09 lipca, 2020

Opowieść wędrowca

  Podkorciło ongi popróbować naśladownictwa memuarów przeróżnych naszych szlachetków, co się po świecie przecierali, a dla naiwności swojej i, cóż tu dużo kołować wpodle rzeczy, nieprzesadnej umysłu bystrości, widziane tak spisywali, że nie sposób tego bez uśmiechu czytać, jak ów Rywocki, co w Italijej widział posągi Mojżesza i Herkulesa "wielce akuratnie ad vivum* zdjętego" :), podobnie zresztą jako i relikwij moc, przy których sienkiewiczowskiego Sanderusa "szczebel z drabiny, co się śniła Jakubowi" prawdziwie przedniej jest próby, przecie do pięt nie dostaje "kurom świętego Dominika pieczonym, po izbie latającym", com już tu ongi opisywał w tekście o relikwijach i miraculach.

* * *

  Przybywszy szczęśnie za niechybną Opatrzności sprawą ku miastu temu, żem się dla krótkości pobytu nasycić niem nie zdołał, przecie com ta dojrzał, tego i rad opiszę ku pamięci, a może i inszym ku nauce, a czasem i przestrodze jakiej… Najpierwsze co mię zadziwiło, to serdeczność wielga z jaką automobiliści tameczni, a jeszczeć i więcej powożący czemsi, co tubylcy zowią scuterri i motocicletti, się ku sobie mają… jako się ich za krzyżówką gościńców każdą najedzie ciżba tak okrutna, że nie do uwierzenia, że się to wszytko na jednej drodze mieści, wraz się gestami serdecznemi pozdrawiają, a zawołaniami sekretnemi, z których żem jeno „Vafankullo” spamiętał, takoż „Porkamizeria” i „Filiodiputana”… Ano, żem z początku w strachu był nieledwie o całość automobilu mego, jako się na dwupasmowem gościńcu czterech nas we rzędzie ustawiało, a między nami, com ani myślał że to możebne, owi scuterri się jeszcze przeciśli, tom potem niejakiej swobody nabywszy, i ja ochotnie się do trąbek ryczenia dołączał, a i przejeżdżających mimo owem „Vafankullo” z serca obdarzał:))
  Grodziszcze samo wielgie okrutnie, ale i niemłode, co po domostwach licznych widać. Niektóre już tak zębem czasu spsowane, że się i ze szczętem powaliły, inszym dachy zwiało, że same kolumny stoją, inszym znowu się jeno część jaka ścian zapadła. Probowałżem powstydzić jednego zarządzającego największą bodaj ruderą w mieście, że dla jej ogromu i jegoż nieczynności widno tak sławną się stała, że się już od świtańca kolejki ustawiają ludzi żądnych owo Colosseum obaczyć nim się ze szczętem zawali. Gdybyż ów szelma bodaj dziesiątej części tego grosza, co bierze od ludzisków sobie w tej ruderze konterfektów czyniących na odnowienie onej obracał, dawno byśmy owej budowli mieli pięknie restaurowanej. Przedkładałżem mu, że w Polszcze mamy mularzów zdolnych; w pół roku najdalej by mu tejże ruiny zawaleniem grożącej rozebrali i w tem mieśćcu gmachu nowego jak się patrzy wystawili, przecie się jeno śmiał, jak nie przymierzając u nas we wiosce głupi Mikołka, co za gęsiami chodzi…
    A jakeśmy przy budowlach, to o jednej wielce udziwnionej rzec się godzi. Powiedli mię przed gmaszysko okrutnie wielgie i prawią, że tu jakiś Pan Teon mieszka. Ani mi znać Jaśnie Wielmożnego Pana Teona, ani też i JW Pani Teonowej, przecie udaję, że mi to radość niemała ich móc nawiedzić, bo to przecie człek nigdy nie wie, zali mu się jakie znajomki w żywocie przyszłem nie przydadzą. „Wiedźcież mię do nich tedy!” powiadam, a w duchu jakiej oracyi powitalnej sklecić probuję, by na prostaka nie wyjść. Aliści pokazało się, żem zbytecznie sobie ten frasunek czynił, bo ani Gospodarza doma nie było, ani Pani jegoż, a co więcej ciżba we środku okrutna sama się gospodarzy, w każdy kąt nosa tkając, jakoby u siebie byli… Dziwne mi to obyczaje, że się leda kto w ochocie czuje, wchodzi jak do siebie, luboż jak do karczmy, przecie domostwo jeszczeć i dziwniejsze! Nie masz w nim ni stołowego, ni kredensowego, ni czeladnej, ni jakiegobądź z pojęciem podzielenia…wszytko jedna izba ogromna, jakoby stodół pięć w jednej… a we środku samem dziura we sklepieniu, niczem od bombardy jakiej ogromnej wyłupana! Aliści widać, że wyrobiona ładnie i równo, tedy to nie z nieszczęścia jakiego, czy mularzów niecnotliwości, a z zamierzenia taka widno być miała…
   Nie chciałżem cicerone mego konfudować dopytywaniem o owo wariactwo, przecie sam mi począł bajania snuć, że to tak przemyślnie wykoncypowane, że przez ów przeziór nawet deszczu kropla nie spadnie, bo jej jakoweś ciśnienia rzkomo nie dają. Gada mi i gada, a mnie przecie widać, że dziursko niczego sobie; parą koni by nawrócił, przecie udaję że dowierzam, łbem kiwam, jeno poglądam na czem owo oczajduszostwo miałoby nibyż kres znaleźć. Na końcum wydumał, że widno się tam niedowiarkom zakładać każą, potem wodę z góry leją, a płyta pewnikiem jaka szklenna niewidoczna wody strzymuje i tak naiwnych naciągają na grosiwo jakie. Ha! Tu cię mam, żem umyślił, aleć nicem po sobie poznać nie dał, żem franta przejrzał i każdziutkiemu słowu przytakuję, ba, przytwierdzam że i u nas na wiosce takich ze siedm najmniej… Ów w konfuzyję; duma że mu nie dowierzam i facecyje zeń czynię. Dalejże się przysięgać swego, ać ja rękami macham, że nie trza, że przecie wierę… I takem franta przechytrzył!
   Jadło u nich niepodłe, a i napitki niezgorsze, chocia kudy tam ichnim wińskom do węgrzyna poćciwego! Miodu u onych nie uświadczysz, tedy jako komu bez onegoż żyć nie sposób, niechaj zapasik własny w drogę bierze, takoż i ogórców kwaszonych, czy kapusty takiejże, zdałoby się też i boćwiny i żuru, bo i tego nie znają, chocia przecie nie pogany… Nie zaszkodziłoby, jakoby jaki mistrz rondla, co się po ichniemu wysłowić poradzi, onych nauczył, jako się pizzę czyni, bo pojadają takie leda jakie cosi na podpłomykowem cieście postnem, jakoby dla chudopachołka jakiego piekli, nie dla gościa godnego!
   Ale i między tą mizeryją trefiło mi się, że mię zawiedli w mieśćce jedno na traktament osobliwy uciesznemi kuleczkami jakoby ze śniegu z mlekiem mięszanego ze smakami różnistemi. Zimne to i dość smaczne, osobliwie na dni skwarne zacne, a co mnie jeszczeć i więcej ku radości, jakom się wywiedział sekretnie, że przepisu tegoż sama Święta Gelata ode Najświętszej Panienki wydobyła! Temuż jadło owo nie leda tam jaką fraszką a przeciwnie strawą duchową poważaną wielce, a i pono kardynały obstalowują tegoż całemi misami, by się w stanie świątobliwości bliskiem utrzymywać. Nie umiałżem ja obstalować, bo mi te smaki wszytkie obce i nieznane, przecie żem wykoncypował, że jako większa ich część nazwy ma pospolite i ordynaryjne, zasię jeden najwidniej ode łacińskiej nazwy mszy się wiedzie, tedy widno ów najwięcej jest świątobliwy i temuż żem sobie owego TiraMissu z punktu ze siedm kulek zaordynował z pobożności najczystszej. Aliści com się w cichości może i spodziewał jakich wizyj ekstatycznych luboż objawienia szczególnego, tom widno tego niegodny, bo się wszytko jeno bolem kiszek pokończyło, z czegom pojął że i w pobożności miary trza umieć dochować…

