U Jegomości Leszka Mazana ("Wy mnie jeszcze nie znacie") żem nalazł był osobliwej historii tegoż automobilu, w którem arcyksiążę Franciszek Ferdynand z małżonką w ostatnią się w Sarajewie byli wybrali podróż:
"Kabriolet
hrabiego Harracha tuż po wybuchu wojny w sierpniu 1914 przekazany więc został
dowódcy 5 grupy armii gen. Potiorkowi; po dwu tygodnaich, po kolejnej klęsce na
froncie Potiorka pozbawiono dowództwa. Jego kabriolet trafił w ręce jakiegoś
kapitana. Po dziewięciu dniach wpadł on w czasie jazdy na drzewo i zginął na
miejscu.
Gubernator austriacki - kolejny użytkownik kabrioletu - jeździł nim
kilka miesięcy i miał 4 wypadki; w czasie jednego z nich stracił rękę. Za
symboliczną cenę wóz, który zaczęto już nazywać "przeklętym" kupił niejaki dr
Sarkis. Po pół roku pewnego dnia znaleziono jego samochód przewrócony na dach, a
pod nim zmiażdżone, martwe ciało doktora. Wdowa ofiarowała pojazd znajomemu
jubilerowi. Ten w kilka miesięcy zbankrutował i popełnił samobójstwo.
Kolejny właściciel był lekarzem, korzystał z kabrioletu rzadko, by wreszcie
ulec szalejącej ze strachu żonie i sprzedać go bogatemu Szwajcarowi - kierowcy
rajdowemu. Ten po kilku tygodniach w czasie rajdu roztrzaskał się o kamienną,
przydrożną skałę w Dolomitach. Na pogrzeb rodzina udała się kabrioletem, który
wyszedł ze zderzenia prawie bez szwanku. Kolejnemu właścicielowi, producentowi
win, historyczny wóz zepsuł się na drodze. W czasie holowania przez konie,
silnik niespodziewanie zapalił. Zmiażdżony woźnica zmarł w szpitalu.
Kabriolet przeszedł w ręce właściciela garaży i mechanika samochodowego. Ten
znakomicie wóz odnowił i odmalował, po czym wybrał się z przyjaciółmi na wesele.
Poślizg, uderzenie w przydrożne drzewo. Pięć trupów.
Od tego czasu nikt już
nie odważył się wsiąść do "samochodu śmierci". Zginęło w nim od chwili w zamachu
w Sarajewie 16 osób.
Przeklęty pojazd - który zapewne można by jeszcze
uruchomić, jest rzeczywiście niezniszczalny. Na osobisty rozkaz Franciszka
Józefa przewieziono go do Wiednia. W latach trzydziestych trafił do Muzeum
Miasta Wiednia. Ocalał jako jedyny z eksponatów przysypanych tonami gruzu z
rozwalonego przez bomby w 1944 strychu. Sprzedany do Muzeum Armii (kopia
znajduje się w zamku w Arstetten nad Dunajem), wspaniale odrestaurowany,
złowrogo lśni oliwkową karoserią.
Mówi się, że czeka na nową ofiarę."
Blog staropolski. Różności historyczne, facecje i refleksyje, spominki i przypowieści oraz czasem i komentarze rzeczywistości dzisiejszej...
07 lipca, 2012
05 lipca, 2012
Stowarzyszenie Zapomnianych Wynalazców I: o napitków dawnych schładzania sposobach...
Że nam ostatnio Babcia JaGa u siebie zechciała wspomnieć jakoż sobie bez lodówki radzić można, przecie jednak potrawy i napoje w dobrej utrzymując kondycji, ja o krok dalej pójdę, starożytnych dokonania opisując w materyi napojów schładzania, która to thema za sprawą upałów niedawnych, zda się być nader aktualną... Osobliwie, że za przyczyną spotkania pewnego wczorajszego, Wachmistrzowi z głowy nijakim sposobem tęsknica za piwem zimnym wyjść nie może:))... Nie wiem po prawdzie jakże mi do końca noty ze ślinką cieknącą wysiedzieć w tej tęsknocie, co to najmniej jeszcze przez dnia pół jeno platonicznem afektem być może, ale cóż czynić... Szable w dłoń i poczynajmyż w imię Boże...
Zdać by się nam mogło, że antecesessores nasi, lódówek i chłodziarek prąd żrących nie znający, jeno na ciepłe trunki skazani byli. Nic bardziej mylnego! Już Neronowi przypisywano, że naczynie extraordynaryjne wykoncypował, gdzie w otoczce ze śniegu winko chłodziło się zacnie...* Ano... taka to prawda jakoby się ślepy iskał i wszów nie miał. Neron jeno dawny grecki wynalazek, poniżej ukazany, w Rzymie upowszechnił, choć czy miał co i upowszechniać dyskusyjne wielce. Toć właśnie Nerona Seneka napominał, a lekarze rzymscy temuż przyklaskiwali, za wielce szkodliwe mając obyczaje przezeń opisane: "Mówię ci, możesz zobaczyć niektórych ludzi, bardzo wątłych, owiniętych w lekki płaszcz i kapuzę, wyblakłych i chorych z wyglądu, jak nie tylko śnieg piją, lecz także jedzą i kawałkami wrzucają do kufli, w obawie, aby napój nie stał się letni już w samym momencie picia".
Naczynie owo, w italskiej Vulcii nalezione, Greczynowie już w VI wieku przed Chrystusem czynić umieli! Jako i wyrozumieć łacno, w podwójnej ściance amfory lód i śnieg kładziono, temuż wino w niej trzymane, grzecznym chłodkiem gardziel pijącego radowało... Uważ, Czytelniku miły, zali to nie lepszy koncept niźli flasze we wiaderku z lodem chować, temuż potem i flasza mokra, a i wszytko wkoło wodą pokapane...? No chyba, że komu okrom flaszy zawartości jeszczeć i kostka lodu potrzebna do igrców jakich, jako nie przymierzając Imci Rurce w "Ośmiu i pół tygodniach":))
Aleć wróćmyż ad rem: skądże owi Greczynowie i Rzymianie śnieg mieli? A jeszczeć i środkiem lata może? W mieście letnim skwarem zmorzonem, a od Alp o mil setki oddalonem? Ano przyjdzie się nam jeszczeć głębiej w dzieje zapuścić, nim jednak Nerona odbieżamy, tejże mu trza oddać sprawiedliwości, że ów (głupcem przecie nie będąc) przyuważył był, że woda, której się aby raz zagotować każe, gazy zbyteczne uwolniwszy, więcej do chyżego schładzania skora, niźli aqua surowa...
Wszystek ów śnieg i lód z gór zwożono odległych, a udziwiłbyś się Czytelniku Miły, jak prężna i liczna to branża była. W samym Rzymie sklepów takich na dziesiątki liczyć przyszło, nie licząc szynkowni wszelkiej maści, coż przecie nie mogły własnych śniegów nie mieć, by klienteli nie zadowolić... Małoż na tem! Toć przecie, extrawagancyjami swemi słynący, cesarz Heliogabal, był nakazał ongi, jakiego lata nadzwyczaj skwarnego góry ze śniegu wpodle swej villi usypać, by się chłodkiem w czas skwaru kontentować. Nawiasem: podług mnie to więcej rozrzutności dowodzi niż rozumu, a najwięcej jeszczeć i tego, że się był cesarz nader marnie na termice rozumiał... A jeśli chciał kogo extrawagancyją olśnić, to i też nie wiem zali go nie pobił nasz Radziwiłł "Panie Kochanku", co sobie drogi pod sanie na mil kilka cukrem wysypać kazał, by kulig w lecie wyszykować...
Lodu i śniegu zwoziły z gór całe karawany osłów, na mieśćcu zasię towar składano w dołach głębokich, słomą wymoszczonych, a i od góry słomy nie żałowano, której własności ciepła strzymywania tłomaczyć przecie nie muszę... Śnieg po prawdzie i tak górą topniał, aliści w dół płynąc, za Jejmościanki Grawitacyi nakazem, między chłodne trafiał i zamarzał na powrót, lód tem to czyniąc sposobem. Takoż nacisk znaczny ton śniegu kilku, nieuchronnie spodnią część w lód obracał, co wielce przedającemu miłe było, bo za lód większej jeszczeć niż za śnieg ceny żądano. Próżno było Senece wyrzekać, że lód i śnieg droższe wina... Osobliwie jednak ciekawem obaczyć, jakoż to na obyczaje wpływało. Wiemy, że człek tak grzeczny, jako Pliniusz Młodszy, a i przecie nie skąpy, gdy wyszykował ongi druhowi serdecznemu przyjęcia, na które tamten nie przybył, ów ganiąc go, wyrzekał na straty i zapowiadał "z pewnością wystawię Ci słony rachunek za śnieg, który zmarnował się po podaniu"... Uważ Czytelniku: nie za wino czy jadło! Za śnieg!
Skądże jednak Rzymianie na koncept lodowni wpadli? Ano, niechybnie od Greków... Skądże jednak ci ich znali? Ano...ze wschodu... Wiemyż dzięki Atenajosowi z Naukratis**, że w czas swej w Indyjach wojaczki byłże Aleksander kazał dołów ze trzydziestu kopać i śniegiem zarzucić, by mieć do lata na wina schłodzenie... Poznał się pewnie gdzie z tem obyczajem po drodze do tychże Indyj, bo na dzisiejszego Iraku terenie już 1700 lat przed Chrystusem lodowni czyniono. Władca Mari, niewielkiego ówcześnego królestwa, Zimri-Lin niejaki ostawił nam po sobie inskrypcyi, w której pysznił się tem wielce, że "jako żaden inszy król nad Eufratu brzegami" owo "bit-shuripim" (lodownię) był pobudował...
