29 marca, 2014

O wietrze historii i portkach pętaków...V

  Kończąc może poniemału historyję, może już i niektórym przydługą,  ( ,IIIII, IV ), przyszliśmy nareście k'temu, co w niej samem sednem, do walk, które się z dniem 6 listopada Anno Domini 1923 wszczęły na ulicach krakowskich. Gwoli ścisłości dodać trzeba, że walki takie, choć w nierównie mniejszej skali, miejsca miały i w Borysławiu, i w Tarnowie, gdzie również kilku robotników zginęło. Rankiem zaś 6 listopada, w Warszawie, dziwnej dymiącej i syczącej paczki znalazł był na schodach kamienicy przy Alejach Jerozolimskich 6, w której się mieściło Biuro Okręgowe PPS, sześcioletni synek woźnego tegoż biura. Zdążył powiadomić ojca, który go w mieszkaniu zatrzymał, aliści ojcu się już nie udało wybuchowi bomby zapobiec, która jego samego ciężko poraniła, rozerwała na strzępy stróża tejże kamienicy, a klatkę schodową zdemolowała do trzeciego piętra włącznie...
  W Krakowie po burzliwych dnia uprzedniego demonstracjach, związkowcy i PPS szykowali kolejnej, jeszcze silniejszej, aliści gdy gromadząc się w pochód pod kolejnemi fabrykami i zakładami dotarli nareście pod Dom Robotniczy na ulicy Dunajewskiego 5*, zastali go otoczonego policyjnym kordonem, zaś w ulicach przyległych oddziały wojska. 
  Tłum począł na owych policjantów napierać, części udało się podejść korzystając z nieszczelności tegoż kordonu, lub też podając się za pracujących w budynkach za niem (np. w Kasie Chorych, takoż przy Dunajewskiego 5 mającej siedzibę), których to pracowników policja przepuszczać przykazane miała. Ale policja była nie tylko na ulicach. Dachy kilku domów i wieże kościołów Reformackiego i Karmelitów na Piasku zostały obsadzone przez karabiny maszynowe, silne patrole ukrywały się m.in. w Hotelu Krakowskim (w zbiegu Dunajewskiego, Garbarskiej i Basztowej) i to stamtąd padły pierwsze strzały, dokładnie w momencie, gdy kordon przegradzający ulicę Dunajewskiego został przez robotników przełamany przy pomocy przechwyconych i skierowanych do swoistej "szarży" ...dwóch wozów z kapustą:), która zresztą później posłużyła i za "amunicję". 
  Z chwilą, kiedy padli pierwsi zabici ( zastrzeleni robotnik Józef Nowak i kolejarz Stanisław Skoczeń, oraz robotnik Józef Stanclik, ojciec ośmiorga dzieci, pchnięty w szyję policyjnym bagnetem) tłum, do którego już teraz strzelano z co najmniej kilku stron, ruszył do desperackiej walki. Bito i rozbrajano policjantów, ale nie ta broń stała się źródłem największej tragedii, tylko karabiny dwóch kompanii z 16 Pułku Piechoty, które stojąc na Plantach pod murami kościoła Reformatów, nagle same znalazły się pod chaotycznym ogniem, prowadzonym przez policyjnych strzelców, a i podobno (jak później twierdzili socjaliści) przez prowokatorów policyjnych i endeckich. Ani żołnierze, ani oficerowie 16 Pułku nie popisali się tego dnia, bo jedni nie umieli w żaden sposób zapobiec chaosowi i zapanować nad żołnierzami, a drudzy, w sporej części świeży rekruci, najczęściej padali na ziemię, chroniąc się przed strzałami wśród zieleni Plant, ale i bez oporów pozwalając sobie odebrać broń... 
