13 sierpnia, 2017

Sekretarz Polski czyli Ex Libris Wachmistrii kolejne...

... choć rzecz równie dobrze bym mógł w cyklu o okruchach niedawnej codzienności pomieścić... Idzie o dziełko nieduże i nieprzesadnie cenne* w sensie monety brzęczącej, choć nieocenione dla każdego, kto dawnych obyczajów śledzi. Zwie się toto zgoła barokowo, choć w 1947 roku wydane : "Sekretarz polski : praktyczne wzory podań do władz sądowych, skarbowych, wojskowych i administracyjnych, korespondencja handlowa, testamenty, umowy, korespondencja prywatna "/ pióra spółki autorskiej ichmościów Władysława Janusa i Karola Lipeckiego. Wydało tegoż dziełka Wydawnictwo Książek Popularnych, o której to oficynie nic więcej rzec nie mogę, zatem to jaka efemeryda pewnie. 
   Na stu kilkudziesięciu stronach jest w rzeczy samej wszystko, co tytuł zapowiadał i co z pewnością było przez lat wiele pomocnem ludziom prostym i bez wykształcenia w kleceniu własnych pism, podań, skarg i odwołań, natomiast swoistym curiosum jest dla mnie część poświęcona korespondencji prywatnej, gdzie autorzy, będąc najwyraźniej nader niskiego mniemania o zdolnościach swoich czytelników, podsuwają im teksty gotowe w sprawach już niemal intymnych...
   Poniżej próbka : "Zaproszenie do teatru niedawno poznanej panny" oraz dwa alternatywne możebne tejże panny responsy:
 "                                                                                        Kraków, dnia.................
     WIELCE SZANOWNA PANI !
  Jestem przekonany, że list ten bardzo Panią zdziwi. Ale ponieważ mam nadzieję, że przeczyta go Pani do końca i po namyśle wyświadczy mi tę łaskę, że spełni moją śmiałą prośbę, przeto odważam się skreślić tych kilku słów.
   Znamy się wprawdzie krótko, bo zaledwie kilka razy miałem możność i zaszczyt przebywać w Pani towarzystwie. Jednak tych kilka miłych uśmiechów, jakimi mnie Pani obdarzyła i tych kilka najmilszych słów, jakie Pani do mnie wypowiedziała, nasunęło mi właśnie śmiałą myśl, by zaproponować Pani spędzenie paru chwil w moim towarzystwie.
    Okazja ku temu - pozwolę sobie zaznaczyć - bardzo niewinna i jednocześnie wspaniała, właśnie się nadarzyła. Oto nasz teatr wystawia nową sztukę, doskonałą komedię. Czy nie zgodziła by się więc Pani wybrać ze mną na premierę, która odbędzie się w najbliższą sobotę? Przypuszczam, że gdybym ja okazał się nudny i nieciekawy, to i tak przyjemnie spędzi Pani ten wieczór, bowiem sztuka naprawdę bardzo wesoła.
   Bardzo proszę zastanowić się nad moją śmiałą propozycją i jeszcze goręcej proszę, wyrazić swą zgodę. Wyświadczy mi Pani w ten sposób naprawdę wielką łaskę.
   Jeszcze raz przepraszając za śmiałość, oczekuję przychylnej odpowiedzi i kreślę się                         z poważaniem
                                                    Adam Adamski                                          "

   "                                                                                        Kraków, dnia.................
       SZANOWNY PANIE !

   Nie pomylił się Pan, Panie Adamie, list Pański bardzo mnie zdziwił, gdyż propozycja w nim wyrażona była dla mnie wielką niespodzianką. Dla uspokojenia spieszę jednak dodać, że ta wielka niespodzianka była dla mnie jednocześnie bardzo przyjemna. Oceniam należycie Pańskie zaproszenie i wdzięczna jestem, że myśląc o rozrywce, nie zapomniał Pan o mnie.
   Na premierę zamierzałam pójść sama, względnie z koleżanką, bo słyszałam, że to naprawdę doskonała komedia. List Pana wybawił mnie z kłopotu szukania towarzyszki na ten wieczór. Jeszcze raz dziękując za zaproszenie, zasyłam pozdrowienia i pozostaję
                       z poważaniem
                                                     Anna Janicka                                                       "


 "                                                                                        Kraków, dnia.................
       SZANOWNY PANIE !

     List Pana wprawił mnie w zakłopotanie, gdyż nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek obdarzała Pana takimi uśmiechami i słówkami - jak to Pan pisze - że te upoważniły Pana do wystąpienia z tak nieoczekiwaną propozycją. Całą sprawę traktuję więc jako małe, a przeze mnie nie zawinione nieporozumienie.
    Do soboty jeszcze daleko, mam więc nadzieję, że mimo mojej odmownej odpowiedzi, zdoła Pan poszukać sobie milszej ode mnie towarzyszki na ten wieczór. Życzę w każdym bądź razie przyjemnej zabawy.
                      z poważaniem
                                                     Anna Janicka                                                        "


_____________________
* - komu ciekawo, może wpisać owo titulum i autorów w wyszukiwarkę i między inszemi znaleziskami znajdzie i z jakiej aukcyi domu aukcyjnego zapis, gdzie tejże pozycji ceni się współcześnie na 4 złote i groszy 44

07 sierpnia, 2017

O zawiłościach żywota wielkopolskiego hrabiego-mordercy, co śląskimi powstańcami komenderował... II

