24 grudnia, 2020

Mili Moi,

 nie wiem, co mam Wam rzec, by deprekować i sumitować, bom już tyle tego razy czynił, że i mnie już obrzydło... Może więc rzeknę prawdę, bo jaka by ona nie była, cukrować nie ma czego: trudnić mi się przyszło czemsi na kształt handlu obwoźnego, choć towarem nie garnki jakie, czy błyskotki, a technologia z najnowocześniejszych i żywcem do bloga tego nie przystająca:) Nie narzekam, bo robota ciekawa, pełna wyzwań i spotkań z ludźmi, co lubię, aliści nie zmienia to tego, że dzień w dzień przejeżdżam setki kilometrów, odbywając wiele spotkań w odległych nieraz wioszczynach i grajdołkach, których istnienia żem nawet nie podejrzewał. 

  Wstaje człek zatem przed świtem i wraca dobrze po zmroku, tak złachany że i czasem w pół wieczerzy zasypia, bo cóż tu kryć: młodzieniaszkiem przecie nie jestem... I w tychże to cyrkumstancyjach owo to przedsięwzięcie moje staje się powoli fikcją, bo go wieść nie potrafię, ani nawet na liczne głosy Wasze odpowiedzieć, by nie wiem jak były zasłużonymi kąśliwościami dla nieporadności mojej, usiłującej dzban rozbity palcami zatykać... Myślę, że pora uczciwie powiedzieć, że dzieła tego póki co zawieszam, za co zawiedzionych przepraszam.  

 By może komu tam jeszcze się chciało w czas świąteczny klimatu dawniejszego poczuć, a miło byłoby inszych spomnieć tradycyj czy obyczajów, to ku dawniejszym notom moim tejże materyi poświęconym pokwapić się może. I tak "O obyczajach wigilijnych" żem już ongi raz pisał, co dziś widzę, że jeno krótkiemi było do tematu wstępem, któregośmy rozszerzali tutaj, gdzieśmy między inszemi o psotach wigilijnych pisali i o ściganiu się włościan na pasterkę spieszących... Tutaj żesmy cytacikiem obszernem z JMci Xiędza Kitowicza się sparłszy, o jasełkach pisali, a własną ręką zaś kolędników dawniejszych żeśmy jeszcze i tutaj opisali, oryginalne przy tej wojnie klechów z kolędnikami kolędnicze podziękowanie z roku 1615 podając. Zasię żem Lectorom Miłym starodawnych góralskich składał życzeń "Na scynście, na zdrowie..."Tutaj zasię żem własnej był alteracyi swej dał upust na durnotę ogólnonarodową, mniemającą karpia na wigilijnym stole mieć za obyczaj staropolski... Za okazyją, jako komu tego karpia, ryby dawniej rzadkiej i jeno na pański stół dawanej, chcieć prawdziwie po staropolsku na stół serwować, nie zaś jak leda kotleta schabowego na patelniej osmażonego, to tu ma przepisu na "Karpia po polsku w sosie szarym"... Ongi żeśmy roku minionego notą "O kradzieżach noworocznych" kończyli, dawniejszego tam a dziś przepomnianego cale obyczaju opisanie po krótkości ująwszy... Tutaj zasię, cytacikiem z Wincentego Pola się wsparłszy, żem prawdziwego znaczenia krzeseł pustych stawianych przy stole tłomaczył, tradycją dawniejszą i przedziwną mieszkulancją pogaństwa z krześcijaństwem będącą, aby onych mieć dla duchów...:)

   Nastroju odmieniwszy, bym jeszcze chciał wspomnieć przecudnej urody, choć smutną wielce "Kolędę ułańską" pióra Imci Minkiewicza.
  Tyle tego, póki co, w temacie... Wam Wszytkim, którzyście mnie nawiedzali, czytywali, a czasem i dysputowali, zawsze mieć będę w sercu i w memoryi, i za szczególny to będę sobie poczytywał zaszczyt, żem Was poznał i tyle lat był z Wami. Osobne Wam za to podziękowanie, a i życzenie byście Wszyscy zdrową nogą przeszli przez to morze zagrożeń i po latach może i umieli nawet śmiać się z tego :) 
   ZDROWYCH zatem i możliwie najpogodniejszych Świąt Wam życzę i kłaniam się nisko:)
   Wachmistrz

10 grudnia, 2020

Szwoleżerskie dziś święto...

Grudniową porą nam przyjdzie ostatniego w tem roku pułkowego obchodzić święta, za to nie byle jakiego pułku, bo 1 Pułku Szwoleżerów Marszałka Józefa Piłsudskiego (i tylko taka pisownia jest prawidłową, a nie często, acz błędnie: imienia Marszałka etc.), których dzieje i cośkolwiek z tradycyj żem już tu był opisywał w trzech nawet dla ogromu materyi częściach: I, IIIII, tandem jako komu miło byłoby ich spomnieć wraz ze mną to i ku tamtym notkom upraszam, gdzie się cofniemy i do napoleońskich czasów, aliści nie pożałujemy czasu ani i na arcyosobliwe Kijowa zdobywanie w dziewiętnastym roku, a i o Wieniawie słów parę...:) A w kropeczkach możecie sobie między inszemi aż w czterech zupełnie różnych utworach posłuchać nutek tych samych, ze szwoleżerami u nas kojarzonych...:) Ostatnia zaś jest fragmentem "Popiołów" w wersji Wajdowskiej, o której w ostatniej z tych części wspominam słowami Daniela Olbrychskiego, który opisywał tragiczny wypadek przy kręceniu tej sceny zdarzony, który żywota pozbawił filmowego konsultanta, legendę naszego jeździectwa, oficera szwoleżerów i olimpijczyka, majora Adama Królikiewicza...

08 listopada, 2020

O rozczarowującym doznaniu poznawczym...

