Ów się do onej słynnej "siódemki" Beliny-Prażmowskiego liczył, onego najpierwszego naszego w Legionach pocztu "ułańskiego", co po prawdzie więcej bryczkami jeździł, a siodeł na sobie nosił...:)


16 lipca, 2012

O przepomnianym froncie wojny niezapomnianej...


 Krążym wkoło tej grunwaldowej potrzeby i krążym, tego mając za ekskuzę całą, że wokół i bitwy samej, jako i wojny onej takaż moc mitów i baśni narosła, że się z niemi przyjdzie zmierzyć powoli i za koleją, tak jak z psotami kota uprzykrzonego , co to kłębków wełny z koszyka wyturlawszy i wybawiwszy się niemi do woli, nam jeno włóczkę do niemożebności poplątaną do rozsupłania ostawił...
  Dni temu dwa nazad żeśmy o dyplomatycznych zabiegach wokół Luksemburczyka czynionych pisali za okazyją zjazdu w Kieżmarku. Dziś resztę temu stosownych cyrkumstancji się opisać godzi, takoż rezultata zabiegów i przedsięwzięć stron obu.
  Zda mi się, że po tamtem wpisie, nikomu ani wątpić o tem, że Luksemburczyk ladaco i przeniewierca... A jako komu mało naszych z niem relacyj, niechajże na Husa zgubienie wejrzy i osądzi! Prawdziwie nie do pojęcia mi, dla przyczyny jakiej nasz rycerz najchlubniejszy, coż go do dziś za wzór cnót wszelakich postrzegamy, się z tem obwiesiem w koronie znosił i do takiej amicycji z niem przyszedł, że się i niejako za jego sprawy od Turka pod Golubaczem* odległem ubić dał...:((( 
   Aliści nie o Zawiszowem zaślepieniu nam prawić, jeno o łotrostwach Luksemburgowych... Nie nowości to dla Polski było się z tem domem panującem swarzyć, com już za okazyją pod Płowcami potrzeby opisywał. Nowych przeciw nam do knowań okazyi Władysław Opolczyk dostarczył, jako się z Jagiełłą poswarzył i onemu na złość umyślił był zastawić Krzyżakom Złotorię (nie mylić ze Złotoryją upraszam!), coż jej jako lenno ode króla polskiego miał. Jagiełło, pojmując że niebezpieczeństwem wielgiem w Opolczykowem ręku mu inszych lenn, osobliwie tych przy krzyżackiej granicy leżących, ostawić... rozporządził wszytkich w Polszcze onemuż lenn odjęcie za toż  wiarołomstwo spomniane.**
   Opolczyk, za pokrzywdzonego się mając, począł się znosić sekretnie i z Krzyżakami, i z Luksemburczykiem, z którem Anno Domini 1392 planu wykoncypowali, by Polskę pospólnemi siłami (takoż z Brandenburczykami razem i Czechami, w których brat przyrodni Zygmunta, Wacław IV Luksemburski rządził)  najechać i między siebie podzielić. Zakon miał wziąć Wielgiej Polski szmat ogromny, bo aż po Kalisz; na południe od Kalisza, czyli Małą Polską, Sandomierzem i Rusią Halicką podzielić się miał Luksemburg z Opolczykiem, zasię resztą ziem nad Wartą ostałych Czesi z marchią pospołu.... By całej tegoż grozy dojrzeć, starczy na mapy wejrzeć:
http://www.piastowie.kei.pl/piast/mapy/kwmapa.htm
http://www.piastowie.kei.pl/piast/mapy/18.htm
   Że się ów plan nie powiódł, jeno... Krzyżakom zwdzięczać możem, aliści nie jakiej szczególnej k'nam łaskawości, jeno temu, że się wielki mistrz ówcześny, Konrad von Wallenrode w tak nieudałe przeciw Litwie rejzy był zapuścił, za równocześnemi wielgiemi w łonie Zakonu samego swarami, że krzyżowym ani myśleć było by czasem tem samem się jeszczeć i przeciw Polszcze wybierać... Insza to rzecz, że owe perturbacyje Wallenrodowe assumpt legendzie późniejszej dały, takoż i przez Mićkiewicza hołubionej, że to Zakonu zdrajca, a cichaczem Litwin skryty, co ich na wrogów pastwę był wydał...
   Lata następne na ustawicznych dyplomatów przepychankach upływały... Nibyśmy z Luksemburczykiem traktatu w 1397 roku zawarli, coż nam od niego pokój na lat szesnaście (czyli do 1413) gwarantował, aliści jakoż to w praktyce funkcyonowało... na co dzień widać było. Poprzysiągł Luksemburczyk Krzyżaków mitygować, czego nie dość, że nie czynił, to i pretekstu do swarów polsko-krzyżackich się mięszać mając, cięgiem na ich korzyść rozsądzał (jako chocia w kwestyi Drezdenka i Santoka, o czem szerzej już nie piszę, boć nam i tak tekstu wyjdzie niemało). Polska strona...przeciwnie: Jadwiga, po traktatu zawarciu, się królową węgierską pisać przestała, k'czemu praw miała po siostrze swej tam panującej zmarłej, Maryi; jako się w 1401 Madziarowie przeciw Luksemburczykowi znów pobontowali i onego uwięziwszy, na zjeździe w Topolczanach Jagiełły na swój tron przyzywali, ten się wymówił i jeszczeć się starał za Zygmuntowem uwolnieniem...
   Jakaż wdzięczność onego zaprzańca? Ano taka, że Krzyżakom Nowej Marchii  postąpił, co nie tylko wagę miało za sprawą ziem samych cennych, aleć i tego, gdzież one leżą... Akuratecznie w sporach z Zakonem sięgnął Jagiełło po oręż wyborny, bo gospodarczy i kupcom z miast zakonnych zamknął dróg przez Polskę, zasię naszych towarów nie przez Toruń i Gdańsk słać kazał, a przez Pomorze, ode Santoka ku Szczecinowi, co się zakonnym ciosem okrutnym widziało. Nowa Marchia w ich rękach pozwalała onym ciosem za cios oddać i tegoż szlaku na Szczecin nam zamknąć:((