  W nocie poprzedniej, pomimo zamiaru szczerego by o właściwym ich bohaterze, Macieju hrabim Mielżyńskim pisać, więcej żeśmy przecie poświęcili uwagi bratu onegoż, Ignacemu, zatem pora nam do naszych baranów powrócić (revenons à nos moutons) ...
 Jako się czasem wejrzy na charaktery ludzkie poprzez pryzmat onych roli w familijej, osobliwie między rodzeństwem, to można czasem w ludziach już wielce dojrzałych dojrzeć, któż jest starszym bratem, a jeszczeć czy siostry młodszej, czy brata, czy i przeciwnie, która niewiasta była za młodu przez starszych braci rozpieszczaną i chronioną, a która właśnie młodszych w karbach utrzymywać musiała. Ów mechanizm, często wprawdzie dostrzegalny, rządzi się podobnemi prawami, co jednak stereotypy wszelkie i prosiłbym Lectorów, by nic z tego do siebie nie brali i swoich dziecięcych familijnych cyrkumstancyj, bo tu każdy przecie inszego przechodził  żywota kolein, a starczy choćby różnica wieku między rodzeństwem dość duża, choroba ciężka czy śmierć którego z rodzicieli przedwczesna, że o zamierzonym (lub nie) forytowaniu dziecięcia którego, by wszelkich tu zniweczyć prawideł rzekomych... 
   Studiując żywoty i postępki braci Mielżyńskich nie umiałem ja się pewnemu wrażeniu oprzeć, że w onych przypadku właśnie doszło jakoby do pewnej zamiany ról w tych starszeństwa relacjach i wynikłych z tegoż charakteru cechach... Owszem, młodszy Ignacy miał na sumieniu występek szkaradny, przecie żywotem swojem późniejszem poświadczał niemałej dojrzałości i odpowiedzialności, za to starszy Maciej był w nastrojach wielce chimerycznym, w postępkach nieodpowiedzialnym, zaś dzieje onegoż wielkiej niby miłości nieuchronnie mi na myśl przywodzą postępki rozkapryszonego przedszkolaka, nawykłego wymuszać łakocie i posłuch rzucaniem się na dywan i kopaniem wkoło nogami, tudzież lamentem pod niebiosa idącym... Tyle, że takim gówniarzom  przedszkolakom nikt do broni przystępu nie daje, a w każdem bądź razie nie powinien... :((
   Jako Ignacego wydziedziczono i familia na powrót swą przyszłość poczęła z Maciejem wiązać, ów uznając się za nie dość w rolniczych sprawach edukowanego, postąpił podług przyjętego wówczas we Wielgiej Polszcze, a zaszczepionego jeszcze za Dezyderego Chłapowskiego, obyczaju, iżby synowie właścicieli ziemskich podejmowali się praktyki w majątkach przodujących, iżby się z nowymi trendami, technikami i maszynami zapoznać mogli. Mielżyński poszedł się uczyć od Potockich, a ściślej do Bolesława Eligiusza Potockiego, gospodarującego w Będlewie. Tam onemu wpadła w oko i do serca córka gospodarska, ponoś wielce urodziwa, ale i cokolwiek trzpiotliwa, Felicja. Dla Potockich mariaż takowy był poza dyskursem, nie tylko za osławą na Mielżyńskich ciążącą za sprawą niedawnego skandalu z Ignacym w głównej roli. To byłby także mezalians w sensie majętności, ale i szło o absolutnie niezgodne charaktery; ponurzasty Maciej i pełna życia oraz wesołości Felicja raczej do siebie nie przystawali...
   Mielżyński jednak jakby sobie z tego wszystkiego nie zdając sprawy wybrał się do Potockiego z oficjalną prośbą o rękę córki, a gdy mu Potocki odmówił, ten poszedł tropem Wertera i usiłował się zabić. Ponoć ledwo go odratowano, aliści przyznam się, że zawsze gdy czytam o strzelających sobie w pierś z dubeltówki, to mam wątpliwości, co do prawdziwych intencyj strzelającego... Trudno, żeby oficer pruski i doświadczony myśliwy nie wiedział, że przy długiej broni jest to bardzo nieporęczny sposób, a konieczność dokonania sporej ekwilibrystyki przy naciskaniu spustu może w ostatniej chwili skrzywić tor lotu pocisku i efekt jest daleki od zamierzonego...* I jakoś nie wierzę, żeby to była jedyna dostępna broń w majątku wielkiego pana... I trochę mi też do tego pasuje zachowanie się panny, która pod groźbą kolejnej próby samobójczej godzi się poślubić desperata, wbrew nawet własnemu ojcu! Potocki wprawdzie się zarzekał, że zięć niczego po nim nie odziedziczy, ani nie dostanie, ale jednak przekazał majątek w Dakowach Mokrych w ręce Mielżyńskich, choć podobno idzie o Mielżyńskich z Iwna, czyli byłby to znów stryj Ignacego i Macieja, Józef**.    Jednak na stronie Dakowskiego dworu wyraźnie piszą, że obecny wygląd (z dobudowanym piętrem) dwór zawdzięcza Maciejowi, który go przebudował w latach 1912-1913, zatem musiał mieć tam prawo tem rozporządzać... Tak czy siak małżeństwo się trójki dzieci dochowało i to było bodaj jedyne, co ich łączyło, bo Mielżyński się wdał w politykę i trzykrotnie został posłem do Reichstagu, na zewnątrz wielkiego patrioty mając opinię***, w domu zaś małego tyrana, żony własnej każącego totumfackim pilnować. Ponoć rozprawiali i o rozwodzie i właśnie wzgląd na dzieci tym był, co ich przed tem krokiem wstrzymało... W fatalnym roku 1913 najstarsza Aniela miała lat szesnaście, młodsza Józefa trzynaście, a najmłodszy syn, Karol dopiero siedem. 
   W stadle tem jeszcze się jedna cecha Macieja z czasem ujawniła: chorobliwa zazdrość... I nie wdając się w to, czy zasadna, czy nie, ona właśnie do tragedii doprowadziła, gdy wkoło Felicji począł kręcić się syn jej przybranej siostry, Alfred hrabia Miączyński, młodzieniec, jak się zdaje, zainteresowany nie tyle wdziękami cioci, co onej pieniędzmi - tak w każdym razie zeznawała później dama do towarzystwa hrabiny. 19 grudnia hrabina wyjechała do Poznania na przedświąteczne zakupy, tyle że w onych trakcie miał się przyplątać młody Alfred, z którym razem spożyła obiad w znanej ówcześnie winiarni Hungaria. Podług jednej wersji ów obiad miał podłoże romansowe, podług innej siostrzeniec znów ciotkę molestował o pieniądze, a w każdym bądź razie wypił na tyle dużo, że szkaradnie pijanego owa zabrała do Dakowów, gdzie dotarli już głęboką nocą... I tu znów wersji jest kilka, że już tam na nich mąż czekał, insza, że dopiero po nich zjechał, najpewniej przez kogoś uwiadomiony...
   To, co jest pewnem, to to, że koło czwartej nad ranem godziny, Maciej Mielżyński światła pogasił w całym dworze, a potem stanął w drzwiach sypialni żony z latarką i nabitą dubeltówką... Cokolwiek ujrzał, uznał za zdradę, choć znów Felicji powiernica utrzymywała, że Alfred się znów tylko w finansowej materyi ciotce naprzykrzał.  Dwakroć z onej dwururki wypaliwszy, dwukrotnie się celnością popisał, żony prosto w serce trafiając, zaś onej epuzera w szyję, tętnic tamecznych rozszarpując, co nieboraka w parę pacierzy wykrwawiło... 
   Sądził Mielżyńskiego sąd wojskowy, który ...i tu się scandalum odsłona wtóra otwiera... Mielżyńskiego uniewinnił, uznając że ów działał w obronie honoru ! Szło tam jeszcze o to, że nibyż w afekcie, co mnie się nie zanadto zgadza z owym świateł gaszeniem i z latarką naszykowaną. Nie wiem, czy dwór był już zelektryfikowanym i hrabia korki wykręcał, czy też po całym domu chodził i lamp naftowych niezgaszonych gaszał, dość że mi to więcej pachnie premedytacyją, by nikt inszy w ciemnościach za świadka służyć nie mógł i by on był jedynym światłem rozporządzającym... 
   Po wyroku sądownem się opinia publiczna dość dokładnie podzieliła, przy czem podział szedł podług narodowości: niemiecka czyn hrabiego chwaliła, widząc w niem czyn świadczący "o tak szczytnym pojmowaniu małżeństwa, że należy sobie tylko życzyć, aby stało się ono ogólnym w naszym narodzie", zaś polska w hrabim widziała po prostu mordercę, który się wykpił od kary.  Ano i przed Mielżyńskim się zamknęła znakomita większość polskich drzwi, bojkotowano go powszechnie,  a nawet i demonstracyjnie wychodzono z lokali, w których się zjawiał... Dość, że Mielżyński dość szybko się z wszelkiego życia publicznego usunął, bratu przedał rodowych Chobienic i żył na uboczu. I najpewniej by tak trwało po żywota onego kres, gdyby nie to, że w odległym Sarajewie jeden wątły studencina paroma strzałami rozpętał burzy na skalę światową... Ale o tem, co hrabia w czasie wojny, a ściślej wojen i insurekcyj przyszłych czynił, to już opowiemy w nocie tego mimowolnego cyklu następnej...:)

