05 czerwca, 2013

Zginął jak Berek pod Kockiem...


... tak iście brzmiało proverbium wielce w swoim czasie popularne. Ściślej w epoce powstań narodowych, najwięcej zasię po Listopadowej Insurekcyi, do której się niemało przez granice przekradło Galicjan, a że z nich wielu nie powróciło i przepadło bez wieści, tedy proverbium owo na takich właśnie cyrkumstancyj opisanie służyło...
   Kim był Berek Joselewicz przypominał nie będę, bo tu nie miejsce na encyklopedyi przepisywanie... Nas dziś te tajemnicze cyrkumstancyje śmierci sławnego pułkownika zajmować będą, o których przez lat dziesiątki tyle wiedziano, że zginął pod Kockiem, że od Austryjaków najpewniej ubit, aliści już szczegóła wszelkie: kto? jak? i dlaczego? w głębokiej tonęły pomroce...
   Najpierwsze o czem rzec trzeba koniecznie, to to, że pod Kockiem nie było batalijej nijakiej, ani głośnej jak raszyńska, ani przepomnianej jak ta pod Ostrówkiem, której już żem tu ongi przypominał... Jeśli starcie jakie, to na najmniejszym szczeblu nieledwie na poziomie patroli, czyli rzecz we wojnie powszechna i zwyczajna, aliści w powszechnem odczuciu, nawykłem, że jeno śmierć na polu bitwy memoryi jest godną, niejako już i zgon taki znamiona nosi pewnej przypadkowości, odartem jest z nimbu heroicznego, a jeślić jeszcze i świadków zbrakło, to i tej memoryi nawet szczątkowej nie masz... Stąd i proverbium owo, co nawet i między rymy zawędrowało *, miało i posmak niejakiej bezsensowności takiej śmierci, ofiary złożonej bez pożytku większego, ergo może i zgoła zbytecznej...
   Historyk musi czasem myśleć jak detektyw... I tak właśnie postąpił Józef Wawel-Louis, szperacz XIX-wieczny, dziś niemal ze szczętem przepomniany, a w którego "Okruszynach historycznych, zbieranych po dawnych aktach, archiwach i dziennikach" z 1898 żem tejże śmierci wyjaśnienie znalazł... Wawel-Louis podszedł bowiem do rzeczy z takiem właśnie, zgoła detektywistycznem zacięciem, a konkluzyja zgoła jenijusz zdradzająca, na tem się zasadzała, że skoro zginął oficer rangi wysokiej, to najpewniej ten, co go ubił, jakiej doczekał nagrody, osobliwie, że tamtem czasem brali Austryjacy tęgie baty niemal wszędzie, to i choć ku pokrzepieniu i inszym ku naśladowaniu godziło się takiego zucha docenić, a czyn jego rozgłosić...
   Ano i tak, znając jeszcze tyle, że się Joselewiczowi szaserzy** z austryjackiemi ucierali tam huzarami, co się wpodle Kocka właśnie na leża ułożyli, ruszył Wawel-Louis tropem krzyżów i medali nadawanych, najwięcej zaś wniosków i uzasadnień za temi wnioskami pisanych śladem.
  Myśl była, jak się pokazało, przednia, czyli też jak to czasem we familijej mojej się mawia: pszenno-buraczana...:) Z punktu bowiem się jawnem stało, że medal srebrny za waleczność dostał huzar Stefan Toth, co Joselewicza ubił, zasię wtórego kapral Meszelits, a z uzasadnień nagród obu całe się już zdarzenie objawiło...
   Owoż po opisanej batalijej pod Ostrówkiem, gdy się Austryjaki na powrót w Warszawie zamknęły, xiążę Józef na Galicyję ruszył, by tam podobnego pobudzić wzburzenia, jak tego, co dwa lata przódzi spod pruskiego panowania ziem przyszłego Warszawskiego Xięstwa oswobodziło. Myśl była z gruntu słuszna, wykonanie zręczne, effecta nadspodziewane, ale nie to nas dziś zajmuje, jeno to że w forpoczcie tej armii szedł szwadron Berka Joselewicza i w takiem też charakterze doszedł do Kocka, który od 1803 roku był garnizonem dla jednego ze szwadronów cesarskich huzarów. W tem jednak czasie byłoż ich tam dwakroć tylu, bo lwia część pułku wprawdzie poszła na Raszyn i Warszawę, aliści dwa szwadrony z dwoma rotmistrzami zostały do granicy pilnowania.