____________
* ad vivum - z natury

06 lipca, 2020

Toastu za pamięć

...dziś potrzeba koniecznie: pro memoria 24 Pułku Ułanów z Kraśnika, co sami sobie za patrona, wbrew zwierzchności, upatrzyli hetmana Żółkiewskiego, zaś Was ongi kształtem swoich hełmów i umundurowaniem zbulwersowali...:)    
   Kolejnego Wam spełnić przyjdzie w niedzielę za pamięć pułku jednego z najgodniejszych, czyli 4 Pułku Ułanów Zaniemeńskich , zasię kolejnego 11-go, za następny taki pułk sławny nad podziwienie, choć dzisiejszemi czasy akurat najwięcej dla żurawiejki nieobyczajnej, a najbardziej znanej, ze szkodą niemałą dla wiedzy o niezwyczajnych prawdziwie dokonaniach 14 Pułku Ułanów Jazłowieckich  ...:) 

O najstarszym żołnierzu Legionów...V

  Kończąc naszej opowieści , z onej całym niechronologicznym nieładem (III , III , IVVI ) o Wacławie Sieroszewskim naszej, przyjdzie nareście wytłomaczyć przecz, poza stylem archaicznem i tematyką egzotyczną czy i może już niemodną, ówże tak zalazł bolszewickim Polski włodarzom za skórę, że go po wojnie już niemal drukować nie chcieli* i na zapomnienie skazali.
  Pisalim, że się ów z braćmi Piłsudskimi skamracił, a rzec by i można, że idąc miasto młodszego, za onegoż przewiny, na zesłanie kolejne, w starszym miał oparcia i pomocy. Kolejnemi aresztowaniami zagrożony, usunął się pisarz na galicyjską ziemię, poza łapy policmajstrów carskich. Pomieszkując w Krakowie, zasię w Zakopanem nie bez i tej przyczyny, że u Sieroszewskich mało kiedy się przelewało, a tu jednak życie tańszem było po wielekroć. Mimo tego, dom był zawsze dla przyjaciół otwartem, a okrom nader często tam bywającego Piłsudskiego bywali i Żeromscy. I to Żeromski Sirkę namówił do przeniesienia się do Paryża, gdzie synowie Sieroszewskiego mięli w tem samym, co Adaś Żeromski, się uczyć gimnazjum.**
  Jak mniemam, byłaż w tem i jaka może inspiracyja, luboż nadzieje jeno na to, że tam wielce ustosunkowany Władysław Mickiewicz, tylekroć rodaków wspierający i jako wydawca, i jako przyjaciel, a przy tem, o czem jeszcze pisać będziem, jako swoisty i nieformalny (a przecie przez wszytkich, łącznie z władzami francuskiemi) ambasador jeśli nie Polski, to z pewnością spraw polskich i ludku polsko-paryskiego…
  Z czegóż to wnoszę? Ano z tego, że w paryskim mieszkanku*** Sieroszewskich Mickiewicz bywał, a nie miał tego w zwyczaju. Przeciwnie, to on salonu prowadził, w którym się bywało, a rzekłbym, że rodak jaki, świeżo do Paryża przybyły, a Mickiewiczowi się pokłonić nie przybywający, popełniał faux pas zgoła nie do wybaczenia. Zda mi się nawet, że atmosfera tegoż mieszkanka być musiała jaką arcyszczególną, bo że Mickiewicza skusiła, bym może jeszcze rozumiał, że Gumplowicza – tem bardziej, aliści znamy, że bywała tam i Maria Curie-Skłodowska, której z pracowni na świat boży wyciągnąć, byłoż już osiągnięciem niebywałem, ale żeby jeszcze owa gdzie się udzielała towarzysko, to już było nie do pomyślenia niemal.
   Działał Sirko tęgo między emigrantami, czas jaki był nawet prezesem tamecznego Towarzystwa Artystów Polskich, aliści najwięcej uwagi, okrom swej literackiej pracy, poświęcał niepodległościowym staraniom przyjaciela jednego starego, czyli Piłsudskiego, ale i nowego, w Paryżu poznanego Bolesława Wieniawy-Długoszowskiego, który go do paryskiego oddziału Związku Strzeleckiego zaciągnął. Nie wiem po prawdzie, czy i Sirko, już przecie pan w leciech, pospołu z owymi młodymi, po Lasku Bulońskim, z kijami zamiast karabinów, paradował, ale ta przyjaźń przetrwać miała wszystkie przyszłe wichry i zawieruchy. Ano i z temi szaleńcami pospołu, przybył Sieroszewski latem 1914 roku do Krakowa, by w czas wojny pod polskim iść walczyć sztandarem.
  Arcypięknie, choć i delikatnie wielce, sceny formowania Kompanii Kadrowej opisuje w swych memuarach, jej dowódca przyszły, Tadeusz Kasprzycki:
„Czwartego [błędnie zapamiętał Kasprzycki, w istocie mowa o 3.VIII – Wachm.] sierpnia przymaszerował do Oleandrów pierwszy oddział Drużyn Strzeleckich, organizacji prowadzonej przez młodzież narodową. Nastąpiło uroczyste zjednoczenie organizacji Strzelca i Drużyn. Do sfrontowanych naprzeciw siebie oddziałów przemówił w kilku słowach Komendant Główny Józef Piłsudski, o wspólności zadań, o czekającej nas walce za wolność i niepodległość, o konieczności i znaczeniu zespolenia dla tego celu wszystkich wysiłków. Na znak pojednania zamienił Komendant orła strzeleckiego ze swej czapki na odznakę dowódcy oddziału drużyniackiego. Był nim, jeśli mnie pamięć nie zawodzi, Norwid-Neugebauer. Oznajmiono nam potem, że z obu oddziałów zostanie wydzielona jedna kompania pod nazwa Pierwszej Kompanii Kadrowej.
  Wyznaczonych do służby w nowej jednostce zaczęto wywoływać numerami. Podobnie jak moi towarzysze, nie bardzo zdawałem sobie sprawę, o co idzie w formowaniu nowej kompanii. Domyślałem się jednego więcej symbolu pojednania.
Spodziewałem się jednak czegoś więcej, sam nie wiedząc czego, bo stojącego z bronią u nogi paliła ochota i szarpał lęk i niepewność; wywołają mnie czy ominą?
– Numer 45!
Omal nie krzyknąłem z radości i wyskoczywszy z szeregu, jak porwany trąbą powietrzną, w trzech susach doskoczyłem do nowego zastępu. Od tego momentu spokojniej już obserwowałem dalszy ciąg ceremonii. Padały nowe numery i coraz nowy dochodził do nas kolega. Znajomków, towarzyszy z dawnych sekcyj i plutonów witaliśmy radośnie – „Kalina – byczo! – Brzęk – bywaj bracie! – Roch! I jego przydzielili, to morowy chłop! – Młot – szlusuj tu do mnie!” Wybrańcy promienieli radością – zazdrośnie spoglądali na nas pozostali.
  W pewnej chwili drogi i zacny W. Sieroszewski, pośród młodych najmłodszy, wśród zapaleńców najbardziej gorący i promienny, skoczy ku Komendantowi, by w postawie służbistej, ale prawie zbuntowanym wzrokiem i zapalczywymi słowami, o przydział do kompanii nalegać. Wiedział on pewno więcej od nas i wiedział, o co prosi, lecz na nic zdały się jego błagania. Skarcony spojrzeniem i groźnym słowem przywołany do porządku, musiał wrócić na swe miejsce. „
  Dodajmy, że to była rzecz bez precedensu, by kto tak Komendanta brakiem dyscypliny spostponował. Po żołniersku rzecz rozumiejąc, miał Sirko szczęścia, że jakiej kary za swój „bunt publiczny” nie dostał, przecie po ludzku sądząc: azaliż nie miał się ów czuć w prawie druhowi wygarnąć, że się z niem obszedł nie po kamracku?
  Nie wiem też, czy i w tem, że się do ułanów legionowych Sieroszewski wolentarzem zgłosił, byłoż więcej niechęci do pieszego dreptania, zrozumiałej przecie u niemłodego człowieka, czy też i nie więcej jakiej wobec Komendanta demonstracji. A może i znowu to Wieniawy robota?:) Insza, że ułani owi, w uniformach może i cokolwiek operetkowych wtedy, a przecie na dawnych Xięstwa Warszawskiego wzorowanych



ulubieńcami byli Krakowa…:)
  Wspominał był o tem po latach Józef Smoleński:
„Często były wypadki, zwłaszcza w miesiącach początkowych, że do Beliny zgłaszali się starsi podoficerowie, a nawet oficerowie piechoty, mimo że powodowało to dla nich utratę stopnia. Był to najlepszy przykład, jak pociągała ludzi cecha dziedziczna Polaków – atrakcyjność kawalerii, co tak dobitnie, choć powierzchownie, wyraziła znana piosenka „ułani, ułani, malowane dzieci”. Emblematy kawaleryjskie, w pierwszym rzędzie koń i szabla, dalej mundur, czako, sznury, oraz cała elegancja i „grandezza” pociągała nawet najbardziej poważnych mężów – profesorów, literatów, doktorów różnych nauk, którzy z Sirko-Sieroszewskim na czele z dumą wkładali na bakier niewygodne czako, dopinali wyłogi munduru, przewieszali z fantazją kożuszek przez ramię i podkręcali siwego wąsa”.
  Aliści zełgalibyśmy okrutnie, drugiej części tej prawdy nie dopowiadając… Nawet jeśli był Sirko, niczem mały chłopiec, zauroczony tem sztafażem ułańskiem, to poczynał w niem sobie arcydzielnie: walczył pod Brzechowem, Grudzynami, Konarami, Bidzinami i Tarłowem. Dosłużył się stopnia wachmistrza:), a w 1922 roku za swoje czyny wojenne odznaczonym został nie byle czym, bo i Krzyżem Walecznych, i krzyżem Virtuti Militarii V klasy.
  I tu pokończymy pisania naszego, bo nota cyklu tegoż ostatnia, z dawna już tu jest na tem blogu, nieledwie pierwszą będąc, którą tum popełnił, przed laty przymuszony z onetu niegościnnego emigrować w cyklu tegoż trwaniu.
________________

