Blog staropolski. Różności historyczne, facecje i refleksyje, spominki i przypowieści oraz czasem i komentarze rzeczywistości dzisiejszej...
22 listopada, 2012
O tem, jako car moskiewski się w Krakowie żenił...
Jako się komu tytuł dzisiejszy widzi rodem z jakiej dziecięcej absurdalnej wyliczanki w rodzaju "Za górami, za lasami jechał pociąg z wariatami,
a w ostatnim wagoniku siedział Hitler na nocniku, zbierał szmaty na armaty i ogryzki na pociski":))...to upewnić śpieszę, że rzecz jak najbardziej prawdziwa a zdarzyła się 22 listopada Anno Domini 1605 roku (przynajmniej podług naszego kalendarza:).
Cyrkumstancyj "wielgiej smuty" na dziś poniechawszy, na samem weselisku onegoż cara się skupim. Mowa o Dymitrze, czy jak kto woli Łże-Dymitrze, pierwszym z dość krótkiej serii Dymitrów Podrabianych, u nas więcej znanym jako Samozwaniec, i o pięknej Marynie Mniszchównie, córce Jerzego Mniszcha, protektora Samozwańca i człeka, co nas w te nieszczęśne "Dymitriady" wpakował... Ale, jakem rzekł, poniechajmy póki co politycznych roztrząsań owych zdarzeń, a na weselisku się skupmy, bo ów widowiskiem był tak kuriozalnem, że sam dla siebie chociaby mego o niem tu spomnienia godzien. I bynajmniej nie dla tej przyczyny, że ślub zaszczycił osobą własną sam król jegomość, miłościwie naówczas panujący Zygmunt III... Takoż nie dlatego, że Marynie blasku dodawała sama królowa Anna, a królewicz Władzio, pacholę dziesięcioletnie, onej kwiecie sypał... Takoż i nie dla weseliska ogromu, gdzie Mniszech pięciu kamienic w Rynku nająwszy, ściany poprzebijać kazał, by jednego wielgiego pałacu ślubnego uczynić, by z górą tysiąca gości pomieścić...
Mnie tegoż ślubu najwięcej pamięci godnego widzieć za sprawą posłannika Dymitrowego, niejakiego Afanasija Własiewa, któren miał pana swego w zaślubinach per procura odprawianych, zastąpić... Ano i zastąpił:))
Najpierwszej wesołości weselnikom ów dostarczył, gdy go kardynał Maciejowski indagował, zali jest jaka przyczyna, dla której ślub ów by do skutku przyjść nie mógł, osobliwie zali pan jego komu już inszemu czasem aby "wiary małżeńskiej" nie ślubował. Poseł się przy tem zafrasował wielce i ze szczerością rozbrajającą wyznał: "A czy ja wiem?"
Jako już chichoczących uciszono, a posłowi kto na stronie przełożył, by facecji nie czynił, nowych przyszło mieć z niem turbacyj. Najprzód nie chciał po łacinie ślubować, potem za kardynałem przysięgi powtarzać, naciskany wypalił, że jeno "Z panną Maryną mu mówić, nie z klechami!" Zasię onej dłoni wzbraniał się dotknąć, tłomacząc że niegodzien, kardynała koniec końców do przedziwnych ze stułą wygibasów przymuszając...
Jako już i było po sakramentalnem "tak" i zdało się, że rzecz szczęśnie pokończona, w osłupienie wszytkich wprawił wyjmując sto czerwonych złotych i na pniu płacąc za kobierzec jedwabny, co go pod ołtarzem był dostrzegł, tłomacząc, że musi teraz targu dobić, by go kto nie ubiegł. Zwieńczeniem faux pas przez Własiewa czynionych było w czas uczty jadła wszelkiego odmawiać, królowi samemu zatroskanemu zali nie chory, cosi tam burcząc że niegłodny... liczni jednak go widzieli, jak ukradkiem sam chleb ze stołu podbierał i solą posypawszy pajdy gdzie tam w kącie pałaszował, cależ przeciwnie do orszaku swego postępując, o którym jeden z biesiadników spominał, iż "pijani u stołu barzo plugawie jedli, garściami z mis biorąc". Na sam koniec mało i do mordobicia nie przyszło, bo Moskwicinom, czy to kto ukradł prawdziwie kołpaków sobolowych, czyli też ich po pijanu gdzie przetracili, przecie wraz "łotrostwo całe polskie złodziejskie" obić chcieli, czemu jednak Własiew zapobiegł, srogim gniewem carskim pogniewanych strasząc.
Kończąc onych spominków weselnych bym przypomnieć pragnął, że na dzień 4 listopada Rossyjanie sobie z niedawna nowego święta umyślili, jako to Kreml z rąk polskich odbili (co po prawdzie 7 novembra było). Żem ja nie zajadły i więcej mi o zgodę idzie powszechną, tedy święta pojednania między nami bym ustanowić suplikował: 22 listopada na to będzie jak znalazł:)), a Własiew bohaterem niech będzie obu narodów:))
20 listopada, 2012
O niedoszłem patronie chwast-foodów...
Bywalcom tutecznym wiedzieć, że Wachmistrz rozkosze stołu ceni wysoko (no... niechybnie nie tak jeszcze jak łoża, aliści zapewne z wiekiem jakże to będzie, któż to wiedzieć może...:)), tedy wszelka barbaria nad jadłem się gdziebądź odprawująca, onemu obrazą czystą, osobistą i wołaniem do Boga o pomstę na wszelkich, coż one chwast-foody wykoncypowali i ludzi w nich trują... Sam Wachmistrz osobą własną w tych przybytkach nie gości i prędzej z głodu paść gotów, niźli się paść temi jadła namiastkami... Nie odmieni i osądu tegoż nawet i persona historyczna arcysłynna, co dla obyczajów swoich i jadła pogardy, powinna, zamiast tych wszytkich złotych łuków czy jakich pułkowników, coż ich jedyną zasługą panierka na kurczaka, na tych wszytkich chwast-foodach, jako patron jadła bylejakiego się naleźć...
A o kimże to Wachmistrz tak pomstuje zajadle? Ano... ni mniej, ni więcej jeno o cesarzu Francuzów, Napoleonie! Zdałoby się, że ów w epoce wykwintu żyjąc i trendów nowych, smakoszem być winien extraordynaryjnem. Nawet i jako się na konterfekta onego wejrzy, ode młodości poczynając, sądowi pochopnemu zdałoby się, że owe krągłości z wiekiem się coraz i więcej objawiające przy stole się przecie narodzić musiały... Ano, rozczarować Lectorów miłych przyjdzie, aliści Bonaparta przy stole utrzymać, trza by było go do siedziska przybić, luboż do onego stołu uwiązać.
Czemuż to tak? Ano, może to i w naturze samej onego, może i wychowania na Korsyce przyczyna, gdzie więcej mu się pewnie radować było nie potraw wykwintością, a tem, że głód w ogóle nasycić zdołał. W wieku dojrzałem, jako go kto o kulinaria z domostwem związane pytał, jeno czereśni spominał, któremi się ongi uraczył do woli. Widno to jedno, czego mu nikt nie wyliczał, luboż się na owe czereśnie może i gdzie do sąsiada był wybrał:) We szkole dla młodzi szlacheckiej nie nadto zamożnej w Brienne, niechybnie jadał niewyszukanie, a i też nie sądzę, by do syta. W szkole kadetów z tym już i lepiej być musiało, choć i tam niechybnie jadło było proste. Wiedzieć nam też i o tem, że wino tam chrzczono niemiłosiernie, ciekawość jeno czy dla kabzy intendenta uciechy, czyli też w trosce o trzeźwość umysłów oficyjerów przyszłych.
Wiedzieć nam, że jako ociec Napolionowi obumarł, całaż familija w wielgiem żyła niedostatku, temuż i sam cesarz przyszły, grosz macierzy śląc z pensyi porucznikowskiej, sam się jednem jeno posiłkiem na dzień kontentował, a i to takiem, gdzie mięso wytropić, sokolego by oka potrzeba... Ciekawość, czyli też to w onym czasie przywykł na jadło uwagi nie zwracać, czyli też prawdziwie zawżdy mu ono jeno zawadą w pracy ustawicznej było? Z lat już późniejszych Constant, kamerdyner, spomina, że mu na obiad ośmiu minut starczyło... najdalej w kwadrans się ze wszytkiem uwijał i od stołu wstawał, otoczeniu swemu niewymownych tem czyniąc katuszy... Po prawdzie bowiem nie zwykł ci on nikogo ode stołu za przykładem swojem porywać, przecie mało kto śmiał przy stole ostać, jako cesarz wstawał... Pomnijże przy tem, Czytelniku Miły, że wszytkie potrawy cesarzowi jako najpirwszemu serwowano, temuż jako ostatni biesiadnik przy stole swego dostał, niewiele miał czasu, luboż i wcale, by się smakiem kontentować...
Bywali i tacy, jako pasierb Bonapartowy, Eugeniusz de Beauharnais, co w desperacyję dla tej przyczyny popadłszy, jednego obiadu jadał ZANIM jeszcze na obiad do "Boga Wojny" przybył! Sam Napolion poniekąd pochwalał tych praktyk, w każdem bądź razie miał Eugeniuszowi rzec: "Jeśli chcesz zjeść szybko, stołuj się u mnie, jeśli dobrze, idź do drugiego konsula, jeśli źle - do trzeciego".