Najpewniej to najstarsze nam lodownie znane, bo choć w Chinach owe koncepta jeszczeć i więcej niźli u nas znane były, przecie tam najstarszych wzmianek się na jakie "jeno" jedenaście wieków ante Christum natum datuje... Choć znowuż owe babilońskie się nie dochowały, a z Kitaju nam aż dwóch niemal nietkniętych zębem czasu archeologi wyszperały... Z jakiego siódmego wieku sprzed ery naszej datować nam lodowni w pałacu Yong cheng, co naonczas był stolicą prowincyi Shanxi. Wielce ci ona ciekawą, bo cależ odmiennej konstrukcyi, niźli zazwyczaj praktykowane... Dół bowiem był niegłęboki, a przeciwnie płytki, kwadratowy przy tem, zaś lód czerpano przez śluzę z drzwiami podwójnemi, których konstrukcya takoż arcyciekawa: ze stron oboich deskami obite, środkiem warstwa obfita izolująca plew z ryżu. Dodać przy tem, że dołem ścieku uczyniono, którym woda z topniejącego śniegu do pobliskiej rzeczułki płynęła.
Inszej lodowni, ze specyalno wypalonych kręgów terakotowych miał cesarz Shi Huang Di z dynastyi Qin (221-207 p.n.e.). Ówże w pałacu swojem w stolicy Xianyang pobudował niżej ukazanej lodowni, co aż na 13 metrów w głąb Matki Ziemi sięgała, a w kręgu mógł się człek niczem do spania ułożyć!
Na dworze cesarskiem za czasów władców z dynastyi Zhou (IV-III wiek p.n.e.) dorachowalim się 94 (!) służących, co jeno z lodem, wpodle lodu i dla lodu zatrudnienie ustawiczne mieli, a lista obowiązków się przy winie i potrawach zaczynała, zaś na zwłokach cesarskich w czasie przedpogrzebowym kończyła. Z czasów dynastyi Tang już po Chrystowem Narodzeniu panującej, ano tak jakosi w tem czasie co to u nas Piast strzygł Siemowita, mamyż zachowanej "Xięgi pieśni", w której między inszemi całyż rytuał lodowni ochędożenia wybornie odmalowany słowem...
Czytaczom wiernym spomnieć może mojej noty dawniejszej o ryb nabywaniu i chowaniu gdziem o dawnych polskich konceptach małych lodowni przy domu trzymanych pisał, w których na przemian warstwy lodu i węgla drzewnego kładziono. Jakoż nam jednak mieć szacunek niemały dla ludzi, co dawnemi czasy tenże lód umieli zbierać, przewozić a i konserwować przez niedziel, luboż i miesięcy kilka, to coż nam rzec wypadnie o tych, co przed lat tysiącami umieli napoje chłodzić, ani wiedząc o czem takiem, jak mróz i lód? A tak właśnie w dawnem Egipcie i w Indyjach czyniono...
Spomniany tu już Atenajos nieoceniony pisze nam:
"W ciągu dnia Egipcjanie wystawiają wodę na słońce, a po zmierzchu filtrują gruby osad i stawiają gliniane dzbany z wodą na najwyższej części dachu, na zewnątrz. Przez całą noc dwaj niewolnicy polewają dzbany wodą, a o świcie znoszą je na dół...po czym chowają je w słomie; można ją potem używać bez śniegu lub czegokolwiek innego". O cóż w tem szło? Ano o to, że dzbany, które dodatkiem z porowatej gliny czyniono tak, by nadto szczelnemi nie były, parowały ustawicznie. Jako się ma ojczyzny z niebem ustawicznie bezchmurnem, nic na przeszkodzie temu nie stoi, by gronta nocą moc ciepła oddawały i przy ziemi samej częstokroć w skwarnej z pozoru Afryce, nocą i przymrozek bywa... Woda przez szpareńki się sącząca dodatkiem parując ciepłoty pozostałej pozbawia, a dzbanów polewanie jeszczeć ów proces spomaga. Czasem miast polewania, dzbany wachlowano i takich nam mieć w grobowcach egipskich malowideł, jakoż niewolni tak właśnie czynią... Jeśli komu to nadto jeszcze wyrozumieć trudno, rzeknę, że temże samem zjawiskiem się posiłkując, ciała nasze się w dzień skwarny chłodzą i od udaru ratują, nadmiar ciepła poprzez pot wydalając... Experimenta dokazały nam, że takich sztuczek z dzbanami czyniąc, jako Atenajos opisał, idzie dzbanów zawartość schłodzić nawet i do czterdziestu stopni niżej, niźli temperatura wszytkiego, co dzban otacza! ***
Jako wojaka każdego spytacie, nie masz po dziś dzień manierki coby w skwarny dzień, nawet i nie na pustyni wcale, wcześniej czy później wody ciepłą i do picia obrzydłą nie czyniła. Ano...mamyż i rakiety, i internety, a jak idzie wodę do picia na pustyni mieć chłodną, dopotąd nic lepszego nad skórzany bukłak Beduina nie obmyślono... co pod rozwagę Czytelnikom Miłym przedkładam, jako Wam latem może i prądu nie dowiozą, a piwa przecie ciepłego pić nie sposób...:((
Kłaniam nisko:)
_______________________
* Nawiasem to dość podłej jakości i smaku, bo z przykrością to rzec się godzi, że Rzymianie, choć winnic mięli zatrzęsienie, to wina uczciwego uczynić nie poradzili. Ratowali się, smak poprawiając domięszanym sokiem z winogron okrutnie słodkim, defrutum zwanym, z którym był ten szkopuł jeden, że go w ołowianych naczyniach warzyć było potrzeba. Effecta tegoż takie, że co więcej w niem rozmiłowani, przyjmowali mimowolnie dawki ołowiu dziesiątki razy przekraczające normy dzisiejsze, a jedna z theoryj najnowszych głosi, że to właśnie defrutum szaleństwa Kaliguli było przyczyną...
* Taki starożytny Makłowicz, tyle że pisany...
*** Podróżnicy XIX-wieczni opisywali sposoby Hindusów, którzy wystawiali na przeciąg naczyń płytkich z wodą, słomą luboż trzciną cukrową przykrytych, i czekali aż one, odparowawszy wody niemało, tej przecie co ostanie arcychłodną czyniły... Czasem się i pono lodu nawet kawalec w tem trefił! A jak dawne to koncepta, niechaj świadczy tekst indyjski z IV wieku sprzed porodzenia Pana Naszego, o tem że jako do wody soli dodać ździebełko, to się temperatura zamarzania obniża...
03 lipca, 2012
Kołysanka Szczepcia i Tońcia
Nie mniemać mi, by ktokolwiek z Czytelników Miłych osobą własną spomnić zdolił Szczepka Migacza i Tońka Tytyłyty (Kazimierza Wajdę i Henryka Vogelfängera), którzy jako niezapomnani Szczepcio i Tońcio w radiowej "Wesołej Lwowskiej Fali" dawali milijonom możnośc obcowania z cudowną lwowską gwarą:)). Spomniałżem o nich, dla cudnej lwowskiej piosnki, poniekąd hymnem serca będącej dla wszystkich, którym gród ten nieobojętnym, za sposobnością, gdy niedawnem czasem Stokrotka pisać była o Lwowie łaskawą (I, II):
Mnie jednak dziś więcej ku inszej ich piosnce ochota... Dla tych, co być może oglądali film "Włóczęgi" z 1938 roku, tekst poniższej kołysanki bogatszym będzie o spomnienie obrazu a i kontekstu może... :
Brama już zamknienta,
lilu, lilu, la,
kwiatki śpio i ptaszki śpio
i koty śpio i psy.
Wszyski śpio,
wienc uśnij takży ty!
Jak zarobim dwieści złotych*,
to zbudujim dom wśród wzgórz.
Bedzisz spała jak królewna
na łóżeczku z białych róż,
dubranoc, oczka zmruż.
Kołu domu bedzi ogród,
w nim słowików cały rój;
i bydziemy ci śpiwali
aż du rana, aż du zórz,
dubranoc, oczka zmróż.
Potym pójdym do sklipiku,
kupim masłu, syr i mniód,
kulikoski chlib** i mliku,
żebyś miała, jak obudzisz si,
jidzenia, picia w bród.
Jak zarobim dwieści złotych,
to zrubimy wielki bal:
bedzi muzyka i tańcy i zabawa bedzi...
Dubranoc, oczka zmruż!
___________________
* - nawet w przedwojennej Polsce dom za dwieście złotych był nie pomyślenia. Ale dla Szczepcia i Tońcia, żyjących przecie z dnia na dzień o paru groszach, gdzie tam wyżebranych, czy wycyganionych, suma zapewne widziała się tak niewyobrażalną, że możnaż było za nią poczynić niemal wszytko:)
** Kulikoski chlib - gatunek chleba znanego we Lwowie pod nazwą "Chleb żytny(!) kulikowski". Wypiekony w przedwojennej jeszcze (sprzed I wojny) piekarni Natana Schwarca przy ulicy Źródlanej, w formie dwóch złączonych malutkich bocheneczków, posypanych czarnuszką. Powszechnie uchodził za przysmak, podawano go nawet w kawiarniach!
Zatem, Czytelnicy Moi Mili: Dubranoc, oczka zmruż!
Mnie jednak dziś więcej ku inszej ich piosnce ochota... Dla tych, co być może oglądali film "Włóczęgi" z 1938 roku, tekst poniższej kołysanki bogatszym będzie o spomnienie obrazu a i kontekstu może... :
Brama już zamknienta,
lilu, lilu, la,
kwiatki śpio i ptaszki śpio
i koty śpio i psy.
Wszyski śpio,
wienc uśnij takży ty!
Jak zarobim dwieści złotych*,
to zbudujim dom wśród wzgórz.
Bedzisz spała jak królewna
na łóżeczku z białych róż,
dubranoc, oczka zmruż.
Kołu domu bedzi ogród,
w nim słowików cały rój;
i bydziemy ci śpiwali
aż du rana, aż du zórz,
dubranoc, oczka zmróż.
Potym pójdym do sklipiku,
kupim masłu, syr i mniód,
kulikoski chlib** i mliku,
żebyś miała, jak obudzisz si,
jidzenia, picia w bród.
Jak zarobim dwieści złotych,
to zrubimy wielki bal:
bedzi muzyka i tańcy i zabawa bedzi...
Dubranoc, oczka zmruż!