* Po wojnie wyszło tylko jedno wydanie, mocno okrojone zresztą „Dzieł” Sieroszewskiego, w znamiennym zresztą czasie popaździernikowej odwilży…
** W czasie tegoż paryskiego pobytu pani Stefania pokończyła na Sorbonie studiów na wydziale literatury francuskiej, co jej znów, w niepodległej już Polsce, dozwoliło przyjąć posady aż do emerytury w 1937 zajmowanej, nauczycielki języka francuskiego w gimnazjum imienia Reja w Warszawie. To gimnazjum pokończyli wszyscy trzej synowie Wacława, w tym ojciec prof. Andrzeja Sieroszewskiego, wybitnego hungarysty z UW, a w latach ośmdziesiątych XX w. zdawała tam matury profesorska córka, wspierana na duchu spojrzeniem prababki z portretu na ścianie:)
*** Przy rue Ernest Cresson 12

03 lipca, 2020

Kaducznie mnie tu skąpo....

było zawsze i pewnie będzie długo... Tym, którym to prawdziwie doskwiera, mam jeno za wytłumaczenie słów wprawdzie nie moich, ale (poza temi o petach i słodzeniu herbaty:) tak prawdziwych, że gdyby mi dane było talentu więcej, sam bym pewnie ich podobnych o sobie złożył... A tak się jeno mogę pod niemi podpisać i zaproponować ich Wam w wykonaniu Adama Nowaka i jego kompanionów, najlepszego podług mnie wykonawcy tekstów Młynarskiego, w pokonanym polu pozostawiającego wszystkich innych... Młynarskiego nie wyłączając:) Absolutnie... :)

29 czerwca, 2020

Prawo kapitana Penny'ego...

…którego, zapisanego przed laty, nieustająco mi podziwiać za nieprzemijającą aktualność przychodzi:

„Możesz przechytrzyć wszystkich w kilku sytuacjach, możesz przechytrzyć kilka osób we wszystkich sytuacjach, ale nie przechytrzysz końca miesiąca.”

26 czerwca, 2020

O najstarszym żołnierzu Legionów... IV

czyli extraordynaryjnie odgrzewany klusko-kotlet, ze szczególną dla WMPani Agniechy dedykacją i życzeniem "smacznego":) 
  Trzeciej części opowieści naszej(I, II , III)o Wacławie Sieroszewskim pokończyliśmy zapowiedzią opisania kałabaniji nowej, w którą ów się był wdał niebawem po powrocie z zesłania pierwszego. Nim jednak o tem, zdałoby się słów parę o żywocie ex-zesłańca i o jego znajomościach nowych, co na reszcie żywota zaważyły niemało…
  Owoż poznał był Sieroszewski w Petersburgu gdzie w roku 1894 niejakiego Józefa Piłsudskiego, co tam najpewniej dojeżdżał na jakie rozmowy z socjaldemokratami rosyjskiemi, które przecie toczyć się musiały, a że za przyczyną ustawicznych aresztowań pomiędzy przywódcami socjalistycznemi, był Piłsudski jedynym na wolności pozostającym członkiem CKR PPS* i redaktorem „Robotnika”, ergo na niego ta cała spadała robota. Najpewniej zaprzyjaźnili się już i wtedy i któż wie, czy to nie za Piłsudskiego wpływem, Sirko nawet i Warszawy nielegalnie odwiedził w 1895 roku.
  W pełni legalnie mógł przybyć dopiero w 1898, po niemal dwudziestu latach wygnania. Zamieszkał u siostry na Złotej, potem zaś przeniósł się do kawalerki na Żurawiej, skąd miał nieodlegle i do Zaborowskich, u których się stołował, jako i do wujostwa Mianowskich, na Siennej pomieszkujących. Tam mu w oko wpadła kuzyneczka Stefania, której pamiętał nieledwie niemowlęciem. Wpadłszy po uszy w amorowe sieci, oświadczył się, aliści początkiem Stefanii nie w głowie był „wiekowy” (40-letni:) kuzyn, ze zdrowiem w Sybirze nadszarpniętem… Wiemy też, że miłowała jakiego inszego, przecie czy to pod jakiemi familijnemi namowami, czyli dla jakich przyczyn inszych, dość że Wacława ostatecznie przyjęła i ślub się w listopadzie 1899 roku odbył, co wyprzedzając wypadki rzec możem, że stadło to zgodnem było i szczęśliwem, z czasem trojga się dochowując synów…
  Póki co się nad Sirką znów ciemne zbieraja chmury, a to sprawą listu pewnego, w czas rewizji u profesora Korzona przez żandarmów znalezionego. Rzecz szła o rocznicę urodzin Mickiewicza, w czas której Moskale nareście dozwolili w Warszawie pomnika postawić wieszczowi, jeno zakazawszy wszelkich przy tem wieców i zgromadzeń. Aliści pepeesy zwołały pochodu robotniczego pod pomnik i wieszcza uczciły, między inszemi proklamacyją płomienną, co jej nie tylko odczytano, ale i która czas długi w odpisach licznych po Warszawie krążyła… Trzebaż było tego listu w czas rewizji nalezionego, by carscy policjanci poczęli z tą sprawą wiązać wymienionych tam z nazwiska Sieroszewskiego i Żeromskiego.
 Po prawdzie, to strzał był jak kulą w płot, bo prawdziwemi autorami owej proklamacyi i manifestacyi organizatorami byli dwaj socjalistyczni przywódcy ówcześni, sielnie przy tem ze sobą zaprzyjaźnieni, z których za wieku ledwo ćwierć jeden będzie prezydentem Rzeczypospolitej urzędującym, a drugi powiedzie przeciw niemu wojsko, by go z urzędu obalić… Tak, tak… mówimy o Piłsudskim i o Stanisławie Wojciechowskim…
  W 1900 jednak roku żandarmy się uparły, że proklamacyja jest z pewnością literacką i to wysokiej próby, ergo winowajcą pisarz być musi. Żeromskiego przed tiurmą krwotok nagły ocalił, ale Sieroszewski znów wkroczył w znajome mury X Pawilonu w Cytadeli… Wypuszczono go wprawdzie za kaucją, aliści władza przypomniała sobie, że ów przecie jest „mieszczanin irkucki”, zatem onego nawet i sądzić, ani zsyłać nie trzeba, jeno nakazać powrót i pomieszkiwanie w miejscu meldunku swego…
  Poczęły się znów kołatania do Siemionowa w Petersburskim Towarzystwie Geograficznem i do inszych person postawionych wysoko, by Sieroszewskiemu tejże „łaski” oszczędzić, aliści rzecz szła upornie, bo generał-gubernator warszawski niejakiej w carskiem państwie zażywał autonomijej, tandem niełacno go było, przy obojętności cara samego, przymusić do czego.
  Owocem tych targów przeróżnych toż było, że po prawdzie nie wracał Sieroszewski na Sybir jako zesłaniec, ani nawet „na posielienije”, jeno… jako kierownik ekspedycyi naukowej do Mandżurii, na Sachalin i Kuryle, by tam życie i obyczaje Ajnów badać, podobnie jak swego czasu badał i opisywał Jakutów.
  Postawił był Sieroszewski warunku jednego: by mu za towarzysza przydano człowieka, co o Ajnach już naówczas wiedział bodaj najwięcej na świecie: Bronisława Piłsudskiego, co posłanym był już dawniej na Sachalin za udział w spisku i próbie zamachu na cara**, a po uwolnieniu*** wolał tam pozostać, pracując nadal przy tworzeniu Muzeum Sachalińskiego.
  Ich wspólne z Sieroszewskim ekspedycje i badania wśród Ajnów, tak na Sachalinie, jak i już na japońskiej ziemi, na Hokkaido, zaowocowały nader gruntownemi badaniami nad tem ginącym i dziś już na poły wymarłem ludem.****. To, czego Bronisław Piłsudski traktował jako dzieło swego żywota, Sieroszewski chyba jednak miał tylko za cenę do zapłacenia konieczną, by móc znów do Warszawy powrócić. Wraca w 1904, drogę nader okrężną, poprzez Koreę, Chiny, Cejlon i Egipt… w sam raz na to, by się znów w perturbacje rewolucyi 1905 roku wplątać i po raz trzeci X odwiedzić Pawilonu, po którem to doświadczeniu widać już kolejnej na Syberii wizyty ryzykować nie myślał, bo przeniósł się pierwotkiem do Krakowa, zasię i do Zakopanego. Ale o tem, jako i o dalszych jego kolejach żywota opowiemy w części V, która dopełni nam cyklu z już tu znajdującą się częścią szóstą, o czem uwiadamiam ku pocieszeniu tych z Was, co już zgrozą zdjęci, rachowali, że się do Sieroszewskiego nigdy nie uwolnią…:)
______________