  Rzekłbym, że z czysto taktycznego punktu widzenia robotnicy radzili sobie dnia tego wielekroć lepiej od nibyż zawodowców, czyli wojska i policji. Niewątpliwie nie bez znaczenia to było, że najpewniej lwia ich część, to weterani niedawnej przecie wojny bolszewickiej, aliści i determinacyja jednych i drugich nie wytrzymywała porównania... I jedno jeszcze, bo prawdy dojść będzie ciężko, skoro lewica się nigdy przyznać nie chciała, że i robotników jaka część uprzednio już broń jaką miała, aliści nie zdaje mi się, by możliwem było, iżby było inaczej. Znali przecie, że manifestacyja wzbronioną, znali, że i wojsko naściągane, że i policja po wielekroć wzmocniona**. Wiemy też, że od czasów rewolucji 1905 roku były w PPS bojówki zbrojne, między inszemi dla ochrony pochodów powołane i w takiej właśnie komórce swojej krótkotrwałej kariery zaczynał Stefan Okrzeja. Nie sądzę, by za niepodległości odzyszczeniem, osobliwie w cyrkumstancyjach permanentnej "wojny" z podobnemi bojówkami endeckimi, by się co w partyjnej pragmatyce tutaj odmieniło, a wiem też i z familijnych przekazów, że nawet w okresach stosunkowo spokojnych, nawet pogrzeby co bardziej zasłużonych działaczy, były ochraniane, żeby do napaści nie dopuścić. Zwyczajnie zatem nie wierzę, by i tego dnia w tłumie najmniej kilkudziesięciu rewolwerów nie było, choć to, kto i do kogo strzelać zaczął, jest poza wszelkim dyskursem...
  W kilkadziesiąt minut później niemal cały ten obszar Plant i ulicy Dunajewskiego jest już pod kontrolą demonstrantów, a do karabinów odebranych żołnierzom 16 Pułku doszło najmniej drugie tyle odebranych 20 Pułkowi, o tyle tutaj szczególnemu, że były to tzw. "krakowskie dzieci", pułk jak najbardziej miejscowy, złożony z synów, braci, kolegów a choćby i znajomych tych, do których im nagle strzelać rozkazano... Nie dziwota zatem, że ani strzelać nie chcięli, choć znów broni oddania trudno i im wybaczyć, skoro złudzeń mieć nie mogli, do czego użytą zostanie...
  Dodajmy, że nie tylko wojsko miało w tej materii opory... Kiernik, by tępakowi Gałeckiemu ostatnich usunąć przeszkód w zmasakrowaniu robotników, na co najwyraźniej od dawna miał ochotę, licząc na efekt zastraszenia***, posunął się w przeddzień do odwołania szefa biura bezpieczeństwa przy wojewodzie, radcy Broszkiewicza, a dyrektora policji, Rękiewicza, de facto pozbawił wpływu na swoich własnych podwładnych.
  Czikiel, pragnąc zapewne rozpędzić robotników, rozkazuje szarżować na nich jednemu ze szwadronów 8 Pułku Ułanów Księcia Józefa Poniatowskiego. Szarży prowadzi jeden z najzdolniejszych i najzasłużeńszych tegoż pułku oficerów, rotmistrz Lucjan Bochenek, kawaler orderu Virtuti Militari za wojnę bolszewicką. Przy nim kolejny weteran, rotmistrz Franciszek Łukasiewicz oraz nowicjusz świeżo po grudziądzkiej szkole, porucznik Zagórowski i kilkudziesięciu ułanów, między któremi kilkunastu o ukraińsko brzmiących nazwiskach (m.in. wśród poległych Wasyl Piróg i Iwan Senedjak), co potem da assumpt do twierdzeń, że podobno rząd się musiał przeciw Polakom na Rusinach oprzeć, bo polscy żołnierze nie chcieli...