   Aliści przecie początek dopiero... Anno Domini 1409, jako nasza wojna z Zakonem już pewną była, stanął między onymi i Zygmuntem układ, że za 340 000 zakonnych dukatów (lubo florenów, jako kto woli)*** ów się do niej włączy... Luksemburczykowi za przyczyną wojen ustawicznych, już to z Turkiem, już to w Rzeszy, już to w kraju własnem toczonych, przeciw poddanym swoim, ustawicznie grosiwa brakowało, tedy owe z górą 300 tysięcy dukatów mu się transakcyją życia widzieć musiało... A przecie to było jeno na napaść węgierskiemi siłami uczynioną... Jakoby Zygmunt chciał jeszczeć i inszych zaciężnych werbować, to za każdą kopię**** zaciągniętą, byle ich więcej jak 10 tysiąców nie było, Zakon z osobna był gotów płacić po 24 dukaty miesięcznie... Owe 340 tysięcy miało być płacone Zygmuntowi we Frankfurcie nad Odrą na Święty Jan dopiero (ostatni dzień przed wygaśnięciem rozejmu polsko-krzyżackiego), cożby dowodziło, że Krzyżacy się i z tem liczyli, że Polacy wyrok Wacława IV przyjmą i wojny nie będzie... luboż, że Zygmuntowi nie dowierzali, mniemając, że ów gotów pieniądz wziąć, a najazdu poniechać...
   Teraz pojmujesz, Czytelniku Miły, jakież się śmieszne musiały Luksemburczykowi wydawać te krzeczoty i kobuzy, przez Witolda w Kieżmarku darowywane... te wozy skór sobolich i gronostajów, szat ni rękawic nie licząc... Nam się to bogactwem niezrównanem widziało, a onemuż? Czuł się pewnie niczem policjant z radarem, co go dwuzłotówką przekupić pragną...
   Jeno z tem jeden frasunek królowi wegierskiemu.... aby co na przyszłość z Krzyżackiej kabzy jeszcze móc liczyć, mus było się wywiązać i na Polskę najechać...
Mniemać mi, że Jagiełło cosi o tem układzie wiedzieć musiał (znowu się szpiedzy kłaniają:)), bo o zabezpieczeniu granic i od południa pomyślał, gdy przeciw Krzyżakom ruszał. Osadziwszy w Nowem Sączu kasztelana lubelskiego, Jana ze Szczekocin, przydał mu najmniej czterech chorągwi i pospolitego ruszenia z ziemi sądeckiej, szczyrzyckiej i bieckiej. Mogłoż być tego ode dwóch do trzech tysięcy luda zbrojnego, w tem rycerstwa może i do tysiąca... Nie nadto wiele, prawda?
   Ano...mniemam, że primo Jagielle żal było każdej kopijej zostawiać, boć mu przeciw zakonnym potrzebna była... secundo, że zda się iż cale niezgorzej adwersarza swego osądził, mniemając nawidniej, że ów raczej wyczekiwać obrotu spraw będzie... Możebne, że to i desperacya i kalkulacyja zarazem chłodna: że jeśli Krzyżacy nas rozbiją, to już i cios dodatkowy znaczenia nijakiego mieć nie będzie, jeśli my onych, to Luksemburczyk się nie poważy wojny wszczynać... Ano i tak się stało: Zygmunt po grunwaldzkiej wiktoryi wielce na animuszu do wojaczki stracił... możebne, że i zamyślał się jako tam całkiem wywinąć, aliści Jagiełło Malborka nie zdobył i z październikiem od oblężenia odstąpił... Luksemburczyk zatem, rad czy nierad, pojął, że mu zaraz od krzyżactwa wielkich pretensyj słuchać przyjdzie, a i kto wie, czy dla niechęci jakiej wpływ na dalszy spraw bieg mu się z rąk nie wyśliźnie, tedy dał komendy, by na Polskę uderzono.
   Uczynił to Ścibor ze Ściborzyc niejaki, Polak w służbie Luksemburczyka, któren z dwunastoma jeno chorągwiami (najmniej jakie 3600 ludzi, możebne że i do 5 000), co też jawnie o dwulicowości Zygmunta (tym razem wobec Krzyżaków) świadczy, uderzył był przez Sromowce ku Sądecczyźnie. Byłoż to już czasu świątecznego, grudniowego, kiedy jak Długosz pisze:"...rycerze polscy strzegący Nowego Sącza, sprzykrzywszy sobie długą bezczynność, rozbiegli się byli do domów". Effektem najazdu tegoż złupienie i spalenie Sącza Starego*****, przedmieść Nowego oraz wioszczyn przyległych.
    Najwidniej rycerstwu naszemu, srodze skonfudowanemu, że nie zapobiegło rejzie, musiało się wielce spieszyć, bo zdołało się zebrać i tak chyżo za uciekającemi Węgrami następować, że onych dopadli (możebne, że i łupem wielce obciążonych)... po prawdzie już po tamtej granicy stronie, pod Bardiowem (Bardyov) i tęgo onym skóry przetrzepawszy (styczeń 1411) , brańców uwolnili i łup odebrali:))
___________________
* okrom misyj dyplomatycznych wielu, Zawisza Czarny z Garbowa, herbu Sulima w tej wyprawie (1428) Zygmuntowi służył za dowódcę wojsk zaciężnych. Jakoż się tamten niezguła z tarapatów bitewnych wykaraskał, miał i łodzi po Zawiszę słać, aliści ów za dyshonor miał z bitwy zbiec i towarzyszów porzucić. Pono, że i nie w boju zginął, a w niewolę wzięty, miał ofiarą paść sporu krwawego Turków dwu, czyim też jest brańcem...:(((
** najwięcej szło o ziemię dobrzyńską i Kujaw część z Bydgoszczą, Inowrocławem i Gniewkowem, których Opolczyk uzyskał od Ludwika Węgierskiego służąc onemu za wielkorządcę w Polszcze. Nawiasem: jakoż tych ziem obejmował w latach 1379-1380 wszedł był w spór srogi o daniny należne z biskupem płockim Dobiesławem Sówką, za coż ekskomunikowan został. O interdyktu tegoż zdjęcie się starając, obiecał ufundować i ufundował klasztor dziś wielce słynny, paulinów na częstochowskiej Jasnej Górze...
*** jeślim dobrze przeliczył, suma na owe czasy zawrotna! Jakieś 180-183 tysiące grzywien! Dla porównania dodam, że roczny dochód Jagiełłowego królestwa to było jakie 70 tysięcy grzywien...:(((
**** kopia - inaczej poczet rycerski, w skład którego oprócz rycerza samego z giermkiem jeszcze jakich dwóch, trzech zbrojnych wchodziło (kuszników przeważnie). W sumie prawim tu o gotowości Zakonu do sfinansowania (oprócz umowy) zaciągu jakich dodatkowych 30-40 tysięcy ludzi, w tym do 10 tysięcy ciężkozbrojnego rycerstwa.
***** o czem nawet strona miasta Starego Sącza milczy:))... http://www.stary.sacz.pl/?id=7977&location=f&msg=1

