22 lipca, 2015

O xiążęciu Denassów...IV

  Byłoż wątpień niemało o rzeczywistych bohatera cyklu niniejszego (III, III,), księcia de Nassau, motywach, dla których był się on w tą eskapadę zapuścił dniestrową. Nigdy ów nie taił, że mu możności eksportowe szło, tedy i o pomyślność majątków żoninych, ale też to i przecie pro publico było bono... Zawistnicy jednak i jedną jeszcze przedkładali przyczynę, której i ja bym uważał, jeno że dla mnie ona rzeczą samą w sobie arcypiękną:)
  Przedkładano atoli, że ów na gwałt jakich potrzebował zasług dla kraju naszego, bo się o indygenat polski starał. Iście bowiem, jeśli na to wejrzeć, że to mało kiedy się te sprawy chyżo odprawiały, a wyprawa dniestrowa czerwcem 1784 roku odbyta, na jesieni tegoż roku zasię na sejmie de Nassau upragnione zyszczeł szlachectwo, to i możnaż mniemać, że się rzeczy grubo przódzi począć musiały...
  A czemuż mnie to tak słyszeć miło? Ano, bo liczni urwipołcie, których król jegomość szlachcił, za nic tegoż sobie mieli, że okrom jakiego tam hrabiostwa swego z Okcydentu czy też z Peterburka zwiezionego dostali i tegoż herbu polskiego. Tu zaś mamy księcia niemieckiego, prawda że z ojcowizny wyzutego i bez grosza, przecie nadal księcia, co o ten polski indygenat zabiega szczerze! Ba! I głowy dlań się nie lęka narazić, byle go zyszczeć! I przy tem jakiż rys przepiękny, gdy go już dostał był... Owoż rzecz się miała na sejmie grodzieńskim, gdzie de Nassau zjechał, a posłem nie będąc się jeno obradom przysłuchiwał z galeryi i gdy po rzeczach inszych król jegomość tegoż wniosku o indygenat izbie przedłożył, owa zaś go przyjęła... de Nassau wyszedł był z izby i gdy wrócił po chwili, pokazało się, że "wdział na się z wierzchu kontusz papuziego, czyli zielonego koloru z wyłogami czarnemi, a pod spód żupan biały. Do boku szablę polską przywiesił".* Może to i ckliwe, aliści znak widomy, że szlachectwo polskie jeszczeć na ów czas nie było sroce spod ogona...
   Ale wróćmyż do podróży samej... W Żwańcu wpodle Tynnej był książę obstalował galar na ową drogę dniestrową, zaczem do załogi okrom służby własnej umyślił oficyjerów francuskich brać, z których nie wiedzieć skąd się trzech naraz chętnych znalazło...**
   Ano tak i siadłszy majem Anno Domini 1784 roku na ów galar pod Żwańcem, spłynął był xiążę ku Morzu Czarnemu, przy czem nieznane nam, czy ów iście jako chce Askenazy wiódł dwóch szkut jednomasztowych ze zbożem, czyli też jeno galaru bez ładunku własnego. Najpryncypalniejsze przy tem, że ów obadał i porohów słynnych, znajdując je spławnymi na czas wiosennych i jesiennych wód przyboru i arcydokładnej wykonując mapy Dniestru samego, z pomierzeniem płycizn, głębin, nurtów i bystrzy. Wielce tajemnem przy tem zdarzenie pewne, gdzie jeden z owych oficyjerów, niejaki podpułkownik de la Porte, na brzeg był zszedł i wszelki słuch o niem zaginął***
   I w tejże mapie największa de Nassaua zasługa, bo po prawdzie dotarł on jeno do Benderu, skąd już dyliżansem pocztowem udał się do Stambułu, to zaś by znaczyło, że drogi wodnej najmniej jakich czterech dni sobie był oszczędził. Ciekawość też, że za powrotną drogą, wstąpił był na Krym i wielce długo wybrzeży czarnomorskich penetrował... Czemu ciekawość? Ano temu, że jako się za dwa lata nasz xiążę z Potiomkinem był skamracił i ów mu we flocie rosyjskiej angażu wyjednał, to xiążę właśnie na Oczakowskim Limanie, u Dnieprowego ujścia, floty tureckiej pogromił, sławy tym zdobywając niemałej, której i poźniejsza od Szweda pod Wyborgiem klęska nie zatarła... Nad miarę, myślę ja, spekulacyje czynić, że ów już w 1784 rekonesansów tam czynił zamierzonych... Prędzej bym uznał, że ów tego talentu rzadkiego, że wiedzy raz zdobytej umiał na własną później obrócić korzyść, a dla kogo prawdziwie tych wybrzeży przepatrywał dociec trudno będzie...