   Jeden z nich, Pauliny, poszedł był z pocztem rankiem 4 maja 1809 gościńców ku północy przepatrzeć i już nie wrócił, bo go wpodle Siedlec odcięto i ledwo się, ku Lublinowi mierząc, wykaraskał. Pozostali w Kocku wysunęli jeden pluton ku północy, drugi stał na kockiem rynku tamtemu w odwodzie, insze zasię na drugiem brzegu Wieprza, przy przedmieściu zwanym "lubelskim". Ano i na te oba plutony najechał był ze swemi Berek około południowej godziny dnia 5 maja.
  Wpadł na stojący pod miastem pluton podporucznika Horvatha z takiem impetem, że go z punktu pomięszał, zgnębił myśl o wszelkiej obronie i na karkach huzarskich wpadł do miasteczka, gdzie ta ciżba z punktu drugi z huzarskich plutonów, nadporucznika Stankowitsa (Stankowicza?), w niezdatną do boju zbieraninę spanikowanych ludzi i koni przemieniła...
   Runęli pomięszani huzarzy ku mostowi, by za Wisłą salwerunku od kompanów szukać, zasię Berkowi szaserzy cięgiem na ich karkach siedząc, gnali onych bez nijakiego miłosierdzia. Trafem akurat po moście szedł był spominany kapral Meszelits z huzarami kilkorgą, a że był, widać, rozumu bystrego, uskoczył na bok pędzącym, ale ucapiwszy łańcuszka od mostowej mytnej rogatki, spuścił jej z wielkim wyczuciem za ostatniem huzarem, a szaserom prosto na łby... Pomięszawszy ich tem, dał jeszcze ze swemi z karabinków ognia, przy tem krzycząc, jakoby co najmniej batalijonem komenderował, sprawił, że się szasery cofnęły ku rynkowi, gdzie też i Berek właśnie probował szwadron swój wyzbierać i uszykować, bo w starciu i w zamięszaniu okrutnem ów się ze szczętem rozprzągł i rozsypał...
   Nie chcę ja tu krytyki pisać bohatera wielgiego, aliści mię to pomięszanie zwycięskiego dopotąd szwadronu wielce zastanawia... Najprostsze, co się do myśli ciśnie, to że Berek nad niem, ni oficyjerowie jego, nie panowali zupełnie... I byłbym nad nią może i do porządku przeszedł, gdybyż nie wcześniejsze Wawel-Louisa rozważania, czy aby w chwili skonu Berka iście jeszcze starozakonnym zwać możem... Dowodu nie masz na to nijakiego, przecie wywodził Wawel-Louis logicznie, że by pod Żydem żaden szlachciec wojować się nie godził, a musiał ich mieć Berek śród i oficyjerów, a i śród żołnierstwa zwykłego... Więcej przekonującem jest jednak dowód pośredni inszy, a ten, że się przed wojną zdążył był Berek do wolnomularzów popisać, najpewniej za przykładem dowódcy pułku, Kazimierza Turny, a i zapewne na fali mody w tem pułku swoistej, bo znamy, że i insi szefowie szwadronów (Umiński, Siemiątkowski, Kurnatowski, Osiepowski) a i moc rycerstwa rang mniejszych się pomiędzy wolnych mularzów pisała... Ano i tu domniemanie chyba zasadne, że by się masonem uczynić, musiałby był Berek przódzi Stary Zakon i wiarę przodków odrzucić... Czy się i wychrzcił zatem? Nic nie wiemy o tem i ta zagadka już i pewnie nierozwikłaną zostanie... atoli myśl jest uporczywa, zwłaszcza w kontekście tegoż braku w dyscyplinie szwadronu, który wszytcy dopotąd na karb gorączki kładą bitewnej...