   Jest rzecz do dziś sporna, któż tej ulicy i kiedy wodą polał. Prawica tego usiłowała robotnikom przypisać, jako szczególnie odrażającego podstępu i pułapki na ułanów zastawionej, były i głosy, że to policja wodą z beczkowozów traktowała demonstrantów, aliści zdaje mi się, że to po prostu rankiem zwyczajnie magistrackie beczkowozy ulic i trotuarów zlewały, a tytułowym naszym do łbów zakutych nie przyszło, że to jakakolwiek być może za czas niezadługi przeszkoda.      Robotnicy, przystępu przecie przódzi do okolic Domu Robotniczego nie mając, ani by i nie mięli tego jak wykonać, a policja by nawet miała i takiego sprzętu uszykowanego, to wypadki nazbyt się potoczyły szybko i nie sądzę, by w rozpoczętej już strzelaninie ktokolwiek jeszcze o "polewaczkach" zamyślał... Zresztą nie było wówczas jeszcze takich policyjnych ani taktyk, ani szkoleń czy sprzętu, pierwsze oddziały będące jakby zaczątkiem przyszłych policyjnych formacji specjalnych na wzór osławionego w Peerelu ZOMO, pojawią się dopiero PO wypadkach krakowskich****, a ministrem który je formować każe będzie... no któżby, jak nie nasz, lud miłujący, ludowiec Kiernik?
  Ale wracajmyż do naszych nieszczęśnych ułanów, bo to oni zdają mi się być ofiarami dni tych najtragiczniejszemi... Szarżujący szwadron, zdeterminowany szablami płazować [czyli uderzać nie ostrzem, a płaską częścią głowni - Wachm.] wpada na mokrą jezdnię i... konie zaczynają się ślizgać, a następnie przewracać! Na pierwszych kilkunastu obalonych wpadają kolejne szeregi i po chwili lwia część ze stu kilkudziesięciu ułanów leży, przygnieciona końmi własnymi lub kolegów, lub zaplątana w rynsztunku, wodzach, strzemionach...:(( I w tejże właśnie chwili spadają na nich dwa ciosy kolejne, a niezależne... Najpierw do leżących i właściwie bezbronnych ułanów strzelać zaczynają robotnicy, a potem i jeszcze w amoku walki dopadać do leżących i mordować, dobijać leżących. Tak giną oficerowie (rotmistrz Łukasiewicz umrze z ran w szpitalu) i wielu ułanów, a czego już pojąć w najmniejszej mierze nie mogę, nie chcę i nie umiem to strzelania do koni... :((
  Nie jest jasnem, czy i który z samochodów pancernych ognia też i wówczas otworzył, aliści z pewnością nie był to kolejny najwięcej nieszczęśny dnia tego "Dziadek" z załogą swoją, bo ci się pilno tego trzymali, by ognia nie otwierać, za co krwawej zapłacili ceny... Zda się jednak, że insza jaka załoga, widno w sukurs ułanom posłana, dojrzawszy rzeź nad ułanami czynioną, może i myśliła onych ogniem osłonić, przecie strzelając bez baczenia w ciżbę bitewnie splątaną, takoż ofiar między robotnikami przysporzyła, jako i ułanów poszatkowała niemało! W chwil parę później tłum "Dziadka" otoczył i kół automobilowi unieruchomiwszy, do dziś nie wiedzieć czym, choć może to i ławki z Plant były, czy może i jakie z trotuarów płyty, mięli go na widelcu... Lufy karabinów wciskano w szczeliny obserwacyjne i do nieszczęśnej załogi strzelano bez miłosierdzia. Kierowca padł na miejscu, zasię dwaj pozostali ciężko ranni wywleczeni zostali i tłuszcza rozjuszona pancerką zawładnęła...
   Cofnęli się żołnierze pierwotkiem do Rynku, ale i stamtąd ich wyparto, tak że koniec końców Czikiel jeno dworzec trzymał i rejony przyległe, aliści nareście się znaleźli tacy, co do rozumu przyszli, a ściślej, że ich nareście słuchać poczęto: w największej mierze posła Marka i posła Bobrowskiego. Pierwszego wreszcie wysłuchał Kiernik i zgodził się wojsko wycofać, osobliwie, że nie zdawało ono wyraźnie egzaminu, a skala masakry znacznie przekroczyła tych może spodziewanych "kilku kolejarzy". Przy tem do rządu musiały dotrzeć już głosy o tem, że tłum licznych na część Piłsudskiego wznosił okrzyków, a że oficyjerów część niemała piłsudczykowskiej była orientacyi, mogli się i nasi tytułowi obawiać tłumu z wojskiem zbratania... Z pewnością też i owo broni przez część oddziałów oddawanie, rozumiane też i było jako zamierzone i że to jaki spisku element... Bobrowski wynegocjował z Czikelem i Gałeckim szczegóły o tem, że się wojsko ma cofnąć, bezpieczeństwa w mieście zaś póki co zapewnią robotnicy, własnych patroli zbrojnych tworząc. 