  Wielokrotnie w żywocie przychodziło mi napawać się cudnością urody jakich piosnek czy pieśni obcojęzycznych, które wabiły ku sobie, kusiły rymem, rytmem, emocjami i linią melodyczną, tak dalece żem nareście, wiedziony niezdrową ciekawością usiłował pomiarkować o czem to też tam tak cudnie wyśpiewują. Najczęściej wówczas czar pryskał i rychło okazywało się, że nie tylko to nie jest ósmy cud świata, nie tylko niczego nie urywa, ale właściwie to nie ma się czym zachwycać, jeśli w ogóle nie jest to coś, co by potrzeba ze wstydem zapomnieć co rychlej...
  Cuś takiego mi się ongi przydarzyło z australijską piosnką, będącą onym nieledwie wtórym hymnem, czyli z "Waltzing Matildą", gdzie najpierwszego rozczarowania mieć przyszło, gdym pomiarkował, że niczego to pospólnego nie ma z tańcowaniem i nijakiej tam nie ma niewiasty, a "Matyldą" zwali włóczędzy tobół czyniony z grubego koca, do którego wrzucało się ten niewielki mająteczek wędrowca, a całość zaciskało z dwóch stron rzemieniem, który następnie służył niczem pas od torby, bo naszało się tego na ramieniu, luboż na plecach, pasem przez pierś. A "walcowanie" z Matyldą znaczyło po prostu swobodną wędrówkę takiego trampa... 




No i cóż tu dużo gadać po próżnicy, ładnie to brzmi, aliści po polsku nawet jak człek pomiarkuje owe liczne idiomy i mniej więcej wyjdzie mu takie coś:

"WALTZING MATILDA" PO POLSKU W TŁUMACZENIU ELI GEPFERT

Raz włóczęga wesół, obok stawu sobie siadł
Śpiewał tak i czekał, aż w puszce woda zacznie wrzeć
'Kto zechce ze mną wyruszyć już dziś?'
Hej na włóczęgę, ech na włóczęgę
Kto zechce ze mną wyruszyć już dziś?
Śpiewał tak i czekał, aż w puszce woda zacznie wrzeć
'Kto zechce ze mną wyruszyć już dziś?'

Nagle owca przyszła, w stawie wody napić się
Skoczył więc ku niej, szybki niczym myśl
Śpiewał tak, wpychając owieczkę w stary worek swój
'Czy zechcesz ze mną wyruszyć już dziś?'
Hej na włóczęgę, ech na włóczęgę
Kto zechce ze mną wyruszyć już dziś?
Śpiewał tak, wpychając owieczkę w stary worek swój
'Czy zechcesz ze mną wyruszyć już dziś?'

Wtem przybył właściciel na rasowym koniu swym
za nim trzej łowcy, każdy jak ten ryś
'Czyja jest ta owca, którą w starym worku masz?'
'Ktoś chyba z nami wyruszy już dziś'
Hej na włóczęgę, ech na włóczęgę
Kto zechce ze mną wyruszyć już dziś?
'Czyja jest ta owca, którą w starym worku masz?'
'Ktoś chyba z nami wyruszy już dziś'

Skoczył więc włóczęga, w wodną stawu opadł toń
I krzyknął 'żywym nie chcę z wami iść'
Duch wciąż tu spoczywa, a w stawie czasem słychać głos
'Kto zechce ze mną wyruszyć już dziś?'
Hej na włóczęgę, ech na włóczęgę
Kto zechce ze mną wyruszyć już dziś?
Duch wciąż tu spoczywa, a w stawie czasem słychać głos
'Kto zechce ze mną wyruszyć już dziś?'

to czuje się jednak jakby z czegoś odartym...
 

                                                       *     *     *


Pół biedy z owym australijskim trampem, prawdziwem frasunkiem przyszło zmierzyć się z tekstem wielce ostatnio modnego i przywoływanego na międzynarodowy hymn antyfaszystów wszelkiej maści, czyli italskie "Bella Ciao"...


Pewnego ranka wstałem
Una mattina mi sono alzato

O piękna cześć, piękna cześć, piękna cześć, cześć, cześć
O bella ciao, bella ciao, bella ciao, ciao, ciao

Pewnego ranka zdenerwowałem się
Una mattina mi sono azalto

I znalazłem najeźdźcę
E ho trovato l'invasor
O partyzancie, zabierz mnie stąd
O partigiano, portami via

O piękna cześć, piękna cześć, piękna cześć, cześć, cześć
O bella ciao, bella ciao, bella ciao, ciao, ciao

O partyzancie, zabierz mnie stąd
O partigiano, portami via

Ponieważ czuję, że umrę
Ché mi sento di morir
A jeśli zginę jako partyzant
E se io muoio da partigiano

O piękna cześć, piękna cześć, piękna cześć, cześć, cześć
O bella ciao, bella ciao, bella ciao, ciao, ciao

A jeśli zginę jako partyzant
E se io muoio da partigiano

Musisz mnie pochować
Tu mi devi seppellir
I pochowaj tam w górach
E seppellire lassù in montagna

O piękna cześć, piękna cześć, piękna cześć, cześć, cześć
O bella ciao, bella ciao, bella ciao, ciao, ciao

I pochowaj tam w górach
E seppellire lassù in montagna

W cieniu pięknego kwiatu
Sotto l'ombra di un bel fior
Wszyscy ludzie, którzy przejdą
Tutte le genti che passeranno

O piękna cześć, piękna cześć, piękna cześć, cześć, cześć
O bella ciao, bella ciao, bella ciao, ciao, ciao

I ludzie, którzy przejdą
E le genti che passeranno

Powiedzą mi „jaki piękny kwiat”
Mi diranno "che bel fior"
To jest kwiat partyzanta
È questo il fiore del partigiano

O piękna cześć, piękna cześć, piękna cześć, cześć, cześć
O bella ciao, bella ciao, bella ciao, ciao, ciao

To jest kwiat partyzanta
È questo il fiore del partigiano

Umarł za wolność
Morto per la libertà
To jest kwiat partyzanta
È questo il fiore del partigiano