*Centralny Komitet Robotniczy, najwyższy organ Polskiej Partii Socjalistycznej
** Bronisław, starszy brat Józefa, tegoż zamachu planował wspólnie z bratem i m.in. wspólnie ze straconym za to Aleksandrem Uljanowem, starszym bratem Włodzimierza, później znanego jako Lenin. Za lat ponad dwadzieścia młodsi bracia Bronisława i Aleksandra staną przeciw sobie jako przywódcy toczących śmiertelny bój Polski i bolszewickiej Rosji…
*** na mocy amnestii zarządzonej po śmierci tegoż samego cara Aleksandra III, którego próbował dziesięć lat wcześniej zgładzić.
**** M.in. jedyny dźwiękowy zapis języka ajnuskiego, który na świecie istnieje, to kilkadziesiąt wałków fonograficznych przez Piłsudskiego nagranych i dziś będących ozdobą kolekcji… krakowskiego Muzeum Techniki i Sztuki Japońskiej, czyli Centrum „Manggha”. Japończycy, by tych dźwięków móc odtworzyć, bez mała nowego fonografu zbudować musieli… Nie od rzeczy dodać będzie, że wnuki Piłsudskiego i jego ajnoskiej żony do dziś w Japonijej pomieszkują. Są i tacy, co nawet tragiczną śmierć Piłsudskiego w nurtach Sekwany w 1914 roku, uznają nie za samobójczą, a za coś w rodzaju usunięcia człeka, co o Ajnach wiedział zbyt wiele, a to znów być miało groźnem dla nich, bo to lud nie ziemski, a z kosmosu przybyły…:) Lectorom moim jednak bym przedkładał listów Sieroszewskiego właśnie do Piłsudskiego, z których jawnie tamtego depresje widać i frustracje, które z powodzeniem tegoż na siebie targnięcia za lat kolejnych dziesięć być mogły przyczyną…

22 czerwca, 2020

A tych zadań przed Wami jest siła...:)

...że wyliczę, jako to: dnia tegoż choć kusztyczek nieduży za pamięć  22-go Pułku Ułanów Podkarpackich imienia księcia Jeremiego Wieśniowieckiego za przyczyną ich święta pułkowego, któregośmy przódzi dawniejszym pułku tego obyczajem świętowali 19 sierpnia... I jeśli to kogo pocieszy, to dodam, że to dwudzieste pierwsze w tem roku święto, czyli żeśmy półmetek przekroczyli...:)
  Dwudziestego czwartego zasię 20 Pułk Ułanów imienia Króla Jana III Sobieskiego świętować powinien, zasię miesiąca kończyć nam dwudziestego dziewiątego będzie święto 9 Pułku Strzelców Konnych imienia Generała Kazimierza Pułaskiego,  Za pamięć zatem o tych ułanach i szaserach toast wznoszę !
                    

19 czerwca, 2020

. . .