   Wiatr historii musiał jednak wiać już tak mocno, że nasi tytułowi pojęli, że sami wichury tej nie ogarną. Przyszło więc do mediacyj, których szczegóła zdradza nam pamiętnik Macieja Rataja, ówcześnego marszałka Sejmu:
"1 listopada. Gen. Czikiel, dowódca OK, ogłosił w Krakowie na podstawie rozkazu ministra [spraw] wojskowych i rozporządzenia Rady Ministrów sądy doraźne dla podlegających sądownictwu wojskowemu (a więc i powołanych rezerwistów-kolejarzy).
Równocześnie ogłosił zarządzenie powołujące do służby wojskowej etatowych kolejarzy, szeregowców rezerwy z 1883—1901 r. Oporni będą uważani za dezerterów.
3 listopada. PPS i Centralna Komisja Związków Zawodowych w odpowiedzi na powyższe proklamują strajk generalny od 5 listopada. NPR-owskie związki przyłączają się do tej akcji.
Podejmuję akcję pośredniczącą. W domu u mnie przy łóżku, bo byłem chory na zapalenie gardła, spotykają się Żuławski i Kwapiński [działacze socjalistyczni-Wachm.]z Korfantym. Obie strony raczej ustępliwe. PPS widząc, że ruch może przeróść ich, chce się wycofać z honorem; Korfanty, rozumiejący ruchy robotnicze i ich dynamikę, gotów na kompromis.
5 listopada. Wieczorem zdawało się, że już dochodzi do kompromisu; Korfanty oświadczył przedstawicielom PPS, iż pewne ich żądania rząd przyjmuje; miały wyjść od PPS zlecenia zaprzestania strajku.
W nocy telefonuje mi Niedziałkowski, że cały kompromis upadł, gdyż rząd wydał komunikat,, iż po zaznajomieniu się z postulatami PPS przedstawionymi przez Korfantego uchwalił „wytrwać na swym dotychczasowym stanowisku"; a nadto PPS stwierdziła, że w drukarni państwowej składa się „Dziennik Ustaw" o zaprowadzeniu stanu wyjątkowego... „Rząd chciał nas wyprowadzić w pole, zdezawuować, doprowadzić do odwołania strajku generalnego, a wtedy wziąć nas za gardło przy pomocy stanu wyjątkowego... Wysłaliśmy więc polecenie kontynuowania i zaostrzenia strajku..."
Telefonuję do Witosa w sprawie „Dziennika Ustaw". „Owszem, drukowano na wszelki wypadek, ale rzecz nieaktualna już..." Znowu poszukiwania za Barlickim lub Niedziałkowskim[działacze socjalistyczni - Wachm] nad ranem prawie. Niestety, nie mogli zebrać CKW dla zmiany uchwały i odwołania instrukcji. [...]
5 listopada. Wybuchł strajk generalny w Warszawie. Elektrownia i filtry wodociągowe pod osłoną wojska, a częściowo obsługiwane przez wojsko. Rzucono granat na jeden z niewielu kursujących tramwajów, raniąc kilka osób, poza tym raczej spokojnie. Natomiast w Krakowie groźnie: mimo zakazu zgromadzeń tłumy zeszły się na ul. Dunajewskiego przed Domem Robotniczym — utarczki z policją, ranni z obu stron.
6 listopada. Krwawy dzień w Krakowie. Zaczęły się gromadzić tłumy na ulicach;
wojsko i policja miały rozkaz nie dopuścić do zgromadzeń. Padł strzał. Walka z policją. Rusza wojsko a); tłum rozbroił (niech żyje Dziadek!), zdobył karabiny i karabiny maszynowe, 2 pancerki: szarża ułanów na ul. Dunajewskiego. Ulica polana, konie ślizgają się i padają; salwy do ułanów 8 pułku ks. Poniatowskiego, masakrowanie rannych.