Dygresyją czyniąc, godzi się o owym wtórym konsulu tu spomnieć, bo jako bym Bonaparta miał za patrona jadła arcychyżego i bylejakiego, tak ów Cambacares prawdziwie by zasługiwał na to by protoplastą być coraz i dziś modniejszych stowarzyszeń w rodzaju "Slow food"... Na ucztach u onegoż, wydawanych nieodmiennie we wtorki i soboty dla pół setki dostojności, podawano do stołu czterokroć, w sumie jakie szesnaście luboż i ośmnaście dań, nie tolerując nijakich spóźnień i tłomaczeń... Nawet xiążę Wilhelm bawarski, jako był powozem utknął gdzie w tłoku paryskiem, do stołu już dopuszczonym nie został i pospołu z gminem pośledniejszem się musiał zakąskami z bufetu kontentować, czekając godzin parę nim się goście pryncypalni obiadem ukontentowali. Arcycenną osobliwością na owe czasy było, że Cambacares rozmów przy stole o polityce i interesach nie tolerował. Słynnaż jego kwestyja, gdy kto ze spółbiesiadników nadto głośno perorował: "Błagam, proszę mówić ciszej, bo przestajemy pojmować, co jemy"...
Dopełniali się obadwa z Napoleonem w tem względzie tak wybornie, że gdy cesarz, uczt nie znoszący, miał jakie poselstwo tak właśnie uraczyć, najochotniej to na Cambaceresa zrucał, luboż i na wtórego ze stołem niepogniewanego: Talleyranda. Ano i pewnie słusznie, boć Napoleon sam manierami swemi przy stole prawdziwie zaszokować potrafił... Pośpiech był mu jedyną wytyczną, temuż i nieraz garścią do półmiska sięgał, ani dbając o obrusy (których dla tej przyczyny nie znosił), ani o przyodziewę własną, temuż i Constant często wtóry mundur miał uszykowany, by się cesarz w uniformie sosem uwalanem nad mapami nie pochylał, luboż i gości w niem nie przyjmował. Sceny prawdziwie histeryczne się działy, gdy Napoleon dla chyżości jaki mięsa kawalec, niemal bez gryzienia był połknął, a jeszczeć i więcej, jako ów jeszcze i gorącem był...:(( Nieborak dostawał wrychle tak strasznych boleści, że się po dywanie tarzać potrafił, nogami wierzgając, wyklinając i womity prowokować probując...
Ano i nie dziwota temuż, że się z czasem był przyzwyczaił jadać śniadania samotnie (częstokroć nad raportami, luboż i w wannie:). Najczęściej to jajka były gotowane luboż sadzone, czasem omlet... Południową porą zaszczycał swą uwagą ulubioną sałatkę z ziemniaków, soczewicy, fasoli lub zielonego groszku z przymieszką sałaty włoskiej i jajec, tem razem na twardo warzonych. Nawiasem, to w tejże sałatce bym się doszukiwał przyczyn nadto częstych u cesarza obstrukcyj, dla których znowuż spędzenia często sobie "zupę królowej"* ordynował.
Z zup inszych wielce poważał rosół z makaronem, takoż wszelkie jarzynowe wywary. Z mięs na cesarskiem stole rządziła wołowina, baranina i czasem drób, a kto by się z wieprzowiną był cisnął, utratą posady kuchmistrza ryzykował:), podobnie zresztą gdyby niebacznie w fasolce szparagowej "wąsów" ostawił, co w furię Napoleona wprawić potrafiło...:) Z rybami Napoleon się zabawiać nie lubił, choć nie dla przyczyn smakowych, jeno temuż, że czasu mitrężyć na zabawę z ośćmi nie cierpiał. Osobliwością w tem człeku to, że czosnku pono nie znosił, co wielu zgodnie przytwierdza. Ciekawym tedy, jakże mu bez tegoż czosnku kucharz kurczaka po prowansalsku, ponoć ulubionego, przyrządzał, boć podług mnie nie sposób tegoż dokonać... Widno może jaki koncept bezczosnkowy to był, dziś już przepomniany... Z serów kontentował się parmezanem i rokforem, takoż olęderskiemi serami twardemi, uwielbiał owoce, choć ich nigdy nadto wiele nie zjadał (zaliżby jakie z temi czereśniami za młodu jadanemi spomnienie przykre?:), a prawdziwie dogadzał sobie przy deserach. Może i owych zaokrągleń na figurze trza przyczyny w tych nugatach, migdałach i ciasteczkach z lubością pogryzanych szukać?:)) Na heleńskiej insuli, gdzie o frukta świeże nader ciężko było, deserem najulubieńszem stał się banan w cieście, przódzi w rumie marynowany.
Nawiasem: jakoż cesarza na ową insulę odległą wieziono, admirał Cockburn miał sobie to za honor, by nudę podróży więźniowi, prawdziwie przezeń szanowanemu osłodzić. Temuż i sadził się biedak na uczty i biesiady, któremi jako mniemał, Bonapartowi czas umila... Gdybyż nieborak wiedział, że to w umyśle Korsykanina za jeszcze jedną torturę "perfidnego Albionu" poczytane mu będzie...:)
_________________________
* ordynowana na zlecenie lekarza przybocznego, Corvisarta, mieszanina cukru, żółtek kurzych i mleka.
16 listopada, 2012
O trybówkach...
Lat temu parę już, gdy licznym, osobliwie młodym, angielski i irlandzki chleb zapachniał , i mnie to dotknęło, bom z dnia na dzień z nagła musiał rękodajnych dwóch pożegnać, ku strapieniu niemałemu, bo to przecie i robota ugodzona, i termina. Nie dziwota zatem, żem był w alteracyi niemałej, ano i w tem stanie cosi żem tam o trybówkach zamruczał pod nosem, na coż mię insi indagowali cóż to za dziwo... Onych żem pojaśnił,
dyskursu tem w on czas budząc niemałego, tedy się nie godzi, by
Lectores moi w tem względzie gorzej mieli być edukawani niźli
czeladź moja, ergo dziś nam się w czasy cofnąć wieków średnich,
gdzie bodaj cech każdy w statutach swoich trybówek obmyślił.
Owoż mechanizma warsztatami dawnemi
rękodzielnymi kierujące takie były, że nim się u mistrza
czeladnik zadomowił, ugadywano się najsamprzód na czas próby
niejakiej, najczęściej na jedną luboż i dwie niedziele liczony.
Szło przy tem nie tyle o to, by się ów do rzemiosła wdrożył,
ile by cyrkumstancyj wszytkich poznał, takoż i towarzystwa
domowego, bo że majster może i o złotym sercu, przecie może
połowica onegoż jędza?* Luboż insi czeladnicy-psotnicy onemu
nowemu ponad miarę dokuczać będą? A może i jejmość karmi
podle? Abo onemu gdzie spać dadzą, gdzie z dachu kapie, a siennik
arcypodły? Tego wszytkiego by rozeznać właśnie, czasu próbnego
sobie strony dwie naznaczały i jeszli się po tem czasie czeladnik
ani nawet probować dalej ugadywać nie chciał, nie śmiał go
mistrz nijakim sposobem k'temu przymusić!
Naturaliter, się to jeno czeladzi nowej
tyczyło, boć jeśli majster terminatora od maleńkości chował,
tedy onemu nic się w domostwie nowego już ukazać nie mogło, tedy
ów miał po egzaminie swoim czeladniczym święto prawo odejść
luboż i pozostać, przecie onemu nikt na myszlenie takie dwu
niedzieli nie dawał!
Cóż jednak było dalej? Zaliżby
czeladnik do warsztatu był przywiązany niczem koń do kieratu, a
chłop późniejszy do ziemi? A uchowaj Boże! Zawżdy mógł on
odejść, gdzie oczy poniosą, jeno czasu wypowiedzenia dochowawszy,
którego statuta najróżniej naznaczały, przecie najwięcej znów
tego na dwie licząc niedziele. Wypowiedzenie służyło stronom obu,
z tem że czasem mistrzowi tegoż czasu na połowę dzielono, aliści
były i takie cyrkumstancyje gdzie pod grozą kar niemałaych,
zbraniano czeladnikom tegoż prawa, a to na dwie (luboż i trzy, a i
cztery czasem) niedziele przed Natum Christi, Wielgą Nocą i
Zielonemi Świątkami, temże to tłomacząc, że i raz wtedy ruch we
warsztacie największy, zasię mało się kto wtedy z czeladzi
wędrownej po gościńcach kręci, temuż takie odejście moc
frasunku by mistrzowi przyczyniło, bo gdzieżby on czasem
przedświątecznym następcy miał szukać?
Taż sama była przyczyna odmowy na czas
niejaki przed jarmarkami dorocznemi, takoż i w rzemiesłach
niektórych, jakobyśmy dziś rzekli, dla technologicznych przyczyn.
I tak nie lza było czeladnikowi służby wypowiadać, gdy pracy
jakiej napoczęto, którejby się potem za absencyją czeladzi
dokończyć nie dało, luboż by to jedynie ze szkodą dla mistrza
dokończone być mogło. Zatem u piwowarów nie godziło się
czeladnikowi odejść, nim "poczętą sztukę słodową dorobi i
odda panu swemu", u barchaników "którybykolwiek z
towarzyszy postaw albo jaką sztukę rzemiosła swego zaczął, tak
niżby dokończył roboty, nie ma odchodzić i zaczętej roboty
pozostawić", u kurdybaników zasię póki "skóry z
popiołu nie zostaną wyjęte"...
Gdybyż jednakowoż dla jakichkolwiek bądź
przyczyn czeladnik odszedł bez wypowiedzenia, tedy okrom kary,
której tu najwięcej grzywną w pieniądzu na rzecz cechu luboż i w
wosku (na świece przez cech w kościele swoim ofiarowywane)
praktykowano, dotykała go jeszcze i trybówka, czyli cosi na kształt
listu gończego z wilczym biletem złączonego... Na kogo bowiem
spadała trybówka "ten miał być nigdzie do warsztatu
przyjętym", ni w mieśćcu gdzie się swej zbrodni dopuścił
był, ni gdziekolwiek indziej, "trybówka albowiem wszędy ma za
nim iść, gdziekolwiek się obróci".