Właściwie to nic więcej ponad to, com już ongi w temacie tem żem napisał był, do dodania nie mam:
https://pogderankiwachmistrzowe.blogspot.com/2014/06/refleksyj-przygarstek-nieduzy.html

17 czerwca, 2020

O najstarszym żołnierzu Legionów...III

  Trzeciej poczynając części opowieści naszej (I, II) o Wacławie Sieroszewskim, pisarzu, żołnierzu i badaczu przyszłem, pora byłaby rzec już najwyższa o jego najwięcej dla nauki poczynionych dokonaniach, choć wcale nie z miłości do nauki podjętych. Przyznawał potem ućciwie, że mowy Jakutów i obyczaju na toż się uczyć począł, by mu w ucieczce zamierzonej kolejnej tubylcy pomocą być mogli, nie zaś nierozumną i obojętną przeszkodą. Choć zda mi się, że miałże ów daru jeszczeć i więcej dla Jakutów cenniejszego, choć pierwotkiem przezeń nie nazbyt cenionego…
  Owoż procentować poczęła ta szkoła techniczna warszawska i te terminy u ślusarza, których był we Warszawie liznął… Nie zdały się na nic te talenty polskim włościanom, którym młody zapaleniec dopomagać pragnął, atoli w Sybirze dalekim, gdzie kowal najwięcej edukowanym jest przedstawicielem świata technicznego, owa edukacyja była zaprawdę na złota wagę, a co najmniej na miarę przeżycia… I tak przez całe już swoje zesłania, wyjąwszy może późniejsze do Ajnów wyprawy, już niejako z rozmysłem jako badawcze podejmowane, będzie się Sieroszewski utrzymywał z kowalstwa, z owej ślusarki, z napraw wszelakich, zasię dodatkiem k’temu będzie praca rolnicza, bo i tej pokosztuje w Namskim Ułusie, gdzie go za staraniem siostry przeniosą, by w krzynę łagodniejszym bytował klimacie.
  Z tem pisaniem tysiączne się wiązały już w Polszcze utrudnienia, których siostra Paulina przewalczyć musiała. Primo, że wydawcy polscy lękali się zesłańca wydawać, by swej gazety na niełaskę nie narazić, gdzie konfiskata jednego czy drugiego numeru narazić mogła wątłych edytorów naszych na finansową ruinę i katastrofę. Secundo, że to, co opisywał Sirko*, ludziom odległym o tysiące wiorst i realiów jakuckich nieznającym zdało się zmyśleniem czystej wody, co samo w sobie w literaturze przecie nie grzech, przynajmniej dopokąd owo „zmyślenie” nie wystawia spraw moralnie wątpliwych, jak ofiary z ludzi składane, gwałty, incesty a i kanibalizm nawet…
 Moralność przecie plemion na poły jeszcze dzikich, na język literacki przełożona, z punktu stała  się przyczyną oskarżania Sieroszewskiego o degrengoladę moralną a przy tem i o literatuty ojczystej zachwaszczanie. Broniły go zaś nie byle jakie autorytety, bo sama Orzeszkowa, stwierdzając, że „Nawet sceny grubiańskie i zmysłowe […] tracą swoje męty i jady, a stają przed nami ozłocone przez piękno, oczyszczone przez litość, jak owa w promyku słońca ukazana, gruba i szpetna pięść Jakutki”, oraz że „rzeczy zmysłowe, grubiańskie”, są „w życiu dzikich nieuchronne”. Nawiasem to ten akurat wywód, do początkowej sceny „Jesienią” się odnoszący, gdzie Jakutka się z mężem kłócąca, pokazuje onemu nie mniej, ni więcej tylko „figę”, daje nam obraz tego, co w tamtych latach było gestem obraźliwem, wulgarnem i szpetnem… co znów przyznać muszę, że mnie rozrzewniło niepomiernie i w zazdrość względem tamtych wprowadziło kryteryów…
  W Namskim Ułusie** po dziś dzień jest miejsce zwane Wodą Sieroszewskiego, gdzie przez lat wiele rozumięli miejscowi, że się ten Polak-zesłaniec utopił. Po czasie się wyjaśniło, że nie on, a jaki jadący k’niemu zesłaniec inszy. Nawiasem dziś daleko więcej znanym wśród Jakutów jest badacz nasz inszy, Piekarski, bo ten słownika ichniego był spisał, a pozostawszy w Rossyi sowieckiej, nawet i w tamtejszą Akademiję Nauk postąpił, tandem onegoż pamięć bolszewickie władze hołubiły, cależ przeciwnie do przyjaciela obu braci Piłsudskich i ministra w pierwszem niepodległem rządzie naszem.
  Praca, dla Sieroszewskiego, ale i dla Jakutów fundamentalna, wskutek zawirowań rozlicznych, w tem i tych z warszawskimi wydawcami opisanych, pierwotnie spisaną była po rosyjsku i w oryginale nosiła tytułu:”Jakuty. Opyt etnograficzeskich issledowanij” . Dopieroż polskie jej tłomaczenie zasłynęło pod dziś najwięcej znanem „12 lat w kraju Jakutów”. I rzeknijmyż też tego szczerze, że się więcej wzięło z miłości do Polski, niźli do owych Jakutów.
  W 1893 roku był bowiem Sieroszewski (znów za staraniem siostry!) „awansował” w społecznej syberyjskiej hierarchii, bo dostał prawa… chłopa, zatem wolnoż mu było się w ograniczonem co prawda zakresie, ale przenosić i podróżować. Przenosiny do Irkucka, gdzie się na parowiec spóźnił i podróżował łodzią przez najprawdziwszych jeszcze burłaków ciągnioną, opisał w powieści „Powrót”. W Irkucku znów jakiego szukając zajęcia omalże nie został… nauczycielem tańców w gimnazjum żeńskiem, choć żandarmeria miejscowa, kontaktów mu z młodzieżą wzbraniając, nie dozwoliła zweryfikować przechwałek, czyli też rzeczywiście tańcować co umiał… Trochę zatem pomaga w biurze architekta miejskiego, trochę u sekretarza magistratu, nareście zostaje maszynistą przy machinie parowej miejscowej ogniowej straży… Aliści gdzie tam się trafiło z kimś znacznym spotkać z firmy kupieckiej Gromowych, co handlowała futrami na skalę zgoła monopolową i od nich wydębić swoistego mecenatu w postaci pensyi miesięcznej do skończenia tych dzieł, dopotąd istniejących jedynie w notatek luźnych setkach, na byle czym czynionych.
  Poznany zaś przy tem podróżnik wielce słynny i uczony, Grigorij Potanin, sam krzynę wcześniej zesłańcem będący, doradził Sirce by tego swego dzieła położył na szali swego do ojczyzny powrotu i dał listu polecającego do viceprezesa Rosyjskiego Towarzystwa Geograficzego, Siemionowa. Z książką, już i częścią gotową, której Gromowowie wydać własnem sumptem obiecali, rusza Sieroszewski do Petersburga i dobija z Siemionowem targu, że przekazawszy pieniędzy od Gromowych Towarzystwu i uzupełniwszy jej o materyjały, których się w petersburskich spodziewał znaleźć bibliotekach i muzeach, będzie jej miał przez Towarzystwo wydanej, przy tem zaś zapewnione wstawiennictwo w kwestyi jegoż od zesłania uwolnienia.
  Ano i w rzeczy samej… „Jakuty” wychodzą drukiem, z punktu się stając naukowym i literackim wydarzeniem, Towarzystwo Geograficzne nagradza ich złotym medalem, wrychle się i zaszczyty sypią insze, w tem i ten upragniony: paszport… „irkuckiego mieszczanina” dozwalający mu na powrót do Warszawy… I tak ów nareście powróciwszy, przez lat kilka kosztował owoców swej rosnącej pisarskiej sławy, aliści nie byłby przecie sobą, gdyby się w nową nie wdał awanturę jaką, z wszelkiemi tego konsekwencyjami przykremi. Ale o tem to już w części czwartej popiszemy…:)
____________________________