   Wracając do potyczki naszej... Huzarskie plutony za Wisłą stojące, na odgłos walk w miasteczku toczonych, ruszyły z odsieczą, a choć poszczerbionym nie pomogły, przecie wpadły na ryneczek akurat w tejże chwili, gdy Berek pomięszanego szwadronu sprawiał. Najprzykrzejsza to żołnierzowi chwila być atakowanem, gdy nieuszykowany i boju niegotowy, tedy nie dziwota, osobliwie przy przewadze niemal dwukrotnej, że nie dotrzymali szaserzy huzarom pola i zemknęli niczem zające przed chartami. W pomięszaniu kompletnem Berek z kompanionów kilkorgą wpadł w przestrzeń przy rynku z pozoru otwartą, która się jednak pokazała ogrodzoną ujeżdżalnią huzarską. Dodatkiem jakiś przytomny huzar migiem tejże rejtszuli zaporą zamknął i tak Berek się w matni znalazł...
   Widząc rangę, kilkakroć go pono nawoływano, by się na parol zdał, aliści tych apeli Joselewicz odrzucił i przeciw kilku naraz wojując huzarom, od spominanego Stefana Totha cięty, z konia się zwalił i pod kopytami wierzchowca skonał. Ubito z niem i kilku tych innych żołnierzów, reszta przecie z miasteczka pognana, rzeczy była nieświadomą zupełnie, mieszczany tameczne najpewniej się zawarowały po domach, modły wznosząc o żywota i substancyi zachowanie, to i świadczyć nie było potem komu... A huzarzy z Kocka nieledwie w dwa kwadranse wymaszerowali i już tu nie powrócili nigdy.
   Dwie jednak mi spokoju nie dają tu sprawy... Primo, że w tych kilkanaście pacierzy musieli by i huzarzy zdążyć pogrzebać wszystkich swoich i wroga poległych, skoro żaden potem świadek wskazać nie miejsca zgonu, ni pochówku nie umiał przez lata... Rzecz sama w sobie nie dziwna, bo co może o wojnie dziwno tak i mówić, aliści ta akurat kampania była jedną z więcej cywilizowanych, jakie ziemie nasze widziały... Próżnoż tu o rabunkach czego szukać, gwałtach i łupiestwach ze stron obu, co i rusz za to do jakich przychodziło układów, gdzie się sobie wzajem rannych oddawało, luboż dla jakich inszych celów zawierało armistycjum... O toż mi idzie, że wojsko, świadome że odwrotu poczyna i niechybnie jeszcze świeżą walką podniecone, na toż czasu jeszcze znalazło, by tych kilku mogił kopać... I jeśli iście tak było, tom gotów przed cesarskiemi huzarami się nisko pokłonić i z uszanowaniem...
   Rzecz wtóra, to że przecie nie jedynie ubici na placu boju zostali... Było i rannych szaserów kilkoro, i to nie jakich durnych niepiśmiennych, a porucznik Franciszek Katerla***, czy wachmistrz Zimermann... Było zatem komu dać świadectwa, bo nie sądzę, by rannych huzarzy ze sobą brali w drogę daleką i niepewną. Najpewniej ich tedy w jakiem domu mieszczańskiem ostawiono, by ich Polacy nadchodzący naleźć mogli, tedy tem więcej to dziwne, że dnia następnego wkraczający na czele swego plutonu artyleryi konnej, hrabia Roman Sołtyk nikogo nie znalazł, coby mu o starciu zdarzonem relacyi złożył...
___________________________
*)W tym wypadku huncwockiem
    Zginął Berek pod Kockiem.
    Był to Berek, sławny Żyd.
    Człek sumienny - Polak prawy.
    Nie kwaterką - ni szacherką,
    Lecz się krwią dorobił sławy.... - głosiła popularna ongi piosnka ludowa.
**) strzelcy konni, w tym przypadku z 5 pułku jazdy, gdzie Berek był szefem szwadronu. Od razu też objaśniam, że ta nomenklatura po Francuzach wzięta, dowódcę znaczy, nie zaś jak my to dziś pojmujem odpowiednika dzisiejszych szefów kompanij, zwykle podoficyjera i to z tych najstarszych. Kozietulski pod Somosierrą też był "tylko" szefem szwadronu... 