Umarł za wolność
Morto per la libertà


 Jakem tego poznał był tłomaczenia, to ręce mi opadły i spomniałem powiedzenie żywe w Polsce od XIX wieku po czasy Międzywojnia: "Po to Pan Bóg stworzył Włochów, żeby nawet Austryjacy mieli kogo bić!". No bo cóż my tu mamy? Jakieś totalne rozmamłanie duchowe i nieogarnięcie nieszczęśnego podmiotu lirycznego, który nagle "znalazł najeźdźcę". We Włoszech, w realiach 1943 i 1944 roku musiał go szukać ? Nawet jeśli tego miarkować przenośnią i odnieść do owych faszystów, którym się ów nieborak chce przeciwstawić, to przyjdzie i tu pożalić się nad tem szukaniem, skoro tam faszysty od 1922 roku rządziły. Jedyne, co by mi tu jako tam, bo jako jeszcze owego chimeryka tłomaczyło, to odkrycie, że to własne państwo jest mu najedźcą, co zawsze boli i ciężko k'temu nawyknąć...
  Ale idźmyż dalej... Czy mamy tam czego w związku z tym o jakiejś walce, może nawet o chęci zwycięstwa? Coś ku pokrzepieniu ducha, coś z czym się idzie w bój, a chociaż nawołuje inszych, by poszli w nasze ślady? Bogać tam... oto musi przyjść z gór partyzant, żeby naszego rozmamłanego Italczyka w te góry zaprowadził, bo widać ów sam pójść nie dałby rady, bo by może zabłądził, albo jeszcze się rozmyślił i zawrócił. A potem to już tylko rojenia o pięknej śmierci, grobie, kwieciu, co na niem wyrośnie, zasię najwięcej o tych, co będą nad tym kwiatem i grobem ronić łzę... Litości... werteryzm w czystej postaci, jeno nie względem niewiasty, a owej idealizowanej idei... To ma być hymn ? No, wybaczcie, ale w takim razie nie mój... Mnie tam z egzaltowanymi poszukiwaczami bezproduktywnej, a choćby i pięknej śmierci oraz grobu zdecydowanie nie po drodze...

01 listopada, 2020

O retraktach i dobrach martwej ręki...

  W dawnej Polszcze służyły krewnym niejakie przywileje, jawno na celu zmocnienie rodów mające, najogólniej dziś prawem bliskości zwane. Pierwszy z nich się dziś jeszcze i przechował w kodeksie spółek handlowych, gdzie rolę owych dawnych krewnych wspólnicy pełnią i onym służy prawo pierwokupu. Drzewiej jednakowoż szło o majętność jaką, w rozumieniu najczęściej nieruchomość i pierwokup służył zawżdy krewnym najbliższym po mieczu, spólnicy zasię dzisiejsi jeno udziały odkupić mogą, oczywista o wieleż to w umowie, czy statucie spółki zawarowane im zostanie…
 Wtóry z owych przywilejów jednak jeszcze się mi widzi ciekawszym… Owoż, gdybyż posesyjonat włość jaką przedawał, a krewniaków pominął, służyło owym prawo retraktu, czasem i prawem odkupu zwane. Najkrócej prawiąc, nabywca tejże włości obligowan był ją odstąpić takiemu pominiętemu krewnemu, jeśli się ów objawił i pokrewieństwa swego dowiódł, za tąż samą cenę, co jej był samemu zapłacił. Prawo wygasało po trzech latach i trzech miesiącach od daty sprzedaży, o cośmy się ongi z Torlinem spierali gdy ów głosił że lat jeno trzech i trzech dni, czegom mi się potwierdzić nie udało, zatem na odpowiedzialność Zygmunta Glogera i onegoż "Encyklopedyi Staropolskiej", tudzież Zofiji de Bondy i onej "Słownika rzeczy i spraw polskich" ostanę przy swojem. Przez wzgląd na ów czas krewnym służacy trafiały się i czasem oszukaństwa przy antydatowaniu kontraktów, co jednak krótkie nogi miało, gdyż transakcyje gruntowe mus było zgłaszać w trybunale i takową niezgłoszoną łacno było oprotestować. Więcej przemyślnem wybiegiem byłoż onej po cichu w trybunale rejestrować "przy okazji" zgłaszanej umowy niby dzierżawnej, gdzie nabywca na owych lat trzy z kawalcem właścicielowi włości dzierżawił, a ów grosz za ową arendę cichcem nabywcy nazad odsyłał, luboż i samemi kwitami rzecz fałszywie potwierdzał. Proceder ów koniec końców konstytucyją sejmową Anno Domini 1768 unieczynniono, de facto w Polszcze swobodny nareście obrót ziemią wprowadzając.
   Za sposobnością spomnieć się godzi, że to Kościół był tąż siłą, której owe prawa wielce były nie w smak, bo przecie nie na to klechy latami jakiej dewotki urabiały, by grontów wycyganić, by się po takim znoju i trudzie, miasto profitów spodzianych, jaki krewny objawiał i wszytko psu na budę... W Polszcze tak Małej, jak i Wielgiej nie nadto się przyjęła nowinka trzecizny, aliści w Litwie owszem i tam spod prawa retraktu trzeciej można było ująć części, którą właściciel dowolnie mógł rozporządzić i krewnym nic było do tego. I to właśnie byłaż woda na księży młyn, temuż klechowie szczwani niemałej natężali chytrości, by od jakiego pobożnego i o duszę swą stroskanego, całej rodowej majętności, pokoleniami gromadzonej i pomnażanej, darowiznami za duszy zbawienie wycyganić… Nie nowe to w dziejach Kościoła rzeczy, aliści idźmyż ab ovo… Początkiem się majętność kościelna w Polszcze jeno z książęcych i królewskich nadań brała, co jednako cale nie znaczyło, by tegoż skąpo być miało! Anno Domini 1136 arcybiskup gnieźnieński miał już 136 wsi własnych. Na dobra kościelne utarło się miano „dóbr martwej ręki”. Przyczyna w tem, że podług prawa kanonicznego, dochodów kościelnych na cztery części dzielono, z których jedna miała iść na biskupa zwierzchniego, wtóra na utrzymanie kleru przy kościele, trzecia na biednych w parafii i nareście czwarta na koszta nabożeństw, ogólniejsze kościoła samego i służby kościelnej (organisty, kościelnego etc.) utrzymanie. Plebanowi zatem nie lza było grontów mu nadanych przedawać, bo z tego się przecie mieli jego następcy utrzymać, tedy gadano, że Kościołowi dać gront łacno, zasię wydrzeć… to już niczem z zaciśniętej zmarłego ręki co wyjąć probować… O tyleż to słuszna, że prawdziwie owe dobra niejako dla obrotu grontami martwe były. Później jeszczeć i powszechność testamentów, gdy te się rozpowszechniły, tegoż i jeszcze rozumienia przydały, że się te kościelne gronta tą głównie drogą, zapisów po zmarłych, powiększały…
  Aliści nie tylko…:) Od XII wieku bowiem extraordynaryjnie rozwinęło się zjawisko fałszerstw zakonnych. Znawcy przedmiotu piszą nawet o wielce specjalizowanych „klasztornych szajkach fałszerzy”! Jako kto się oburzać będzie, że to postępki niegodne, temu przypomnieć przyjdzie, że całe papiestwo swej pozycji wyjątkowej fałszerstwu przecie zawdzięcza, które bodaj czy nie do najpryncypalniejszych w dziejach totus mundi się liczy… Mowa, oczywista, o tzw. „donacji Konstantyna„…
  A że, jak widać, przykład szedł z samej góry temuż i braciszkowie w trepeczkach luboż i sandałkach, niewielkich mieli skrupułów, by powinność swą czynić… Po części w obronę ich biorąc, mniemam, że niektórzy szczerze wierzyli, że nie tyle fałszują, co „odtwarzają” dawne zaginione pergamina, a wszytko oczywista dla wiekszej chwały Bożej i danegoż klasztoru… Nawiasem: jakoby o tem procederze nie wiedzieć, to znane przecie już i uczniom klas najpierwszych wieści o Krzyżakach, nadania Konrada Mazowieckiego fałszujacych, zdają się być łotrostwem extraordynaryjnym… Tem ci czasem, jako na epokę wejrzeć i zjawiska powszechność, to łotrostwo to owszem, nie leda jakie, przecie czasowi swemu zwyczajne, osobliwie jako jeszczeć i na to wejrzeć, że Krzyżaki też mnichy…
  Skali zjawiska niechaj to dowodzi, że jakoż nam z XII wieku mieć autentycznych dokumentów książęcych wszytkiego trzy, tak podrobionych ex posta na imiona xiążąt tamtego czasu aż siedemnaście! Licząc do schyłku XII wieku mamyż wszytkich pergaminów polskich luboż z Polską związanych jakie 150, z czego 46 to dokumenta przez Kościół sfałszowane dla dowiedzenia swych praw rzkomych do tej, czy inszej majętności!
 Prawdziwem jednak dla Kościoła dobrodziejstwem stały się testamenty, które z pierwotkiem XIII wieku i w Polszcze się zjawiły. Testamenta prawem retraktu obciążone nie były, temuż ich oprotestować nijak nie szło. Starczyło jedynie rycerzykom naszym w uszy sączyć ustawiczną pieśń o zbawieniu duszy onych, której wielekroć łacniej dostąpią, byle jeno włości swych na klasztor, czy na biskupa zapisali… W ostateczności zawżdy szło po spraktykowany oręż fałszerski się schylić… Takoż i wrychle o dobrach kościelnych owa martwa ręka śród gminu pojmowana była, że to na testamentów literze majętności kościelne wzrosły.
  Dodajmyż k’temu, że wiekiem XIII Kościół powszechnie dóbr swych komasował, bez pardonu rugując chłopów książęcych i drobniejszych rycerzów tam, gdzie jakie przez nich posiadane enklawy na zawadzie w połączeniu jakiej zgrabnej całości stały… Dodajmyż i insze spomniane łotrostwa, to nam nie dziwne, że jako się kraj nasz na powrót w jedno zebrał, walka z tąż kościelną zachłannością jednem z najpryncypalniejszych celów się władcy konieczną stała, bo prawdziwie poczęło to już i interessom państwa całego zagrażać. Kazimierza króla dla najrozmaitszych przyczyn zwano Wielkim, aliści niechybnie i dla tej, że wziąwszy klechów pod dozór, zarządził wielkiej operacyj przepatrzenia tytułów własności i za najmniejszem nieautentyczności podejrzeniem, luboż i dla pergaminów stosownych braku, włości owe Kościołowi odbierano i ku królewskim przypisywano grontom… Części majątków klasztory, takie jak starosądecki czy szczyrzycki, na pograniczu leżąc, potraciły na rzecz właśnie spraw z obronnością związanych. Czas był po temu najwyższy, bo epoka poprzednia się niesłychaną pogardą dla tychże spraw w pamięci ludzkiej zapisała… Pozwólcie, Lectorowie Mili, przytoczyć Wam tu ustęp z kroniki Janka z Czarnkowa, w którem ów opisuje jakże to spraw takich w jego czasach zwyczajnie prowadzono:

„Tegoż roku trzeciego dnia przed świętem Jana Chrzciciela, przybyli na Kujawy szlachetni mężowie: Dobiesław, kasztelan krakowski, Sędziwój z Szubina, wojewoda kaliski, i mistrz Jan z Radliczyc, archidiakon i kanclerz krakowski, udając, że mają od króla polskiego i węgierskiego, Ludwika, władzę przywracania nieprawnie zabranych dziedzictw oraz wymierzania sprawiedliwości skarżącym się na starostów. Nazajutrz po św. Janie Chrzcicielu kazali ogłosić na rokach walnych w Brześciu, aby wszystcy, którzy żądają zwrotu zabranych dziedzictw, przedstawili im swoje przywileje, oraz aby podali na piśmie skargi na starostów. Wziąwszy mnóstwo skarg i przywilejów, pojechali w następny piątek dalej, do Kruszwicy, w sobotę — do Strzelna, w niedzielę — do Mogilna, w poniedziałek — do Trzemeszna, we wtorek — do Gniezna, a w czwartek przybyli do Poznania, gdzie pozostawali aż do wtorku. Ciągnęli do nich tak duchowni, jak świeccy, którzy doznali niesprawiedliwości i żądali zwrotu zabranych dziedzictw, i jechali za nimi aż do Kalisza, do drugiego dnia po św. Małgorzacie. Ci zaś na usprawiedliwienie swoje twierdzili, że na dzień św. Jakuba powinien przybyć biskup krakowski, Zawisza, bez którego przywrócenie dziedzictwa i załatwienie innych spraw było im przez pismo królewskie wyraźnie wzbronione. Tym sposobem wszyscy, którzy mieli nadzieję na odzyskanie dziedzictw i na prawne zadośćuczynienie za krzywdy, widząc, że z nich się tylko naigrywają, niezadowoleni, z opróżnionymi sakwami, wrócili do domu. Tamci zaś, jeżdżąc po całej ziemi i robiąc wielkie wydatki, dopiero po św. Jakubie powrócili do Krakowa.”
  Nadto by się tu już i może długo nad tem rozwodzić, pewnie więc jeszcze kiedy do tematu nawrócim, tu jeno dla porządku rzekniem, że większa część tego, co Kazimierz rewindykować poradził, za władztwa Jagiełły-neofity na powrót w ręce kościelne trafiła…

31 października, 2020

Najsubtelniej, jak umiem...

do grzecznie proszących dołączyć sobie pozwolę:



27 października, 2020

Jakże drobiu kaczego przysposabiać, by go pożądanym uczynić…?