* Tak zwali Sieroszewskiego Jakuci i takiegoż by dla się przyjął literackiego pseudonimu.
** Wówczas tę osadę zwano po prostu Nam, zaś za sposobnością stwierdzić się godzi, że to swoisty ahistoryzm pisać o wioskach jakuckich tamtejszego czasu, bo Jakuci przódzi nigdyż takiego nie mięli obyczaju. To władza moskiewska ich k’temu przymuszała powoli, by kontrolować łacniej, a najczęściej jeśli, gdzie wtedy w kupie jaka powstała chałup czy jurt gromada, to najczęściej dla tej przyczyny, że ich stawiali dla siebie zesłańcy pobok jakiej jednej czy dwóch chat tubylczych.

14 czerwca, 2020

O najstarszym żołnierzu Legionów.... II


  Continuum czyniąc tejże opowieści naszej (I) o Wacławie Sieroszewskim, pisarzu, żołnierzu i badaczu przyszłem, a póki co zesłańcu w Sybirze cierpiącem, przyszliśmy k’temu jakoż ów pokaranym za ucieczki próbę został i posłanym do głuszy tak zapadłej, że się to zdało Sieroszewskiemu przedsionkiem piekła. Samej drogi, liczącej z górą tysiąc dzisiejszych kilometrów z Wierchojańska do Kołymska omal Sieroszewski nie przypłacił życiem, bo iść mu nakazano z kozakiem eskortującym i przewodnikiem, środkiem siarczystej syberyjskiej zimy, w mrozy największe… Któż wie, czy nie z zamysłem takiem właśnie cichem, że może oto już z niem spokój będzie…
  Ale Sieroszewski doszedł… Doszedł, choć padły im z wyczerpania pociągowe renifery (o dziwo ocalały konie!), doszedł, choć go już wybudzać musieli towarzysze podróży ze snu tak upornego, który jeno zamarzającym się przytrafia i zwykle jest już początkiem wiecznego… Ale z Kołymska posłano go jeszcze dalej, tak że koniec końców osiadł w Andałychu, zasię w Jąży, wioszczynie bodaj najdalej ówcześnie wysuniętej na północ na Kołymie całej. Jest mi tu rzecz jedna nieznaną, a ta mianowicie, że wiem, iż jeszcze w Wierchojańsku się nam nasz Wacław związał z jakucką niewiastą, Ariną Czełba-Kysa, którą sam zwał Annuszką, z którego to związku się porodziła córka Maria. Godzi się abyśmy się przy tem nieszczęsnym dziecięciu zatrzymali chwilę, bo samo jej istnienie było dla Sieroszewskiego źródłem niemałego ambarasu i cóż tu długo prawić: nie zachował się nam nasz pisarz najgodniej. Pewno, że miotany ukazami nie miał się ani jak, ani gdzie dziecięciem zajmować, a by jej wziął w tę drogę straszliwą kołymską, to wątpić by trzeba, czyby jej dziecię przeżyło.
 Po śmierci owej Ariny-Annuszki, status Sieroszewskiego się jeszcze nie odmienił nadto wiele, przecie zajął się dziecięciem i własnego mu nadał nazwiska. Aliści rzec by można, że czem się Sieroszewskiemu wiodło lepiej, tem mu więcej ten owoc miłości egzotycznej ciążył i gdy w 1892 uzyskał paszportu dozwalającego na swobodne po Syberii podróże, takoż i na osiedlenie w miejscu wybranem, natenczas ów się do Irkucka przeniósł, ale gdy stamtąd w 1894 do Petersburga już ruszał, by w dalekie ruszać światy, Marię ostawił u przyjaciół swych, Stanisława Landy i onegoż połowicy. I tak po prawdzie to oni tegoż dziecięcia wychowali, a pisarz sam się już z nią przez lat wiele nie kontaktował wcale. Małoż na tem, gdy pisał po latach Żeromskiemu, trzecim się chwaląc synem, którego miał z małżeństwa przyszłego ze Stefanią z Mianowskich, żalił się przy tem, że córki nie ma!
  Znają na to zjawisko psychologowie terminu, że to się wyparciem zwie i tyczy się jakich zjawisk, postępków czy myśli, które chluby nam nie przynosząc, sprawiają żeśmy je radzi czem prędzej przepomnieć. Maria spotkała się z ojcem po latach, raz jeden w Paryżu przed wojną już samą, zasię raz wtóry latem 1929 roku, gdy całego lata przepędziła w gdyńskiej willi Sieroszewskich, zwanej „Kadrówką”. Nie dochował się żaden onejże konterfekt, aliści opis Ludwika Krzywickiego, co jej poznał, nie budzi wątpienia, że „… cery mocno ciemnej i rysów tak mongolsko-jakuckich, iż niewątpliwie należała do najbardziej typowych przedstawicieli rasy żółtoskórej…”. Zapewne byłby to jaki Sieroszewskiemu, już ówcześnie przecie nie byle komu (prezes Polskiej Akademii Literatury, polskiego Pen-Clubu) jaki ambaras, owo córki, podług kryteryów ówcześnych naszych, nieślubnej i egzotycznej, ujawnienie, przecie nie nad takiemi skandalami świat do porządku przechodził… Jeszcze przykrzejsze, że córce swej, fakt, że jedynie rosyjskojęzycznej, zatem i od Jakutów, i od Polaków odległej, doradzał Sieroszewski, by się stać próbowała „dobrym rosyjskim człowiekiem”. Azaliż nie wiedział on, Piłsudskiego przyjaciel i nieraz przy ludziach władzy bywający, jakież realia żywota są w bolszewickiem kraju, w sowieckiej Moskwie, gdzież owa żywota przepędziła jako nauczycielka? Najpewniej niebywale samotna, przez swoje potrójne wyobcowanie…
  Poniechajmyż tej już i tak przydługiej dygressyi… Wróćmyż do Sieroszewskiego w owej kołymskiej Jąży, w której mieszkać mu przyszło w jakuckiej jurcie, którą zwał lodowatym grobem*. Miejscowi, latem rybacząc i polując, zimową porą najradziej na podobieństwo niedźwiedzi, spali, by darmo energii nie tracić. Wybornie wystawić sobie umiem, jak cierpieć musiał w tem towarzystwie człek, co gęby nie ma otworzyć do kogo, a w głowie szaleje myśli tysiąc, co by się niemi chciało podzielić z kim, pogwarzyć… Z tejże rozpaczy myśl się rodzi, by pisać, z tegoż osamotnienia owo myśli na papier przelewanie, by namiastką być rozmowy z kim inszym, z jakiem człowiekiem drugim… Na papierze rzekłem? Hospody pomyłuj, toż jest właśnie znów tragedia druga! Skądże brać tegoż papieru, tegoż inkaustu? Z tem drugim jeszcze pół biedy, dość jest sposobów, by samemu jakiej fabrykować namiastki, ale papier? Skądże go brać, na Boga? Jakaż to musi być męka, nie mieć na czym myśli zapisać! Pisuje zatem na skrawkach starych gazet, na kopertach listów, nareście na jakich tabliczkach drewnianych… Tak rodzą się „Chajłach”, „Jesienią” i „Skradziony chłopiec”, opowiadania, których później siostrze Paulinie** przesyłał, ta zaś, tysiącznych pokonując trudności, doprowadziła do druku tychże w warszawskim „Głosie” i takież były jego pisarskiej przyszłej kariery początki, o czem więcej nam opowiedzieć przyjdzie w części trzeciej…
______________