Ano i przyznać trzeba, że w czasach gdy w
kraju władza silną była, a po gościńcach i drogach pokój, byłoż
to narzędzie wielce skuteczne, bo prawdziwie odmieniało zbiega w
cosi na kształt banity cechowego, którym był, dopokąd się przed
sąd cechowy w grodzie swojem na powrót nie stawił i naznaczonej mu
kary nie odpokutował, a do mistrza swego nie wrócił. Aliści jako
i denar każdy dwóch ma stron, tak i trybówka, a więcej jeszczeć
powszechność onej stosowania, wielce nam ciekawych spraw mówi o
kondycyi kraju całego... Czemże bowiem więcej wojen i
niespokojności wszelakiej, tem i trybówek więcej, a domniemywać
przy tem że i ze skutecznością egzekucyi krucho...
W czasach spokojniejszych bowiem wiedział
bowiem taki jeden z drugiem, że jako pana swego i warsztat porzuci,
będą za nim "pisane listy" i choćby do inszego zbiegł
miasta, bo tak się to najgęściej działo, że się nasłuchał w
jakiej szynkowni, że to gdzie tam daleko po dwa pono płacą skojce
za robotę, temuż i onemu za temże zaraz biec było mirażem, to go
i tam najdą i od tamecznego cechu żądać będą, by go odprawiono.
I tu się pojawiały cyrkumstancyje nowe, bo jeśli ów o nic inszego
okrom pracy porzucenia obwiniony nie był, cechmistrzom w mieście
jego nowym jeno oblig go był wydalić, a małoż i na tem! Czeladź
insza pracująca w warsztacie, w którem by mistrz przeciw prawu
zbiega zatrudniał, winna sama warsztat opuścić i się do starszych
cechu stawić, by mistrza w ten sposób przymusić, by trybowanego
oddalił.
Naonczas starsi najczęściej się do
municypalnej zwierzchności udawali, by zbiega ujęła i ów dopotąd
w ratuszowej ciemnicy siedział, dopokąd nie zaręczył, że się
nazad wróci, skąd przybył i dorobi, co przerwał, luboż straty
poczynione odrobi. Rzeknie kto, że cóż to jest, by czeladnika
na parol, niczem szlachcica, wypuszczać... Ano, temu rzekę, że
jakoby ów tego słowa przed municypalnością nie był dotrzymał,
natemieście by pomiędzy złoczyńców był policzon i wszędy,
gdzie by go pojmano, już by go i na sąd, jako zbrodniarza
wiedli, a przy tem tożby już i kres był jakiejbądź nadziei, by
się kiedykolwiek miał na majstersztyk w jakiembądź mieście móc
wysadzić. Tedy i po największej części, ów powrócić wolał i
odrobić, niźli by miał ze strażą być odstawionym, której to
straży koszt na cech jego macierzysty byłby nałożonym, a od niego
zasię znów na mistrza dawnego tegoż huncwota. Ani zasię wątpić
przy tem, że ów majster niechybnie by tegoż pilnował, by mu
dostawiony nazad trybowaniec wszyściutkiego co do grosza odrobił!
Tegom jeszcze rzec przepomniał, że
trybówek na małe i wielkie dzielono. Wielga zachodziła bez wyjątku
ze skutkiem natychmiastowem; mała zasię niejako ukłonem była na
rzecz mistrza nowego, który przecie trybowanego w najlepszej czasem
przyjmował wierze i znowuż o to szło, by trybowany pracy poczętej
dokończył, tedy podług nakazów małej trybówki, ścigany mógł
jeszczeć i do czterech niedziel na nowem pracować, nim mu powrócić
był oblig.
*____________________________________
Jak to w wiele lat później genijalnie zgoła ujęli Starsi Panowie dwaj:)
"Czy mama się nie wtrąca
i szczęścia nie zamąca? [...]Czy wujek z czci odarty
Nie oszukuje w karty?
Czy chęcią żartów party
nie nadoskwiera brat?
ref. Takich pytań sto -
bardzo dużo to,
ale nie spoczniemy my -
aż sprawdziemy, czy:
gdy dziadzio przyjdzie w gości,
nie nudzi do nudności?[...]
A szwagier, który tyra,
aż w piersi dech zapira -
czy nie wymusza żyra
pod groźbą szczucia psem?
ref. Takich pytań sto –
babunia nie wyżera
przysmaków z fryżydera?
Czy ciocia nie wybiera
z półmiska lepszych sztuk?
Czy - przewracając stolik -
stryjaszek alkoholik
nie stłucze znów majolik,
choć sporo on już stłukł?
ref. Takich pytań sto –
czy kuzyn somnambulik
bladziutki jak śledź ulik
nie wejdzie śpiąc w koszuli
przestraszyć nas we śnie? [...]"
13 listopada, 2012
O fajermanach, szprycmagistrach i o przekleństwie orzechów włoskich...
Wbrew tytułowi nie idzie mi o to, by
owoce gatunku Juglans regia opisywać, czy zachwalać, bo nam głównie przyjdzie snuć o pożarach opowieść...
A tak, tak! A ściślej o straszliwem pożarze, któregoż
owe orzechy były przyczyną.... ale idźmyż ab ovo... Roku
Pańskiego 1850 lato było upalne nielutościwie, temuż iskra
najdrobniejsza w czasach, gdy municypium straży ogniowej przyzwoitej
nie miało, grozę budziła i trwogę...
W owo wielce upalne popołednie 18
Jula, w Polszcze Lipcem zwanego, zapalił się od przyczyny nieznanej
jeden z młynów przy ulicy, co się wielce stosownie zwała Dolne
Młyny. Trzebaż trafu nieszczęśnego, że do młyna tego przylegał
dom sadownika, co na strychu suszył bez mała tysiącami owych
orzeszków z pozoru niewinnych:(( Co się działo potem z onemi
orzechami, najlepiej świadek naoczny Józef
Louis opisał:
"...stały się one prawdziwymi posłannikami
piekła (...). Przy rozrzedzeniu powietrza przez ogień pożaru
łupiny te ulatywały wysoko w górę i tam jakby balony pląsały, a
stamtąd wiatr zachodni przenosił je aż do środka miasta,
gdziekolwiek bowiem taka bombka na dach rozgrzany od słońca
zapadła, tam zaraz zapalała jak rakieta. I to tłumaczy dlaczego
jednocześnie w kilku punktach ogień się pokazał i całą
przestrzeń tak nagle ogarnął".
Insza tegoż prospektu spektatorka
cależ inaczej rzeczy postrzegała, co i nie dziwne, boć
dziecinie dziesięcioletniej trudnoż było przecie grozy całej
sobie wystawić... "Co za widok! Całe miasto w ogniu.
Płomienie, jasne i czarne kłęby dymu... Straszne to, a zarazem
porywające. Klasnęłam w dłonie i zawołałam: - O, jakie to
wspaniałe!"
Dodać się godzi, że nasza mała
pamiętnikarka ostro przez macierz swą skarcona została za owe
niestosowne zachwyty, aliści skoro po latach tego z takiemi
szczegółami spominała, musiało to na Helenie Modrzejewskiej, bo o
niej to mowa, wrażenie wywrzeć niemałe...
W owem pożarze spłonęło 160 budynków,
4 kościoły i 2 klasztory... Na tejże paginie
garść grawiur niektóre z nich wystawiające... Jeszcze rok później
za wizytą Najjaśniejszego Pana miasto było niczem kaleka, temuż i
Miłościwie Panujący Franz Josef sakiewki na wsparcie pogorzelcom
rozsupłał...
Władzom zasię municypalnym tragedyja owa
assumpt dała do działań niezwłocznych, by straży ogniowej z
prawdziwego zdarzenia urządzić, co nastąpiło... jak na krakowskie
stosunki, nieomal "od ręki", bo już w lat niespełna
piętnaście później, co i słuszna, bo przódzi do czasu pożaru
tegoż, byłaż ci w mieścinie straż, pożal się Boże, z
pięciu (!) "mężczyzn, z użyciem sikawek obeznanych"...
Powszechnie wiadomo o Polakach, że mądrzy po szkodzie, to i
dopieroż onego nieszczęścia trza było, by się miasto sprawą na
poważnie zajęło, prawdziwą straż formując, niemal , jak sami widzicie: natychmiast...
Straż początkiem jeno ochotniczą
była i własnem się rządziła regulaminem, takoż hierarchiją,
podług której szprycmagister, później szprycmajstrem zwany
podlegał oberszprycmajstrowi, ci zaś z kolei brandmajstrowi. Do
straży był należeć honor wielki i najznamienitsi sobie to
poczytywali, że się mogli między szprycmajstrów liczyć. Między
inszemi sam marszałek krajowy JWP Andrzej hr.Potocki, o którem
przypowieść była, jako to przy akcyjej gaśniczej we Wieliczce
wpadł był do dołu kloacznego, jednakowoż do końca gaszenia na
stanowisku swem wytrwał.
Zawodowej straży się doczekalim
A.D. 1873, a jej komendantem pierwszem ostał się brandmajster
Wincenty Dołęga Eminowicz, tem słynny, że do pożaru każdego,
czy to za dnia, czy nocą się zdarzającego, przybywał powozem
własnem, świeżutko ogolony w nienagannie wyprasowanem mundurze z
rękawiczkami białemi. Rok później fajermani posługę swą
zaczęli na Wieży Mariackiej, tradycyi trębacza hejnał grającego
kontynuacyję czyniąc, co się jeno durniom jakim przyjezdnym z
Kongresówki nie zawsze widziało (Prus: "Stanąłem nie opodal
Rynku i byłbym spał dobrze, ale jakiś wariat grał z wieży na
trąbie co godzinę").