______________________________

*Wacław Słabczyński, "Polscy podróżnicy i odkrywcy", PWN, Warszawa 1988
** nawiasem to intrygująca wielce sprawa, bo odrzuciwszy jakie sekretne może wywiadowcze dworu francuskie interesa, który jako aliant zadawniony turecki więcej by może o to stał, by ta wyprawa do skutku nie przyszła, dwie są podług mnie jeno sensowne rzeczy możliwe objaśnienia. Primo, że owi oficyjerowie to instruktorzy francuscy do konfederatów barskich posłani, którzy się dopotąd z kraju wydostać nie umieli i tejże się jęli możności, ale to uwierzyć trudno, by się im to przez lat dwanaście udać nie umiało, chyba że ich tu dwór francuski w jakiem pogotowiu trzymał, jakiej nowej wyglądając ruchawki... Secundo, że owi za nakazem dworu swego, za... samem de Nassauem się blisko trzymali, by mieć na oku poczynania jego, a czasem może i w nich pomóc, czasem może i przeszkodzić, gdyby przeciw Paryżowi były...
*** wpodle wioski Cekinówki, a co się najpewniejszem zdaje, to że ów rekonesansu czyniąc, natknął się był na milicyje dworskie Szczęsnego Potockiego, co własnowolnie tureckiej tutaj granicy pilnował. Najpewniej też i Francuza za szpiega ujęto i gdzie zamęczono w tortorni, luboż i uchodzącego przed pojmaniem ubito...


 Dodane lipcem 2015 roku: tekstu tegoż żem po raz upublicznił pierwszy w tejże, nieledwie niezmienionej postaci (wersja dzisiejsza skrócona cokolwiek, a ściślej przerwana, by wtręt szykowany "o Wyborgu" chronologijej zdarzeń nie zaburzał) na starem mem blogu grudniem Anno Domini 2009 roku... Dwa niemal lata później do sprawy tej nawrócił komentator podpisujący się "stasiu", który się już później nie odezwał nigdy i sprawę śmierci pułkownika de la Porte wyjaśnił następującemi słowy: "Przypadkiem natknąłem się na sprawę tegoż de la Porte. Jest zapisana relacja i zeznania licznych świadków jego śmierci. W skrócie dużym: doniesiono żołnierzom, że się jakiś obcy („Niemiec”) sam pałęta, dwaj żołnierze z Kawalerii Narodowej zostali wysłani (piechotą), znaleźli go, ale ten zaczął uciekać i koniec końców w Dniestrze utonął. Gdyby kto szukał, dokumenty są tu: Archiwum Państwowe w Krakowie, Oddział I na Wawelu, Archiwum Młynowskie Chodkiewiczów, sygn. AMCh 1139, str. 53-60."

                                                                     .

6 komentarzy:

  1. Myślę, że całość można opublikować gdzie pod tytułem: Jak to niemiecki książę polskim szlachcicem został. :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A następnie carskim admirałem...:))
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
    2. To sobie bym darowała, zwłaszcza w tytule. Myślałam o wydźwięku patriotycznym z naszego punktu widzenia: Jak to książę niemiecki CHCIAŁ polskim szlachcicem zostać ;-)

      Usuń
    3. No cóż...niczego mu nie ujmując, aliści jedno prawda i drugie też prawda... Wiem, że to ładnie wygląda z polskiego punktu widzenia, ale prawda najpewniej taka, że ów jeno dla się jakich konfitur szukał, byle najobfitszych i za jedno mu było, czy gruszkowe, czy wiśniowe...
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  2. Ciekawi mnie, czy książę de Nassau po polsku w ogóle mówił, czy wystarczyło mu, że się po francusku z kulturalnymi ludźmi dogadywał?
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pytanie, czy chodzi ci o czasy obecnie opisywane, czy o summę jego żywota dokonań. Jeśli idzie o pierwsze, mniemam, że nie zanadto, być może jakimiś pojedynczymi słowami i zwrotami się kontentując, a i to pytanie, czy iście o polszczyźnie prawim... Bo jeśli to kontaktom ze służbą miało służyć, to równie dobrze mogło o ruski (ukraiński) chodzić... Natomiast, że ów na stare lata osiadł w tej Tynnej na dobre, to mniemam, że dla samej ciekawości świata, którą przecie przez całe życie żywił, z pewnością chciał lepiej i okolicę poznać, i ludzi, a temu przecie znajomość języka jeno sprzyjać mogła...
      Kłaniam nisko:)

      Usuń

Być może zdaje Ci się, Czytelniku Miły, że nic nie masz do powiedzenia aż tak ważkiego, czy mądrego, by psuć wzrok i męczyć klawisze... W takiem razie pozostaje mi się tylko z Tobą zgodzić: zdaje Ci się...:)