___________________
* - nawet w przedwojennej Polsce dom za dwieście złotych był nie pomyślenia. Ale dla Szczepcia i Tońcia, żyjących przecie z dnia na dzień o paru groszach, gdzie tam wyżebranych, czy wycyganionych, suma zapewne widziała się tak niewyobrażalną, że możnaż było za nią poczynić niemal wszytko:)
** Kulikoski chlib - gatunek chleba znanego we Lwowie pod nazwą "Chleb żytny(!) kulikowski". Wypiekony w przedwojennej jeszcze (sprzed I wojny) piekarni Natana Schwarca przy ulicy Źródlanej, w formie dwóch złączonych malutkich bocheneczków, posypanych czarnuszką. Powszechnie uchodził za przysmak, podawano go nawet w kawiarniach!
Zatem, Czytelnicy Moi Mili: Dubranoc, oczka zmruż!
01 lipca, 2012
Rocznica śmierci Wieniawy...
Dziś noty nam (ostatniej w tem "Wieniawowym" cyklu) nie, jako zwyczajno o 11:11, mieć... jeno o dziewiątej porannej godzinie, boć to o niej właśnie 70 lat temu Bolesław Długoszowski żywota swego wolą własną się pozbawił:((
Nim jednak o tem, cofnąć się lat parę wypadnie, by Marszałka pomierającego spomnieć. Wieniawa był przy Niem niemal do końca, jeszcze i w przedzień... i to Jemu Marszałek ostatniego uśmiechu swego zawdzięcza. A potem... potem już tylko twarz mokra nie wiedzieć od czego więcej, od łez, czy od deszczu ulewnego... jakby i niebo samo nad Komendantem płakało, gdy nocą platforma kolejowa ze zwłokami Marszałka, Wieniawą i kilku inszymi, najwierniejszemi... ostatnią wartę honorową przy Komendancie swojem pełniącemi, przez kraj jechała ku mieśćcu ostatniego Komendantowego spocznienia...
Po śmierci Piłsudskiego, Wieniawa stracił swego puklerza ochronnego. Wprawdzie i prezydent Mościcki Go lubił i cenił wielce, takoż Beck, co Mu z dawnych lat był kolegą, ale już o Sławoju-Składkowskim, Rydzu-Śmigłym i wielu, wielu inszych się tego by żadną miarą powiedzieć nie dało... Osobliwie, że i Wieniawa nie krył, co o miernotach po Marszałku następujących sądzi... Był jednak nadto popularnem, by Go ot, tak z armii wyrzucić... Wykorzystano i Jego depresje po śmierciach kolejnych (Orlicz-Dreszera druha, siostry wielce miłowanej) i nasilające się z alkoholem problemy... Koniec końców przyszedł i ten dzień, 14 maja 1938, gdy po raz ostatni się ze swemi szwoleżerami spotkał i kolejno, szwadron po szwadronie, pożegnał się ze wszystkimi.
Wysyłając Go w ambasadory do Rzymu, mniemano zapewne, że się Go niejako cichcem w cień usuwa, a i On sam niechybnie tak właśnie mniemał. Niechętni Mu głosili, że się ta nominacyja niechybnie kompromitacyją Polski skończy, a przecie jak potem pisał jeden z zawodowych dyplomatów, Aleksander Zawisza, Wieniawa "zyskał sobie w Rzymie opinię najwybitniejszego akredytowanego tam dyplomaty". O tem, jakże tam sobie poczynał, jużem pisał i nie będę k'temu nawracał. O jednem atoli rzec trzeba koniecznie: jako władze Rzplitej uniosły za granicę swe głowy z klęski wrześniowej, a Rumunia onychże wiarołomnie internowała... dla ciągłości prawnej Rzeczypospolitej zachowania wielce ważkiem było, by władze swych sukcessorów jak najrychlej miały i to takich, co zdolni by byli mandatu swego pełnić.
Skoro więc prezydent Mościcki urzędu swego pełnić nie zdołał, a konstytucyja mu w cyrkumstancyjach takowych zezwalała następcy nominować, tedy nie komu inszemu, a Wieniawie właśnie tegoż urzędu poruczył. Akt stosowny, antydatowany na 17 września (szło o to, by pozór uczynić, że na polskiej jeszcze ziemi, suwerennie, był podpisany) Mościcki podpisał de facto 25 września i z nominacyją ową Wieniawa ruszył nocą, pociągiem przez Szwajcarię, ku Paryżowi, by z sojusznikami, takoż i emigracyją polską, dalszych działań obmyślić. Rychłoż się pokazało, że Sikorski Francuzom bliższy i za jego to namowami Francuzy, a za niemi Angliki, uznania prezydenta Wieniawy odmówiły... Że Ów nigdy o godności i dostojeństwa nie zabiegał, tedy mimo goryczy niewątpliwej uznał, że się dla dobra Polski w cień usunąć musi i w temże duchu co rychlej do Mościckiego depeszował, rezygnacyję czyniąc. Prezydentem został Władysław Raczkiewicz, prezes Światowego Związku Polaków z Zagranicy, persona błaha i nijaka, tedy i Sikorskiemu w planach jego nie wadząca...
Wieniawa powrócił do Rzymu i do końca, tj, do pełnego zaangażowania się Włoch w wojnę, pełnił swych obowiązków, a z jakiemi sukcesami tom już o tem pisał. Gdzieści tam jeszcze zdołał w jakiem towarzystwie opłacić wysyłki paczek żywnościowych dla jeńców naszych po obozach u wroga rozsianych. Grosz to musiał być spory i na długo nastarczył, bo te paczki docierały jeszcze w rok niemal po śmierci Jego... W czerwcu 1940 wydostał się z personelem do Lizbony, aliści Jego jedynego już do Londynu nie ściągnięto. Własnym się kosztem wydostał okazją do Nowego Jorku, skąd na wszelkie sposoby zabiegał o to, by jakibądź przydział do armijej polskiej dostać...
Oto jeden z listów rozlicznych, co ich do Sikorskiego słał:
"Panie Generale,
Pismo Pana Generała z dnia 1 października 1940 (Prezes Rady Ministrow, 1. dz. 407 XXII/40) zostalo doręczone mej żonie przez Konsulat nasz w Nowym Yorku dopiero 9 stycznia 1941. Ubolewam niezmiernie nad tym opóźnieniem.
Jak Pan Generał zapewne przypomina sobie, jeszcze podczas spotkania w październiku 1939 zgłosiłem kilkakrotnie moja chęć powrotu do armii bez względu na rangę i powtarzałem ją kilkakrotnie z Rzymu. I dziś choć zdobylem tu poważny warsztat pracy jako redaktor naczelny "Dziennika Polskiego" w Detroit, oznajmiam, iż przyjmę chętnie "jedno ze skromnych stanowisk dowódczych w wojsku polskim na terenie Wielkiej Brytanii" w myśl propozycji Pana Generała. Zmuszony jestem jedynie prosić Pana Generała, by żona moja i córka, ktorych nie moge zostawić w Ameryce bez środkow do życia, mogły sie udać zemna do Anglii. Mam nadzieję, że przydadzą się jako sanitariuszki lub w pracy świetlicowej.
Przy sposobności muszę zaznaczyć, że zupełnie nie rozumiem, jakie zastrzeżenia może mieć MSZ przeciw memu wyjazdowi z Rzymu, skoro postąpiłem ściśle według instrukcji ministra Zalewskiego, że w razie przystapienia Włoch do wojny mam się zachować identycznie jak przedstawiciele Anglii i Francji. Tak też postapiłem i inaczej przedstawiciel Polski postapić nie mógł..."
A oto jedna z odpowiedzi Generala Sikorskiego:
"NACZELNY WÓDZ
Panie Generale,
Dzisiaj dopiero przedłożono mi list Pański z 12 IV ubiegłego miesiąca. Jako żołnierz rozumiem Pana Generała. I chociaż Jego przyjęcie do wojska natrafia na liczne i zdawałoby się niepokonane trudnosci, rozstrzygam je w duchu pozytywnym. Wierze, ze mogę przy tym liczyć na bezwzgledną lojalność żołnierska z Pańskiej strony.
Oczekuję tu incognito na warunki atmosferyczne umożliwiające mi powrot natychmiastowy do Wielkiej Brytanii. W Londynie załatwie te sprawe formalnie i zgodnie z naszymi ograniczonymi obecnie możliwościami.
Z pozdrowieniem żołnierskim
W. Sikorski "
Ano...byłoby to i piękne wielce, gdyby prawdą było. Wieniawa żadnej wojskowej nominacji nie otrzymał od Sikorskiego, a jedyne co ów miał do zaproponowania ex-szwoleżerowi to... ambasada na Kubie... Nie wiem, czy można było w tamtem czasie znaleźć placówkę bardziej jeszcze i marginalną... nie wiem, czy świadomem zamysłem Sikorskiego było Wieniawę tak upokorzyć... Wiem, że ten, troską o rodzinę kierowany, koniec końców tegoż ochłapu przyjął. W tem czasie bowiem już nie pracował dla detroickiej gazety, a żył z... oprawiania książek...
Goryczy dodatkowej nie oszczędzili Mu byli piłsudczycy, którzy Sikorskiego od czasu zawarcia układu Sikorski-Majski ze Związkiem Sowieckim mieli za zdrajcę sprawy narodowej, a teraz i Wieniawy po przyjęciu nominacyi w poczet zdrajców narodu niemalże policzyli...
Tego wszytkiego już i nadto było na siły Ostatniego Szwoleżera. Najpewniej rozumiał On już i przódzi w swoim honoru poczuciu, że dalsza Jego życiowa droga może już tylko w niesławę Go mniejszą czy większą zaprowadzić... Zapewne już i postanowił o sobie, czekał jeno na tejże upokarzającej nominacyi potwierdzenie, by po śmierci Jego rodzina miała od rządu zapewnionej renty, jako po urzędniku państwowem tej rangi.
Pierwszego lipca 1942 roku, dokładnie o 9.00 na taras mieszkania przy nowojorskiej Riverside Drive 3 wyszedł w piżamie, na chwilę przyklęknął, zapewne się modląc, po czym przeskoczywszy przez poręcz, runął pięć pięter w dół... W kieszeni znaleziono kartkę z pożegnaniem, kończącą się zdaniem "Boże, zbaw Polskę!"