_________________________________
* - wśród zwykłych żołnierzy, osobliwie w armii pruskiej, gdzie ich dręczono częstokroć i ponad miarę, spotykało się samobójstwa, gdzie nieszczęśnik zdejmował but i onucę, lufę karabinu wkładał w usta i naciskając dużym palcem u nogi spust, rozwalał sobie czaszkę i mózg... Tyle, że jakoś mi taki "nieelegancki" sposób plebejskiego samobójstwa nie pasuje do hrabiego i oficyjera...
** - jest i wersja, że to samej Felicji ociec onegoż majątku przekazał, jeno że naówczas dość dziwnem byłoby jego późniejsze "dziedziczenie" przez dalszych męża krewnych...
*** - zaprzyjaźniony m.in. z Korfantym, wspierał liczne polskie przedsięwzięcia i wydawnictwa, a oficynę Karola Miarki z Mikołowa, gdy jej groziło bankructwo, uratował, dokonując onej fikcyjnego zakupu i długi spłacając.

04 sierpnia, 2017

O zawiłościach żywota wielkopolskiego hrabiego-mordercy, co śląskimi powstańcami komenderował... I

  Napomniany przez Torlina, który się w zamierzchłościach not powtarzanych w związku ze świętem pułkowym 25 Pułku Ułanów Wielkopolskich, pułku Dziadka mego, doszukał niespełnionej obietnicy, że noty napiszę o pierwszym tegoż pułku(a ściślej onegoż protoplasty : 115 ochotniczego Pułku Ułanów Wielkopolskich) dowódcy, majorze Macieju Mielżyńskim, siadam zatem by błędu zapomnienia i zaniechania naprawić...
   Urodził się ów w Roku Pańskim 1869 w wielkopolskich Chobienicach, majętności swego ojca, Józefa, wywodząc się z familii o przepięknych tradycjach*  i o niemałej, nawet jak na Wielkopolskę, zamożności. Maciej po ukończeniu szkół średnich na studia prawnicze wypuścił się wcale daleko, bo aż do Monachium. Być może, że przyczyną była funkcjonująca tam szkoła malarska Józefa Brandta, gdzie Mielżyński studiował równolegle, a choć bez większych jednak sukcesów, to jednak owym studiom musiał się oddawać z na tyle dużym zapałem, że ojciec stracił nadziei na dziedzica w jego osobie i postanowił posiadłości rolne przekazać młodszemu z synów, Ignacemu. Ten jednak okazał się być nieodpowiedzialnym hazardzistą i powierzone mu w celu pomnożenia 250 tysięcy marek przyszłego posagu siostry Zofii przepuścił w ciągu kilku nocy w kasynie, o którym piszę w przypisie. 
   Skandal, szok i cios dla ojca, jakiem to się stało, zaowocowało wydziedziczeniem i wygnaniem Ignacego z domu, aliści przyszłe koleje onego żywota dowodzą, że mimo owego paskudnego postępku in futuram sprawował się niezgorzej. Być i może takoż temu, że w czasie dlań tragicznym miał kto mu ręki pomocnej podać, a tym kimś był stryj rodzony, Józef hrabia Mielżyński, co w bratanku, czy ściślej i po staropolsku właściwiej: w synowcu dostrzegł był to, czego widać ojciec nie umiał. Przyjąwszy go do administrowania majątkiem w Iwnie, nie zawiódł się, gdzie może to tyleż talentów Ignacego zasługa, może i wrodzona ku koniom miłość niemała, co zaowocowała założeniem w tam majątku, do dziś istniejącej, znanej i szanowanej (czego nie o wszystkich dziś naszych stadninach da się rzec...), stadniny koni specjalizującej się w koniach krwi angielskiej. Dość rzec będzie, że w Międzywojniu stadnina dla samego wojska dostarczała corocznie po jakie pół setki koni młodych, czyli remontowych, a to przecie nie był onej cel najpryncypalniejszy! 
   Stryj w czas jaki później przekonał się najwyraźniej, że i charakteru Ignacy był niepodłego, mimo plamy na honorze szkaradnej, dość, że dołożył i rękę córki, Seweryny**, która Ignacemu toż Iwno w wianie wniosła, a gdy ów po latach od brata odkupił jeszczeć i Chobienic, przy umiejętnym gospodarowaniu tak jednem, jak i wtórem majątkiem, na powrót między najznamienitszemi obywatelami Wielgiej Polski znów począł być liczonem, tęgo się zresztą udzielając i społecznie, a i w akcji wykupywania ziemi z rąk niemieckich. 
