01 grudnia, 2014

Do teoryj spiskowych względem rzekomego układu sekretnego Piłsudskiego z Niemcami nawrót, czyli cyklu o urządzaniu Niepodległej część szósta...

  I znów mi tu suplikować Lectorów przyjdzie, by Ci, co części IV i V (IIIIIIIV, V)) nie czytali, luboż jednak na to czasu jaki wygospodarowali przygarstek, luboż i tej poniechali części, bo niewiele im ona sama w sobie powie...
  Umyśliłem spróbować dociec, coż się prawdziwie w tych rozmowach pomiędzy Kesslerem i Piłsudskim zdarzyć mogło, co assumpt dać mogło jednemu do twierdzenia w memuarach, że zawarli układ, zasię wrogom Marszałka do dzisiejszych o zdradę oskarżeń... Dzisiejszych w rozumieniu jakiego półwiecza, bo pamiętniki Kesslera drukiem wyszło dopiero gdzie z początkiem lat siedmdziesiątych, choć i bez nich endecja mało czego Piłsudskiemu oszczędziła. 
   Rzuciłem w czwartej części wątpliwość, czy aby Kessler nie podkoloryzowywał, aby roli swej i znaczenia nie uwiększyć, osobliwie wzgląd na to mając, że owe nibyż rokowania i ambasadorstwo w Warszawie były onego kariery punktem szczytowym i najwyższym... Nie nadto to wiele dla domniemanego syna kajzera, mającego siebie za światowca, artystę, lwa salonów, bożyszcze kobiet, bon-vivanta pełną gębą i w ogóle bógwico... Od siebie dodam, że ludzie tacy zazwyczaj cierpią okrutnie w zapomnieniu i za wszelką byliby gotowi cenę znów w świetle stanąć i błyszczeć. Jak dla mnie wystarczająco tej charakterystyki, by nie mieć tych Kesslerowych rewelacyj w co najmniej lekkim podejrzeniu wiarygodności. I mam po temu jeden jeszcze powód dobry, a taki, że okrom Piłsudskiego, Sosnkowskiego, Kesslera i rotmistrza von Gülpen w tem śniadaniu w Berlinie brał udział książę von Hatzfeldt, referent d/s polskich w ichniem ministerium zagranicznem*. I ten ani memuarów nie zostawił, ani jak się zdaje raportu nawet do akt, czemu się dziwić trudno, zważywszy okoliczności, że zaraz z całem rządem pospołu na bruku wylądował. Przecie, gdyby tam co zostało dogadane w formie, której by można za pakt uznać, to z pewnością by ów gorliwy pruski urzędnik (później w prezydencjach śląskich) i niewątpliwy patriota nie zapomniał o tem napomknąć komu trzeba, osobliwie, że by może i sobie pragnął tej zasługi przypisać... I czy aby Kessler temuż memurów swych z temi rewelacjami nie opublikował za żywota swego, że się może i lękał, że temu Hatzfeldt zaprzeczy? Jeśli tak, to się przeliczył, bo Hatzfeldt dożył 1957 roku, a Kesslera kostucha w 1937 dopadła... Jeśli zatem było cokolwiek na rzeczy, to jeno w tych pogwarkach, co ich Kessler miał z Piłsudskim przódzi w Magdeburgu, po drodze z Magdeburga, luboż wieczorem w hotelu. Jakby nie wejrzeć, nie są to okoliczności, w których się pakty zawiera...
   Pytanie teraz, co ów usłyszał takiego, co za pakt zawarty mógł uznać i takiem go w memuarach przedstawić, być i może nawet święcie wierząc w to, co pisze. Różnica jest niebagatelna i mniej więcej taka, jak pomiędzy amerykańską Deklaracją Niepodległości, a słowami, których być i może mógłby rzucić Jefferson do Washingtona (czy odwrotnie) przy cygarach i kawie: "To może przepędźmy tych Anglików, co?" Niem jednak do czego o tem przejdziemy, godzi się wejrzeć i na wtórego z rozmówców jakie cechy...