*** W 1831 roku będzie dowodził 4 pułkiem szaserów.

26 komentarzy:

  1. A ja właśnie uważam, że bardziej należałoby przypomnieć samą postać, niż jej śmierć. On walczył pod Austerlitz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na tom dał do Wikipedyi link, bo spraw, których ciekawi mogą gdzie indziej sprawdzić, nie lubię powtarzać...:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  2. My balujemy a życie na "Pogderankach" swoim torem - muszę odrobinę nadrobić :D
    Wachmistrzu, jak zlotowo napomknąłem byłem, zdarzyło mi się szperać po zakamarkach pamięci i przypominać starych pieśni czy piosenek. Ze zgroza stwierdziłem, że rzeczy zapamiętane pacholęciem już w pamięci ludzkiej nie istnieją, tekstów nigdy całych nie zapamiętałem, a przypomnieć nie ma kto, bo starsi odchodzą. Taka moja sugestia, czyby przy okazji szperania w zakurzonych szpargałach, od czasu do czasu nie zająć się nimi, nawet jeżeli nie całkiem melodia znana, albo chociaż nutek fragment - za szybko to umyka, za szybko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano, Kneziu nader Miły, choć Okrutny, pogderanki to ogród własnym cokolwiek rytmem żyjący, gdzie odniesień do własnych przeżyć autora wystrzegać się staram, choćby były one tak miłe, jak za sprawą Waszego zaproszenia, te z Watrowiska...:)
      Koncept czy też sugestię zabwienia się starymi piosenkami przyjmuję, przeplatając rzecz jasna, inszymi tematami, by nie zanudzić monotematycznością... Turbacja jeno w tem, że to rzadko kiedy się w formie Czytelnikowi najmilszej, czyli zaśpiewanej znajdzie, by przybliżyć w pełni...:(
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  3. Vulpian de Noulancourt5 czerwca 2013 14:14

    1. Strach teraz u Waszmości coś napisać, żeby na sklerotyka nie wyjść.
    2. Pamiętam przecież doskonale, że kiedyś dyskutowaliśmy o tym, że Dov to 'niedźwiedź' po hebrajsku, a Ber znaczy to samo, tylko w jidysz.
    3. Jeśli zaś Berek Joselewicz by się ochrzcił, to pewnie by też imię zmienił, a przecież nic o takim fakcie nie wiadomo.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ad.1 A klasyk mówił: Nie lękajcie się... :)
      Ad.2 Rad jestem, że pamięć wraca...:))
      Ad.3 Niekoniecznie... Ów nadal był postacią sztandarową dla Żydów patriotycznie myślących, których pozorowi wbrew, były setki, jeśli nie tysiąc e... Nawet, jeśli się ochrzcił, to raczej sekretnie, na użytek towarzyszy wolnomularzy, którym to zapewne i tak nie czyniło szczególnej różnicy, natomiast jako persona w pewnym sensie publiczna, był wiarygodny, dopóki tkwił w swej własnej tożsamości. Publiczne ogłoszenie jego konwersji mogłoby chyba tylko sprawie zaszkodzić...
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  4. a mnie w szkole uczyli (dawno to było, oj dawno), że była bitwa pod kockiem. no to jak?
    serdeczności

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo i była...:) Dodatkiem niejedna, ale ta, o której uczyli to sto trzydzieści lat później...:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  5. I ulicę swoją ma, to było pierwsze skojarzenie. Normalnie jak u taksówkarza.