Rabunki — podejrzane figury, udział „Strzelca".
Około godziny 12 konferemcja w województwie między posłami PPS a Gałeckim i wojskiem; podpisano zawieszenie broni do 5 godziny. O tej godzinie przychodzi wiadomość z Warszawy o porozumieniu; robotnicy uzbrojeni zostają na stanowiskach!
Krwawe żniwa w Krakowie: 13 wojskowych zabitych (2 oficerów — Bochenek i Zagórowski), l policjant, kilku oficerów rannych (ciężko — Bzowski [pułkownik, dowódca 8 Pułku Ułanów-Wachm.]), 70 ułanów ciężko, 40 lżej rannych, 61 koni zabitych, 70 ciężko rannych. Siodła pocięte. Z tłumu około 20 rannych.*****
Około południa telefonuje Marek z Krakowa; PPS prosi mnie o pośrednictwo, Witos chętnie przyjmuje. Konferencja w Prezydium Rady Ministrów: Witos, Kwapiński, Moraczewski, Barlicki, Niedziałkowski, Korfanty, Kiernik i ja.
CKW i Centralne Związki Zawodowe odwołują strajk generalny i kolei; rząd gotów uchylić sądy doraźne, zwolnić z wojska kolejarzy, rozpatrzeć postulaty ekonomiczne, a wobec zgłaszających się do służby kolejarzy i pocztowców (zwolnionych!) kierować się przy przyjmowaniu „względami rzeczowymi". (Źródło nieporozumień.)
Rząd delegował Żeligowskiego na miejsce Czikiela i Olpińskiego wiceministra [na miejsce wojewody Gałeckiego-Wachm.].
Tegoż dnia w Tarnowie starcie z wojskiem i policją; rozbrojono oddział policji, strzały do wojska.
W Borysławiu strzał do tłumu; zabity przywódca PPS Cywiński i ranni robotnicy.
6 listopada. Wybuch bomby w domu OKR PPS; stróż zabity, woźny OKR ciężko ranny.
Tarcia między PPS i rządem co do wykonywania kompromisu (terminu zniesienia sądów doraźnych w Krakowie i demilitaryzacji, przyjmowanie wydalonych...); chwilami zdaje się, że burza się rozpęta...
Lewica rozgrzesza mord dokonany na żołnierzach. Piłsudski milczy! POW zbiera składki na ,,ofiary" krakowskie.
9 listopada. Poważny, manifestacyjny pogrzeb poległych żołnierzy."

   Na zakończenie bym tylko raz jeszcze żal chciał wyrazić za wszystkiemi nieszczęśnie wówczas poległemi, aliści najwięcej za najbliższemi sercu memu ułanami, co nie dosyć, że nawet i przewinić niczem nie zdążyli, nim ich masakrować nie poczęto, to jeszcze przez lat całych dziesiątki przyszło im znosić odium arcyprzykre tych, co to rzekomo mięli na sumieniu szarżę na tłum "bezbronny"...
_______________________________
* - dziś tam już ani śladu po tem, aliści kto restauracyi "Warszawianki" pamięta, co przez peerelowskich lat dziesiątki sławy cokolwiek dwuznacznej zażywała, oazą życia nocnego w mieście będąc, a i bodaj pierwszej, co "programu artystycznego"(czytaj: striptizu) wprowadziła, ten wiedzieć będzie wybornie, o którem to to miejscu mowa, bo to ten sam jest budynek.
**W 1926 w całym okręgu (województwie) krakowskim było razem 68 wyższych i 2264 niższych funkcjonariuszy. (dane za: M. Mączyński "Policja Państwowa w II RP" Kraków 1997), zatem najpewniej i w 1923 nie było ich więcej, więc w samem Krakowie mogło ich być miejscowych najwyżej 300-500, lecz wiemy też, że ściągano posiłki nawet aż z województw kresowych.