...której to porady bym miał za niejakie nawiązanie do noty sierpniowej, gdzieśmy trzy aż głosy antecessorów naszych przywołali (Jakuba Haura z onegoż "Oekonomiką ziemiańską", słynnej xiędza Chmielowskiego encyklopedyi "Nowemi Atenami", zwanej tudzież przyrodnika xiędza Kluka), zgodnym chórem kaczki postponujących. Ale idźmyż za rzeczy koleją kaczkom osławionym sprawiedliwość oddać probując...

 Jakiegoż responsu udzielić na pytanie w tytule zawarte? Ano, że można rozmaicie... Ano rozmaicie można… Możnaż w pomarańczach, możnaż z jabłkami, można po krakowsku (z grzybami), można mej ulubionej kaczki z czosnkiem piec, aliści na dziś bym chciał staropolskiego przepisu na kaczkę „na dziko” Towarzystwu wystawić, za zaletę to onej mając, bo prawdziwie nijaki drób inszy się nam k’temu nie nada:)). Jako kto kaczek sam chowa, wiedzieć będzie która k’temu najlepsza, insi, co się kaczyzną kupną (a drogą niemiłosiernie!) kontentować muszą, tegoż wiedzieć winni, że kaczka nadto tłusta dla nieruchawości swej się do tejże potrawy nie nada i próżny to trud i ingrediencyje stracone…:((
 Możnaż atoli za tą okazyją się jakiego nadto wiekowego kaczorka wyzbyć, i to bodaj cyrkumstancyje jedyne, gdzie to gospodyniej na sucho ujdzie, boć i tak nieboraka w marynacie trzymać będziem, tedy niechybnie skruszeje zaczem ogniem traktować go będziem. I najsamprzód uwaga pryncypalna tym, co drobiu nie domowego sprawiać będą, a z jakiej myśliwskiej zabawy zwiezionego: nigdyż nadto długo czasu mitrężonego na śrucin wyłuskanie! Niewielki to trud, jako na ekspensa z leczeniem zębów połamanych wejrzym, takoż za obmowę co nas po poczęstunku takiem spotka niechybnie, a wcale zasłużenie:((…
 Ku kucharzeniu właściwemu wracając: marynaty czynim z pół szklenicy wina czerwonego wytrawnego*, soku z jakiej sporej cytryny i kawalątka skórki z onejże. Przydać k’temu po piąci ziarn pieprzu i ziela angielskiego, z dziesięć nadgniecionych jagód z jałowca (ususzone nawet i lepsze), goździki ze trzy, kawalątko imbiru luboż sproszkowanego kto ma, nie więcej jako łyżeczki pół, nareście warzyw drobiutko usieczonych w tem jakie pół marchwi, pietruszki tyleż, ćwiartkę selera, cebuli w talarki skrojonej. Nie zawadzi i jaki liść laurowy…
 Poczynając w imię Boże, jarzyn i cebuli wodą (kwaterka starczy, jeno jako komu z rur podła smakiem bieży, niechaj onej poniecha, a stołowej jakiej z flaszy niech zażyje, bo smak gotów spaskudzić niebacznością swoją!) wrzącą zalawszy warzym jeszczeć i jakie pół godziny, zaczym dodajem pierwej spomnianych przypraw korzennych wszytkich, zasię dopiroż wina, soku z cytryny i onego skórki kawalca. Króciuśko zagotowawszy odstawiamy, by przechłodło, bo jeno takąż marynatą możem kaczki zalewać.
 Młodym zadosyć będzie ze dwa dni w onej spoczywać, jako nam się trefił kaczorek seniorek to i ze trzy nie zawadzi potrzymać. Mniemam, że o przewracaniu ptaka w marynacie, by wszędy weszła i ów nią w całości przeszedł, dodawać nie muszę?:)
Nasolić kaczki nie później, niż na jaką godzinę przed pieczeniem, zaczem wraziwszy onej do brytfanki, piec z wolna na maśle (nie żałować, aliści że soków własnych też i sporo nam kaczuszka puści, tedy baczenie mieć, byśmy naczynia nadto mikrego nie mieli). Jest ci przy tem zabawy trochę, boć kaczki pieczonej trza co i rusz tem sosem zlewać, by nie wyschła, tedy zmitrężym przy tem czasu niemało. Jako kaczka nieduża może i godzina starczy, aleć bym nie liczył na to…
 W międzyczasie możem ze sosu zebrać uważnie jakie dwie-trzy łyżki tłuszczu, dodać k’temu szczypty cukru – Boże broń więcej jak z pół łyżeczki! – i smażym tegoż gdzie na boku, dopokąd się cukier nie zrumieni z lekka. Natenczas przydajem łyżki mąki, jeno płaskiej jako panny nieodrosłe, zaczym przesmażywszy wszytko pospołu łączym wpierw z jaką pół szklenicą bulionu, zasię całości ze sosem w brytfance.
 Jakośmy kaczki wyjęli i poporcyjowali, przejść możem do części najpryncypalniejszej w kucharzeniu naszem, a przytem arcydelikatnej, gdzie przesadą czy niebacznością łacno możem całegoż effektu zniweczyć. Owoż trza nam do sosu w brytfance ostałego dodać pewnej części onej marynaty, coż w niej ptactwo do pieczenie dojrzewało. I cała w tem trudność, wieleż onej dać i tegoż właśnie mi Wam rzec nie sposób, bo toż i od ilości sosu zależy, zatem i pośrednio od ptaka wielkości, ode gustów Waszych, przecie mi nieznanych i jeszczeć inszych przyczyn kilku… Najmądrzej widzi mi się będzie Wam tak czynić, by po łyżce marynaty do sosu podgrzanego dobawiać, mięszając ustawicznie, co i rusz probując z lekka, wina na ten czas ode ust odstawiwszy, bo po wytrawnem wszytko na języku się słodkiem widzi. Przerw bym przy tem długich czynił, na toż wzgląd mając, że się ingrediencyje przegryźć z sobą muszą i sos nam żawżdy kapkę ostrzejszy wyjdzie, niźli nam się w probowaniu zdało! Winien ci on mieć wyrazisty smak, z lekka pikantny z wyraźnie wyczuwalną nutką korzenności swojej, tedy dopóty tego jawno nie czujem, marynaty śmiało dodawać, pomnąc jednakże, że wszelka w tem względzie przesada nieodwracalną jest i nader łacno tu całości spsować sos czyniąc nadto „dzikiem”:))
 Jako już sosu doprawianie za zakończone uznamy, cedzim go, zalewamyż niem kaczki na powrót, całość grzejem, by nam króciuśko zawrzało i…podawać możem:)) Podług mnie, najwyborniejsze to danie z kluskami luboż z ryżem, aliści każdemu przecie spożywać podług gustu swego.