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A nawet by się i pomnik znalazł...:) Ale o tem sza ! Bo zaraz by spaskudzili abo jeszcze co urwali...:((
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  6. Witaj
    Kolejna dla mnie pouczająca lekcja historii u Ciebie- dziękuję :)
    Pozdrawiam ciepło ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To mnie zaszczyt, a i zarazem przyjemność...:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  7. Jak mniemam licznik u Wachmistrza przyspieszył, bom po wielokroć zamieszczony tekst przeczytał - do morału dochodząc - żem nic nie pojął. Nie jest to nowość szczególna i na uwagę zasługująca, nie mniej w głowę zachodzę, ku czemu zawarta tu myśl zmierzała. To, że bohater określonego pochodzenia był, a na dodatek do masonerii należał jest to rzecz znana i że w miejscowości owej zaginął (zginął) również. Jedyne co z tego wnoszę, że o metodologię dochodzenia do ujawnienia okoliczności owych tu chodzi, co faktycznie podziwiać należy.
    Kłaniam z zaścianka Loch Ness :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szło mi o objaśnienie przepomnianego dziś już proverbium, przywołanego w tytule, a i za sposobnością zagadki cyrkumstancyj tej śmierci, długo nieznanych, przypomnienie. Zaś rozważania o jego wyznaniu były wyrazem wątpliwości, czy aby też nie była to jaka przyczyna cokolwiek wątpliwej w tem szwadronie dyscypliny... Widno, w rzeczy samej, myśli żem powiódł tu nadto swobodnie, skoro niejasnemi się stały, za co przebaczenia proszę...:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  8. O Berku Joselewiczu słyszałam, ale to nie znaczy, że cokolwiek o nim wiedziałam. Post Waćpana mi rozjaśnił ten brak wiedzy. Dziękuję.
    Serdecznie pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To mnie przyjemność cała, a i poniekąd zaszczyt...:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  9. Coś tam się tłukło w zakamarkach pamięci, ale niewiele, tylko cienie i mgła. To ja już wolę zawiłosci operowej intrygi śledzić, szybciej dojdę końca ;-) A obtwie pod kockiem też słyszałam... ale innej ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo też i nie jest to wiedza, bez której żyć nie sposób :) Podobnie jak z oper rozumieniem, choć te chociaż zachwycać powinny..:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  10. Ratujcież Abecadło moje!

    Errata:
    ''o bitwie.."
    "..Kockiem..."

    aaa! jeszcze "..zawiłości..."

    Mój skrypt poprawnościowy nie działa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I na cóż tak żołądkować?:)) Ten jeno myłek nie czyni, co nic nie robi...:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  11. Znowu się pogubiłam. Ale jakby mniej. :) Doczytałam sobie z innych źródeł i zaciekawiły mnie różne wersje napisu nagrobnego: "Berek Joselewicz — Józef Berkoowel Berkiewicz" i "Berek Joselewicz – Józef Berko vel Berk", a do tego syn Józef Berkiewicz.
    I myślę, że nie musiał zmieniać wiary wstępując w szeregi wolnomularzy, głoszących "braterstwo ludzi bez względu na pochodzenie, stan społeczny, religię i narodowość".
    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo też to i poniekąd się do naszych tu rozważań o wychrzczeniu się częścią odnosić się może, ale i do jakich turbacyj z przekradaniem się do Legionów, gdzie może i miana dla bezpieczeństwa podróży odmieniał... Co się wolnych mularzów tyczy, to w teoryi być winno, jako WMPani rzeczesz... W praktyce zaś nader często to za tem naciski szły jakie, by wiary dotychczasowej odstąpić i nie jeno o Berka tu idzie, który na to był narażony podwójnie... Przypomnę, że jeden z ostatnich przedrozbiorowych prymasów, Gabriel Podoski, będąc wolnomularzem własnie, był najprawdopodobniej jedynym w dziejach naszych prymasem-ateistą... Natomiast czy po odstąpieniu przodków wiary Berek się i wychrzcił wzorem asymilujących się Żydów-frankistów, to jeszcze jest zupełnie inna kwestia...
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  12. faktycznie niezwyczajne to wojsko było, aż dziw!
    dobrej nocy życzę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dziw, dziw...:) Ale nie aż taki duży...:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  13. Wachmistrzu, ja bez pół litra tego nie "rozbiorę"... Ale jak tu od samego rana pić???
    W kompleksy znowuż popadłam...:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To i uboczna wyjdzie korzyść, że się Stokrotka na lata dojrzałe wreszcie pić nauczy...:)) I czemuż to z rana dopiero zaczynać? Nie lepiej: nie przestawać?:)))
      Kłaniam nisko:)

      Usuń

Być może zdaje Ci się, Czytelniku Miły, że nic nie masz do powiedzenia aż tak ważkiego, czy mądrego, by psuć wzrok i męczyć klawisze... W takiem razie pozostaje mi się tylko z Tobą zgodzić: zdaje Ci się...:)