W lipcu 1912 roku, gdy za piorunu przyczyną
zapalił się Wieży wierzchołek, a węże podciągnięte na taką
wysokość nadto słabe ciśnienie wody miały, komenderujący
oberbrandmistrz Jan Obidowicz "kierując się nadzwyczajną
przezornością i wrodzonym popędem prawdziwego strażaka, z humorem
człowieka obytego z niebezpieczeństwem, puścił na ogień w sposób
równie skuteczny jak i naturalny ten "prąd wody", którym
osobiście rozporządzał"....
11 listopada, 2012
O dniu rzekomo spokojnym...
Z ust paru, ważnych zdałoby się ludzi, żem słyszał, jakiejże to dojrzałości dowodem, tudzież kultury stron obu, że dzień 11 listopada do historyjej był przeszedł jako niemal spokojny, radosny dzień, gdzie bezkrwawo Niemiaszków rozbrajano i sztandar polskości w górę dźwigano... Ano, jako zwykle "warszawce" się zdawa wejrzenia swego za jedyne i najmędrsze widzieć... rzeknijmy tedy dla porządku rzeczy, jakże ów dzień wyglądał we Lwowie, gdzie garść naszych od dni z górą dziesięciu z determinacyą niezwykłą bój o przyszłość grodu tego toczyła...
Z wieczora jeszcze dnia poprzedniego, posilony kilkunastoma ludźmi oddziałek porucznika Olechowskiego, natarł na siczowców wokół poczty głównej się kupiących i po parogodzinnem boju opanował pół parteru i piętra onejże. Że przytem schody całe miał pod władzą, tedy Ukraińcy na pierwszem i drugim piętrze komunikacyję ze swojemi na parterze jeno głosem mieli. Noc całą bój szedł o pocztę, gdzież nasi krok za krokiem siczowców spychali, za czym większość wolała z okien skakać na bruk Sykstuskiej ulicy, niźli się zdać na parol. W czas starcia kto tam, celowo, czy nieumyślnie ognia podłożył i w gmachu nie tylko od bitewnej gorączki gorąco było... Nad ranem parlamentarze armistycjum* wynegocjowane ( ale jeno w granicach ulic Kraszewskiego i Kopernika) ogłosili i straż się do gaszenia wzięła, co dla ogromu papierów wewnątrz poczty nader trudnem się widziało, aleć przecie do wieczora ognia zagaszono.
Armistycjum jeno dla poczty gaszenia postanowione było, ale co jedni jako wszelkiego działania strzymanie widzieli, drudzy jeno jako czasowe ode walki odstąpienie. Przymówili się nasi Ukraińcom, że niepolitycznie, parol dawszy, czasu tego używać na zajmowanie cichcem inszych domostw, niźli się we władaniu pierwej miało, aleć siczowców to mało co obeszło, tedy nasi uznawszy to za złamanie ugody, z nowem animuszem natarli na wroga i k'wieczorowi obiedwie ulice całe nasze już były.
Drugim dnia tego nader zapalnem rejonem był Zamarstynów, takoż i dla tej przyczyny, że batjary nasze tam wojujące mało karnem się wojskiem nocną porą stawały, po domostwach się dla uroku pierzyny własnej rozchodząc. Tejże prawdy oddać też im przyjdzie, że rankiem się znowu zebrawszy umieli w kilka pacierzy odbić teren nocą utracony. Tegoż dnia bojom o rzeźnię niemal końca nie było, a wieleż razy ona z rąk do rąk przechodziła, nikt spamiętać nie zdolił...
Artyleryja siczowa, z Wysokiego Zamku strzelająca, zdołała podpalić Sanitätsdepot** na ulicy Bema, co zamięszanie spore w linijach naszych poczyniło i ukraiński atak zdołał frontu przełamać. Chłopcom naszym z trudem najwyższem, walcząc dzień cały, często i gęsto pierś w pierś, pod wieczór dopiero udałoż się terenu straconego odzyszczeć. Za ich plecami niemniej ciężka walka szła o ocalenie czego się da z materyjałów sanitarnych, co wszytcy przecie pojmowali, że jako spłonąć im pozwolą, rannych naszych nierównie więcej pomrze, pomocy nie otrzymawszy. Nie bacząc tedy ani na cięgiem strzelające działa z Wysokiego Zamku, ni na kulomioty ołowiem plujące z odległych o jakie dwieście metrów (!) koszar Ferdynanda, strażacy węży rozwijają i do gaszenia się biorą, często i własnemi w strzępy porwanemi koszulami przewiązując postrzelane węże! Komendant strażaków rychłoż padnie z bokiem przestrzelonym , za nim następnych kilkunastu, kilkoro śmierci swej w płomieniach szalejących znajdzie, nie mogąc na ostrzeliwaną ulicę wybiec, ale przed wieczorem ogień opanowano, Bóg jeden raczy wiedzieć iluż przyszłym rannym życie przy tem ratując!
Zdawać by się mogło, że przy tak srogich terminach, ani myśleć o czem więcej... jednak, że zewsząd głosy docierały o nowych sił ukraińskich do Lwowa ściąganiu, co się nader smutnie skończyć mogło, jakoby one wszytkie o jednem czasie z kierunków trzech naraz chociaby na dworzec natarły, obrona polska by się pewnie wraz i cała posypała... Dla tejże przyczyny, komenda nasza umyśliła cios ukraiński uprzedzić i pierwszemu na oddziały w lesie biłohorskim się kupiące natrzeć. Dla szczupłości sił naszych, by do natarcia sił jakich detaszować***, niemal całego szczuplutkiego frontu przyszło poruszyć i to cichcem, by się nieprzyjaciel nie zorientował. Gdzieniegdzie i k'temu przyszło, że po dwóch, trzech ostało jakiej kamienicy bronić; aleć wyzbieranych oddziałów zadosyć było, by jeszcze i przed północą na biłohorskie zgrupowanie natrzeć, rozbić je i na karkach ukraińskich goniąc nad ranem 12 listopada dojść i do Zimnej Wody...
___________________
* armistycjum - zawieszenie broni
** Sanitätsdepot - (niem) skład materiałów sanitarnych
*** detaszować - (z fr.) wydzielić, oddelegować
Z wieczora jeszcze dnia poprzedniego, posilony kilkunastoma ludźmi oddziałek porucznika Olechowskiego, natarł na siczowców wokół poczty głównej się kupiących i po parogodzinnem boju opanował pół parteru i piętra onejże. Że przytem schody całe miał pod władzą, tedy Ukraińcy na pierwszem i drugim piętrze komunikacyję ze swojemi na parterze jeno głosem mieli. Noc całą bój szedł o pocztę, gdzież nasi krok za krokiem siczowców spychali, za czym większość wolała z okien skakać na bruk Sykstuskiej ulicy, niźli się zdać na parol. W czas starcia kto tam, celowo, czy nieumyślnie ognia podłożył i w gmachu nie tylko od bitewnej gorączki gorąco było... Nad ranem parlamentarze armistycjum* wynegocjowane ( ale jeno w granicach ulic Kraszewskiego i Kopernika) ogłosili i straż się do gaszenia wzięła, co dla ogromu papierów wewnątrz poczty nader trudnem się widziało, aleć przecie do wieczora ognia zagaszono.
Armistycjum jeno dla poczty gaszenia postanowione było, ale co jedni jako wszelkiego działania strzymanie widzieli, drudzy jeno jako czasowe ode walki odstąpienie. Przymówili się nasi Ukraińcom, że niepolitycznie, parol dawszy, czasu tego używać na zajmowanie cichcem inszych domostw, niźli się we władaniu pierwej miało, aleć siczowców to mało co obeszło, tedy nasi uznawszy to za złamanie ugody, z nowem animuszem natarli na wroga i k'wieczorowi obiedwie ulice całe nasze już były.
Drugim dnia tego nader zapalnem rejonem był Zamarstynów, takoż i dla tej przyczyny, że batjary nasze tam wojujące mało karnem się wojskiem nocną porą stawały, po domostwach się dla uroku pierzyny własnej rozchodząc. Tejże prawdy oddać też im przyjdzie, że rankiem się znowu zebrawszy umieli w kilka pacierzy odbić teren nocą utracony. Tegoż dnia bojom o rzeźnię niemal końca nie było, a wieleż razy ona z rąk do rąk przechodziła, nikt spamiętać nie zdolił...
Artyleryja siczowa, z Wysokiego Zamku strzelająca, zdołała podpalić Sanitätsdepot** na ulicy Bema, co zamięszanie spore w linijach naszych poczyniło i ukraiński atak zdołał frontu przełamać. Chłopcom naszym z trudem najwyższem, walcząc dzień cały, często i gęsto pierś w pierś, pod wieczór dopiero udałoż się terenu straconego odzyszczeć. Za ich plecami niemniej ciężka walka szła o ocalenie czego się da z materyjałów sanitarnych, co wszytcy przecie pojmowali, że jako spłonąć im pozwolą, rannych naszych nierównie więcej pomrze, pomocy nie otrzymawszy. Nie bacząc tedy ani na cięgiem strzelające działa z Wysokiego Zamku, ni na kulomioty ołowiem plujące z odległych o jakie dwieście metrów (!) koszar Ferdynanda, strażacy węży rozwijają i do gaszenia się biorą, często i własnemi w strzępy porwanemi koszulami przewiązując postrzelane węże! Komendant strażaków rychłoż padnie z bokiem przestrzelonym , za nim następnych kilkunastu, kilkoro śmierci swej w płomieniach szalejących znajdzie, nie mogąc na ostrzeliwaną ulicę wybiec, ale przed wieczorem ogień opanowano, Bóg jeden raczy wiedzieć iluż przyszłym rannym życie przy tem ratując!