14 lipca, 2012

O poprzednikach J-23...


   Nie wiem, czyli dla własnej, dawnej we zwiadzie służby, czyli dla przyczyn inszych, zawżdym miał w estymie wielgiej wywiadowców wszelkich, takoż tych, co trawą jaką nakryci, dwa dni bez drgnienia wyleżą, byle harmat nieprzyjacielskich zrachować, jako i tych, co pod przebraniem jakiem sztaby obce penetrując, wielgiej wagi wieści zdobyć umieli. Po prawdzie to nabożnośc moja nie sięga aż po szpicli własny naród szpiegujących, tedy o nich mało kiedy nam prawić przyjdzie, a jeszczeć i rzadziej dobrze...
   Dziś zasię historyja sprzed lat niemal równo sześciuset, bo końca kwietnia Anno Domini 1410 się tycząca... Za okazyją bitwy pod Płowcami, o której żem pozawczora był pisał, jak śmiertelnej grozy skutków sojuszu Luksemburczyka z Krzyżactwem nam uniknąć przyszło... Tamtem czasem o Jana, króla czeskiego szło. Dzisiejszej noty bohater to wnuk tamtego, Zygmunt, w kwietniu 1410 jeszczeć ani cesarz, ani Czechów (za husytów sprawą) król, jeno elektor brandenburski i król węgierski.* Królem Niemiec (a i cesarzem z czasem) miał się stać dopiero jako w maju Ruprecht pomarł i tron wakansował...
   Siła by o łotrostwach jego rozprawiać, aleć to za okazyjami inszemi; dzisia nam się ku temuż kwietniowi pochylić. Cyrkumstancyje czasu tego takie, że się Polska z Krzyżactwem za łby roku poprzedniego wziąwszy, rozejm do Świętego Jana (24 czerwca) zawarła i pod osąd racyj swoich przedstawiając królowi czeskiemu Wacławowi IV, takoż Luksemburczykowi, bratu przyrodniemu Zygmunta, na wyrok jegoż czekała.
   Sąd się był skończył w Pradze czeskiej lutym 1410 wyrokiem Krzyżakom korzystnym, skutkiem czego Polacy go odrzucili i obie strony szykować się jęły ku wojnie. Okrom spraw stricte wojennych: rychtowania broni i rynsztunków wszelkich, werbowania ludzi, gromadzenia spyży i planów układania, do chwili niemal ostatniej dwoili się i troili dyplomaci, jako mogąc, zabiegając o przychylność luboż neutralność chocia tego, czy inszego władcy...
  Z Luksemburczykiem sprawa była nieprosta... Nibyśmy mieli ważny traktat pokojowy z 1397 na lat szesnaście zawarty, tedy w prawie byłby ten, co by spać spokojnie do 1413 zamyślał... Aliści Jagiełło nie frant i Luksemburczykowi tyleż dowierzał, co człek rozumny wróżbom cygańskim... Może i nie wiedzielim szczegółów, jako się z Krzyżakami znosił, ale że się znosił to pewne, tedy umyślono przeciw krzyżackiemu słowu postawić to, co w dyplomacyi najcenniejsze : pieniądz.... Widno się niepolitycznie Jagielle i Witoldowi widziało sakiewki Luksemburczykowi wpychać, tedy uproszono tamtego, by się na zjazd monarszy zgodził i właśnie kwietniem doszło do spotkania po węgierskiej stronie, w Kieżmarku, gdzież Witold wręczył był Zygmuntowi darów przebogatych... Nie komuż inszemu, jak sekretarzowi Luksemburczyka, Imci Windeckemu, spisu onych zawdzięczamy; podług niego był ci Zygmunt dostał: " 12 sokołów, 12 krzeczotów, 12 kobuzów**, 12 puklerzy, 12 tarcz, 12 włóczni, 24 dziryty, 12 psów pomocniczych sokołom, 12 koni-człapaków z siodłami i złotymi podkowami, 12 kłusaków, 12 rumaków, 12 kapeluszy sobolowych, z których dwa były szyte perłami, 12 ruskich kołpaków, 12 par rękawic podszytych kunami, 12 zarękawków, z których cztery pary szyte perłami, 12 sukien, 12 chustek jedwabnych, 12 kobierców, 30 soroków (czyli czterdziestek, co razem czyni 1200 sztuk - Wachm.) soboli, 30 soroków ( znów 1200 sztuk) gronostajów, 12 ruskich czasz (mis) powleczonych złoconym srebrem, 12 par nożów oprawnych w srebro pozłacane, 4 rogi myśliwskie srebrem obite i pozłacane" Okrom tegoż jeszczeć i od księżnej Witoldowej dla Zygmunta szata sobolowa perłami szyta z 12 złotymi guzikami, kapelusz sobolami i perłami podbity, rękawic, ręczników złotem haftowanych, obrusów i trzewików dla żony, perłami szytych... Jako porównać z tem, że królowi angielskiemu, cośmy onego jeno w neutralności utwierdzić chcieli, poselstwo jeno cztery ogiery wiodło...zrazu widno, że to nie grzecznościowe jeno szły upominki...
   Jakież skutki tego? Ano...król dary przyjął, zaczym wprost Witoldowi zapowiedział, że w razie wojny Jagiełły z Krzyżakami pokoju nie dotrzyma... a jeszczeć i k'temu przyszedł, że Witoldowi koronę na Litwie przedkładał i pospólny przeciw Polsce sojusz!
   Witold, któremu tych o koronie snów niechybnie lubo słuchać było, jednak tu się bratu stryjecznemu wiernością pokazał, Luksemburczykowi pozór namysłu nad tem jeno czyniąc. Rozmów, dla pory późnej przerwano, i Witold ze swemi do kwatery swej się udał. Dziwnem jednak trafem, nocą pożar wybuchł w tejże Kieżmarku części, gdzie gospoda Witoldowa stała, jeszczeć dziwniejszem, że Węgrów tłum "ktoś" wzburzył i, jak Długosz pisze: "wtedy książę Witold omal nie został zabity przez gmin wegierski".
   Witoldowi ludzie i towarzyszący mu polscy panowie luboż "wielkiej w koniach, sprzętach i innych zasobach nabawieni szkody", przecie przedarli się przez tłum nieprzyjazny i zbiegli z miasta. Jakoż się o tem Luksemburczyk wywiedział, puścił się za onymi w pogoń i "doścignąwszy z wielką trudnością u wsi Białej, o milę od Kieżmarku, pożegnał się z nim, ale już w żadne układy nie wchodził"...
   Długosz prostoduszny, najwidniej Luksemburczyka o zdradę nie posądzał, aleć nie kto inny, jak ów spomniany Zygmuntowy sekretarz, Windecke... wielce ciekawie o tem mówi, czy raczej:... nie mówi! Owoż ów gaduła rozwlekły, spisujący niemal wszytko, owe zdarzenie kwituje słowami: "W tym czasie spaliło się miasteczko prawie w połowie, wtedy książę Witold omal nie był zabity przez tłum Węgrów. Bóg i król Zygmunt podjęli się załagodzić tę sprawę", ani dociekając dla jakiej przyczyny ów tumult, przecz to Witoldowej śmierci Węgrzy pragnąć chcieli, ani z kim też Zygmunt co i załagadzać musiał... 
   Witold ani chybi takich wątpień nie miał, bo jako komtur Ragnety wielkiemu mistrzowi pisał 30 maja relacyję ode szpiega swego z dworu Witoldowego, Ów miał posłańcowi Luksemburczyka wielkie czynić wyrzuty, "że król Zygmunt własnych swych glejtów nie dotrzymuje!". Spomnieć się i godzi, że jako później Zygmuntowi, jako pośrednikowi pokojowemu do Prus przez polskie ziemie jechać przyszło... domagał się glejtu podpisanego nie przez Jagiełłę jeno, aleć i przez Witolda, chocia droga mu szła na Koszyce i Kraków, a potem Wisły lewym brzegiem, cależ daleko od Witoldowego na Litwie władania!!! Jeszczeć i ciekawsze w tem, że się Zygmunt koniec końców na podróż taką nie ważył, posłów jeno śląc..:)))
   I na koniec godzi sie rzec, przecz żem tejże noty szpiegom poświęcał. Ano...bośmy o tem wszytkim, co się dziać może i w Kieżmarku będzie... wiedzieli zawczasu! Do Kieżmarku miał się udać tak Witold, jak i król Jagiełło osobą własną! Oba zjechali się do Nowego Sącza na 8 kwietnia, by pospołu dalej peregrynować. Jeno, że tam w Sączu króla przestrzeżono, by wyjazdu poniechać, bo się cosi przykrego przeciw Gedyminowym obu potomkom szykuje. Tak i podeliberowawszy niepomału, k'temu oba przyszli, że to Witold sam ruszy, a Jagiełło czekać będzie w Sączu na spraw dalszy obrót. Niechybnie też owe wieści i Witoldowi życie ocaliły, bo nie wierzyć mi, by się w Kieżmarku spać kładł bez obaw i straży czujnych rozstawienia... Jak tedy widzisz, Czytelniku Miły, tradycyj wywiadu wybornego mamyż od lat kilkuset najmniej... tradycyje tegoż wywiadu psucia się od Macierewicza Jegomości wiodą, jeśli sprawy przedwojennej rotmistrza Sosnowskiego nie liczyć...
______________________
* Ojcem Zygmunta był Karol IV Luksemburski, zasię macierz jego to Elżbieta Pomorska, córa Elżbiety Kazimierzówny, czyli wnuczka po kądzieli naszego Kazimierza Wielkiego! Byłże tedy Zygmunt prawnukiem króla Kazimierza!
** - gatunki ptaków myśliwskich

12 lipca, 2012

O Płowcach niedocenianych...