_______________________________

*- flaszy reszta się nada (a możebne, że i przymało będzie), by kucharzącego skrzepić:)), bo proceder nasz dłużył się będzie okrutnie…

24 października, 2020

Strzępek z Kosmogonii podług Wachmistrza...

 Złostki są duszki niewielkie, co się rodzą ze złorzeczeniem każdem, z każdym przekleństwem, z każdą uciechą z krzywdy cudzej powziętą i z każdym cierpiącego płaczem. Unoszą się w powietrzu całemi stadami, osobliwie tam, gdzie ludu mrowie, a że z lataniem u nich nietęgo, to i najradziej przysiadają gdzie komu na kołnierzu, a najradziej śpiącemu, by się w tem czasie jeszczeć i utuczyć jego złą krwią i podłostkami. Słowem, jako to śpiewał Bułat: „wsie naszi gadosti i miełkije złodiejstwa” nie przemijają bez śladu, choć ów ulotny jest wielce i żywota krótkiego. Powiadają, że jaki wielki złośnik ma już złostka własnego, co go nie odstąpi, a owszem i insze pożre, byle się samemu utuczyć. Bywa, że ponoś i do takich rozmiarów, że żywiciela swego zadusić we śnie poradzi, ale to rzadkość niebywała. Najwięcej bowiem bywa takich, co się zbijają w tabuny i krążąc między nami, dławią dech i szkodne są wielce, bo i optykę psują i nie widzi się rzeczy takich, jakiemi prawdziwie są… Bywa, że i głos dochodzący tłumią i rad się ostatnich jeszcze dobrych nie słyszy… Aliści nie jest tak, że na onych nie masz kija, bo są i dobrotki, co się rodzą z każdą myślą empatyczną, każdym serdecznym gestem i każdym miłośnym kochanków westchnieniem. Jeno, że owe do wojaczki niezdatne, tamtych unikają, zadosyć mając jako muszą tejże samej aury zażywać i pomiędzy tamtemi krążyć. Prawda, że musną czasem i złostka jakiego, bo w ciżbie nie sposób inaczej, osobliwie jako tamte złośliwie drogi zagradzają… Bywa, że i muśnięty pod ciężarem dobrego pyłu, co na nim osiadł, tracą swą szkodną moc, abo i spadają gdzie na ziem, nie umiejąc onego dobra udźwignąć.

Widzicie ich czasem, jako kocisko takiego przy pawimencie dopadnie i zeżre, a Wy się śmiejecie, że ów wyimaginowanej myszy łowi...

06 października, 2020

O pojedynku pewnego starca z pewnym imperium...