Zdawać by się mogło, że przy tak srogich terminach, ani myśleć o czem więcej... jednak, że zewsząd głosy docierały o nowych sił ukraińskich do Lwowa ściąganiu, co się nader smutnie skończyć mogło, jakoby one wszytkie o jednem czasie z kierunków trzech naraz chociaby na dworzec natarły, obrona polska by się pewnie wraz i cała posypała... Dla tejże przyczyny, komenda nasza umyśliła cios ukraiński uprzedzić i pierwszemu na oddziały w lesie biłohorskim się kupiące natrzeć. Dla szczupłości sił naszych, by do natarcia sił jakich detaszować***, niemal całego szczuplutkiego frontu przyszło poruszyć i to cichcem, by się nieprzyjaciel nie zorientował. Gdzieniegdzie i k'temu przyszło, że po dwóch, trzech ostało jakiej kamienicy bronić; aleć wyzbieranych oddziałów zadosyć było, by jeszcze i przed północą na biłohorskie zgrupowanie natrzeć, rozbić je i na karkach ukraińskich goniąc nad ranem 12 listopada dojść i do Zimnej Wody...
___________________
* armistycjum - zawieszenie broni
** Sanitätsdepot - (niem) skład materiałów sanitarnych
*** detaszować - (z fr.) wydzielić, oddelegować
08 listopada, 2012
O pocięglu...
Studiując, skądinąd pasjonującą:),
"Instrukcję
dla maszynisty parowozowego"z roku 1923, nalazłżem
był w rozdziale drugiem o obsłudze parowozu paragrafu 9 o tegoż
parowozu urządzeniach, a w niem takież oto zdanie:
"średnica pałąka sprzęgowego w punkcie
stycznym z hakiem pocięgla (podkr.moje-Wachm.) winna wynosić
najmniej 30 m/m."
Nie o toż mi idzie by to deszyfrować
probować, bom od ambicyj takich daleki, starczy mi tego, że słówko
"pocięgiel" tu najwidniej użyte w takiem zostało
pojmowaniu, że się tem cosi pociąga; słowem, że
staropolskiego:)))) użyję: wihajster to jaki, którem się insze
mechanizma uruchamia pociągając zań. Żem już gdzie był tego
napotkał, a bodaj czy nie Chmielewska z lubością tegoż używa,
tam gdzie jaki rodzaj "cięgna" by może właściwszy był,
umyśliłem prawdziwe "pocięgla" znaczenie przypomnieć.
Byłże ci to bowiem we średnich, a i
późniejszych wiekach pasek najzwyklej rzemienny, którem szewc
(temuż i częstokroć mistrzem pocięgla zwany, jako się mularza
mistrzem kielni zwało i dopotąd zwie) opasując sobie kolano i
przydeptując stopą, unieruchamiał but na temże kolanie trzymany,
by się mu ów jako nie wysmyknął przy czynnościach wpodle niego
podejmowanych. Przykrzejszego może i czeladnikom, czy uczniom
szewskim znaczenia ów pocięgiel nabierał był, gdy przyszło
którego za jaką tam przewinę, luboż zapału do pracy niedostatek,
pokarać...:(( , bo pocięgiel się ku temu nadawał arcywybornie, a
i lepiej jeszczeć niźli pasek z pludrów dobyty, bo go ściągać
nie trza było, a i nie groził nieprzystojnem pludrów opadnięciem.
06 listopada, 2012
O "Stańczyku" chasydyzmu...
W dobie chasydyzmu mistycyzującego i melancholijnego, byłaż jedna postać, co się kwintesencyją żydowskiego humoru ludowego zdała. Herszel Ostropoler (czyli z Ostropola) porodził się jakosi z końcem ośmnastego stulecia i przez lat kilkadziesiąt wyczyniał sobie, bliźnim i Bogu mniejsze lub większe facecyje, czem sobie na tenże przydomek po Stańczyku dziedziczony, zasłużył...:)
Ongi, insi go napominali chasydzi, zgorszeni tem, że się nadto mało modli, boć ów iście wymamrotawszy parę błogosławieństw się chyżo miał z bóżnicy ku odwrotowi. Nareście mu kilku starszych co do słuchu rzekło, za wzór cadyka dajać, na co im Herszel odparł:
- Nasz rabbi ma moc frasunków, bo mu myśleć mus o całem swojem dworze i o stajni... o bliższej i dalszej familii, o was...o narodzie całem naszem... A cóż ja? Ja mam jedną żonę, no i kota... A więc stanęwszy sobie cichuśko gdzie w kątku westchnę jeno"Panie Boże! Żona-kot, kot-żona!" i więcej interesów do Pana Boga już nie mam.
03 listopada, 2012
O wiarygodności memuarów, czyli jeszczeć o Bontempsie...
Będziem dziś tu mięli cosi na kształt konfrontacyi świadków, aliści nim ku rzeczy przejdziem, zdałoby się nam personae dramatis wystawić. Co się pierwszego tyczy, czyli Piotra Karola Franciszka Bontempsa, tom go był tu już spominał, cależ nawet bogato, bo i persona arcyciekawa:
"O pewnem zapalczywem Francuzie, co polskim jenerałem został i za cara zginął..."
Oskarżyciel onegoż, to ówcześny pułkownik, świeżo z majora podniesiony, co w kampanijej 1809 roku pod Sandomierzem stawał jako dowódca 12 pułku piechoty liniowej, Jan Weyssenhoff. Z niemieckiej ci on familijej, co w Inflantach osiadłszy, dawno się już i spolonizowała ze szczętem. Tamże (w Andżelmujży) porodził się był Weyssenhoff Anno Domini 1774 i nim do owej wojaczki z Austryjakami pod Sandomierzem doszło, być zdążył oficyjerem w polskim jeszcze wojsku przed rozbiorem wtórym, w insurekcyi kościuszkowskiej był samego Jakuba Jasińskiego we Wilnie adiutantem, zasię przeszedł do 8 pułku jazdy litewskiej. Trzynaście lat później rzec by można, że się ta rzecz i powtarza: oto zgłasza się on wolentarzem jenerałowi Dąbrowskiemu Wielgą Polskę oswabadzającemu na adiutanta (20 grudnia 1806 roku), ale już 23 lutego 1807 widzimy go majorem w tymże 12 pułku piechoty, z którem w czasie nas interesującym, się i pod Sandomierzem był znalazł i onego w maju 1809 dobywał, zasię w miesiąc później bronił...*
Świadków wystawiwszy, pora nam przejść do aktu oskarżenia, którego właśnie Weyssenhoff autorem (Jan Weyssenhoff, Pamiętnik, Warszawa 1904.):
** Arcyrzadki to w dziejach naszych wypadek, aliści w rzeczy samej na skutek dyplomatycznych między carem a Napoleonem układów, poczynając od pokoju w Tylży z 1807 roku, byli Rossyanie naówczas (a ściślej: winni byli być) aliantami naszemi przeciw Austryjakom. Prawdziwie jednak jeno rzecz tę pozorowali, starając się być jak najwięcej szkodnemi, za cóż znów odpłacili im tem samem w 1813 Austryjacy, co znów wtedy nam przeciw Moskalom sojusznikami byli być winni...:((
*** Sokolnicki w "korpusiku" swojem miał tylko trzy pułki piechoty (3, 6 i 12), w dodatku 12 tylko z batalionami dwoma oraz jazdy zaledwie dwa szwadrony.
"O pewnem zapalczywem Francuzie, co polskim jenerałem został i za cara zginął..."
Oskarżyciel onegoż, to ówcześny pułkownik, świeżo z majora podniesiony, co w kampanijej 1809 roku pod Sandomierzem stawał jako dowódca 12 pułku piechoty liniowej, Jan Weyssenhoff. Z niemieckiej ci on familijej, co w Inflantach osiadłszy, dawno się już i spolonizowała ze szczętem. Tamże (w Andżelmujży) porodził się był Weyssenhoff Anno Domini 1774 i nim do owej wojaczki z Austryjakami pod Sandomierzem doszło, być zdążył oficyjerem w polskim jeszcze wojsku przed rozbiorem wtórym, w insurekcyi kościuszkowskiej był samego Jakuba Jasińskiego we Wilnie adiutantem, zasię przeszedł do 8 pułku jazdy litewskiej. Trzynaście lat później rzec by można, że się ta rzecz i powtarza: oto zgłasza się on wolentarzem jenerałowi Dąbrowskiemu Wielgą Polskę oswabadzającemu na adiutanta (20 grudnia 1806 roku), ale już 23 lutego 1807 widzimy go majorem w tymże 12 pułku piechoty, z którem w czasie nas interesującym, się i pod Sandomierzem był znalazł i onego w maju 1809 dobywał, zasię w miesiąc później bronił...*
Świadków wystawiwszy, pora nam przejść do aktu oskarżenia, którego właśnie Weyssenhoff autorem (Jan Weyssenhoff, Pamiętnik, Warszawa 1904.):
"Tak się ten szczęśliwy dzień w tym punkcie zakończył. Niecała linia pułku 12 była równie szczęśliwa; zbytecznie rozległa, rozproszonymi oddziałami broniona, była w środku przełamana. Szef batalionu Morawski i koło 100 żołnierzy dostało się w niewolę nieprzyjacielowi, ale miasto zostało obronione; nieprzyjaciel cofnął się o milę w tył. Tryumf ten był tym większy, że wszystkie korzyści były po stronie atakującego: przemożność sił, ilość dział, znajomość położenia i słabość okopów. Atak był i tym ułatwiony, że plan onego był ułożony przez kapitana Meciszewskiego, który sam to miasto fortyfikował.