   W wielkiej wojnie, jak ją wówczas nazywano, wojował w pruskiej kawalerii a do insurgentów wielkopolskich przystał już 30 grudnia 1918 roku, pierwotkiem jako wolontarz i żołnierz zwyczajny, przecie wrychle go wyłuskano i przetłomaczono, że modestia modestią, ale oficyjerów brakuje powstańcom kaducznie, a ów przecie oficjalnie był nominowanym na niemieckiego porucznika. Dowodził przeróżnymi jednostkami, w tem i całym odcinkiem frontu północnego pod Łabiszynem, a posłynął jako ten, co własną osobą, z karabinem maszynowym w ręku, poprowadził wcale skuteczny atak na Rynarzewo. W lipcu 1919, że w Wielgiej Polszcze po rozejmie w Trewirze i rozpoczęciu prac przez Międzynarodową Komisję graniczną, było względnie spokojnie, zaś na nieodległym Śląsku się wzięli Ślązacy do broni, to Ignacy w spokoju usiedzieć nie umiejąc, poszedł z trzystoma ochotnikami przez Sosnowiec na Śląsk, by powstańców tamecznych wesprzeć. Powróciwszy w Poznańskie, zakrzątnął się wkoło utworzenia i wyekwipowania własnym sumptem pułku jazdy, co się na frontach Wielgiej Polski już nie przydał, ale że akuratnie szło w Polszcze na walną rozprawę z idącą na Warszawę czerwoną zarazą, poszedł był i Mielżyński w ten bój na czele niejako "swego" 215 Pułku Ochotniczego Jazdy Wielkopolskiej, a o którem to pułku pisałem tu już za sprawą onegoż święta pułkowego, co akuratnie na dniach nieledwie wypada, bo ośmnastego bieżącego miesiąca, w rocznicę bitwy pod Brodnicą, jeno żem tegoż pułku Wam opisywał jako 26 Pułku Ułanów Wielkopolskich imienia hetmana Jana Karola Chodkiewicza, bo pod takim numerem i nazwą ów po wojnie pozostanie w składzie Wojska Polskiego, co było honorem niemałem dla pułku przecie ochotniczego... Po wojnie Ignacy, z wojska wystąpiwszy, już jeno się gospodarowaniu, stadninie i polowaniom poświęcił, niemałej się doczekawszy popularności w Wielkopolsce, ale i szacunku, którym mniemam zmyte zostały dawniejsze jego młodzieńcze występki. A czemu ja tak wiele piszę o Ignacym, gdym o bracie jego, zbrodniarzu, tejże noty zamierzył ? Ano bo w owym komentarzu, gdzie się Torlin owej noty nienapisanej o Mielżyńskim domagał, napisał dokładnie tak:"(...)noty o Macieju Mielżyńskim, jednej z najwspanialszej postaci polskiego Międzywojnia. A godny jest upamiętnienia." na com responsował, cokolwiek zniesmaczony tem określeniem, że nie sądzę iżby Maciej był takiego miana godzien... Rzecz całą jednak poniewczasie przemyślawszy, mniemam, że Torlin zwyczajnie braci pomylił i o Ignacego mu szło... Co zaś się Macieja tyczy, to przyjdzie Wam się w pacjencji uzbroić krztynę, bo o niem opowiemy szerzej w części wtórej...:))
__________________________
* - dziadek naszego bohatera, również Maciej, wojował w powstaniu listopadowym w pułku jazdy przez inszego wielkiego Wielkopolanina, Dezyderego Chłapowskiego sformowanem i dowodzonem. Przesiedział za to później dziewięć miesięcy w pruskiej twierdzy, a po uwolnieniu, wzorem swego dawnego dowódcy jął się wojowania z zaborcą na ekonomicznem polu, znakomicie gospodarując, udzielając się społecznie i patronując licznym inicjatywom wielkopolskim. Był m.in. jednym z założycieli i udziałowców Spółki Akcyjnej Bazar, która najsławniejszego hotelu w stolicy Wielkopolski pobudowała ( to ten w którym mieszkał i z którego balkonu przemawiał w grudniu 1918 roku Paderewski), ale w temże budynku siedziby swej miały przeróżne inne instytucje, jak Bank Włościański, Centralne Towarzystwo Gospodarskie, Poznańskie Towarzystwo Przyjaciół Nauk (którym przez lata kierował brat Macieja, Seweryn), tamże miał swej siedziby w 1848 Komitet Narodowy, czyli przywódcy powstania, tamże miał swego "sklepu żelaznego" Hipolit Cegielski i tam też się mieściło Kasyno (później na Koło przemianowane:) Towarzyskie. Sam Maciej Mielżyński być winien jeszcze i w historii mody wymieniany, bo to jego pomysłu czapkę z daszkiem, której ów sobie obstalował i całe życie naszał, naśladowano najpierw we Wielgiej Polszcze, zasię i w całem kraju powszechnie, zwąc ją na pamiątkę Mielżyńskiego: "maciejówką".
** - małżeństwo pozostało bezdzietne i koniec końców dziedziczył owe majętności syn adoptowany Józef Mielżyński-Wichliński, choć genów Ignacego pewnie by się i dziś szło jeszcze w okolicy doszukać, bo ponoć namiętnością jego kolejną za końmi i polowaniami, na które zjeżdżała śmietanka europejskich arystokracji (w 1937 gościła w Iwnie holenderska królewna Julianna z księciem Bernardem świeżo poślubiona), były wiejskie dziewczęta, które bałamucił z upodobaniem, zasię je wydawał za mąż, zazwyczaj dokładając do posagu krowę, których pogłowie w okolicy wzrosło wydatnie:)