Dwa dni później odbył się pogrzeb Generała na nowojorskiem cmentarzu Calvary. Nad grobem przemawiał ambasador Jan Ciechowski i odśpiewano Mu "Pierwszą Brygadę" oraz "Śpij kolego w ciemnym grobie", ale nie było wymarzonych szwoleżerów, ni lawety, ni konia.... Na konia i lawetę musiał czekać do swego drugiego pogrzebu... w 1990 roku na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie...
Przepięknego wiersza poświęcił Mu nie byle kto, bo Kazimierz Wierzyński:
" NA ŚMIERĆ WIENIAWY
Noc wlecze się niejasna i gubi się droga,
Jakże trudna śród ludzi i jak wobec Boga.
Noc dłuży się i widma się schodzą na jawie:
Spaliły się królewskie komnaty w Warszawie.
Noc jest pełna zamętu, rozpaczy i swarów,
Jeden cień się nie rozwiał, przystał do sztandarów
Jeden cień, co był żywy, na wojnę wiódł sławną,
Na Kielce i na Wilno. Ach, jakże to dawno!
Jak przebić się w tę młodość, jak wrócić po swoje,
Gnać przez błonia, w tornistrze układać naboje!
Pieśni śpiewać i znowu się w bitwie meldować,
Ciemna nocy, jak iść tam? Odpowiedz i prowadź.
Huczy zamęt. To wojna. Zajęczał rykoszet.
Ludzie giną. Spakował tornister i poszedł.
Nie, powiodła go pylna śród wierzb srebrnych droga,
Ciemno było dla ludzi, lecz jasno dla Boga.
Wybrał ziemię nie naszą i brzozę nie swojską,
Obcy cmentarz i obce żegnało go wojsko.
Lecz on jaśniał, szedł w młodość, powracał po swoje,
Ktoś po salwie podnosił z murawy naboje.
Nim jednak o tem, cofnąć się lat parę wypadnie, by Marszałka pomierającego spomnieć. Wieniawa był przy Niem niemal do końca, jeszcze i w przedzień... i to Jemu Marszałek ostatniego uśmiechu swego zawdzięcza. A potem... potem już tylko twarz mokra nie wiedzieć od czego więcej, od łez, czy od deszczu ulewnego... jakby i niebo samo nad Komendantem płakało, gdy nocą platforma kolejowa ze zwłokami Marszałka, Wieniawą i kilku inszymi, najwierniejszemi... ostatnią wartę honorową przy Komendancie swojem pełniącemi, przez kraj jechała ku mieśćcu ostatniego Komendantowego spocznienia...
Po śmierci Piłsudskiego, Wieniawa stracił swego puklerza ochronnego. Wprawdzie i prezydent Mościcki Go lubił i cenił wielce, takoż Beck, co Mu z dawnych lat był kolegą, ale już o Sławoju-Składkowskim, Rydzu-Śmigłym i wielu, wielu inszych się tego by żadną miarą powiedzieć nie dało... Osobliwie, że i Wieniawa nie krył, co o miernotach po Marszałku następujących sądzi... Był jednak nadto popularnem, by Go ot, tak z armii wyrzucić... Wykorzystano i Jego depresje po śmierciach kolejnych (Orlicz-Dreszera druha, siostry wielce miłowanej) i nasilające się z alkoholem problemy... Koniec końców przyszedł i ten dzień, 14 maja 1938, gdy po raz ostatni się ze swemi szwoleżerami spotkał i kolejno, szwadron po szwadronie, pożegnał się ze wszystkimi.
Wysyłając Go w ambasadory do Rzymu, mniemano zapewne, że się Go niejako cichcem w cień usuwa, a i On sam niechybnie tak właśnie mniemał. Niechętni Mu głosili, że się ta nominacyja niechybnie kompromitacyją Polski skończy, a przecie jak potem pisał jeden z zawodowych dyplomatów, Aleksander Zawisza, Wieniawa "zyskał sobie w Rzymie opinię najwybitniejszego akredytowanego tam dyplomaty". O tem, jakże tam sobie poczynał, jużem pisał i nie będę k'temu nawracał. O jednem atoli rzec trzeba koniecznie: jako władze Rzplitej uniosły za granicę swe głowy z klęski wrześniowej, a Rumunia onychże wiarołomnie internowała... dla ciągłości prawnej Rzeczypospolitej zachowania wielce ważkiem było, by władze swych sukcessorów jak najrychlej miały i to takich, co zdolni by byli mandatu swego pełnić.
Skoro więc prezydent Mościcki urzędu swego pełnić nie zdołał, a konstytucyja mu w cyrkumstancyjach takowych zezwalała następcy nominować, tedy nie komu inszemu, a Wieniawie właśnie tegoż urzędu poruczył. Akt stosowny, antydatowany na 17 września (szło o to, by pozór uczynić, że na polskiej jeszcze ziemi, suwerennie, był podpisany) Mościcki podpisał de facto 25 września i z nominacyją ową Wieniawa ruszył nocą, pociągiem przez Szwajcarię, ku Paryżowi, by z sojusznikami, takoż i emigracyją polską, dalszych działań obmyślić. Rychłoż się pokazało, że Sikorski Francuzom bliższy i za jego to namowami Francuzy, a za niemi Angliki, uznania prezydenta Wieniawy odmówiły... Że Ów nigdy o godności i dostojeństwa nie zabiegał, tedy mimo goryczy niewątpliwej uznał, że się dla dobra Polski w cień usunąć musi i w temże duchu co rychlej do Mościckiego depeszował, rezygnacyję czyniąc. Prezydentem został Władysław Raczkiewicz, prezes Światowego Związku Polaków z Zagranicy, persona błaha i nijaka, tedy i Sikorskiemu w planach jego nie wadząca...
Wieniawa powrócił do Rzymu i do końca, tj, do pełnego zaangażowania się Włoch w wojnę, pełnił swych obowiązków, a z jakiemi sukcesami tom już o tem pisał. Gdzieści tam jeszcze zdołał w jakiem towarzystwie opłacić wysyłki paczek żywnościowych dla jeńców naszych po obozach u wroga rozsianych. Grosz to musiał być spory i na długo nastarczył, bo te paczki docierały jeszcze w rok niemal po śmierci Jego... W czerwcu 1940 wydostał się z personelem do Lizbony, aliści Jego jedynego już do Londynu nie ściągnięto. Własnym się kosztem wydostał okazją do Nowego Jorku, skąd na wszelkie sposoby zabiegał o to, by jakibądź przydział do armijej polskiej dostać...
Oto jeden z listów rozlicznych, co ich do Sikorskiego słał:
"Panie Generale,
Pismo Pana Generała z dnia 1 października 1940 (Prezes Rady Ministrow, 1. dz. 407 XXII/40) zostalo doręczone mej żonie przez Konsulat nasz w Nowym Yorku dopiero 9 stycznia 1941. Ubolewam niezmiernie nad tym opóźnieniem.
Jak Pan Generał zapewne przypomina sobie, jeszcze podczas spotkania w październiku 1939 zgłosiłem kilkakrotnie moja chęć powrotu do armii bez względu na rangę i powtarzałem ją kilkakrotnie z Rzymu. I dziś choć zdobylem tu poważny warsztat pracy jako redaktor naczelny "Dziennika Polskiego" w Detroit, oznajmiam, iż przyjmę chętnie "jedno ze skromnych stanowisk dowódczych w wojsku polskim na terenie Wielkiej Brytanii" w myśl propozycji Pana Generała. Zmuszony jestem jedynie prosić Pana Generała, by żona moja i córka, ktorych nie moge zostawić w Ameryce bez środkow do życia, mogły sie udać zemna do Anglii. Mam nadzieję, że przydadzą się jako sanitariuszki lub w pracy świetlicowej.
Przy sposobności muszę zaznaczyć, że zupełnie nie rozumiem, jakie zastrzeżenia może mieć MSZ przeciw memu wyjazdowi z Rzymu, skoro postąpiłem ściśle według instrukcji ministra Zalewskiego, że w razie przystapienia Włoch do wojny mam się zachować identycznie jak przedstawiciele Anglii i Francji. Tak też postapiłem i inaczej przedstawiciel Polski postapić nie mógł..."
A oto jedna z odpowiedzi Generala Sikorskiego:
"NACZELNY WÓDZ
Panie Generale,
Dzisiaj dopiero przedłożono mi list Pański z 12 IV ubiegłego miesiąca. Jako żołnierz rozumiem Pana Generała. I chociaż Jego przyjęcie do wojska natrafia na liczne i zdawałoby się niepokonane trudnosci, rozstrzygam je w duchu pozytywnym. Wierze, ze mogę przy tym liczyć na bezwzgledną lojalność żołnierska z Pańskiej strony.
Oczekuję tu incognito na warunki atmosferyczne umożliwiające mi powrot natychmiastowy do Wielkiej Brytanii. W Londynie załatwie te sprawe formalnie i zgodnie z naszymi ograniczonymi obecnie możliwościami.
Z pozdrowieniem żołnierskim
W. Sikorski "
Ano...byłoby to i piękne wielce, gdyby prawdą było. Wieniawa żadnej wojskowej nominacji nie otrzymał od Sikorskiego, a jedyne co ów miał do zaproponowania ex-szwoleżerowi to... ambasada na Kubie... Nie wiem, czy można było w tamtem czasie znaleźć placówkę bardziej jeszcze i marginalną... nie wiem, czy świadomem zamysłem Sikorskiego było Wieniawę tak upokorzyć... Wiem, że ten, troską o rodzinę kierowany, koniec końców tegoż ochłapu przyjął. W tem czasie bowiem już nie pracował dla detroickiej gazety, a żył z... oprawiania książek...
Goryczy dodatkowej nie oszczędzili Mu byli piłsudczycy, którzy Sikorskiego od czasu zawarcia układu Sikorski-Majski ze Związkiem Sowieckim mieli za zdrajcę sprawy narodowej, a teraz i Wieniawy po przyjęciu nominacyi w poczet zdrajców narodu niemalże policzyli...