*** Posłowi Markowi z PPS miał na dni kilka PRZED zamieszkami oświadczyć, że jest zdeterminowany dla przywrócenia spokoju "wystrzelać kilku kolejarzy i będzie spokój". Po działaniach generała Czikla, który naściągał do miasta oprócz 16 Pułku Piechoty, także i 12 Pułk Strzelców Podhalańskich, a krytycznego dnia miał pod rozkazami zgrupowania niemal dziesięć tysięcy żołnierzy, w tem i pułk artylerii, pociąg pancerny i kilka samochodów pancernych, a co więcej jeszcze postawił w pogotowie lotników, każąc im być i nawet z bombami w gotowości. Kto wie do czego by doprowadził, gdyby go nie powstrzymano... Być może Koniew w 1945 by się już w ogóle nie musiał jakimikolwiek względami na zabytki krakowskie kierować...
**** -  Wnioski wyciągnie i wojsko. Przyszły dowódca AK, Stefan Rowecki, wtedy jeszcze podpułkownik, w związku właśnie z temi zdarzeniami napisał instrukcję dla oddziałów piechoty pt."Walki uliczne".
***** - całkowity bilans strat w Krakowie wyraźnie pokazuje specyfikę tych walk. Bodaj nigdzie na świecie nie było tak, by summa ofiar po jednej, jak po drugiej stronie przy tłumieniu ulicznych zamieszek była w zasadzie równą... zazwyczaj to na jakiego jednego poranionego policjanta czy żandarma przypadało dziesiątki postrzelanych demonstrantów, a w carskiej Rosji to i setki...:(( Tutaj mieliśmy 15 zabitych robotników i trzech przypadkowych cywilów, a po drugiej stronie 14 zabitych z samego 8 Pułku Ułanów, kierowcę z samochodu pancernego "Dziadek" i jednego policjanta. Rannych robotników znanych ponad osiemdziesięciu, do których bym dołożył najmniej jakie drugie tyle lekko rannych i poturbowanych, co woleli się do szpitali nie zgłaszać, nie znając, co tam ich czekać będzie i tem sposobem z wszelkiej ewidencji umknęli... Żołnierzy zaś poranionych było z górą stu trzydziestu...

16 komentarzy:

  1. Gdybym wiedział jak to się skończy, to bym się tak do dalszego ciągu nie palił! Co prawda już przy okazji omawiania pułków było co nie co, ale aż takiej masakry się nie spodziewałem. W świetle tego inaczej nieco zaczynam popatrywać na przewrót majowy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I w sumie zasadnie, choć nie wiem jakżeś patrzył przódzi:)) Bo fakt faktem, że przewrót wymierzony był w największej części przeciwko w zasadzie bliźniaczemu, kolejnemu rządowi Witosa w sojuszu z endekami i chadekami i niemal powszechnie w Polsce to rozumiano jako zapowiedź powrotu do polityki z 1923. Z wtórej znów strony na rozmiar czysto ludzkich ofiar przewrotu wejrzawszy i porównawszy onych z temi, których przyniosły opisane zamieszki, można by i ku konstatacji tej przyjść, że maj przeszedł w tej mierze względnie niskim kosztem...
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
    2. Ano wychodzi na to, że postawiono Piłsudskiego w sytuacji bez wyjścia - co by o nim nie mówić, to był mąż stanu - musiał doskonale zdawać sobie sprawę, że "samo się" nic nie zrobi, a dyktatorem nie był. Zrobił co musiał.

      Usuń
    3. No to znów zawsze ta wątpliwość pozostaje, czy aby jednak suma ofiar, które przewrotem spowodował, nie była większa od tej, przed którą chciał kraj uchronić... No i przy całem do Marszałka afekcie, demokratyczne Wachmistrzowe serce jednak się przed tem wzdraga, by przyznać, że autorytarny system Piłsudskiego był nad demokrację parlamentarną lepszym...:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
    4. Sądząc po sąsiadach, to zdaje się, że był zadziwiająco powściągliwym demokratą, jak na dyktatora. Ten "dyktator" to też bardzo na wyrost. Zdaje się że nie bardzo są nam znane jego motywacje, a bardziej to co inni chcieli w nim widzieć?