 

03 sierpnia, 2017

Za pamięć 3 Pułku Szwoleżerów Mazowieckich imienia Pułkownika Jana Kozietulskiego...

...którego to pułku dziś święto akurat wypada, żem ongi już pisał tutaj. Dziś Was znów do toastu zapraszam, osobliwie, że potem, aż do 18 sierpnia o suchem pysku siedzieć przyjdzie, a kielichy jeszcze tylko wszystkiego w tym roku sześć razy wznosić będziecie, chyba że nie za świąt pułkowych sprawą... :)

29 lipca, 2017

O zabawach kasynowych dawniejszych...

...niektórych ma się rozumieć :), opowiemy cytując z memuarów komandora Borysa Karnickiego, wojennego dowódcy naszego podwodnego okrętu ORP "Sokół"*:
   "Życie na Wybrzeżu i w Gdyni było latem bardzo ożywione. Letnicy z całej Polski roili się i każdy mundur marynarski był dla nich wielką atrakcją. Ale jesienią zimą i wiosną budująca się Gdynia nie była tak atrakcyjna, (...) najczęściej szło się do kasyna oficerskiego na Oksywiu. Grało się w bilard albo w brydża, a potem pan Józef robił kolację, przeważnie kaszankę z kiszoną kapustą. Jeśli do kolacji zasiadało nas mniej niż czterech, zapraszało się portret jednego z naszych przodków morskich z kolekcji wiszącej na sali balowej. A więc kapra Dickmana** albo dowódcę armady Krzysztofa Arciszewskiego. Popiersie zaproszonego gościa stawiało się na krześle i wtedy wyglądał on jak żywy. Myśmy do kolacji pili wódkę, a zaproszony dostawał kieliszek kolorowego likieru. Przyjemnie było patrzeć jak Krzysztofowi Arciszewskiemu likier skapywał z brody na dublet..."