Tego wszytkiego już i nadto było na siły Ostatniego Szwoleżera. Najpewniej rozumiał On już i przódzi w swoim honoru poczuciu, że dalsza Jego życiowa droga może już tylko w niesławę Go mniejszą czy większą zaprowadzić... Zapewne już i postanowił o sobie, czekał jeno na tejże upokarzającej nominacyi potwierdzenie, by po śmierci Jego rodzina miała od rządu zapewnionej renty, jako po urzędniku państwowem tej rangi.
Pierwszego lipca 1942 roku, dokładnie o 9.00 na taras mieszkania przy nowojorskiej Riverside Drive 3 wyszedł w piżamie, na chwilę przyklęknął, zapewne się modląc, po czym przeskoczywszy przez poręcz, runął pięć pięter w dół... W kieszeni znaleziono kartkę z pożegnaniem, kończącą się zdaniem "Boże, zbaw Polskę!"
Dwa dni później odbył się pogrzeb Generała na nowojorskiem cmentarzu Calvary. Nad grobem przemawiał ambasador Jan Ciechowski i odśpiewano Mu "Pierwszą Brygadę" oraz "Śpij kolego w ciemnym grobie", ale nie było wymarzonych szwoleżerów, ni lawety, ni konia.... Na konia i lawetę musiał czekać do swego drugiego pogrzebu... w 1990 roku na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie...
Przepięknego wiersza poświęcił Mu nie byle kto, bo Kazimierz Wierzyński:
" NA ŚMIERĆ WIENIAWY
Noc wlecze się niejasna i gubi się droga,
Jakże trudna śród ludzi i jak wobec Boga.
Noc dłuży się i widma się schodzą na jawie:
Spaliły się królewskie komnaty w Warszawie.
Noc jest pełna zamętu, rozpaczy i swarów,
Jeden cień się nie rozwiał, przystał do sztandarów
Jeden cień, co był żywy, na wojnę wiódł sławną,
Na Kielce i na Wilno. Ach, jakże to dawno!
Jak przebić się w tę młodość, jak wrócić po swoje,
Gnać przez błonia, w tornistrze układać naboje!
Pieśni śpiewać i znowu się w bitwie meldować,
Ciemna nocy, jak iść tam? Odpowiedz i prowadź.
Huczy zamęt. To wojna. Zajęczał rykoszet.
Ludzie giną. Spakował tornister i poszedł.
Nie, powiodła go pylna śród wierzb srebrnych droga,
Ciemno było dla ludzi, lecz jasno dla Boga.
Wybrał ziemię nie naszą i brzozę nie swojską,
Obcy cmentarz i obce żegnało go wojsko.
Lecz on jaśniał, szedł w młodość, powracał po swoje,
Ktoś po salwie podnosił z murawy naboje.
30 czerwca, 2012
O inszych twarzach Wieniawy VI...
Kończyć nam tych "wienieremiad":) powoli przyjdzie (I, II, III, IV, V), pora zatem może o ocen tejże persony parę... Tych Onemu spółcześnych, późniejszych a i moich własnych na koniec kilka.
Z Jego trzech "K" ulubionych niechybnie najszczersza i najpełniejsza była miłość do koni. Zasłynął jako inicjator rajdów konnych do Zakopanego, a chcieć mieć u siebie w pułku Wieniawy gościem, najlepiej było Onemu napomknąć, że się jaki bieg Hubertusowy czy inszy szykuje...:))
Ale i nie brakło głosów, co Go od czci i wiary odsądzały, przy czem pomnieć trza, że przedstawiać Wieniawę jeno jako hulakę i awanturnika było ówcześnej opozycji wielce na rękę, a sam Wieniawa celem tyleż łatwym, co bolesnym piłsudczykom, bo każdy cios w Niego mierzony, rykoszetem miał trafiać...i najczęściej trafiał Marszałka. Jednem z tych, co się na Niego uwzięli szczególnie był Jędrzej Giertych, dziad niedawnego ministra... Ale i we własnem obozie miał dość przeciwników, co wyżej dziurek w nosie mieli ustawicznych z Wieniawą frasunków, a i częstokroć za tem szły jakie osobiste animozje... a to o dawniejszą z Komendantem zażyłość, a to o przepchnięcie w awansach swoich faworytów, co inszych kariery opóźniało... a to o jakie niewiasty, Wieniawie przychylne...
Ironią Historii będzie, że ten bon-vivant, nicpoń uroczy i bawidamek dla tych, co Go jeno z podręczników historii znać będą, kojarzonym będzie z dwoma najbrutalniejszemi epizodami życia politycznego II Rzeczypospolitej, przez wielu postrzeganemi jako dowód na to, że rządy Piłsudskiego to niemal faszystowska dyktatura była. Mowa oczywista o przewrocie majowem, gdzie rola Wieniawy niemała i o tzw. najściu oficyjerów piłsudczykowskich na Sejm Rzeczypospolitej w dniu 31 pażdziernika 1929 roku, co marszałkowi Daszyńskiemu sposobność dało w roli Rejtana debiutować, a w gruncie rzeczy działaniem pozbawionem sensu było i bez effektu większego (poza skandalem) się zakończyło. Na obronę Wieniawy, organizatora tejże manifestacyi bym tu tyle jeno rzec chciał, że jak mniemam, tam gdzie insi widzieli chęć terroryzowania Sejmu, Onemu to zapewne jeden "huczek" więcej jeno był...
Uważcież, Lectorowie Mili, że choć o niem prawią, że pijus niebywały, przecie niemal nie sposób jego kompanionów od kieliszka wskazać, zupełnie jakoby przyznawać się, że się pijało z niem dyshonor był, luboż jakoby tego w jakiej próżni czynił... A przecie, osobliwie w społeczeństwie naszem gdzie się moczymordów z pobłażaniem traktuje, a Wieniawa nie byle był kto, byłżeby to przecie niemal do chwały powód... Czegóż to dowodzi? Ano, podług mnie, dwóch rzeczy. Pierwszej, że niemało z tego, co się Mu przypisuje w tej mierze, wymysłem jest jeno, wtórej, że on sam nie rozpowiadał nigdy o tem z kim pija, znając że to nie jest godne człowieka honoru... I to jest Jegoż skarb najcenniejszy, to poczucie honoru, którego prawdziwie winno się odlać z platyny i irydu, i w Sevres za wzorzec postawić, koło wzorców kilograma i metra...
Zapytam: czy komukolwiek z Was jest znana z nazwiska i imienia jakakolwiek niewiasta, której zbałamucił, okrom tych z którymi się żenił, bądź w narzeczeństwie bywał, luboż które same o tem rozpowiadały? No właśnie... mnie też nie... A ponoć były ich, jeśli nie setki, to przynajmniej dziesiątki... Nie mówię, że ich nie było, bynajmniej... jeno, że nikt o tem nigdy nic nie usłyszał od Wieniawy i żadna niewiasta z tejże przyczyny osławioną nie została...
Pora, na koniec, rzec za cóż mnie mieć do Wieniawy żal największy? Ano za trzy rzeczy...
Primo: że swą miłością szczerą, gorącą a zaraźliwą wielce do kawaleryi ukochanej ugruntowywał w społeczeństwie naszem, a co gorsza w kręgach wojskowych tejże wiary, że to wojsko najpryncypalniejsze na czasy, w których inszym nacyjom konie na czołgi mieniać przychodziło... Pewnie, że to nie Wieniawy wina, żeśmy Wrzesień 1939 nieprzygotowani przywitali, alem przekonany, że jakoby Wieniawy nie było, może i szybciej by się do głosu oficyjerowie nie kawalerię preferujący dociśli...
Secundo: za swój styl życia, co Onemu widno i nie szkodował, a skoroć i pani Bronisława to znosić umiała, Bóg z niemi... Jeno, że co inszego było tak żyć (i pić!) na koszt fundatorów rozlicznych, a chociaby i ze swojej pułkownikowskiej, zasię generalskiej pensyi (zapewne i jakiemi dochodami z Bobowej spomaganemi), a co inszego dla armii naśladowców, których mimowolnie wyhodował, co ślepo w idola zapatrzeni, wzór ów powielać usiłując, w długach ustawicznych tonęli... Jest to i zresztą ogólniejszej natury kwestyja, owi "Wieniawowie" prowincyonalni, których każdy garnizon miał najmniej kilku... Takoż zakorzenienie pewnej pobłażliwości dla wybryków onychże, co i czasy Międzywojnia przeżyły i po dziś dzień się wielce dobrze mają... Po dziś dzień w armijej pokutuje stereotyp "ułańskiej fantazji", co się i tak objawia jakem ongi na oczy własne widział: oficyjerów ciosy karate na pisuarach w Klubie Garnizonowem ćwiczących...
Ano i żalu trzeciego, największego bodaj... żeśmy się w pokoleniach minęli... i że dopiero za postąpieniem w szeregi "Błękitnego Szwadronu" może mi zaszczyt przypadnie, by z Niem przepić, przebalować do ranka, zasię koni niebiańskich okulbaczyć i pognać, pogalopować samowtór na spotkanie świtu...:))
29 czerwca, 2012
Święto 9 Pułku Strzelców Konnych im. gen. K. Pułaskiego
9. Pułk Strzelców Konnych im. gen. K. Pułaskiego świętuje w rocznicę akcji bojowej szwadronów kawalerii dywizyjnej w 1920 r., które później w skład pułku weszły jako szwadron pierwszy i drugi...
Że mi pilno o Wieniawie kończyć, a i szczęśnem Fortuny zrządzeniem, godniejsi i mędrsi ode mnie o pamięć tegoż Pułku zadbali, tedy jeno do Towarzystwa Przyjaciół 9 Pułku zapraszam...:)
Że mi pilno o Wieniawie kończyć, a i szczęśnem Fortuny zrządzeniem, godniejsi i mędrsi ode mnie o pamięć tegoż Pułku zadbali, tedy jeno do Towarzystwa Przyjaciół 9 Pułku zapraszam...:)
28 czerwca, 2012
O białym koziołku...
Trafia się z czasu do czasu, jako i między ludźmi albinos, że między jeleniami jeden maści białej się narodzi. Rzadkość to niebywała, najczęściej tam się przydarza, gdzie rewiru myśliwskiego jakiego wydzieliwszy, jakiem płotem czy siatką przymusza się poniekąd ową populacyję zamkniętą, by się we własnem obrębie jeno parzyła i mnożyła, nieuchronnie potomstwu jakich skaz genetycznych fundując...