      Jak jest wątpliwość, co do rachunku zysków i strat na skutek jego działania, tak większa jest gdy chcemy taki rachunek sporządzić na okoliczność nie działania. Jedno jest pewne - był człowiekiem, który potrafił pohamować siebie i innych.

      Usuń
    5. Dlatego też ja nazywam Go autokratą, a nie dyktatorem:) A wątpliwości takie na dłuższą metę prowadzą do filozofowania czyli dzielenia włosa na czworo, zatem najbezpieczniej ich sobie podarować, bo nie dość, że to spekulacyje czyste, to jeszcze chyba jałowe...:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  2. Vulpian de Noulancourt29 marca 2014 16:14

    Magistrat nakazał trotuary wodą zlewać? W listopadzie? pamiętam, że w moim rodzinnym mieście za Gomułki w lipcu lub sierpniu, kiedy gorąc był okrutny, pojawiał się na drogach beczkowóz, spryskując kurz niczym z konewki. I tyle - w listopadzie to już nigdy nie widziałem takiego dziwa. Ale może w Krakowie to jakoś inaczej było ustawione.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyznam, że szczegółów nie wiem i też mię to zadziwia... Ale nie "kupuję" wersji o zlewaniu jezdni (nie trotuarów) wodą przez robotników, a analogiczne działanie ze strony policji nie wiedzieć czemu służące ( bo przecież chyba nie zakładali takiej aż swojej klęski, a w każdym innym przypadku to miejsce wypadłoby ZA plecami policjantów w kordonie Dom Robotniczy odcinających)... I widziałem po prawdzie jeszcze cyrkumstancyje, gdzie wodą placu zmywano nawet październiku, ale primo nie w Polszcze, a secundo, że to był targ rybny, gdzie się już w południe stosy wątpi walały i nie znam lepszego konceptu na onego ochędożenie...
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  3. Arcyciekawa opowieść blogowa, ba nawet esej, a nawet szkic do książki dla ludu prostego ... No cóż, jest jak jest i widocznie owe perły lubisz ciskać gdzie popadnie.
    Kłaniam z zaścianka Loch Ness :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Raczej : gdzie mogę...:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  4. Przeczytałam. Pożałowałam, bo straszne to było. I znalazłam jeszcze jeden powód, dla którego nie przepadam za przedmiotem. Historia jest krwią pisana. Każda. Zawsze. Od początku. Była, jest i będzie. Nie jest to odkrywcze, ale jakoś dołujące. Niby to się wie "od zawsze", ale są chwile, kiedy to widać wyraźniej. Wtedy to tak jakoś zniechęca i napawa obrzydzeniem do ludzkości jako takiej.
    I nadal odmawiam pisania klasówki. :)
    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż... przykro mi, że historia nie pachnie tak jak powinna, ale za to o ludziach przekazuje prawdę najszczerszą: czyli jacy naprawdę byliśmy, jesteśmy i najpewniej będziemy... Nie jest to obraz optymistyczny, to i radować się nie ma z czego, ale ponoć lekarze powiadają, że najważniejsza jest dobra diagnoza... Tyle, że historycy diagnozują już parę tysięcy lat, a terapii nawet nie widać początku...
      W sprawie klasówki to zwolnienie od rodziców poproszę:))
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  5. Tak to się można uczyć historii! Waszmość ją malujesz tak, że się czuję jakbym sama siedziała na Plantach i oglądała rzecz z bliska. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To głowę upraszam mieć nisko i jednak się schować za czem, by uczennica ranioną gdzie nie została...:))
      Kłaniam nisko, wielce za miłe słowa obligowany:)

      Usuń

Być może zdaje Ci się, Czytelniku Miły, że nic nie masz do powiedzenia aż tak ważkiego, czy mądrego, by psuć wzrok i męczyć klawisze... W takiem razie pozostaje mi się tylko z Tobą zgodzić: zdaje Ci się...:)