  Przyjdzie dziś nam rozważać rzecz w dziejach świata niemal bez precedensu, a przynajmniej jam takiego nie nalazł… Powiadali czasem o tem, że to niczem Dawida z Goliatem zmaganie, aliści mnie się rzecz zda nietrafną, bo primo, że Dawid był młodziankiem sił pełnym, nasz zaś starzec, gdy wyzwanie rzucił władcy, co niechybnie się liczył między tych, co o losach totus rozstrzygają mundi, miał lat naówczas z górą sześć dziesiątek… Ano i naszego władcy kamień jeden, nawet i by najcelniej ugodzony, z tronu by nie zwalił… Prawdziwie, jeśli na potencyje stron wejrzeć obu, to zdałoby się, że nasz starzec szaleńcem był, skoro się poważył porwać  na władztwo, co szóstej miało części świata podległej, armijej nieomal w miliony liczonej i skarbca pod powały pełnego! Cóż mógł mu nasz przeciwstawić starzec, którego z dóbr dawnych ogromnych wyzuto, na obczyźnie z łaski obcych siedzący, za potencyję całą swoją mając majątku dawnego ochłapy, przyjaciół garstkę i stronników więcej może setek parę niźli tysięcy? Ale w tem równaniu brak jeszcze czynników najpryncypalniejszych: rozumu i woli, a na tem naszemu starcowi nie zbywało…
  Pewno, że komar nie zabije bawołu, ale dokuczyć potrafi i takie też były naszego starca koncepta, by utrudzeniami tysięcznemi i przeszkód mnożeniem uwikłać władcę imperium i szyki jego pomięszać, a przy tem każdej pomyślnej się chwytać sposobności, by własnej swej ojczyźnie independencyi przynieść…
  Domyśliła się już Lectorów część jaka, że to rzecz o xiążęcia Adama Jerzego Czartoryskiego z caratem zmaganiach, inszym (osobliwie tym, co jeno z dawnych szkół pamiętają, że to na emigracyi przywódca stronnictwa wstecznego i szkodnego) przyjdzie go odkryć na nowo…
  Ongi Waldemar Łysiak w „Cesarskim pokerze” wystawił epokę napoleońską jako partyję karcianą, w której z Bonapartem grał car Aleksander, za figury karciane mając ministrów, marszałków, kokoty i królowe (co akurat w kilku przypadkach na jedno niemal wychodziło)… Nie mam ja ambicyj aż takich by się z piórem tak znamienitem mierzyć, a i materyja skromniejsza wielekroć… Frasunek mój inszej natury, bo bym ja miał tej rozgrywki do jakiej równać partyi, tom w kłopocie, bo w pokerze, jeśli nie szachraje grają, przeciwnicy szans choć na starcie mają równych i dalej rzecz już od kart (szczęścia) zawiśnie i od  talentu do gry(rozumu)… Nasza partia od początku nierówną, bo to jakby jednemu dać kart pięć, a wtóremu jedną i rzec „Graj, człecze!”. A przecie nie zbrakło tu blefów iście pokera godnych…
  Nie były to szachy, chyba że poczęte od jakiego bliskiej końca części, gdy białym jeno hetman i garść pionów ostała. Ale w szachach zasady są ścisłe, tu zaś rozgrywka żadnych niemal nie miała zasad, okrom tej jednej, by drugiego z graczy nie przywieść do furii, w której cały stolik kopnąć gotowy…
  Sami zatem widzicie trudność moją, tedy zręczniej nam pewnie będzie takich tu porównań poniechać, a rzecz począć ab ovo… czyli z rokiem 1832, gdy emigranty nasze po insurekcyi listopadowej klęsce się na paryskim bruku choć krzynę ogarniać poczęły. Aliści by intencyje stron obu wystawić zrozumiale przyjdzie się nam po moskiewskiej stronie cofnąć głębiej, ku dokumentowi, co go zwano testamentem Piotra Wielkiego, a który choć nim nie był i fałszem trąci na milę, przecie wybornie intencyje carskie wystawiał… a w każdem razie poczynania Mikołaja I takież były, jakoby ów się iście tem kierował był testamentem. Podług dokumentu tego każdy władca Rosji miał „uczynić wszystkie wysiłki dla zbliżenia się do Stambułu i do Indii, bo wiadomo, że kto trzyma w ręku Stambuł może być rzeczywistym zdobywcą świata […]” „Testament” nawet i wskazywał drogi ku temu: „Powinniśmy spowodować by uznali oni (prawosławni chrześcijanie – Wachm.) państwo rosyjskie za ucieczkę i dobroczyńcę[…] Tą drogą zdobędziemy wielu przyjaciół i oddanych pracowników w każdej prowincji naszych wrogów.”
  Ano i tenże dokument nam zarazem pole szachownicy naszej określił, bo nie o mniej lub bardziej nieudałych spiskach krajowych będziem tu pisać, ni o nieprzeszacowanych zasługach xiążęcia dla kultury naszej, jeno o pasjonującej rozgrywce, co się toczyła na przestrzeni od Rzymu po Kaukaz, ale niewątpliwym centrum zdarzeń był spominany Stambuł, gdzie xiążę Adam detaszował jednego z najzdolniejszych swoich agentów, Michała Czaykowskiego, którego po poturczeniu Turcy zwali Sadykiem Paszą…
  Aliści epizod, któregom na dziś sobie naznaczył ku opisaniu, toczył się jeszcze gdzie indziej, przy tem najwięcej zaś w Serbijej, której przeciętny dziś mieszkaniec najpewniej wielce byłby zdumiony tym faktem, że by nie Polaków koncepta i starania, nie byłoby najpewniej jeszcze przez lat wiele żadnej wolnej Serbii…
  Gotowało się w tej Serbii, oj gotowało… Po insurekcyjach wielu przystała koniec końców Porta na autonomię i tak wstało księstewko wasalne z Miłoszem Obrenovićem jako kneziem, który jaki był, taki był, a choć okrutnik i łupieżca, przecie cara wróg zaprzysięgły. Uciśnieni poddani nie zdzierżyli dłużej nad lat kilka i w 1839 roku bontu podniósłszy, kniazia przegnali a na tron syna onegoż, Michała, przyjęli… Ów, młodziankiem będąc, w cyrkumstancyjach polityki świata zielonym jako szczypiór niezerwany, z punktu poszedł na pasek moskiewski i na tem pasku prowadzony, przegnał opozycjonistów, w tem i najtęższe ówcześne serbskie głowy (m.in. Avram Petronijević czy Ilija Garaszanin-przyszli premier i minister rządu serbskiego). Z tymi wygnańcami, co na stambulskim bruku czynili nieledwie tegoż samego, co xiążę Adam na paryskim, spiknął się nasz Michał Czaykowski i począł im w uszy sączyć myśli czartoryskie…*
  Niechybnie onym tego było miło słuchać, że się wkoło Serbii winny wszytkie ludy Południa jednoczyć i jedną słowiańską sprawę popierać przeciw potencyjom tureckiej, wiedeńskiej i moskiewskiej, przy tem, że dwie ostatnie by Serbów najochotniej podebrały i same pożarły, tedy ze słabości póki co korzystając tureckiej, onej nibyż wasalności mieć za swą tarczę, a pod nią czynić swego… Naturaliter przy tem jeszcze co i pomóc bratniej Polsce w okowach jęczącej…
 Póki co, dopomógł Czaykowski niektórym do powrotu i, zbrojnych w glejty tureckie, namówił, by do Belgradu wracali, a na drogę wyprawił z niemi człeka swego, którym był Ludwik Zwierkowski, dawniejszy członek sprzysiężenia Wysockiego, co w Stambule Francuza udawał nazwiskiem Lenoir. Nawiasem człek to na agenta sekretnego wielce sposobny, bo i niegłupi, a i postury niedźwiedziej, przy tem zręczny nad podziwienie. W Stambule się utrzymywał z lekcyj fechtunku i pływania, a reklamę tegoż ostatniego czyniąc, Bosforu przepłynął, o czem jeszcze w 1855 w nabożnem podziwie Mićkiewiczowi opowiadano…