* Po latach chyba jednak zmienił tegoż zdania, bo sam takiej zbudował dla odwiedzających go w Namskim Ułusie przyjaciół, samemu jednak pomieszkując w drewnianym domu, co mu się dostał po zesłańcu Rosenowie.

** Siostry Sieroszewskiego… znów epopeja sama w sobie o ludziach całkiem już przepomnianych. Obie, po rodziców śmierci, trafiły na pensję Jadwigi Sikorskiej, która takiej miała w ówcześnej Warszawie renomy, że panny z dobrych domów tylko dlatego się o miejsca w niej nie biły, że pannom z dobrych domów nie wypadało… Ale niejedna z braku miejsca odeszła z kwitkiem i płaczem, gdzie nie pomogły ojcowe majątki i familijne koneksje i protekcje. Skąd tam zatem te dwie sieroty ubogie? Ano po prostu z przyjaźni, jaką miała Sikorska dla Sieroszewskich pomarłych, że się ich progeniturą zajęła. Paulina pojechała potem na studia do Anglii, Anna podobnie do Szwajcarii. Tej drugiej to o tyle nie wyszło na zdrowie, że zapoznawszy tam niejakiego Ludwika Waryńskiego zapałała doń uczuciem młodzieńczem i płomiennem, którego owocem był syn Tadeusz, przyszły doktor chemii po uniwersytecie genewskim i badacz Afryki, choć najwięcej pod kątem onych złóż miedzi, platyny i inszych cenności. Do Polski Tadeusz Waryński zdążył akuratnie na bolszewicką woję dwudziestego roku, w której wziął udział jako ochotnik, zasię po wojnie różnych piastując funkcyj, z rokiem 1930 w Sejmy postąpił jako poseł z ramienia BBWR, nader daleko, jak widać, odchodząc od poglądów ojca w szliselburskiej twierdzy pomarłego.
  Pulinie zaś, która tem serdeczniej bratu-zesłańcowi współczuła, że sama w temże samem co i on, roku 1878 przyaresztowaną będąc, zasłaną została do Kurska. Po powrocie z tegoż zesłania, poczęła wraz ze Stefanią Sempołowską dzieło wokoło „Uniwerytetu Latającego” i związanych z niem „szkół początkowych”. Całe życie związaną będąc z tym najczystszej wody i najszlachetniejszym nurtem pozytywizmu socjalistycznego, w osobach Edwarda Abramowskiego czy Adama Szymańskiego najbliższych mając przyjaciół. Czas jakiś nawet była redaktorką naczelną „Prawdy” przez Aleksandra Świętochowskiego wydawanej. Wacławowi życie całe była wsparciem i opoką, to jej zawdzięczał najczęściej wszelkie sankcyj w zesłaniach łagodzenie, jej też wreszcie rozkwit swej literackiej kariery.