   Idzie ku grunwaldzkiej wiktoryi rocznicy, a ja, chociem okolicznościowym notom raczej nieprzychylny, bo iżby się raz temu poddać terrorowi, to wraz w niewolę kalendarza popaść łacno, a ta sroższą, niźli się na pozór zdaje, przecie co i tu przypomnę o tem. Póki co jednak, iżby wiktoryję ową pomiarkować łacniej i cyrkumstancyj czasu tamtego odczuć, godzi się nam ku inszej pospieszyć batalii, bo gdyby tejże, pod Płowcami nie było potrzeby, to i tej na grunwaldowym polu by już pewnie nie było komu sprawić...
   Za jaką ta leda sposobnością, gdzie spomnieć trza oręża naszego dawnego dni chwały, czyli to jaka akademija szkolna, czyli pismak jaki w gazecinie wypocin swoich upycha, czyli też jenerał jaki lubo i minister na promocyjej oficyjerskiej przemawia ; nieodmiennie spomni co tam o Cedyni, boć to najstarsza znana nam potrzeba bitewna antecessores naszych, zaczym gładko ku Grunwaldowi przeskakuje mieniąc go największem oręża polskiego zwycięstwem.
   O tem zali polskiego jeno, to jeszcze i pogwarzym za okazyją inszą. Dziś bym się jeno k'temu brał, zali iście największą... I nie o rachunek trupów na pobojowisku mi idzie, ani wozów z łupem, ani też o dawniej praktykowane rozumienie zwycięzcy jako tego, co pola boju w swoich utrzymał rękach, jeno o tejże batalii skutkach, osobliwie tych politycznej natury... Za Jagiełłą, słusznie przecie ze swej wiktoryi dumnym, zwykło się powtarzać, że oto na polach grunwaldowych skruszona moc i potęga Zakonu. Ano, cóż k'temu rzec? Jak na skruszonego, cale nieźle nam jeszczeć i krwie napsuł, osobliwie że po onej wiktoryi reszta tej przesławnej kampanijej bardziej zapasy psa z jeżem przypominała, niźli wojaczkę rzetelną... Odwróciwszy tegoż, co się stało, kwestyją postawmy, cóż by się stało, zalibyśmy onej bitwy przegrali?
   Ano i może i herezyją wygłoszę, aleć podług mnie niewiele... Mało mi się możebnem zdaje, by nas Krzyżaki tam ze szczętem wyrżnąć mogły, boć to zawżdy lekkozbrojnemu łacniej uchodzić, niźli ciężkozbrojnemu gonić, które to prawidło jeno się hussaryi naszej nie imało...:)) I nie mniemam, by Krzyżakom ona wiktoryja tak lekko przyszła, by po niej zdolili jeszczeć i jakiej długiej rejzy zażyć i z pół kraju spustoszyć. Najpewniej by się obie strony na leża swoje cofnęły ran lizać i za czas niejaki, jak nie tu, to gdzie indziej znów naprzeciw siebie stanąć. Może by i Jogajła, porażką doświadczony, inszej taktyki zażył... może i sojuszników inszych szukał, na husytów chociażby łaskawszem okiem zerkając... Tak czy siak, insze pod Grunwaldem rozstrzygnięcie ojczyzny zatratą nam nie ugrażało... A pod Płowcami?
   By tegoż pojąć, słów parę o cyrkumstancyjach czasu tamtego rzec wypadnie. Otoż Anno Domini 1331 czwarty rok wojny Łokietkowej z Zakonem szedł. Na tyle przykrej, że wojna jak to wojna, śmierć jeno niesie, zniszczenie i pożogę; na tyle szczęsnej, że Łokietkowi jako ogarowi jakiemu zajadłemu odyńca osaczającego co i rusz to cięgi jakie zebrać przychodziło, aleć ostrożności i talentom swoim tegoż zawdzięczał, że spod kłów śmiertelnych uchodził, rozgromić się nie dozwalając. Nareście Krzyżaki umyśliły tejże muchy uprzykrzonej jednem packi macnięciem się pozbyć i stanął tajny układ z królem czeskiem, Janem Luksemburskim, że się obie armie przeciw Polszcze zbiorą (21 Septembra pod Kaliszem) i pospołu Łokietkowego komara zgniótłszy, ziemie zdobyte podzielą (najmniej tu o utracie Wielkopolski i Kujaw mówim!)...
   Inszemi słowy, jakoby się ów zamysł był powiódł, o pierwszem (a może i o ostatniem zarazem?) rozbiorze byśmy już w 1331 prawili:((. Mało możebne, by z tem co by się Łokietkowi ostało (Małopolska z Sandomierszczyzną, może i ziemia sieradzka z łęczycką) zdolił armijej ekwipować, by dalszych wojen wieść, nawet z samemi jeno Krzyżakami:(((...
   Zakonni się wraz zebrawszy, ku Kaliszowi ruszyli i oblegać go poczęli, ale że się Czechy spóźniały, wódz krzyżacki Otto von Luterberg umyślił do tegoż czasu całych Kujaw zająć. Dnia tegoż (27 Septembra) jeszczeć i przede świtem Luterberg sił swoich na trzy części dzieli i spod zdobytego Radziejowa Kujawskiego na Brześć rusza... Tylnej straży, wielkiemu marszałkowi zakonu Dietrichowi von Altenburgowi, najpóźniej wyruszyć przychodzi, a i po drodze czas mus mitrężyć, bo Luterberg spyży potrzebować będzie przy oblężeniu Brześcia, tedy Altenburgowi wozy wszytkie ostawił i przykazał wsie okoliczne z jadła ogołocić.
   Łokietek, ustawicznie cichcem za Krzyżakami następujący, jakoż mu tylko zwiadowce wieści o tem przyniesły, pojął, że oto przed wiekopomną szansą stanął. Krzyżaków Altenburgowych ledwo dwa tysiące, w tem najwięcej piechoty! Po prawdzie: wybornej, aleć piechotą się bitew wówczas nie wygrywało... Rycerzów ciężkozbrojnych u Altenburga ledwo 350 i po raz pierwszy ode początku z Krzyżakami zmagań Łokietkowi mieć nad niemi przewagi! Po prawdzie między jego piąci tysiącami najwięcej chłopskiej piechoty, aleć lepszej sposobności przecie nie będzie...
   Jakosi tak wpodle dziewiątej godziny się przed Krzyżakami pokazały : wieś Płowce z przodu i polscy rycerze na lewo od gościńca. Krzywdą by dla nich było rzec, że w panikę wpadli, aleć bezładu w pierwszych poczynaniach było zaiste sporo... jakoby nie mgła niespodziana, co się na pole opuściła, któż wie jakoby się rzeczy potoczyły... Ale że spadła i to taka, że z trudem łeb konia własnego widzieć było, tedy i Altenburgowi czas podarowan, by się w szyku bitewnem ustawić zdolił...:((  Insza rzecz, że wiele wpodle swej pozycji wykoncypować nie mógł, bo Łokietek mieśćca wybrał wybornie: za plecami Krzyżaków jeno bagna i mokradła...
  Za mgły podniesieniem ruszyli Wielkopolanie Wincentego z Szamotuł. Dygressyją czyniąc niewielką o tem wielmoży: człek to przeciekawy, a jego pod Płowcami bytność i na Krzyżaków zajadłość wielce dobrze o Łokietkowych ku zgodzie talentach świadczy. Był bowiem Wincenty przódzi wojewodą wielkopolskiem, aleć go Łokietek z urzędu pół roku wcześniej był złożył, by wojewodą królewicza Kazimierza (w przyszłych latach królem Wielkim zwanego) uczynić, iżby się w rządzeniu wprawiał. Urażony wielmoża postąpił niegodnie wielce, Krzyżakom pogranicze pustoszącym donosząc, gdzież Kazimierz z pocztem niewielkim bawi i jeno przytomności swej i szczęściu królewicz zawdzięczał, że go zakonni nie pojmali luboż i nie ubili. To, że pod Płowcami Wincenty u boku króla staje, jawnie dowodzi, że u jednego miłość ojczyzny nad urazę silniejsza, u wtórego, że przebaczać potrafił...