Aczkolwiek bądź przymuszeni byliśmy dobrowolnie ustąpić z Sandomierza, obrona ta może być policzona między najpiękniejsze fakta militarne. Opieszałości pana Bontemps winniśmy byli tę przeciwność. Po skończonym ataku, gdy wszystkie pułki zużyły swoją amunicję, pokazało się, że pan Bontemps nie miał ani jednego ładunku gotowego, że znajdujące się w magazynie ładunki po Austriakach nie mieściły się w naszym kalibrze. Przerabiać je wtenczas było za późno. Nieprzyjaciel zapowiadał ponownie szturm dnia następującego. Mimo najmężniejszej dyspozycji garnizonu, generał Sokolnicki, zważywszy, że cała piechota nie miała ładunków (o czym nieprzyjaciel był zapewne uwiadomiony przez gęste komunikacje, które się natychmiast między nim a miastem ustanowiły), że wszyscy trzej dowódcy pułków byli ranni, że na artylerię pod dowództwem pana Bontemps nie mogliśmy rachować - zmuszony był do wejścia w układy. Stanęła następująca konwencja: wojsko polskie wyjdzie z miasta, zabierając wszystkie działa i wozy; wszyscy Polacy wcieleni z wojska austriackiego w nasze szeregi pozostaną przy nas; wojsko maszerujące w dół Wisły nie mogło być atakowane, aż się przeprawi przez rzekę; jeńcy będą wymienieni na równą liczbę (mieliśmy ich przeszło 600). Ta konwencja była dosłownie wypełniona. W zamian za naszych oficerów i 100 żołnierzy oddaliśmy wszystkich Niemców, Węgrów, Wołochów etc. Tym sposobem szef batalionu Morawski w liczbie oficerów był nam wrócony."
Przyznacie sami, że nader to ciężkiego kalibru jest oskarżenie... Zapewne i zrozumiecie, że Bontempsowi stronnicy. w których liczbę i ja mam się honor liczyć, szukali zajadle, jakże to prawdziwie było. I nienadaremno... Oto Bronisław Pawłowski w "Wojnie polsko-austriackiej 1809 r.", Warszawa 1999 pisze coś niemal przeciwnego zupełnie (s. 353 -opis ataku austriackiego na Sandomierz w nocy 15 czerwca):
Aczkolwiek bądź przymuszeni byliśmy dobrowolnie ustąpić z Sandomierza, obrona ta może być policzona między najpiękniejsze fakta militarne. Opieszałości pana Bontemps winniśmy byli tę przeciwność. Po skończonym ataku, gdy wszystkie pułki zużyły swoją amunicję, pokazało się, że pan Bontemps nie miał ani jednego ładunku gotowego, że znajdujące się w magazynie ładunki po Austriakach nie mieściły się w naszym kalibrze. Przerabiać je wtenczas było za późno. Nieprzyjaciel zapowiadał ponownie szturm dnia następującego. Mimo najmężniejszej dyspozycji garnizonu, generał Sokolnicki, zważywszy, że cała piechota nie miała ładunków (o czym nieprzyjaciel był zapewne uwiadomiony przez gęste komunikacje, które się natychmiast między nim a miastem ustanowiły), że wszyscy trzej dowódcy pułków byli ranni, że na artylerię pod dowództwem pana Bontemps nie mogliśmy rachować - zmuszony był do wejścia w układy. Stanęła następująca konwencja: wojsko polskie wyjdzie z miasta, zabierając wszystkie działa i wozy; wszyscy Polacy wcieleni z wojska austriackiego w nasze szeregi pozostaną przy nas; wojsko maszerujące w dół Wisły nie mogło być atakowane, aż się przeprawi przez rzekę; jeńcy będą wymienieni na równą liczbę (mieliśmy ich przeszło 600). Ta konwencja była dosłownie wypełniona. W zamian za naszych oficerów i 100 żołnierzy oddaliśmy wszystkich Niemców, Węgrów, Wołochów etc. Tym sposobem szef batalionu Morawski w liczbie oficerów był nam wrócony."
Przyznacie sami, że nader to ciężkiego kalibru jest oskarżenie... Zapewne i zrozumiecie, że Bontempsowi stronnicy. w których liczbę i ja mam się honor liczyć, szukali zajadle, jakże to prawdziwie było. I nienadaremno... Oto Bronisław Pawłowski w "Wojnie polsko-austriackiej 1809 r.", Warszawa 1999 pisze coś niemal przeciwnego zupełnie (s. 353 -opis ataku austriackiego na Sandomierz w nocy 15 czerwca):
"Wreszcie około godziny 1 w nocy ruszyły do natarcia kolumny piechoty austriackiej. Pierwsza, złożona z I batalionu pułku Davidovicha i 3 kompanii pułku Straucha oraz dywizjonu huzarów w odwodzie, dowodzona przez ppłk. Geigera, a prowadzona przez kpt.inż. Huelffa, ruszyła z Andraszkowiec na wieś Strochcice w celu opanowania Krakowskiego Przedmieścia i bramy krakowskiej. Oddział prawoskrzydłowy tej kolumny dość szybko przedostał się wzdłuż dopływu Wisły - Wisełki na kępę wiślaną pod Kocmierzowem i przy pomocy dywizjonu Straucha, który przeszedł tam z prawego brzegu Wisły, wyparł z niej po krótkim oporze kompanię fizylierów i 50 strzelców konnych. Następnie posunął się wzdłuż lewego brzegu Wisły aż po dawne kolegium jezuickie i szpital Św. Piotra, w którego obrębie była usypana bateria nr. 12. Tu jednak natrafili Austriacy na silny opór. Przywitały ich działa tej baterii, kierowane przez ppłk. Bontemps i ogień czterech kompanii pułku 3. piech., które następnie silnym przeciwuderzeniem zmusiły ich do odwrotu z poważnymi stratami."
Zatem mamyż dowodu, że artyleryja Bontempsowa była w obronie Sandomierza czynną, i to fortunnie czynną! Cytat kolejny, zdaje się dowodzić, że artyleryja nasza po prostu zużyła w obronie miasta cały cały kul armatnich zapas. Nie byłoby to więc zaniedbanie Imci Bontempsa.
s. 380
"Gen. Sokolnicki po opuszczeniu Sandomierza posuwał się ze swą brygadą pod eskortą austriacką wzdłuż lewego brzegu Wisły ku Pilicy. Szedł wolno, gdyż, wysławszy naprzód do Warszawy płk. Bontemps z żądaniem dostarczenia mu amunicji, chciał, aby transport jej już zastał go u przeprawy przez tę rzekę. 23 czerwca podczas postoju w Górze naprzeciw Puław otrzymał rozkaz sztabu generalnego, aby się przeprawił przez Pilicę i na jej lewym brzegu zaczekał na dalsze instrukcje."
Poszukując wytrwale znaleziono jeszczeć i inszą, pełniejszą, tych zdarzeń wersję, która, zda się, wyjaśnia już w pełni ten cały z ładunkami ambaras (A.M.Skałkowski "Książę Józef", Bytom 1913):
"Tymczasem doszła wiadomość o bitwie przegranej przez Zajączka pod Jedlińskiem 11-go czerwca w starciu z generałem Mondetem, który miał zostawioną komendę w księstwie, i o planach Austryaków obejścia głównego korpusu polskiego marszem na Ulanów. Gdy więc od współdziałania Rosyan** wszystko zawisło a Suwarow zasłaniał się brakiem wskazówek z głównej kwatery, posłał Poniatowski szefa swego sztabu, już z ran wygojonego Fiszera do Lublina do księcia Golicyna, aby położyć koniec tym wahaniom. Wojsku groziło największe niebezpieczeństwo, gdyż licząc na pomoc rosyjską osłabiło się na rzecz załogi w Sandomierzu, a straciwszy przeprawę na Wiśle nie mogło uchylić się przed przewagą korpusu Schaurotha ani złączyć się z trzecimi batalionami dywizyi Zajączka, które cofnęły się do Kozienic.
Bezpośrednio po bitwie zabrakło nawet nabojów. Lecz nie zabrakło ducha męstwa, poświęcenia, gotowości walczenia do ostatka. Ładunki austryackie, których jeden wóz zdobyto, gorliwie uderzeniami młotka, robiąc kule bardziej płaskiemi, przystosowywano do naszej broni. Aż w ciągu dnia, 13-go czerwca, niespodzianie nadeszły z Pragi wozy amunicyjne w liczbie ośmiu, okrzykami witane radości. [...] Sokolnicki spostrzegł się, że ubytek w jego szeregach wynosił do tysiąca ludzi czyli l/5 , wszystkich obecnych pod bronią, Więc chociażby podwójną była strata wroga, 689 zabitych, 986 rannych i 315 jeńców, to niemniej nie czuł się na siłach do wytrzymania wtórego natarcia. Wyszedł z bronią i honorami, ale oddalenie jego za Pilicę nie pozwalało na bezpośrednie użycie tych czterech znakomitych pułków i ocalonej części artyleryi..."***
Zdawać by się mogło, że honor Bontempsa obronionym już został, aliści dla dopełnienia dwa jeno zdania z raportu samego Sokolnickiego, xiążęciu Poniatowskiemu przesłanem:
"Podpułkownik Bontemps, dyrektor artyleryi, znajdował się [w czasie austryjackiego szturmu na miasto - Wachm.] w bateryi Nr. 12 i przez doskonałe użycie dział tamże znajdujących się, niemało przyczynił się do odparcia nieprzyjaciela i utrzymania się na tem ważnem stanowisku."