Rzec by można, że jak u ludzi historyja Habsburgów dowodzi, ród ów takoż się obficie średniowieczem i następnemi wiekami koligacił ze wszytkimi możliwemi dworami Europy, że w czasach ośmnastego i dziewiętnastego stolecia nader trudno by było znaleźć jakiego pomazańca i familiję jego, coby w żyłach krwi habsburskiej nie mięli. A że dzieciom koronowanym niemal wyłącznie między swemi się swatać przychodziło, tedy rody karlały, karane nad miarę ilością chorób kolejne pokolenia trapiących...
Osobliwe te analogie między genetykami białych jelonków i Habsburgów latem Anno Domini 1913 roku jeszcze i raz się skrzyżować miały. Otóż, jest ci między myśliwemi przesąd, że kto jelonka białego ubije, roku nie pożyje. Dla tejże głównie przyczyny źwierzęta owe nadzwyczajnej długowieczności zażywały, bo w zamkniętych rewirach myśliwskich mało kiedy się naturalnych drapieżników inszych od człowieka toleruje, a człowiek koźląt-albinosów strzelać nie chciał...
Latem 1913 jelonka takiegoż wypatrzono w rewirze myśliwskiem Blüchnbach, należącym do jednegoż z najzagorzalszych myśliwców tamtych czasów (o ileż rzeźnika tego jeszcze się godzi myśliwym zwać) Franciszka Ferdynanda d'Este, za okazyją i zarazem oficyalnego następcy tronu c.k. Austro-Węgier.
Sensacyja była tak wielgą, a może i sezon ogórkowy tak znaczny, że o białem koźlęciu nawet prasa wiedeńska pisała. Franciszek Ferdynand umyślił sobie durnotę onego przesądu osobą własną przełamać i postanowił koziołka ustrzelić. Że zamysł tajnym nie był, powszechnie k'niemu supliki szły, by zamiaru swego poniechał i koziołka odstąpił. Prosili myśliwi, błagała blüchnbachowska służba leśna, nawet pono jacy arystokraci z Galicyi telegramy do następcy tronu za tąż instancyją słali. No ale przecie arcyksiążęce słowo nie dym, tedy którego sierpniowego dnia nagonka arcyksięciu źwierza pod lufę podgoniła i słowo stało się ciałem, a w tem przypadku raczej trupem...:(
Co się przesądu tyczy, to trza przyznać, że się Franciszkowi Ferdynandowi niemal udało... jakby jeszcze ze dwa miesiące dłużej do Sarajewa nie jechał i serbskich patryjotów nie prowokował*, może by i przesądu iście przełamał...
____________________
* Franciszek Ferdynand zginął w Sarajewie wraz z małżonką od strzałów Gawriły Prinčipa stricte 98 lat temu, 28 czerwca 1914, podczas bodaj czy nie najsłynniejszego zamachu w dziejach, a w każdem razie z pewnością o największych konsekwencjach. Mało kto wie zresztą, że arcyksiążę miał wdzianej kuloodpornej kamizelki pod mundurem, tyle że Prinčip trafił między inszemi w szyję i to z szyjnej rozerwanej aorty się następca tronu wykrwawił...
Rzec by można, że jak u ludzi historyja Habsburgów dowodzi, ród ów takoż się obficie średniowieczem i następnemi wiekami koligacił ze wszytkimi możliwemi dworami Europy, że w czasach ośmnastego i dziewiętnastego stolecia nader trudno by było znaleźć jakiego pomazańca i familiję jego, coby w żyłach krwi habsburskiej nie mięli. A że dzieciom koronowanym niemal wyłącznie między swemi się swatać przychodziło, tedy rody karlały, karane nad miarę ilością chorób kolejne pokolenia trapiących...
Osobliwe te analogie między genetykami białych jelonków i Habsburgów latem Anno Domini 1913 roku jeszcze i raz się skrzyżować miały. Otóż, jest ci między myśliwemi przesąd, że kto jelonka białego ubije, roku nie pożyje. Dla tejże głównie przyczyny źwierzęta owe nadzwyczajnej długowieczności zażywały, bo w zamkniętych rewirach myśliwskich mało kiedy się naturalnych drapieżników inszych od człowieka toleruje, a człowiek koźląt-albinosów strzelać nie chciał...
Latem 1913 jelonka takiegoż wypatrzono w rewirze myśliwskiem Blüchnbach, należącym do jednegoż z najzagorzalszych myśliwców tamtych czasów (o ileż rzeźnika tego jeszcze się godzi myśliwym zwać) Franciszka Ferdynanda d'Este, za okazyją i zarazem oficyalnego następcy tronu c.k. Austro-Węgier.
Sensacyja była tak wielgą, a może i sezon ogórkowy tak znaczny, że o białem koźlęciu nawet prasa wiedeńska pisała. Franciszek Ferdynand umyślił sobie durnotę onego przesądu osobą własną przełamać i postanowił koziołka ustrzelić. Że zamysł tajnym nie był, powszechnie k'niemu supliki szły, by zamiaru swego poniechał i koziołka odstąpił. Prosili myśliwi, błagała blüchnbachowska służba leśna, nawet pono jacy arystokraci z Galicyi telegramy do następcy tronu za tąż instancyją słali. No ale przecie arcyksiążęce słowo nie dym, tedy którego sierpniowego dnia nagonka arcyksięciu źwierza pod lufę podgoniła i słowo stało się ciałem, a w tem przypadku raczej trupem...:(
Co się przesądu tyczy, to trza przyznać, że się Franciszkowi Ferdynandowi niemal udało... jakby jeszcze ze dwa miesiące dłużej do Sarajewa nie jechał i serbskich patryjotów nie prowokował*, może by i przesądu iście przełamał...
____________________
* Franciszek Ferdynand zginął w Sarajewie wraz z małżonką od strzałów Gawriły Prinčipa stricte 98 lat temu, 28 czerwca 1914, podczas bodaj czy nie najsłynniejszego zamachu w dziejach, a w każdem razie z pewnością o największych konsekwencjach. Mało kto wie zresztą, że arcyksiążę miał wdzianej kuloodpornej kamizelki pod mundurem, tyle że Prinčip trafił między inszemi w szyję i to z szyjnej rozerwanej aorty się następca tronu wykrwawił...
26 czerwca, 2012
Ułańska jesień
Otoż wiersza, pod temże tytułem, pióra patrona paginy naszej, Wieniawy-Długoszowskiego, rad bym Czytelnikowi Miłemu, przedstawić... z tąż supliką pokorną, by słów Onego spamiętać, a chocia klimatu wiersza tego...jako za dni parę przyjdzie nam rocznicy śmierci Autora obchodzić...:((
O żywocie Onegoż szczery mam zamiar przez dni najbliższe jeszcze krzynę pisać, tu się godzi jeno ze dwa słowa rzec o tem, kiedyż wiersz ten powstał... Ano, gdzieści latem Anno Domini 1938, w każdem razie po tem, jako Wieniawa czuł się przymuszonym z wojska odejść i z ukochanym 1 Pułkiem Szwoleżerów się pożegnał 14 maja tegoż właśnie roku, a przed tem zaczem w ambasadory był postąpił... O nastroju autora rozmyślając, pomnić proszę, że Onemu od maja 1935 niemal bez ustanku było ze śmiercią po sąsiedzku. Najpierw Komendant przezeń tak ukochany, któremuż właśnie Wieniawa całego pogrzebu nadzorował i osobą własną w czas pogrzebu dowodził wszytkiemi reprezentacyjami pułków jazdy naszej; w lipcu rok później w katastrofie lotniczej ginie jeden z najbliższych Mu druhów - generał Orlicz-Dreszer, z którym razem poczynali ułańskiej karyery u Beliny... A i tego nie dosyć: wkrótce pomiera mu siostra, coż ją miłował wielce... Tedy i nie dziw, że w końcu strofy pierwszej rzecze, że tego już dość...
"Przeżyłem moją wiosnę szumnie i bogato
Dla własnej przyjemności, a durniom na złość,
W skwarze pocałunków ubiegło mi lato
I szczerze powiedziawszy - mam wszystkiego dość...
Ustrojona w purpurę, bogata od złota
Nie uwiedzie mnie jesień czarem zwiędłych kras,
Jak pod szminką i pudrem starsza już kokota,
Na którą młodym chłopcem nabrałem się raz.
A przeto jestem gotów, kiedy chłodną nocą
Zapuka do mych okien zwiędły klonu liść,
Nie zapytam o nic, dlaczego i po co,
Lecz zrozumiem, że mówi: "no, czas bracie iść".
Nie żałuję niczego, odejdę spokojnie,
Bom z drogi mych przeznaczeń nie schodząc na cal
Żył z wojną jak z kochanką, z kochankami - w wojnie
A przeto i miłości nie będzie mi żal...
Bo miłość jest jak karczma w niedostępnym borze,
Do której dawno nie zachodził nikt,
Gdzie wędrowiec wygodne znajdzie czasem łoże,
Ale - własny ze sobą musi przynieść wikt.
A śmierci się nie boję - bo mi śmierć nie dziwna
Nie siałem na nią Bogu nigdy nudnych skarg
Więc kiedy z śmieszną kosą stanie przy mnie sztywna
W dwu słowach zakończymy nasz ostatni targ.
W takt skocznej kul muzyki, jak w tańcu pod rękę
Włóczyłem się ze śmiercią całkiem, "za pan brat"
Zdrową głowę wsadzałem jej czasem w paszczękę,
Jak pogromca tygrysom, którym wolę skradł.
A potem mnie wysoko złożą na lawecie
Za trumną stanie biedny sierota mój koń
I wy mnie szwoleżerzy do grobu zniesiecie
A piechota w paradzie sprezentuje broń.
Do karnego raportu przed niebieskie sądy
Duch mój galopem z lewej, duchem będzie rwał,
Jak w steeplu przez eteru przeźroczyste prądy
Biorąc w tempie przeszkody z planetarnych ciał.