   Mimo boju zażartego Wielkopolanie nie przełamali zakonnych. Naszym mus się cofnąć, wytchnąć chwilę i znów w bój iść... Spomnieć się godzi, że między inszemi, pod Wincentego komendą, sam królewicz Kazimierz się bił!
   Starcie wtóre jeszczeć i od pirwszego krwawsze, ale takoże samo rozstrzygnięcia nie przynosi. Nareście za trzeciem uderzeniem, gdzieści tam w bitewnem zamęcie kto tam rani konia brata Iwa, co o Krzyżaków był chorążym. Jakoż się koń z jeźdźcem na ziemię zwalił, Krzyżacy popadli w najostateczniejszą trwogę, rychły swój koniec widząc w tem. Zaraz po tem, jakośmy ichniego szyku rozerwali, von Altenburgowi przyszło cios na lico przyjąć, za czym krwią oblan się na ziem zwalił, inszym assumpt dając myszleć już jeno o tem, by życie drogo przedać luboż sie i na parol zdać... Między kilkudziesięcioma brańcami nie brak i najznamienitszych: wielki komtur Otto von Bonsdorf, komtur elbląski Hermann von Oettingen i gdański Albert von Ore...
   Osobnem, o czem nam pisać jeszcze i przyjdzie, to powszechność wielce fałszywego wyobrażenia względem "rycerskości" rz'komej ówcześnych wojenników. Tutaj rzec się godzi, boć to prawda szczyra, że pod Płowcami tako chłopstwo nasze jako i rycerze się rzucili grabić, tak jeńców jako i wozy taborowe krzyżackie. Przyznać też trza, że jako Łokietka sądzić, to onegoż działania i ordonanse w onejże potrzebie o geniusz się niemal ocierają...aleć jeno do tejże chwili. Przepomniał nasz Łokietek podjazd jaki posłać na gościniec ku Brześciowi, co przecie dziecku wiedzieć, że jako niedobitki Altenburgowe się do Luterberga przyłączą, ów wraz zawróci:((... Że tegoż nie poczyniono, spadł Polakom Krzyżak na kark niespodzianie już wpodle drugiej południowej godziny... Szczęście jedyne, że Luterberg nie czekał, aż się najdalej posunięta straż przednia pod komturem Bałgi, Henrykiem Reuss von Plauenem, zawróci i nie z całą potencyją krzyżacką od razu nam przyszło mieć sprawę.
   Czegom złego o rycerzach naszych rzekł, tejże im sprawiedliwości nie odmówię, że zaskoczeni, przecie wraz do walki na powrót stanęli, a porannem zwycięstwem skrzydlaci w wielu miejscach górę nad zakonnemi brać poczęli!  Pomnij, Czytelniku Miły, że to najpierwsza nad krzyżactwem w Europie wiktoryja była, co więtszego znaczenia było, niźli nam dziś mniemać... W owem czasie zdarzało się, że wojsko do bitwy iśc nie chciało, jako na przykład dymy z ogni obozowych się tak układały, że się to komu jakiem znakiem złowróżbnym widziało. Byłyż i przypadki, że chorągwie całe zawracały, jako się pod pierwszym koniem belka w moście przegniła jaka zarwała...
  W tejże fazie swej bitwa to już haratanina bezładna, na dziesiątki czy nawet i setki drobnych pojedynków rozbita. Tu i ówdzie górowali nasi, gdzie indziej zakonni przyciskali aleć za nadciągnięciem przed wieczorem krzyżackiej straży przedniej z von Plauenem, szala się jakoby na stronę wroga przechylać zaczęła. Tymże chwilom groźnym zawdzięczać, że do postępków kilku przyszło, coż się na pamięci tejże batalii cieniem długim przez lata kłaść miały. Po primo, część naszych, widząc że taboru krzyżackiego nie obroni, wolała jeńców wyrżnąć, niźli ich żywymi puścić... Wielgiego szczęścia miał sam Altenburg raniony, że go żywego Krzyżacy odbili, aleć pamięć tych chwil mściła się potem, gdy za lat niewiele ów sam wielkim mistrzem został...
  Secundo, coż po żywota kres Kazimierzowi wrogowie wytykali, że ów pono w trwodze wielkiej był z pola bitwy zbiegł i nie oparł się, aż w Krakowie... Okrom tego, że podał tyły, niewieleż nam wiedzieć o tem, aleć tu bym w obronie onego, a raczej oćca jego stanął. Jakobym ja był królem, co siedemdziesiątki dobiega, a o mej uporczywości niechaj czterdzieści z górą lat bojów świadczy, a o mej przemyślności to, żem na przekór wszytkim jednak gros ziem przodków pozbierał, a i korony królewskiej odzyszczeł... to w bitwie tak niepewnej syna jedynego, nadzieję jedyną dynastyi i kraju - niechybnie bym kilkoma co najmniej ludźmi pewnymi, a rębajłami znamienitemi otoczył i przykazał onym, by cios każdy zań odbijali, a jakoby się losy batalii na złe odwrócić miały, by go z boju wywiedli choćby i siłą, i na powrozie!  Pewnie, że nijakiego dowodu na to nie mam, alem dziwnie pewien, że się tako właśnie rzeczy miały...
   W naszej tradycyjej bitwa ona dla nas zwycięską; podług Krzyżaków dla nich, a za niemi i z pół Europy do dziś tak mniema. Tedy nie wyrokując, fakty jeno podajmy... Ku wieczorowi się miało, jakośmy się cofnęli, aleć w porządku i za rozkazem, przy tem nowych jeńców (między inszemi i samego von Plauena) wiodąc. Łokietek ani chybi rozbitym się nie czuł, czegoć dowodem najlepszem, że z rana de novo natrzeć planował. Nie byłoż jednak już na kogo... Nocą Krzyżacy z pola postąpili, zabitych swoich i rannych na polu niechając, a naszych jeńców w zemście za swoich pomordowanie, takoż wyrzynając... Zarzuciwszy nie tylko dobywania Brześcia, aleć i Kalisza, cofnęli się nazad, aż ku Toruniowi. Trupy krzyżackie po nich biskup kujawski grzebać musiał, a jako się wreszcie Luksemburczyk z października początkiem pod Kaliszem pokazał, sam przeciw Łokietkowi ostał. Probowały i Czechy same Poznania dobywać, aleć ich król nasz tak kąsał bokiem, że radzi nieradzi koniec końców do dom wrócili, nawet i machin oblężniczych swoich niechając...
    Jedno jeszcze pytanie: przecz się Luksemburczykowi spoźnić przyszło, coż przy mądrości i odwadze Łokietkowej i rycerzów naszych kraj świeżo zjednoczony ocaliło? Zaliżby się na kalendarzu nie wyznawał? Otóż nie... postępując na nas umyślił był jeszczeć i jednej, sobie uprzykrzonej, muchy zgnieść... Bolka świdnickiego, coż nam był druhem jakoż ostatni bodaj z Piastów śląskich...
  Owoż i to one Luksemburczyka z Bolkiem utarczki moc czasu arcycennego zajęły, osobliwie zaś bohaterstwo kolejnych obrońców sławnej Niemczy, coż Luksemburczykowi niemal dwie niedziele wyrwali, a nam podarowali... i za toż im wieczna, a wielce przecie przepomniana, chwała.
    