By zaś kropkę nad i postawić, sięgnijmyż po memuary jeszcze insze... Oto w "Papierach po generale" Juliana Sierawskiego, mamyż opisu z bojów pod Sandomierzem wcześniejszych, gdyśmy to my miasto w maju 1809 zdobywali ( za pracą Bieleckiego i Tyszki "Dał nam przykład Bonaparte....", tom I, s. 324-325), gdzie tak opisany jest finał nieudanego ataku 12-go pułku piechoty na bramę Opatowską:
Zatem mamyż dowodu, że artyleryja Bontempsowa była w obronie Sandomierza czynną, i to fortunnie czynną! Cytat kolejny, zdaje się dowodzić, że artyleryja nasza po prostu zużyła w obronie miasta cały cały kul armatnich zapas. Nie byłoby to więc zaniedbanie Imci Bontempsa.
s. 380
"Gen. Sokolnicki po opuszczeniu Sandomierza posuwał się ze swą brygadą pod eskortą austriacką wzdłuż lewego brzegu Wisły ku Pilicy. Szedł wolno, gdyż, wysławszy naprzód do Warszawy płk. Bontemps z żądaniem dostarczenia mu amunicji, chciał, aby transport jej już zastał go u przeprawy przez tę rzekę. 23 czerwca podczas postoju w Górze naprzeciw Puław otrzymał rozkaz sztabu generalnego, aby się przeprawił przez Pilicę i na jej lewym brzegu zaczekał na dalsze instrukcje."
Poszukując wytrwale znaleziono jeszczeć i inszą, pełniejszą, tych zdarzeń wersję, która, zda się, wyjaśnia już w pełni ten cały z ładunkami ambaras (A.M.Skałkowski "Książę Józef", Bytom 1913):
"Tymczasem doszła wiadomość o bitwie przegranej przez Zajączka pod Jedlińskiem 11-go czerwca w starciu z generałem Mondetem, który miał zostawioną komendę w księstwie, i o planach Austryaków obejścia głównego korpusu polskiego marszem na Ulanów. Gdy więc od współdziałania Rosyan** wszystko zawisło a Suwarow zasłaniał się brakiem wskazówek z głównej kwatery, posłał Poniatowski szefa swego sztabu, już z ran wygojonego Fiszera do Lublina do księcia Golicyna, aby położyć koniec tym wahaniom. Wojsku groziło największe niebezpieczeństwo, gdyż licząc na pomoc rosyjską osłabiło się na rzecz załogi w Sandomierzu, a straciwszy przeprawę na Wiśle nie mogło uchylić się przed przewagą korpusu Schaurotha ani złączyć się z trzecimi batalionami dywizyi Zajączka, które cofnęły się do Kozienic.
Bezpośrednio po bitwie zabrakło nawet nabojów. Lecz nie zabrakło ducha męstwa, poświęcenia, gotowości walczenia do ostatka. Ładunki austryackie, których jeden wóz zdobyto, gorliwie uderzeniami młotka, robiąc kule bardziej płaskiemi, przystosowywano do naszej broni. Aż w ciągu dnia, 13-go czerwca, niespodzianie nadeszły z Pragi wozy amunicyjne w liczbie ośmiu, okrzykami witane radości. [...] Sokolnicki spostrzegł się, że ubytek w jego szeregach wynosił do tysiąca ludzi czyli l/5 , wszystkich obecnych pod bronią, Więc chociażby podwójną była strata wroga, 689 zabitych, 986 rannych i 315 jeńców, to niemniej nie czuł się na siłach do wytrzymania wtórego natarcia. Wyszedł z bronią i honorami, ale oddalenie jego za Pilicę nie pozwalało na bezpośrednie użycie tych czterech znakomitych pułków i ocalonej części artyleryi..."***
Zdawać by się mogło, że honor Bontempsa obronionym już został, aliści dla dopełnienia dwa jeno zdania z raportu samego Sokolnickiego, xiążęciu Poniatowskiemu przesłanem:
"Podpułkownik Bontemps, dyrektor artyleryi, znajdował się [w czasie austryjackiego szturmu na miasto - Wachm.] w bateryi Nr. 12 i przez doskonałe użycie dział tamże znajdujących się, niemało przyczynił się do odparcia nieprzyjaciela i utrzymania się na tem ważnem stanowisku."
By zaś kropkę nad i postawić, sięgnijmyż po memuary jeszcze insze... Oto w "Papierach po generale" Juliana Sierawskiego, mamyż opisu z bojów pod Sandomierzem wcześniejszych, gdyśmy to my miasto w maju 1809 zdobywali ( za pracą Bieleckiego i Tyszki "Dał nam przykład Bonaparte....", tom I, s. 324-325), gdzie tak opisany jest finał nieudanego ataku 12-go pułku piechoty na bramę Opatowską:
"[...] Po kilku chwilach owego huku, jęku i krzyku wysypał się z wąwozu cały pułk 12 w najwiekszym nieporządku i na ściśniętą kolumnę batalionu Blumera [z pułku 6-go, którego Sierawski wówczas był dowódcą] tak leciał, że Sierawski [Sierawski, Cezara wzorem, pisał swoje pamiętniki w trzeciej osobie-Wachm.] zakomenderować musiał: "Nadstaw bagnety!" i tą groźbą odwrócił uciekających żołnierzy, między którymi sto głosów odpowiedziało:
- Coż można było bagnetem zyskać, kiedy nas zaprowadzono pod mury wysokie, fosami ogrodzone, zza których, jak się piekielny ogień wysypał, w mgnieniu oka i kapitan grenadierów z całym plutonem swoim, i szef Lubomirski poległ na miejscu.
- A gdzież jest wasz pułkownik?
- Tu leży, w bruzdzie na polu....
- Czy ranny?
- Ranny!
Natenczas i Sokolnicki, i Blumer, i Sierawski, i wielu oficerów, ciekawych czy ta wiadomość nie jest fałszywą, pospieszyli na wskazane miejsce i w rzeczy samej znaleźli Weyssenhoffa pomiędzy zasmuconymi podkomendnymi swymi, siedzącego na zagonie, z głową między kolanami zwieszoną, na rękach opartą. Sierawski, znając nałogi Weyssenhoffa[podkr.moje-Wachm.] od czasów kampanii 1794, zapytał się go, czy prawda, że był rannym?
- Tak, tak - mdlejącym głosem odpowiada Weyssenhoff - ranny jestem.
- A gdzie?
- W prawą nogę.
I rzeczywiście, zdawało nam się, że udo prawe, czyli raczej spodnie nankinowe pana Weyssenhoffa zbroczone były jakimś płynem czerwonym. Zsiadł więc Sierawski z konia i jak Tomasz niewierny chciał się dotknąć tej rany, do której opatrzenia żaden z lekarzy nie spieszył. Lecz nim ten zamiar wykonał, cofnął się przerażony zapachem, dowodzącym, że ten płyn nie był krwią ludzką ani bydlęcą, ale ryżawym wyskokiem, który w gorącym żołądku pana Weyssenhoffa fermentować począł. Sokolnicki przy tym śledztwie stał jak niemy, lecz po dowodach tak jasnych rzekł:
- Zawiodłem się na tym protegowanym!"
_________________________________________
* Nie podejmuję się ja rozstrzygać, zali to iście było tem spowodowane, że wojsko wolentarzami jak na drożdżach rosło i oficyjer fachowy każdy z punktu "zagospodarowywanym" został, czyli też... dla przyczyn jakich niewiadomych zarówno Jasiński, jak i Dąbrowski, nader sprytnie się adiutanta nie nazbyt może i chcianego, pozbyli... Jeśli to drugie, to znów wątpienie, azali nie naddanym tu mniemania możność, że dla jakich charakterologicznych Weyssenhoffa przymiotów? Dobrawdy nie chciałbym ja rzucać oskarżeń na żadnych przecie (okrom intuicyi) nie opartych podstawach na człeka może niewinnego, choć historyja z Bontempsem dowodzi, że i ta niewinność tu w podejrzeniu... Osobliwie, że późniejsze poczynania Weyssenhoffa, osobliwie w czasie listopadowego powstania, też nie najlepiej o niem świadczą...- Coż można było bagnetem zyskać, kiedy nas zaprowadzono pod mury wysokie, fosami ogrodzone, zza których, jak się piekielny ogień wysypał, w mgnieniu oka i kapitan grenadierów z całym plutonem swoim, i szef Lubomirski poległ na miejscu.
- A gdzież jest wasz pułkownik?
- Tu leży, w bruzdzie na polu....
- Czy ranny?
- Ranny!
Natenczas i Sokolnicki, i Blumer, i Sierawski, i wielu oficerów, ciekawych czy ta wiadomość nie jest fałszywą, pospieszyli na wskazane miejsce i w rzeczy samej znaleźli Weyssenhoffa pomiędzy zasmuconymi podkomendnymi swymi, siedzącego na zagonie, z głową między kolanami zwieszoną, na rękach opartą. Sierawski, znając nałogi Weyssenhoffa[podkr.moje-Wachm.] od czasów kampanii 1794, zapytał się go, czy prawda, że był rannym?
- Tak, tak - mdlejącym głosem odpowiada Weyssenhoff - ranny jestem.
- A gdzie?
- W prawą nogę.