Ja wiem, że mi tam w niebie z karku łba nie zedrą,
Trochę się na mój widok skrzywi Święty Duch,
Lecz się tam za mną wstawią Olbromski i Cedro,
Bom był jak prawy ułan: lampart, ale zuch.
Może mnie wreszcie wsadzą w czyścu na odwachu
By aresztem... o wodzie spłacić grzechów kwit,
Ale myślę, że wszystko skończy się na strachu
A stchórzyć raz - przed Bogiem - to przecie nie wstyd.
Lecz gdyby mi kazały wyroki ponure
Na ziemi się meldować, by drugi raz żyć
Chciałbym starą wraz z mundurem wdziać na siebie skórę,
Po dawnemu... wojować... kochać się... i pić
25 czerwca, 2012
O inszych twarzach Wieniawy V
Pisałżem tu pozawczora kapkę o tych wyczynach Wieniawy, co Mu sławy największej przydały. Przyznam się, że (przy admiracyi całej:) podejrzewam Onego, że od czasu niejakiego sam o sobie już tej legedny z rozmysłem kreował... Że się poniekąd stał zakładnikiem własnego image'u... Owszem, niechybnie miał w sobie ciągoty ku breweryjom takowym. Nie bez kozery idolem Onego był napoleoński generał Lasalle, nie mniejszy paliwoda i hulaka:)) Tekstu, któregom tu już ongi użył, owej płomiennej ody niemal do kawalerii...Wieniawa popisał w przedmowie do przetłumaczonej przez siebie biografii Lasalle'a, pióra Marcelego Duponta...*
Nie jedyne to tłumaczenie, piórem Długoszowskiego dokonane... Spotkał żem się z opinią, że Jegoż tłomaczenie baudelaire'owskich "Kwiatów zła" do najcelniejszych należy! Sam do twórczości swej, z wyjątkami kilkoma, podchodził lekko i żartobliwie, cięgiem głosząc, że „znacznie łatwiej jest spłodzić sonet niż zjeść poprawnie rosół z kluskami.” Ale przecie całe niemal życie obcował z największymi z wielkich w tej mierze, którzy przecie nie jeno dlatego, że był duszą towarzystwa z niem przestawali! Lechoń, Słonimski, Tuwim, Wierzyński... że o wcześniejszych lwowskich czy paryskich znajomych młodopolskich nie spomnę...
Słonimski, skądinąd przyjaciel bohatera naszego szczery, po wojnie wiódł i pewnej kampanijej "odełgania" "zakłamanego obrazu Wieniawy" na celu mającej... cóż kiedy i sam się do tego poniekąd przyczynił przódzi... To on przecie napisał:
"Dzwoniąc szablą od progu, idzie piękny Bolek,
Ulubieniec Cezara i bożyszcze Polek."
To on przecie na skargi czyje, że mu Wieniawa upatrzoną piękność, "zdmuchnął" sprzed nosa, odparł filozoficznie, że "Wieniawa to siła wyższa"...
Ale to Wieniawę właśnie prosił na sekundanta w słynnem pojedynku ze Szczuką... I to tegoż właśnie szaławiłę, jako jedynego**, dopuścili Skamandryci do słynnej "loży szyderców", czyli do "stolika na półpięterku" w niemniej słynnej "Małej Ziemiańskiej"(na Mazowieckiej 12)... Czemu? Dla jakiej przyczyny? Flirt to jeno z ulubieńcem władcy? Znajomość wielce przydatna, jak to w słynnem wierszu "Męki z powodu Wieniawy" pisał Tuwim?:
Co kilka dni się do mnie
Ktoś nowy z prośbą zgłasza,
Zaczyna arcyskromnie
I bardzo mnie przeprasza:
„Pan mnie wysłuchać raczy,
O drobną chodzi sprawę,
Co to dla pana znaczy?
Pan przecież zna Wieniawę!
” W tych dniach się brunet zjawił,
Interes ma gotowy:
„Czy rząd by wydzierżawił
Monopol tytoniowy?
Nie chodzi o przekupstwo,
Dość zmienić jest ustawę!
Dla pana to jest głupstwo!
Pan przecież zna Wieniawę!”
Dentysta pewien z Brześcia,
Brat szwagra mej kuzynki,
Chce dla hurtowni teścia
Sprowadzić z Włoch rodzynki.
Godzinę mi tłumaczy,
Uderza w tony łzawe:
„Co to dla pana znaczy?
Pan przecież zna Wieniawę!”
Ignacy Pupcikowski
(Brat mleczny naszej praczki,
Pochodzą z jednej wioski)
Wyrabia wykałaczki.
„Szanowny pan wybaczy,
Do armii chcę dostawę…
Pan słówko szepnąć raczy,
Pan przecież zna Wieniawę!”
Mimosenblum Maurycy
Artylerzystę syna
Chce przenieść do stolicy
Z Radomia czy z Lublina.
„On płacze i on płacze,
On kocha tak Warszawę!
Co to dla pana znaczy?
Pan przecież zna Wieniawę!”
A wczoraj (nie wierzycie
Pod chajrem! Bez przechwałek!)
Przychodzi do mnie skrycie
Po prostu – sam Marszałek.
I prosi o dyskrecję,
Bo ma intymną sprawę,
A wierzy w mą protekcję:
„Pan przecież zna Wieniawę!”
…Choć prosił – nie uległem,
Choć groził - wytrzymałem.
Gdy skończył mówić, rzekłem:
„Nie mogę! Próbowałem!
Do wróbla się nie chodzi
Na mleczko ani kawę,
A zresztą – co to szkodzi?
Pan przecież zna Wieniawę!”
Dygressyją czyniąc niedużą, bym tegoż wróbla tu chciał objaśnić:)) Idzie oczywista o knajpkę "U Wróbla"***, gdzie Wieniawa często gościł, podobnie jak w "Adrii","Oazie", "Astorii" a nawet w szynku Grubego Joska na Gnojnej, z czem się anegdota wiąże, jako to trzema dorożkami wracał, samemu powożąc pierwszą (w dorożkarskiej czapce - dorożkarz siedział z tyłu w generalskiej) w drugiej jechała Jego szabla, a w trzeciej rękawiczki...
Jest w legendzie Wieniawy sporo spraw dokumentnie załganych, luboż zamilczanych. Ot, choćby jego z Broniewskim amicycja... Po wojnie, gdy legendy rewolucyjnego barda kreowano, nie sposób było w niej przyznać, że i on tęgo z Wieniawą popijał, było nie było nietuzinkowym przedstawicielem zwalczanego rewolucyjnym piórem reżimu...:) Ani przyznać, że to Wieniawa słał do więzienia druhowi osadzonemu paczki z jadłem wielekroć od więziennego strawniejszym:)
Jest w legendzie Wieniawy sporo spraw dokumentnie załganych, luboż zamilczanych. Ot, choćby jego z Broniewskim amicycja... Po wojnie, gdy legendy rewolucyjnego barda kreowano, nie sposób było w niej przyznać, że i on tęgo z Wieniawą popijał, było nie było nietuzinkowym przedstawicielem zwalczanego rewolucyjnym piórem reżimu...:) Ani przyznać, że to Wieniawa słał do więzienia druhowi osadzonemu paczki z jadłem wielekroć od więziennego strawniejszym:)
Godzi się też do owego "załatwiania" spraw przez protekcyję rzkomą Wieniawy odnieść. Ano, przyznać przyjdzie, że Wieniawa, jako tzw. "dusza-chłop", jak tylko mógł komu pomóc, pomagał ochotnie... Bieda z prostodusznością Jego, że równie dobrze to druh mógł być szczery, z którem z jednej menażki w okopach jedli, jak i jaki "przyjaciel" , pozawczora przy kielichu zapoznany i frasunek Mu swój w tej czy inszej materyjej objawiający... Skrzywdzilibyśmy jednak Wieniawę posądzając Go o protekcyję w dzisiejszem tegoż słowa rozumieniu. Na ile mi się tej postaci poznać udało, nie wierzę, by kiedy jaki grosz, lubo też inszy profit z tego miał... Ot, raczej nadzieję, że inszym razem, jako komu inszemu pomóc przyjdzie, ów jaki taki, teraz wspomożony, inszemu pomóc nie odmówi... Tym, co serialu o Nikodemie Dyźmie z niezapomnianem Wilhelmim pomną, znana i postać pułkownika Waredy (Leonard Pietraszak). Otóż ów pułkownik (nawet i nazwisko formą blisko brzmiące) miał być w zamyśle Dołęgi-Mostowicza karykaturą Wieniawy, ale też i kilku inszych piłsudczyków. W wielce stonowanem ujęciu Jana Rybkowskiego, który sporo z antypiłsudczykowego ostrza Mostowicza przytępił, postać owa w zasadzie sympatyczna...ot, brat-łata... Pomijając klimatu wyborne uchwycenie, Rybkowskiemu pofortunniło tu sens tegoż zjawiska oddać: przecie Wareda niemal nic Dyźmie nie daje... nawet i nie załatwia niemal niczego...ów go "tylko" poznaje z innymi, wiele mogącymi ludźmi... I tak właśnie z Wieniawą było... Poza jedną dziedziną: awansów oficyjerów młodszych stopniem, gdzie się udzielał chętnie i angażował wielce, trudno mówić, by gdzie co komu osobiście "załatwiał". Awanse zasię to insza rzecz i temat skomplikowany sielnie...przyjdzie mi o tem pisać jeszcze, tu jeno rzekę, że system awansów w czasach tamtych nie do końca był sprawiedliwem i wierę, że Wieniawa tegoż świadom, zapewne swoistej krucyaty prowadził, by go mniej krzywdzącym uczynić... Ale fama szła, że Wieniawa "może wszystko", co czyniło Go postacią jeszczeć i bardziej popularną... Popularną była ongi anegdota, że na widok Marszałka jadącego bryczką ze swem adiutantem, jakie dwie damulki przystanęły, pomachały wielce przyjaźnie, zaczem jedną drugą wypytywać poczęła, któż to był, ten starszy pan, co siedział koło Wieniawy...:))
Cosi na kształt credo zawarł we fraszce:
„Przez całe życie ta miłość mnie goni:
Do pięknych kobiet, koniaku i koni.”