11 lipca, 2012

Święto 14 Pułku Ułanów Jazłowieckich.


  Pułk, co się wielce zasadnie tem szczycił, że pośród wszytkich dzielnością najzacniejszy... dość rzec, że jeno zasada ścisła, by pułku po dwakroć Virtuti Militari nie odznaczać sprawiła, że tegoż krzyża po raz wtóry nie dostał...
  Pisać o dziejach 14 Pułku Ułanów Jazłowieckich nie będę, jako że wielekroć lepiej, niźli ja bym był to uczynić zdolny, opisano ich tutaj:
http://www.ulanijazlowieccy.pl/index.php?categoryid=32   
  Że jednak zbyt skąpo tam o rysie dla tegoż pułku niezwykle charakterystycznem; o kulcie Matki Boskiej Jazłowieckiej, takoż o obyczajach pułkowych z tem związanych a i o inszych niewiele, tedy dopełnić tematu sobie pozwolę...
  Jest w kronice klasztoru sióstr niepokalanek z Jazłowca spisana (na lat kilkanaście przed I wojną!) wizja jednej z zakonnic, że Habsburgowie upadną, a na dziedziniec klasztoru wjadą polscy ułani! Ano... nie dosyć, że się to co do joty wypełniło 11 lipca 1919 roku, to i jeszcze w czas tejże bitwy, czegoż najmniej kilkunastu jej uczestników przytwierdzało, przyszło do interwencyi sił nadprzyrodzonych. W kronice klasztornej takoż o tem stoi: "...w najkrytyczniejszej chwili walki z przeważającymi siłami wroga, nad klasztorem w Jazłowcu, w wieńcu białych obłoków, zjawiła się postać Najświętszej Marii Panny, okrywającej płaszczem klasztor. Z dłoni Jej spływały ku ziemi snopy jasno złocistych promieni, obejmujących ułanów, którzy w aureoli tych promieni, szli do decydującej szarży."
  Musiały w to ułany wierzyć najszczerzej, zapewne i dla batalijej onej cyrkumstancyi niezwykłych, gdzie ułanom pięciokroć silniejszego przeciwnika pobić przyszło, coż w skromności swojej nie męstwu własnemu i przemyślności przypisywali, jeno Jazłowieckiej Panience... Jednym z nich był ułan-ochotnik Władysław Nowacki, co w czas boju ślubował po wojnie przybyć do klasztoru hołd Niepokalanej Pannie złożyć. Ano i w 1924 roku, już jako porucznik, kawaler Virtuti Militari i Krzyżów Walecznych czterech, samojeden zimową porą te dwieście kilometrów ze Lwowa przebył*, by po spowiedzi, komunii i mszy na ołtarzu złożyć jako votum lancy z proporcem pułkowem oraz tekst własnego autorstwa Modlitwy Ułana Jazłowieckiego, ku której kapelmistrz pułkowy podporucznik Dłutek melodyi popisał...
   Pielgrzymka owa zapoczątkowała tradycji, gdzie corocznie na 8 grudnia, czyli Święto Matki Boskiej Jazłowieckiej (a do 1925 roku także i pułku święto), do klasztoru wyruszała z pułku pielgrzymka konna w składzie swym mająca: oficyjerów w roku ostatniem do pułku przybyłych, trębaczów dwóch i po dwóch najlepszych ułanów młodego rocznika z każdego szwadronu. Dowódca patrolu tegoż meldował przeoryszy przybycie ułanów, zaczem wszytcy oni przysłaniali swoich naramienników zasuwkami specyalnemi na znak, że w obliczu Panienki Jazłowieckiej wszytcy stopniem równi... Na ów wjazd ułański do klasztoru klauzury najsurowszej specyalno papieskiej trza było dyspensy!
  Inszym obyczajem pułkowem było na szabli lewej stronie (przeciwnej tej z napisem "Honor i Ojczyzna") grawerować wizerunków Panny Jazłowieckiej. Jest też i przekaz z Września, gdzie do szarży słynnej pod Wólką Węglową idąc, oficyjerowie niektórzy komenderowali: ,,W imię Panienki Jazłowieckiej — Marsz. Marsz. — Hurra!"
  W Międzywojniu utartem obyczajem było na apelu porannem śpiewać "Kiedy ranne wstają zorze" zasię na wieczornem "Wszystkie nasze dzienne sprawy". JEDYNYM pułkiem, gdzie było inaczej byli właśnie Jazłowczycy, którzy śpiewali wieczorem swej własnej, spominanej tu już, "Modlitwy..."
   Godzi się jeszcze o balu pułkowem spomnieć, corocznie 1 lutego odbywanym w salach Hotelu George'a luboż w "Krakowskiem". Poczynały się one ode odegrania marsza pułkowego przez trębaczów, którego oficyjerom oblig był na baczność słuchać, w czasie którego na salę fanfarzystów czterech wkraczało, za ułanów z 1831 roku przyodzianych, w czakach wysokich, z wyłogami żółtemi na granatowych mundurach, przy akselbantach i sznurach śrybnych.... I owi przybysze naprzeciw trębaczów stojąc, fanfar na udach sparłszy czekali, aż trębacze nieomal w pół taktu marsza przerwą, by fanfarzyści ode nuty tej samej go podjąć mogli... I tak na przemian jeszczeć i dwakroć się mieniając, najdobitniej łączności tradycyi z nowem dowodzili... Po onem spectaclum dowódca pułku z małżonką swoją bal poczynali polonezem, zaczem już się bal właściwy poczynał. O północy dowódca jeszcze toast powszechny wznosił na cześć Prezydenta Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, zasię wtóry za Naczelnego Wodza i trzeci za pułku pomyślność.
  W czas kotyliona ułanów dwóch w uniformach z 1831 wprowadzało na salę konia siwego, Zaratustry, koszami pełnemi bukiecików fiołków objuczonego (przypominam: 1 lutego!), a powinnością oficyjerów najmłodszych było wszytkie panie i panny na sali niemi obdarować... Za okazyją onych kwiatów spomnieć się godzi, że jako się oficyjer jaki żenił, panna młoda od dowódcy pułku nieodmiennie bukietu w barwach pułkowych dostawała: siedm róż białych i siedm żółtych:)
  Ode 1937 przyjęło się, że szwadron czwarty (rotmistrz Józef Bokota) zwano Szwadronem Szlachty Zagrodowej. Poniekąd i regulaminowi wbrew, coż czynności takowych zakazywał (za bilet wizytowy z tytułem posiadanym hrabiego czy księcia oficyjerowi sąd honorowy groził), rekruci w temże szwadronie na łóżkach swoich mieli tabliczek, co obok imienia i naźwiska herb był wymieniany... Takoż przy meldunku przedstawiali się ze stopnia, nazwiska i herbu własnego.
  Rozgadałżem się jako dziad jaki stary, kończyć by pora, przecie nie umiem odmówić sobie, by jeszcze o inszych faktach nie rzec... Chociażby o dorożce słynnej pułkownika Plisowskiego, co jej, jako ekwipażu swego, za odwrotem z Odessy w dziewiętnastem roku ów wiódł za pułkiem,  w dwa szpakowate rysaki** zaprzężonej. Za Dniestru przekraczaniem w Chodorowie jeden z nich nogi złamał i dobić nieboraka przyszło, jednak na żałoby swej znak po konia stracie, Plisowski (jeszczeć w on czas major) nakazał dobrać do pary konia... karego. Dorożka ta jeszczeć i do 1939 roku się w koszarach znajdowała, a i kiedy niekiedy kolejni pułku dowódcy na miasto się udając, z takiegoż właśnie zaprzęgu korzystali, maścią koni niemałej sensacyi na ulicach Lwowa budzili:)
  Co się jeszczeć i dowódców tyczy, to jednego bym tu chciał przytoczyć, pułkownika dypl. Andrzeja Kunachowicza, co o rozwój kadry oficyjerskiej dbał wielce i obyczaju zaprowadził, że rezerwiści powołani oficyjerów służby stałej zastępowali, by tamci czas się kształcić mieli... : "Miałem niemałą satysfakcję, gdy na jakiejś zabawie jeden z profesorów Uniwersytetu Lwowskiego zwrócił się do mnie zdziwiony, że nie może się zorientować, który z oficerów pułku jest rezerwistą, a który zawodowym. Zaskoczony był wysokim poziomem intelektualnym. Zaś dyrektor Ossolineum zapytał mnie co ja robię, że statystyka w jego bibliotece wskazuje, że najwięcej czytelników ma z 14 pulku ułanów."
  Na koniec bym jeszczeć o szarży pod Wólką Węglową chciał spomnieć, bo tarnobrzeżanie o kilku tejże szarży okolicznościach nie spominają. Primo, że brał w niej udział takoż szwadron niepełny rozbitków z 9 Pułku Ułanów Małopolskich. Secundo, że to wtóra (po Krojantach) okazyja, gdzie się włoski korespondent napatoczył i w świat relacyi puścił o ułanach na ścianę ognia szarżujących nieledwie szaleńczo. Tertio: słów kilka o samej szarży...  Pułkownik Godlewski bowiem bynajmniej nie szaleńczo sobie poczynał, a na zaskoczenie wroga licząc tegoż rozkazu do szarży wydał...  Na czele szarży ruszył w linii trzeci szwadron, pod porucznikiem Walickim, za niem kolejno szwadrony: pirwszy, drugi i czwarty.
  Ułanom pofortunniło się przeciwnika w czas wypoczynku zaskoczyć, dzięki czemu szarży generaliter za udanej uznać wypadnie, boć pułk się przebił*** i jako pierwszy oddział z armii "Poznań" po bitwie nad Bzurą do oblężonej Warszawy wkroczył. W czas szarży pod chorążym pułkowym kapralem Maziarskim konia ubito, a i jegoż samego poraniono. W ostatniej chwili kapral Mieczysław Czech sztandar od ranionego podjął i za pułkownikiem do szyku się włączył, za coż go jenerał Rómmel własnem krzyżem Virtuti Militari odznaczył.
   Szwadron zapasowy, co do pułku już we Wrześniu dołączyć nie zdołał, takoż wstydu imieniu Jazłowczyków nie przyniósł, w jednej z ostatnich szarż pod Husynnem  , przeciw Sowietom ode Wschodu postępującym, udział biorąc. Godzi się jeszczeć i o osadnikach jazłowieckich spomnieć, których w 1921 roku z pułku demobilizowano, ziemi onym koło Horyńgrodu (nieopodal Równego) przyznawszy. Osadnicy owi, do swej Osady Jazłowieckiej przybywszy konno i zbrojno, przez cały Międzywojnia czas zwali się Szwadronem Detaszowanym, a przez zwierzchność jako rezerwowy, Piąty Szwadron traktowani byli... Po sowieckiej napaści wszytkich onych rozbrojono i w lutym 1940 roku, wraz z familijami całemi, na Sybir wywieziono.
________________________
* w mundurze szeregowca, w którem walczył w 1919 roku
** ponoć uprzednio do szacha perskiego należące :)
***Choć to stratami niemałemi okupiono (105 zabitych ułanów i 100 rannych, tj. łącznie jakie 20% stanu); w wyniku poważnych ran zmarł prowadzący szarżę por. Walicki. Tym, co się w niewolę dostali pierwotnie za męstwo przyrzeczono do domostw zwolnienie, czego jednak nie dotrzymano. Jest i relacyja, że brańców polskich, co się do udziału w tejże szarży przyznali rozstrzelano. Pozostałym prowadzonym przez wachmistrza Rudolfa Zeneckera nocą się zbieżać pofortunniło i do pułku powrócić.