________________________________

* -  W chwili wybuchu wojny zastępcy dowódcy ORP"Wilk", niemniej później wsławionego komandora Bolesława Romanowskiego, którego najsłynniejsze dokonania jednak przypadły na okres dowodzenia przez Romanowskiego ORP"Dzik". Po stracie ORP "Orzeł" Royal Navy postanowiła przekazać nam nowy okręt podwodny, właśnie ORP"Sokół" i powierzono go Karnickiemu. Obydwaj, i okręt i jego kapitan przeszli do legendy, a za atak na włoską bazę w Navarino Karnicki otrzymał Virtuti Militari (dekorujący go Sikorski uczynił to własnym krzyżem, z własnej piersi odpiętym).
** - (właśc.Dickmanna), uznawanego za dowódcę naszej floty w bitwie pod Oliwą w 1627 roku. 


26 lipca, 2017

U Wachmistrza kropek kilka...

Po największej części tym dedykowanych, którym ich brak w tegorocznych notach doskwiera...:))
.    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .   .     .    .    .    .        .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .   

24 lipca, 2017

Tradycyjny pięciopak ostatniej lipca dekady...:)

Ano pięciopak, bo piąci nam przyjdzie świąt pułkowych w kupie nieomal obchodzić. Primo: dzisiejszego 1 Pułku Ułanów Krechowieckich im. Pułkownika Bolesława Mościckiego (pierwszego "Krechowiaków" dowódcy, postaci zgoła legendarnej)... O pułku dziejach i tradycjach żem pisał już co więcej, tandem chętnych poczytać tam i też sobie odesłać pozwolę:)
   Secundo: jutrzejszego święta "tatarskiej jazdy", czyli 13 Pułku Ułanów Wileńskich , zasię pojutrze nam 16 Pułku Ułanów Wielkopolskich święto opijać wypadnie...:) Okrom linków podanych jest i o nich też przygarść w tejże pierwszej, "Krechowiakom" poświęconej nocie...
  Ano i quarto,  o 27 Pułku Ułanów imienia Króla Stefana Batoregoświętującego 27 Iunii, pamiętać wypadnie, a i wspomnieć godnie, chociażby dla tej przyczyny, że podług niektórych to temu pułkowi mielibyśmy wiktoryją w bitwie warszawskiej 1920 roku zawdzięczać...
   Quinto zaś czyni święto 7 Pułku Strzelców Konnych Wielkopolskich 29-go obchodzone. Dla mnie pułk tylęż szczególny, żem przez lat osiem czeguś notorycznie o niem przepominał, ni jednej im nie poświęciwszy notki, aż nareście przyszło na siwy łeb opamiętanie, a i teraz jeszcze to dla mnie niejaka sromota... Tandem do notki o owych poznańskich szaserach, równie dzielnych w boju, jako i (czego fotografie zachowane dowodzą:) i przy kopców sypaniu, czy w przewagach sportowych, upraszam...

23 lipca, 2017

O etymologii partacza...

  We średnich wiekach, gdy miastami prawdziwie cechy rzemieślnicze władały, ordonansami swemi i ukazami niemal całe życie cechowe regulując, cale ważkiem było równowagi zachowanie między podażą rękodzieł, a popytem na nie… Cechy dzierżyły k’temu kilka nawet kluczy: pozwoleństwami na wyzwolenie czeladnicze lubo na posiedlenie się z daleka przybyłego mistrza ilość rzemieślników w grodzie właściwą utrzymywano, cenami sprzedaży i cłami oraz rogatkowem ilość produktu na rynku… I wszytko by było ładnie, pięknie, a majsterkowie szczęśliwi, gdybyż nie odwieczny u ludzi grosiwa niedostatek*, przez którą to przypadłość lud prosty (aleć i całkiem pokręcony takoż:) nader niechętnie się z niem rozstaje i ustawicznie jakiej "Biedronki" szuka, by przecie taniej kupić...
  O wieleż na żywność sam rynek był mechanizmem znakomicie się regulującym, bo tu zazwyczaj prawa podaży i popytu robiły swoje, a włodarze miejscy starali się nie ingerować, znając, że droga żywność, to pierwszy do rozruchów przystępek, tak z wyrobem rzemieślniczym już było jakem we wstępie opisał, tandem ludek grodzki nie miał czego w mieście klemencji w cenach szukać, tandem nalazł go...  poza miasta bramą (łac.porta). Tam się gnieździli przybysze do miasta przez rajców nie wpuszczeni, tam czeladnicy zbuntowani, latami wyzwolin swych czekający… Obligiem cechu nie związani mogliż i tanio co tam uczynić i taniej przedać, co nie dziwne, że mało miłe się cechowym zdało… A że jurydycznie miasto onym „zabramnym” czyli portaczom niewieleż uczynić mogło… ostał się jeno osobliwy antymarketing:)), gdzie na wsze sposoby mieszczanom produkta konkurencyi zohydzić się starano! Oczywista; w pierwszej kolei lichość okrutną im wmawiając, za drugą koleią ukazując, że władzom cechu nie podlegając, portacze takoż prawideł, jako byśmy dziś rzekli gwarancji i rękojmi niezwyczajni byli…
   A prawda jakaż? Ano zapewne, jako pospolicie po świecie bywa: pośrzodku… aniż owe ciżmy, pasy, kaftany, beczki i garnce takie liche nie były, jako im wmawiano… ani też, dla taniości powabu, tak jednakie, jako te grodowe, co przysięgali drudzy…
  A nam po dziś dzień ono miano ostało…aleć i ta metoda konkurencyi zohydzania… I dziś nam hydraulik jaki:))))) mruczy o partactwie tego, co to przed nim tego czy owego podłączał...