  Ale wróćmyż za Garaszaninem i kompaniją do Belgradu, gdzie jak słusznie koncypował Czaykowski tak długo knuli, aż wrześniem 1842 roku kolejnej rebelii nie przywiedli do skutku, która Michała Obrenovića usunąwszy, na tron wyniosła Aleksandra Karadjodjevića** . Temu z punktu się przeciwiły i Petersburg, i Wiedeń, przy tem najwięcej Mikołaj I po dworach europejskich sobaczył, że tego uznać nie sposób, bo by to było legalizowaniem rewolucyj i rebelii, tedy rzecz trza zdusić w zarodku jako nieprawą (tak jakby lat trzy przódzi Miłosz Obrenović sam się obalił i z własnej woli na rzecz Michała abdykował:) Dla pozoru jednak car się nibyż jeno ograniczył k’temu, by żądać dokonania wyboru kniazia przez senat serbski, przy czem wszyscy wiedzieli, że tam część pryncypalna na pasku, a czasem i na sakiewce posła rosyjskiego chodzi…
  Porta się pod naciskiem potęg obu ugięła, osobliwie, że się Francyja zachowała niczem ten miłośnik higieny, Piłat, i byłaby rzecz przepadła, gdybyż nie Czaykowski i protektor onego, sam xiążę Adam. Trafem był akurat Czaykowski w Paryżu, gdy mu sekretnie doniesiono, że Porta ustąpi, tedy na narady z xięciem czasu tracić nie musieli nadto długo…
  Xiążę Adam się z punktu zapalił do przedłożonego konceptu wypłatania figla carowi i nie mieszkając, udał się z tem do francuskiego ministerium zagranicznych interessów, gdzie przekabacił ministra Guizota tak dalece, że ów expressem polecił wyrobić Czaykowskiemu francuskiego paszportu na nazwisko oficyjera jazdy de Canneaux, przy tem przydał mu jeszcze listów polecających do konsulów francuskich.
  Rzecz szła o godziny, tedy znając, że periculum in mora***, tejże samej jeszcze nocy pognał Czaykowski rozstawnemi końmi ku Wiedniowi, w którem też ni minuty nie mitrężył nadaremno. Nie wiadomo nawet czy się zdążył z żoną i dziatkami pożegnać w Paryżu i czy znał, że ich ostatni raz widzi, albowiem w Stambule przyszło mu się z niedoszłą muzą Słowackiego, Ludwiką Śniadecką, związać nader ściśle, aleć to już całkiem insza historia… W drodze tej mu jeno dragoman jego przyboczny, Jan Saih towarzyszył, a po drodze się nie obeszło i bez przygód.
 „Naprzeciw Nowego Miasta (Neustadt-Wachm.) wsiedli na statek dwaj ludzie, którzy mi byli dobrze znani ze Stambułu[…] Obaj gorący zwolennicy Obrenovića – udawali się do Semlina (zapewne dzisiejsze Zemun, przedmieście Belgradu – Wachm.), by działać na jego korzyść. Mimo moich okularów i peruki dragoman (Serbów -Wachm) poznał mnie i przyszedł do mnie przywitać się. Przyjąłem go nader chłodno, mówiąc iż ż pewnością bierze mnie za kogoś innego […] On mniemając, że Jan nie jest w mojej służbie – powiada, że pewny jest, że ja jestem Czaykowski wysłany do Belgradu od ks.Czartoryskiego, który najusilniej działa przeciw rodzinie Obrenovićów, że on mnie zdemaskuje do komendanta (austryjackiego – Wachm.) w Semlinie, a ten mnie nie puści do Belgradu, że o mnie doniesie konsulowi moskiewskiemu i ambasadorowi w Stambule.[…] Janowi kazałem, by tego dragomana zagadał, sam rzekłem że będę nocował na statku […] Dreszcze mnie przejmowały, że mogę wpaść w łapy policyjnych agentów Metternicha. Gdy statek przybił do przystani, przyjawszy najbardziej obojętną minę pojechałem prosto do komendanta Semliny.”
  Grając va banque poprosił Czaykowski austryjackiego jenerała, by go czem prędzej na drugi, serbski, brzeg wyprawił, albowiem pilno mu się z konsulem widzieć francuskiem, dla którego listy z Paryża wiezie. Jenerał, w uczynności swojej, nie dość że adjutanta posłał za najęciem łodzi własnego, to jeszczeć gdy ów wrócił z wieścią, że łodzie z nocy nastaniem już nie chodzą, własnej był agentowi xięcia użyczył „wziąwszy ode mnie słowo, że za powrotem będę jego gościem. Kiedy adjutant przeprowadzał mnie do łodzi, z daleka dostrzegłem obu Serbów, którzy spieszyli do generała”.
  Takimi to między inszemi fortelami zdążył był Czaykowski do Belgradu, gdzie Serbów znajomych w zupełnej zastał apatii i prostracji… Xiążę Aleksander właśnie był na żądanie ambasady moskiewskiej dymissyjonował Petronijevića i Vućića, co najwięcej przy obaleniu kniazia Michała byli czynnymi i oba właśnie się pakowali, by znów na obczyznę uchodzić. Czaykowski wszytkim przeperswadował, by tegoż nie czynili i przedłożył konceptu swego, w myśl którego iście Serbowie postąpili. Owoż zwołano na 15 Iuni skupsztiny, czyli ichniejszego zgromadzenia narodowego, a nie jeno senatu, jako car chciał i na ręce tejże skupsztiny xiążę Aleksander złożył swej władzy prosząc jej właśnie, by kniazia nowego obrała.
  „Na dolinie Topsidore zgromadziło się 6000 uzbrojonego ludu z rozmaitych okolic, a oprócz tego 2000 deputowanych ludu.” Kniaź przybył ze swemi i odczytawszy firman sułtański przedłożył skupsztinie władzę swoją, na co „największy powstał hałas, wołano zewsząd, że nie chcą innego księcia, jak Aleksander, że elekcja nowa nie jest potrzebna. Dodawano, że Rosja ma prawo protegować, ale nie tyranizować Serbów”.
   Czaykowski wieści o swem tryumfie dostał już w Stambule, bo w Belgradzie nadto mu już po piętach moskiewscy deptali agenci i znów uchodzić musiał. W każdem bądź razie ten prztyczek w nos carski długo był nad Newą bolesnem, bo nie dość, że się wpływy rosyjskie nad Dunajem spsowały, to i naszych podniesiono na wyżyny nigdy później już nie dosięgnięte… Dość rzec będzie, że delegowany przez Czaykowskiego na emissaryusza swego w Belgradzie, Franciszek Zach, porucznik z 1831, zostanie organizatorem i kwatermistrzem całej serbskiej armijej…

_____________________________

* „Načertanije” 
Garašanina, swoisty program i wizja Wielkiej Serbii, w całości rzec by można z inspiracyj Czartoryskiego powstało…

** syna legendarnego przywódcy pierwszego antytureckiego powstania z lat 1804-1813, Jerzego Czarnego (Karadjordje). W cyrkumstancyjach naszych by mieć kogo o takiem społecznem poparciu, by musiał Kościuszko mieć syna…

*** (łac.) niebezpieczeństwo w zwłoce 

23 września, 2020

Święto 5 Pułku Ułanów Zasławskich...


...które godzi się czym godnem uczcić i wypić za pamięć 5 Pułku Ułanów Zasławskich w pamiątkę rocznicy ich niebywałej zgoła pod Zasławiem szarży, która słusznie do legend jazdy naszej już przeszła...:))

31 sierpnia, 2020

Święto 9 Pułku Ułanów Małopolskich...

...akuratnie dziś przypadające prosi się o toast czem godnym, osobliwie, że do kolejnego święta niemal miesiąc czekać przyjdzie, a potem już i do grudnia bez żadnego...:(( Ciekawych dziejów tegoż pułku i tradycyj upraszam tutaj:)