09 lipca, 2012

Święto Pułku 4 Ułanów Zaniemeńskich


dzisiaj świetują wszytcy którym drogi Pułk 4* Ułanów Zaniemeńskich, a to dla uczczenia rocznicy szarży pod Hrebionką w 1920 r ...Nasze kawaler(yj)skie!!!
  Tradycye onemu siegąją roku 1813, kiedy to rozkazem jenerała Dąbrowskiego tegoż pułku formowano po raz pirwszy. Na niemieckiej ziemi formowany z niedobitków przeróżnych, długo i nie powojował, zaczym się epopeja napoleońska nie skończyła. Razem wtórym sformowano go w armijej Królestwa Polskiego (stacjonował w Kutnie) i w Powstaniu Listopadowem zasłużył się wielce pod Stoczkiem, Kałuszynem** i Boremlem. To pod Boremlem przyszło do zdarzenia, co się w kawalerii polskiej wcale nierzadko zdarzało, że gdy pod dowódcą konia ubito, podkomendny jaki uznając życie własne mniej ważnym niźli życie komendy dzierżącego, konia własnego onemu oddawał... Pod Boremlem toż właśnie samego, dowodzącego korpusem jazdy naszej, jenerała Dwernickiego spotkało, którego w chwili krytycznej oddzielił od Rossyjan właśnie Pułk 4, a porucznik Baum z tegoż Pułku własnego konia był oddał wodzowi. I jeszcze jedno świadectwo, jakże ułanom naszym tradycja i barw pułkowych poszanowanie drogie było: w roku 1820 dowódcą pułku został jenerał  Andrzej Ruttié, dawniejszy Dąbrowskiego adiutant i żołnierz, co się zowie. W Listopadowej Insurekcyi dowodził już całą jazdy Brygadą, w skład której wchodził i 4 Pułk Ułanów.
W sto lat później jego prawnuk:


Zbigniew Ruttié, do tegoż właśnie pułku ochotniczo przystąpił i się z pierwszem szwadronem na odsiecz Lwowa spieszącym był zabrał...

Po raz trzeci pułku tworzyć probował jenerał Dowbór-Muśnicki przy Korpusie swojem w Bobrujsku w 1918 roku, aliści przed rozbrojeniem Korpusu przez Niemców nie zdążył (jeno rozkaz stosowny wydany został). Ano, jako to prawią: do trzech razy sztuka...:)) Naszemu Pułkowi dopieroż raz czwarty się w miarę szczęśnym okazał. Pułk poczęto formować jeszczeć 7 listopada (!) 1918 roku, a styczniem już im do boju było iść mus na lwowski front, szwadronem jednem wolontarskim, przecie z temiż wolentarzami turbacyja była niemała, bo się zgłosili wszyscy, tandem nareście składu przez losowanie ustalono...




Dowódca pułku pierwszy, pułkownik Stanisław Rawicz-Dziewulski.***

Jakem w kwietniu, za okazyją święta pułkowego 11 Pułku Ułanów Legionowych był pisał o nieśmiertelnej sławy bojach tegoż o Wilno pułku pod Mariusza Zaruskiego komendą, tom przepomniał dodać, że 11 Pułkowi i dwa szwadrony towarzyszyły z pułku dziś świętującego, czyli czwartego. I że tegoż parowozu i pociągu, co go natychmiast po zdobyciu dworca po piechotę wyekspediowano, to szykował z tegoż pułku wachmistrz Leon Lissowski, którego macie poniżej, pierwszego z prawej, w towarzystwie rotmistrza Michała Nowickiego, co 4 szwadronem komenderował i porucznika Chludzińskiego (z lewej).




Przecz o tem człeku spominam i tak go wyróżniam? Bo nieprzeciętna to persona i nader pamięci godna. Ziemianin stateczny, człek niemłody, a przecie nie dość, że sam wolentarzem do służby pospieszył, za prostego ułana stając i przez wszystkie szczeble się zasługując aż do porucznika rangi, to dodatkiem organizator nizwykły zgoła akcji ofiarniczej ziemian kujawskich, co w konie, siodła i rynsztunek wszelki wyposażyła część pułku. Do ziemian Ziemi Dobrzyńskiej o toż samo suplikował imieniem własnem w odezwie, co jej na własny koszt tłoczyć kazał i osobą własną od dworu do dworu rozwoził ze skutkiem zgoła nadzwyczajnem!:)

Po Wilna zdobyciu ułani nasi odtąd już nader często w składzie tak zwanej Grupy Zaniemeńskiej działali, tandem po walk zakończeniu i na pamiątkę, że jako pierwsi za Niemen przeszli, uprosili zwierzchność, by im się odtąd Zaniemeńskiemi zwać pozwolono.
   Prawdziwej jednak klasy sami dla siebie czynili w bojach odwrotowych latem 1920 roku, jako nas bolszewicy pod Warszawę gnali. Szerszej natury refleksyję czyniąc, rzec bym chciał, że podług mnie to właśnie w odwrotowych bojach najpełniej się wartość żołnierza wyraża. W szturmie jakiem można i na uniesieniu własnem bazować, kapkę i na Fortuny przychylności, przeciwnika słabości luboż i cyrkumstancyjach inszych, zasię w odwrocie, gdy wszytko przeciw żołnierzowi się sprzysięga, ów zaś nie tylko opóźnić wroga zdoli, aleć jeszcze i strat mu wielekroć większych niźli swoje poczyni, za ordynkiem odstąpi i nie uciekać będzie, jeno się cofnie karnie, tam gdzie mu nowej pozycji naznaczą, wrychle sobie jej przyjazną uczyni i znów ku obronie jest gotów...to mi jest miara profesyonalnego żołnierza, rzemiosło swoje znającego! Może i komu się to herezyją widzieć bedzie, co rzeknę, ale tegoż do mistrzostwa niemal niemieccy żołnierze na Ostfroncie za wojny ostatniej doprowadzili, cośmy krwią żołnierzy rosyjskich i naszych udowodnili...