__________________________
* - Marian Załucki: "I tylko w sercu pretensja gorzka do Fenicjan,
                                którym wynaleźć pieniądze niegdyś się udało; 
                                Wynaleźli, to dobrze,
                                ale czemu tak mało…"

20 lipca, 2017

O przebiegłości hospodarskiej...

  Jakem cyklu o Sarmackim Katyniu (IIIIIIIVV, VI ), czyli cyrkumstancyjach bitwę pod Batohem, samą bitwę i rzeź jeńców naszych rękami kozackiemi sprawioną spisywał, napatoczyła się i pewna poboczna historyjka, której tam mi wieść było niesporo, iżby wątku głównego nie rozpraszać, przecie zda mi się, że uwagi godna, tak dla person ją składających, jako i dla cyrkumstancyj tamtocześną rzeczywistość polityczną wystawiających...
   Rzecz się tyczy czasów o lat kilka wyprzedzających opisane zdarzenia, żyw jeszcze król jegomość Władysław IV i ów właśnie wielce nad konceptem wojny tureckiej miłej mu się biedzi i koalicyję przyszłą składać probuje... Znamy, że jedną z przyczyn tak masowego Kozaków poparcia dla buntu Chmielnickiego to było, że owa spodziewana wojna tajemnicą była poliszynela i nieledwie każdy wróbel nad Dniestrem ćwierkał o niej, to się i mołojcy i sposobili, a i radowali na nią niemało, znając że to Rzeczpospolita ich zaciągać będzie musiała, zatem płacić, a i jaka jeszcze może komu z tego przyjdzie sława, o łupach nie wspominając... Król zresztą, decyzji sejmowych nie czekając, pewne zaciągi już i był poczynił, do czego nie miał prawa... Zawód sprawiony  fiaskiem planów królewskich był im wszytkim okrutnie przykrym, gdy się wrześniem 1646 na sejmie w Krakowie pokazało, że szlachta ani myśli iść tą drogą i królowi przyszło nielegalnie poczynione zaciągi rozpuszczać i odszczekiwać, że nie to powiedział, co powiedział i nie to chciał napisać, co napisał...
   Ale do brzegu, jako Klarka prawi... Mamyż, póki co, wiosnę roku 1646, król do koalicyi przyszłej, okrom Wenecyi już z Osmanem wojującej, widzi jeszcze i południowych naszych sąsiadów, swoistą strefę buforową między nami a Turczynem czyniących, przy tem wszytko officialiter tureckich wasali... Poszły poselstwa i pisma sekretne, choć jak się później pokazało, wcale nie aż tak bardzo sekretne, do xiążęcia siedmiogrodzkiego Jerzego I Rakoczego, do hospodara wołoskiego Mateja Basaraba i mołdawskiego Bazylego Lupula, czyli tego, którego córy Rozandy zamęście nas tak bardzo w cyklu przywołanym zajmowało. Rakoczy był konceptem króla mocno przerażony, mniemając, że nie czas po temu, by przeciw Turczynowi wstawać, bo więcej się pewnie spodziewał zyszczeć Habsburga szarpiąc, a tego znów bez osmańskiego wsparcia mu czynić było niesporo. Najpewniej też owe przecieki do Stambułu o planowanej przez polskiego króla wojnie wyszły z Siedmiogrodu właśnie...
   Za to obaj hospodarowie wielce przychylnie ucha na plany Władysława nadstawili, a osobliwie Lupul, bohater dzisiejszej naszej opowieści, która i bez znanej nam Rozandy się nie obejdzie, bo ta właśnie wtedy w Stambule przebywała, w niewesołej roli zakładniczki lojalności oćcowej. Ano i gdy w osmańskiej stolicy pismo nosem zwąchali, to Turczyn wcale chytrze obmyślił lojalności hospodarów sprawdzić i posłano do nich żądanie wcześniejszego, niźli zwykle haraczu zapłacenia. Wiadomo, że do prowadzenia wojen potrzeba przede wszytkiem pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy, zatem jeśliby hospodarowie zapłacili, to by im samym zostało może i zbyt na wojnę skąpo, za to sułtanowi bogato, a jeśliby odmówili, to by się ze swem buntem przed czasem zdradzili i można by takiego jednego z drugim niegotowego jeszcze najechać karnie i do posłuchu przymusić, a może i, jeśli fantazja poniesie, ściąć czy na pal wsadzić, a choćby tylko oczu wyłupić, abo oskórować...
   Lupul faktycznie w pierwszem porywie agę po grosz przysłanego odprawił z kwitkiem, aliści mu wrychle jeden z przytomniejszych bojarów, Teodor Petriceicu, w Polszcze Petryczejką zwany*, rzekł iżby może roztropniej było póki co, póki się na własne oczy nie obaczy Polaków Dunaj przekraczających, sułtanowi płacić co sułtańskie i plackiem przed nim leżeć... Lupul nie był głupcem i rychło przyznał Petryczejce słuszność, po czem umyślni popędzili za agą, by go zawrócić i przetłumaczyć onemu, że nie to usłyszał, co usłyszał... Widać jednak, że ten cosi gdzie trzeba szepnął i nad Bosforem się wątpliwości nie wyzbyto, tandem dostał hospodar do wykonania testu swej lojalności kolejnego: miał oto sprawić ni mniej, ni więcej, iżby do Stambułu król polski przysłał posła, który imieniem królewskim potwierdzi pokój panujący i zadeklaruje, że go Rzeczpospolita dotrzyma...