Herezyję może i tutaj wygłoszę, ale zda mi się, że (przynajmniej od pewnego momentu) to więcej kobiety k' Niemu lgnęły, niźli On na nie polował. Podobnie i z osławionemi pijatykami Jego... Niechybnie alkohol lubił, przecie umiał żyć bez niego... Nigdy nie pił, gdy do Bobowej jeździł, a dwa lata komendowania garnizonem warszawskim, to naprawdę dwa lata bez alkoholu w Jego życiu... Mam przy tem wrażenie, że Piłsudski Wieniawy do tejże komendantury przymusił kapkę i na tejże zasadzie, co dawniejsi bakałarze rozrabiakę najokrutniejszego z premedytacyją starostą klasy czynili, by ów ładu i porządku zaprowadził. W Wieniawy przypadku to zadziałało znakomicie, co przyznawali i niechętni Mu, że się stan dyscypliny śród żołnierzy i oficyjerów wielce w tem czasie poprawił... Trafnie kto kiedy rzekł, że jakoby Wieniawa był alkoholikiem prawdziwym, przecie by mu Marszałek tylu misyj sekretnych i arcydelikatnych nie powierzał...
Przyznać przyjdzie, że wcześniej (a i później też) sam Wieniawa raczej za wzór dyscypliny nie uchodził. Pisalim tu o breweryjach Jego, czyli też jak ich Komendant zwał: "huczkach Wieniawy"... Tyle, że z czasem śród tych "huczków" się i cale mało sympatyczne pokazały... Raz Niemca jakiego w "Oazie" przymusił na czworakach między stolikami chodzić, zaczem go z lokalu wyrzucił. Loda Halama spominała, że co i rusz wpadał z kolegami jakiemi na rauszu do tejże "Oazy" i popłoch siał śród gości, wyrzucając każdego, co się im nie widział dla jakiejbądź przyczyny... Takoż Irena Krzywicka pisze, że był Wieniawa postrachem nocnych lokali, gdzie wpadał, tłukł lustra, obcych niewiast przymuszał ze sobą tańcować, a mężów onych przeciwiających się temu, policzkował...:((
Długom o tem dumał i okrom jakich przyczyn może i głębszej, psychiatrycznej natury, najwięcej możebnem tego tłumaczeniem mi się widzi, że stał się Wieniawa niewolnikiem własnej legendy... Image'u swego, w którem ustawicznie odeń czekano, że zabłyśnie czem znowu, że jaki arcyzabawny figiel wykrzesa... A ileż lat można być komikiem nawet i najzręczniejszym? Zawodowcy w tej mierze się przecie spalają niczem świece... Zda mi się, że Wieniawa po prostu już i miary zatracił, co zabawne i lekkie a jeszczeć i z tą klasą, z której ongi słynął...a co już "żartem" grubiańskiem, złośliwem i bynajmniej nieśmiesznem...
Na koniec zatem kilka z tych zdarzeń, mniejsza czy imaginowanych, czy prawdziwych, gdzie ducha Wieniawy znać pełną gębą:))
Razu pewnego pani Bronisława umyśliła suczce państwa Długoszowskich (rasy mi niestety nieznanej) partnera naleźć, a gdy już drogą anonsów i telefonicznych uzgodnień psie rendez-vous uzgodnione zostało, męża z psiną wyprawiła pod adres wskazany. Tam ich wielce przyjemna bruneteczka czekała i piesek do figli ochotny, jeno nim co do czego przyszło, pani domu oświadczyła zdumionemu Wieniawie, że to sto złotych kosztować Go będzie... Ów osłupiał najprzód, zaczem się dopytywać jął, za jaką to przyczyną ekspens tak znaczny?**** Pani Mu na to przedkłada, że piesek w formie wyśmienitej, że czempion, że medali moc nazdobywał...
Wieniawa pono na to dłonią po swoich medalach przeciągnął, od Legii Honorowej, poprzez Krzyże Walecznych cztery aż do Virtuti Militari, uśmiechnął się i rzekł:
- Grosza bym od Pani nie wziął!...
Inszym razem dama z Wieniawą tańcująca dostrzegła na przegubie dłoni srebrnej bransolety. Zapięcia nie mogąc dojrzeć, zapytała wreszcie:
- Zakuta?
- Nie, za konną jazdę ...- odparł Wieniawa.
I do kolegi pewnego, co Mu breweryj wypominał, z irytacyją niejaką:
- Słuchaj, ty (...). Był kiedyś taki kawalerzysta, który zrobił dwie rzeczy. Raz o zakład po pijanemu przejechał nago czwórką koni z Zamku do Mokotowa i z powrotem. A drugi raz w mundurze marszałka Francji skoczył do Elstery i utonął. A że mu pomnik na Saskim Placu postawili w koszuli, to nie wiadomo, czy za pierwsze, czy za drugie.
c.d.n.
_______________________
* Jego samego po latach historyk Andrzej Kunert nazwie polskim Lasalle'm...
** Z prawem zapraszania własnych gości!
*** też na Mazowieckiej; w zasadzie po sąsiedzku z "Ziemiańską", tyle że w "Ziemiańskiej" nie bardzo uchodziło zbyt wcześnie po wódkę sięgać...:))
**** miesięczna pensja dobrze kwalifikowanego robotnika
24 czerwca, 2012
Święto 20 Pułku Ułanów
imienia Króla Jana III Sobieskiego...za tą okazyją wszytkim jeszcze żyjącym ułanom, a za koleją śmiertelnikom poślednim, jednak starą broń i barwę miłującym... miodunki!!! A żywo!!!!
Pułku formowano czasem wielce gorącem, bo latem 1920 roku, gdy bolszewicy na Warszawę już nastawali. Naturaliter, odbiło się to i na formowaniu pospiesznem i tak rychłym w bój posłaniem, że nawet i stanów pełnych pułk osiągnąć nie zdążył:
"Liczba duża, lecz pułk mały,
Dwudziesty ułański cały."
"Więcej panów, trochę chamów,
To dwudziesty pułk ułanów."
"Trochę chamów, trochę panów,
To dwudziesty pułk ułanów"
Dwóch ostatnich żurawiejek objaśnić się godzi, bo nie w tem jednem pułku podobnych śpiewano. Otóż pułk formowano w Ostrołęce (pierwotnie nosił numer 108 Pułku Ułanów) z żołnierzy szwadronów zapasowych (a i częścią już i w boju będących) 6 i 8 Pułku Ułanów takoż 3 Pułku Strzelców Konnych. Do 1924 roku strzelcy konni najczęściej za zwiad piechocie służyli, tedy w towarzysko-ambicyonalnej hierarchijej kawaleryjskiej strzelcy konni za co gorszego uważani byli (oficer przenoszony ze strzelców do ułanów miał to za nobilitacyję, przeciwna operacyja, nawet jak z awansem wiązana, mało kiedy się towarzyską "degradacyją" nie widziała) i to dla tej przyczyny w pieśniczce mamy tych niby lepszych "panów"(ułanów) i "chamów" (strzelców konnych).
Spomnieć się godzi, że część tych ochotników, co do pułku przypisana została najsampierw dywizyon krakusów w Krakowie utworzyła. Żem już tłomaczył, czem był dywizyon, nawracać nie będę, ale żem o krakusach dopotąd słówka nie rzekł, tedy pora zaniedbanie naprawić...
Rzecz się tyczy czasów, gdy po moskiewskiej Napoleona wyprawie kwiat jazdy naszej przepadł bezpowrotnie na pustaciach rosyjskich i ziemie nasze niemal się bezbronnemi widziały... Ostatnim wysiłkiem wielce już przecie doświadczonego Księstwa Warszawskiego była taż właśnie próba armijej zatraconej odtworzenia. Branki nadzwyczajnej ogłosiwszy, zwierzchność nakazała po jednem jeźdźcu na każde 50 dymów ekwipować... W tenże to właśnie sposób powstał ewenement swoisty, bo kawaleria czysto chłopska, na konikach niedużych, w sukmanach występująca i w długie piki bez proporców zbrojna... W bojach późniejszych na terenie Niemiec i Francyi tak się wsławili, że ich po równi ze szwoleżerami gwardyi poważano, często i "polskiemi kozakami" zwąc i do najpryncypalniejszych jazdy rodzajów onych licząc... Krakusów pułki znów się w Powstaniu Listopadowem pojawiły, takoż we styczniowem probowano ich reaktywować, aleć bez sukcesu, tedy ów dywizyon z dwudziestego roku bodaj jedyną znaną mi próbą krakusów odtworzenia.
Do naszych ułanów jednak wracając: Święta pułkowego na dzień imienin Patrona obchodzili, rokrocznie wielgiej przy tem parady urządzając, takoż i częścią w strojach husarzów spod Wiednia, niemałej przy tem sensacyi budząc...
"Wśród ułanów nie masz pana,
Nad ułana króla Jana."
"Noszą szable po kolana,
To ułani króla Jana."
"Mają coś tam po kolana,
To ułani króla Jana."
Wrześniem pułk nie miał szczęścia nadto dużego, by powojować długo... Pospołu z całą Kresową Brygadą w lesie pod Psarami otoczony i rozgromiony, poszedł w niewolę, nielicznym niedobitkom (pierwszy szwadron pod porucznikiem Janem Burtowym) się wielce śmiała szarża pod Osuchowem powiodła, co się onym pozwoliło do inszych wojsk polskich przedostać.
Na koniec bym chciał jeszcze o obyczaju pewnem, temuż pułkowi (aleć najmniej jeszcze i kilku inszym) właściwym... jako oficyjera nowego do pułku przyjmowano, dawano onemu w usta trąbkę sygnałową, do której flaszy wina wlewano*. Próba przybyszowi zadawana na tem się zasadzała, by ów trąbki opróżniwszy był jeszczeć i w stanie "wsiadanego" odtrąbić...:))...
___________________________
* musiały być mniejsze niźli 0,7 litra, bo obadawszy rzecz empirycznie, stwierdzić mogę, że się zawartość flaszy spółcześnej nie mieści...
Subskrybuj:
Posty (Atom)