Nie potrafilim tego, dla przyczyn rozmaitych, dokonać we Wrześniu 1939, aliści we Dwudziestym roku jazda nasza tejże całej armii posługi co i rusz czyniła... Niejeden piechur, czy kanonier powolnością odwrotu swego nie poradziłby śmierci uniknąć jakoby kozaków Budionnego i Gaj-Chana nasze ułany, szwoleżery i szasery strzymywać nie poradziły... Bój takiż właśnie, 9 lipca pod Hrebionką (Grebionką) stoczony, assumpt dał Pułkowi się niem szczycić i za dzień Święta swego uznać, a po latach Juliuszowi Kossakowi za temat do tegoż obrazu posłużył:

  Po wojnie Pułkowi Wilna za garnizon naznaczono, coż żurawiejka poniższa doceniła:
"Nasz pułk to nielada gratka,
 Kwateruje w mieście Dziadka"
  Insze żurawiejki mało kiedy się na śpiewanie przy paniach nadawały:))
  "Weneryczny i pijański,
  To jest czwarty Pułk ułański."
  "Dzieci Marsa i Wenery,
  To ułanów jest pułk cztery."

   "Wszystko stawia na los karty,
     To ułanów jest pułk czwarty."
  "Nawet żonę przegra w karty,
   To ułanów jest pułk czwarty."
   "Pół złodziejski, pół pijański
    To jest czwarty pułk ułański."

   Zdjęcia, co poniżej pomieszczam, upraszam mieć w atencyi wielkiej dla rzadkości jego. Nieczęsto się zdarzało, by w pułku woltyżerki ćwiczono, regulamin międzywojenny już tego nie wymagał, poza niektórymi elementami, w których jeno oficyjerów przyszłych w Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu uczono. Aliści zdjęcie to  jest z 1919 roku, gdzie się jeszcze o regulaminach nie śniło, a oficyjerom, co tego z dawniejszej służby swojej umięli, przydatnem się widziało wyuczyć ułanów, jako się w pędzie za grzbietem końskiem, przed kulami wrażymi skryć, luboż i w pędzie znad końskiego karku strzelać:


Wrześniem 1939 pułk stanął do boju w składzie Wileńskiej Brygady Kawalerii udział biorąc w bitwie piotrkowskiej, zasię pod Maciejowicami rozproszony (9 września), na powrót się zebrać zdołał 14 września, a nawet i wzmocnić szwadronem z rozbitego 13 Pułku Ułanów Wileńskich. W takiem składzie się z Andersem ku granicy rumuńskiej dążącemu złączyli i pospołu wojowali ode Świdnika iść ku południowi probując... Boje ciężkie zakończyli 27 września wpodle Medyki honorowej kapitulacyi czyniąc przed Niemcami, uprzednio się przed Rossyjanami cofnąwszy, by się w sowieckie kleszcze nie dać zagarnąć... Dodać się godzi, że przyszły wielce sławny dowódca partyzancki, major Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka"****, we Wrześniu w temże właśnie pułku dowodził (jeszcze w randze porucznika) II szwadronem.


W konspiracyjnej AK odtworzono dwóch szwadronów w okręgu wileńskim, zasię dziś tradycyj tak pięknych sukcesorem jest 3 Mazurski Batalion Rozpoznawczy z Giżycka oraz 4 Małopolska Drużyna Kawalerii Harcerskiej im. Pułku 4 Ułanów Zaniemeńskich w Blachowni.


__________________________

*uważyć upraszam, że to kolejny Pułk, co się pierwej Pułkiem niźli cyfrą onegoż pisał.

** szarża III Szwadronu pod Kałuszynem 1 kwietnia 1831 w XX wieku, w Międzywojniu obchodzona była jako święto szwadronowe

*** Urodzony w 1869 roku, po wojnie w 1921 roku przeniesiony w stan spoczynku i awansowany do generalskiego stopnia. Wrześniem 1939 roku (w wieku 70 lat!) zgłosił się do dowództwa obrony stolicy i uprosił skromnej komendy nad niedużym odcinkiem obrony. Pomarł był z ran w tejże obronie odniesionych.

**** m.in. dowódca 5 Wileńskiej Brygady AK, jedynej, co uniknęła rozbrojenia na Wileńszczyźnie przez Sowietów. Szendzielarz walczył z nowymi, bolszewickimi władzami do końca, aresztowany w Osielcu pod Jordanowem w czerwcu 1948 roku, skazany został na karę śmierci. Wyrok wykonano 8 lutego 1951 roku w więzieniu mokotowskim. Jego nazwisko i historia raz jeszcze stały się głośne w 1968 roku, kiedy to władze rozpoczęły kampanię przeciwko jednemu z jego byłych oficerów, Lechowi Beynarowi, szerzej znanemu jako pisarz Paweł Jasienica, wykorzystując m.in. jego przeszłość w oddziale "Łupaszki".

07 lipca, 2012

O feralnym automobilu...

U Jegomości  Leszka Mazana ("Wy mnie jeszcze nie znacie") żem nalazł był osobliwej historii tegoż automobilu, w którem arcyksiążę Franciszek Ferdynand z małżonką w ostatnią się w Sarajewie byli wybrali podróż:
    "Kabriolet hrabiego Harracha tuż po wybuchu wojny w sierpniu 1914 przekazany więc został dowódcy 5 grupy armii gen. Potiorkowi; po dwu tygodnaich, po kolejnej klęsce na froncie Potiorka pozbawiono dowództwa. Jego kabriolet trafił w ręce jakiegoś kapitana. Po dziewięciu dniach wpadł on w czasie jazdy na drzewo i zginął na miejscu.
    Gubernator austriacki - kolejny użytkownik kabrioletu - jeździł nim kilka miesięcy i miał 4 wypadki; w czasie jednego z nich stracił rękę. Za symboliczną cenę wóz, który zaczęto już nazywać "przeklętym" kupił niejaki dr Sarkis. Po pół roku pewnego dnia znaleziono jego samochód przewrócony na dach, a pod nim zmiażdżone, martwe ciało doktora. Wdowa ofiarowała pojazd znajomemu jubilerowi. Ten w kilka miesięcy zbankrutował i popełnił samobójstwo.
    Kolejny właściciel był lekarzem, korzystał z kabrioletu rzadko, by wreszcie ulec szalejącej ze strachu żonie i sprzedać go bogatemu Szwajcarowi - kierowcy rajdowemu. Ten po kilku tygodniach w czasie rajdu roztrzaskał się o kamienną, przydrożną skałę w Dolomitach. Na pogrzeb rodzina udała się kabrioletem, który wyszedł ze zderzenia prawie bez szwanku. Kolejnemu właścicielowi, producentowi win, historyczny wóz zepsuł się na drodze. W czasie holowania przez konie, silnik niespodziewanie zapalił. Zmiażdżony woźnica zmarł w szpitalu.
    Kabriolet przeszedł w ręce właściciela garaży i mechanika samochodowego. Ten znakomicie wóz odnowił i odmalował, po czym wybrał się z przyjaciółmi na wesele. Poślizg, uderzenie w przydrożne drzewo. Pięć trupów.
    Od tego czasu nikt już nie odważył się wsiąść do "samochodu śmierci". Zginęło w nim od chwili w zamachu w Sarajewie 16 osób.
    Przeklęty pojazd - który zapewne można by jeszcze uruchomić, jest rzeczywiście niezniszczalny. Na osobisty rozkaz Franciszka Józefa przewieziono go do Wiednia. W latach trzydziestych trafił do Muzeum Miasta Wiednia. Ocalał jako jedyny z eksponatów przysypanych tonami gruzu z rozwalonego przez bomby w 1944 strychu. Sprzedany do Muzeum Armii (kopia znajduje się w zamku w Arstetten nad Dunajem), wspaniale odrestaurowany, złowrogo lśni oliwkową karoserią.
Mówi się, że czeka na nową ofiarę."