I rzeczywiście, zdawało nam się, że udo prawe, czyli raczej spodnie nankinowe pana Weyssenhoffa zbroczone były jakimś płynem czerwonym. Zsiadł więc Sierawski z konia i jak Tomasz niewierny chciał się dotknąć tej rany, do której opatrzenia żaden z lekarzy nie spieszył. Lecz nim ten zamiar wykonał, cofnął się przerażony zapachem, dowodzącym, że ten płyn nie był krwią ludzką ani bydlęcą, ale ryżawym wyskokiem, który w gorącym żołądku pana Weyssenhoffa fermentować począł. Sokolnicki przy tym śledztwie stał jak niemy, lecz po dowodach tak jasnych rzekł:
- Zawiodłem się na tym protegowanym!"
_________________________________________
** Arcyrzadki to w dziejach naszych wypadek, aliści w rzeczy samej na skutek dyplomatycznych między carem a Napoleonem układów, poczynając od pokoju w Tylży z 1807 roku, byli Rossyanie naówczas (a ściślej: winni byli być) aliantami naszemi przeciw Austryjakom. Prawdziwie jednak jeno rzecz tę pozorowali, starając się być jak najwięcej szkodnemi, za cóż znów odpłacili im tem samem w 1813 Austryjacy, co znów wtedy nam przeciw Moskalom sojusznikami byli być winni...:((
*** Sokolnicki w "korpusiku" swojem miał tylko trzy pułki piechoty (3, 6 i 12), w dodatku 12 tylko z batalionami dwoma oraz jazdy zaledwie dwa szwadrony.
01 listopada, 2012
O dawnych Dziadach i zaduszkach słów parę...
Mało co za Mićkiewiczem do powiedzenia zostało, tedym ongi już był uczynił wycieczki ku zaduszkom meksykańskim, aleć komu ta egzotyka niemiła, temu paru słów o obyczajach rodzimych dodać poprobujem...
Najpierwsze co się uczynić godzi, to natury zjawiska samego objaśnić, co najlepiej nam się widzi uczynić słowami... Mićkiewicza samego:)):
"Jest to nazwisko uroczystości, obchodzonej dotąd między pospólstwem w wielu powiatach Litwy, Prus i Kurlandyi, na pamiętkę dziadów, czyli w ogólności zmarłych przodków. Uroczystość ta początkiem swoim zasięga czasów pogańskich i zwała się niegdyś ucztą Kozła, na której przewodniczył Koźlarz, Huślarz, Guślarz, razem kapłan i poeta. W teraźniejszych czasach, ponieważ światłe duchowieństwo i właściciele usiłowali wykorzenić zwyczaj połączony z zabobonnemi praktykami i zbytkiem częstokroć nagannym, pospólstwo święci Dziady tajemnie, w kaplicach lub pustych domach niedaleko cmentarza. Zastawia się tam pospolicie uczta z rozmaitego jadła, trunków, owoców i wywołuje się dusze nieboszczyków. Godna uwagi, iż zwyczaj częstowania umarłych zdaje się być wspólnym wszystkim ludom pogańskim, w dawnej Grecyi za czasów homerycznych, w Skandynawii, na Wschodzie i dotąd po wyspach Nowego-Świata.
Dziady nasze mają to szczególne, iż obrzędy pogańskie pomięszane są z wyobrażeniami religii chrześcijańskiej, zwłaszcza iż dzień Zaduszny przypada około czasu tej uroczystości. Pospólstwo rozumie, iż potrawami, napojem i śpiewaniem przynosi się ulgę duszom czyśćcowym. Cel tak poważny, święta, miejsca samotne, czas nocny, obrzędy fantastyczne przemawiały niegdyś silnie do mojej wyobraźni; słuchałem bajek, powieści i pieśni o nieboszczykach, powracających z prośbami lub przestrogami, a we wszystkich zmyśleniach można było dostrzedz pewne dążenia moralne i pewne nauki, gminnym sposobem zmysłowie przedstawiane."
Tyleż Mićkiewiecz... Dodać wypadnie, że czem Dziady na Litwie, tem na Mazowszu i Podlasiu były stypy i obiady żałobne wyprawiane właśnie w dzień zaduszny, w najświętszym przekonaniu kmieci tamecznych będących obyczajem krześcijańskim dawnym, temuż i nieraz konfuzyje, jako proboszczowie w dobrej wierze na te obiady proszeni, wymawiali się od udziału...:))
W "Roku Polskim" (dan Varsoviae Anno Domini 1900) Rodziewiczówna arcypięknie opisała w rozdziałku sub titulo "Nawski dzień" czwartek powielkanocny jako Dziady wiosenne, święcone przez lud znad Prypeci, gdzież chłopi resztki święconego na groby bliskich nieśli i na mogiłach ucztowali nibyż to pospólnie z duchami pomarłych krewniaków swoich.
Byłyż i u nas pozostałości obrzędu podobnego w mieście stołecznem i królewskiem Krakowie odprawowanego przy mogile (kopcu) Krakusa, co pod nazwą "Rękawki" słynie. Słyszałżem i o podobnych we Wilnie na Rossę pielgrzymkach, a niechybną tegoż pozostałością był i przepomniany dziś obyczaj chlebów rozdawania w Zaduszki dziadom proszalnym przy cmentarzach żebrzącym, gdzież to niejako onych za ów poczęstunek obligowano do modłów za zmarłych odmawiania.
30 października, 2012
O fiakrach i dorożkach...
Miast najdawniejszych, coż ich grodami jeno z
uprzejmości zwano, a takoż i dlatego, że jakich murów wokół
miały... dla liczebności niedużej, obejść szło w chwil kilka.
Zaczem się jednak rozrastać poczęły i z murów wylewać, zaczem
nowemi murami opasywano, już to i nie taka, ot wycieczka to była...
Rzec by można, że moment, w którem się jaki zaprząg do wynajęcia
pojawiał, śmiało postrzec można jakoż grodu onego nobilitacyja
niejaka, a przynajmniej uznanie dla onegoż rozległości. Prędzej
czy później, w każdem mieście pojawiali się ludzie, coż za
pomocą własnej kolaski i konika* ulżyć chcieli inszym, coż
już iść nie mogli, czy to dla nadmiaru utrudzenia, czy to dla
sprawunków liczby nadmiernej, czy to nareszcie dla stanu nadmiernej
poufałości z Bachusem... Rzecz jasna, jeno tych się to tyczyło,
coż na tyle majętni byli, by jakiego miedziaka czy dwa na
peregrynacyję ową odżałować... Kwestyja owa, wieleż za drogę
liczyć nie nadto dużo się przewożonemu wyda, ode zawsze sielnie
kontrowersyjną będąc, na uwadze ojców miast była...
I tak w Paryżu koło roku 1640 ordonanse
wydano, że za trasy takiej a takiej przebyciem tyle się a tyle
należy, ode czego pierwszych w Europie stałych taryf nam liczyć.
Mieśćce owym przewoźnikom dla postoju, czy to naznaczono, czyli
też się sami tam najochotniej kupili, wpodle gospody "Pod
Świętym Fiakriuszem"**, skąd też się i miano wzięło
woźniców onych, a później i zaprzęgów całych fiakrami zwać.
Miano to wrychle się na pół Europy rozprzestrzeniło, zaczym do
nas przyszło z Wiednia za rozbiorów przyczyną...
Na końcu kontynentu drugim konceptu
tegoż zmałpowano, jako niemal wszytkiego, w którem to
procederze największy rosyjski kopista, Piotr, (dla zasług w
onym kopiowaniu, zwany Wielkim), celował. Osobliwie przy grodu swego
stołecznego urządzaniu... Ano i nie on wprawdzie, aleć następcy
onego podobnego zamysłu w życie wcielili; peterburskim fiakrów
odpowiednikom nakazując ściśle jeno wytyczonemi trasami klienteli
wozić i stosownem ukazem przwidzianej za ową trasę, zwaną
dróżką (po ros. "darożka"), opłaty żądać... Z
czasem darożkami poczęto i pojazdy same zwać, a miano owo się po
ziemiach Cesarstwu Rosyjskiemu podległych rozniesło.
Ano i takeśmy jeszczeć sto lat temu na
ziemiach naszych równoprawnych niemal mieli w polszczyźnie obcych
wtrętów: porosyjskiej dorożki i okcydentalnego fiakra... Kto ze
starcia onego zwycięskim wyszedł, Czytelnikowi Miłemu, samemu
przecie wiedzieć a ironią historii, że najsłynniejsza polska
dorożka, czyli owa zaczarowana od Konstantego Ildefonsa... po
Krakowie jeździła, a poema owa Kraków przecie opiewa (i fiakry
jego!)... Jeno, że Mistrz Ildefons był ci natus in Varsoviae, a
dziecięctwo onegoż i w Warszawie i w Moskwie przeminęło, tedy nam
i onej dorożki rosyjskiej, niczem kukułczego jaja podrzucił...:(((
__________________________
* chyba że o Wenecji prawim; tam się insze
pojazdy przyjęły:))
**Fiakriusz Adam zwany Pustelnikiem przódzi był
opatem klasztoru we Irlandyjej. Przemieściwszy się jednako z
wyspy pod Paryż właśnie, wiódł życie pustelnicze, dopokąd się
nie pokazało się, iże moc cudowną uzdrawiania ze ślepoty
posiada. Z tego czasu już mu nie dane było się samotnym
modłom oddawać. Trudząc się dla nawiedzających go coraz liczniej
chorych, pobudował nareście hospicyum, a później i klasztor przy
niem. Pomarł w 670 r. Dziś go za patrona mają ogrodnicy,
kwiaciarze, taksówkarze i wszelkiej maści przewoźnicy, garncarze,
dekarze i bieliźnicy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)