   Lupulowi musiało być tej misyi okrutnie nie w smak, osobliwie, że znał, że "...Wprzódy słońce w miejscu stanie! Prędzej w morzu wyschnie woda...", nim on króla do takiego poselstwa nakłoni... Przecie stary hmm...młodszy ode mnie przechera umyślił jak tegoż rozegrać by wilk był syty i owca cała...
   Ruszyło poselstwo do króla (a do wielkich panów koronnych, osobliwie do hetmana Mikołaja Potockiego insze o poparcie tego pierwszego) instancyjonować go, by zechciał w łaskawości swojej iście wysłać nad Bosfor posła, by ... nie, nie... nie o pokoju prawić, bo to przecie niepodobieństwem było, jeno by się za uwięzioną Rozandą wstawić, iżby jej stęsknionemu oćcu odesłano do Jass. Król, może sam, może za hetmana iście wstawiennictwem, sam miarkował, że Lupul z córką doma pomieszkującą niechybnie będzie co względem Turka śmielszym, zatem gra jest świeczki warta, przy tem nawet jako się nie pofortunni, to ryzyko i tak nie nasze, a hospodarskie, a spróbować nie zawadzi.
   Ruszył zatem do Stambułu ekspediowany jako poseł niejaki Dziebałtowski, o którem nic więcej nie wiemy, tak widać nieznaczna była to figura, że się nawet imię onego czy urząd, jeśli takowy pełnił, nie przechowało. Prawdziwie nie mogła być taka misja nad Bosforem miarkowana jako poważna, osobliwie, że ów nawet i żadnych podarków, na dworze sułtańskim przecie oczywistych, nie wiózł... Rzekłby kto może wrednie podejrzliwy, jako na ten przykład Wachmistrz, że posłano Dziebałtowskiego więcej na to, by sułtana obraził i może wojny przez sejm niechcianej, sprowokował, niźli na to by hospodarowi córy do dom przywiózł. Zwłaszcza, że ów miał jeszcze w instrukcyi, by przeciw najazdom tatarskim protestacyi uczynić sążnistej, a pokojowych zamiarów potwierdzić, ale możliwie najwięcej oględnie i jeno na gębę.
   Lupul na samą wieść, że polski poseł jedzie, uwiadomił Stambuł o tem, jako o nie wiedzieć jakiem sukcesie swojem. Mina mu pewnie zrzedła, jak powitał posła 2 października w Jassach i obaczył z jak nikczemnym orszakiem ów jedzie i że z pustymi rękoma, aliści czem rychlej sam tego naprawił, przydając onemu eskorty stosownej do rangi posła rzekomo wysokiej, a i darów dla sułtana, wezyra i każdego tam znaczniejszego, którego obdarować mus było, jeśli się czego wskórać chciało... Najpewniej to wszystko Dziebałtowskiemu było w smak, skoro był pozycji mizernej, a chciał się wydać znacznem, być i może że sam co dostał do kalety wsunięte, bo w Stambule, jako z początkiem listopada zjechał, to gęba mu się nie zamykała, tyle o tem pokoju, przez Turka upragnionym, gadał...
   Turcy tego słuchali niczem najmilszej muzyki, posła wielce wdzięcznie przyjmując, obdarowywując i odprawiając z honorami. Bazyli tegoż podtrzymywał, znając że szpiedzy nie śpią i tak ponad miarę honorowany Dziebałtowski do ojczyzny powrócił, jeno jednego króla do białej gorączki przywodząc, jako się pokazało, cóż nad Bosforem czynił i gadał... Ale że się mleko rozlało, to już mu tylko dobrej miny przyszło co złej gry czynić. Lupul wprawdzie wtedy Rozandy nie dostał, zatem rzec by można, że nie wskórał wiele, aliści przede wszytkiem tron ocalił i gardło, co w cyrkumstancyjach tamtocześnych już samo w sobie wiele znaczyło... Rozandy zaś musiano mu przecie jakoś najpóźniej w lat trzy później, czy cztery odesłać, skoro mógł jej ręką tak frymarczyć, jakośmy tego w cyklu przywołanem opisali...
_______________
* - zapewne ociec przyszłego (1672-74 i 1684) hospodara Stefana



19 lipca, 2017

Najmilsze Wachmistrzowi święto...

...pułkowe, ma się rozumieć...:) Tegoż bowiem święta pułkowego, Wachmistrzowi najbliższego i najmilszego, mamy dla tej przyczyny, że 25 Pułk Ułanów Wielkopolskich to pułk Dziadka mego:) Tandem kto ze mną powspominać ochoczy, a przy tem za Pułk przewagami sławny, jako i za pamięć wachmistrza Wawrzyńca Ślązaka przepić gotów, do dawniejszej  o pułku tem noty upraszam...:)