  Piłsudski w roku osiemnastym to mężczyzna już ponad pięćdziesięcioletni (Kessler był rok młodszym), zatem nie gołowąs to, co charakteru dopiero kształtuje. Owszem, zdarzy Mu się jeszcze zaznać paru wstrząsów, co tem charakterem zatargają i może nie całkiem w pozytywną zakręcą stronę (jak choćby do dziś niedoceniany z tego punktu widzenia mord na Narutowiczu, nawiasem z Piłsudskim spowinowaconym, po którym ów zbrzydził sobie okrutnie system partyjny i parlamentarny), ale generalnie to już mężczyzna na dobre ukształtowany. Dodajmy ukształtowany przez wielce niekorzystne z punktu widzenia otwartości charakteru i szczerości wypowiedzi środowiska: konspirację, więzienia, zsyłki i polityczne, wokół realizacji zamierzonych idei, przepychanki i targi. Ergo wychodzi nam z tego człowiek skryty, mrukliwy, posępny, milczący i chyba raczej w deklaracyje oszczędny... I w rzeczy samej, takim go mniej więcej postrzegamy...
   Ja zaś bym jednej jeszcze dodał cechy, której po effectach domniemuję, a której znów raczej nam nie wykazują żadni pamiętnikarze czy biografowie. Wydaje mi się, że ów najpierw jako mówca wiecowy i redaktor robotniczej gazety, zasię polityk z inszemi o przeróżne sprawy pertraktujący, posiadł (lub rozwinął tego daru w jakich genach sprezentowanego) umiejętności odgadywania, cóż odeń ludzie usłyszeć pragną... I tam gdzie tego za korzystne uznawał i przydatne, mówił im tegoż właśnie... Podobnych, choć naturalnie nie co do wagi samej sprawy, negocjacyj prowadził już wiele, że pocznę od japońskiego wypadu, gdzie się pomocy przeciw carskiej Rossyi bojowcy z PPS-u zyszczeć spodziewali, poprzez te z Austryjakami targi o zalążek Legionów, zasię i z niemi, i z politykami galicyjskiemi o onych uratowanie, drobniejszych i mniej ważkich nie licząc... Właściwie za każdym razem z tych negocjacyj wychodził z tarczą, choć jego partnerzy w rzeczy samej nieraz potem mięli kłopot przymusić do dotrzymania tego, co rozumieli, że z niem dogadane mięli... Wychodziłby z tego jaki mistrz niedopowiedzeń przy równoczesnej sile sugestii przekonującej partnera, że to właśnie tamten osiągnął to, na czem mu zależało. I zdaje mi się, że nie inaczej było z Kesslerem... Dwie jeszcze by mi insze za tem przemawiały sprawy, żeby uważać iż to Kesslerowi się zdawało, że to usłyszał, co usłyszeć pragnął. Primo, że Kessler zwyczajnie chyba Piłsudskiego lubił, a pewnie i podziwiał. I nie byłby to ani odosobniony przypadek gdy charyzma Komendanta działała obezwładniająco na kogoś, kto pozornie wcale nie powinien być na nią podatny. Przypomnę Wieniawy, człowieka przecie niegłupiego, który gdy poznawał swoje przyszłe bożyszcze, lat miał niemal trzydzieści, więc też to nie gołowąs gorącokrwisty. Człowiek, który miał już swoje jakieś tam ukształtowane życie i niezgorzej się w tem życiu bawił, a w jednej chwili rzucił wszystko, by za Niem podążyć i służyć Mu do ostatniego tchnienia, a nawet i post mortem... Weźmyż Daszyńskiego, jednego z najinteligentniejszych i najwięcej niezależnych polityków naszych! Poznali się gdzieś tam na jakim socjalistycznym zjeździe, gdzie wspólnej redagowali odezwy i od tej pory Daszyński nieodmiennie będzie za wszelkiem Piłsudskiego działaniami szedł nieledwie w ciemno... W Naczelnym Komitecie Narodowym co miał Legionom służyć za polityczną "czapkę" niejeden raz cięgów zbierał za Piłsudskiego niezależność, a broniąc onego dorobił się przydomka "ordynansa pana Piłsudskiego". Za samo to, co Daszyńskiemu Piłsudski zrobił po powrocie z Magdeburga dziesięciu innych by się honorem uniosło i urazę zachowało po żywota kres... A to przecie Daszyński będzie nawet po przewrocie majowym bronił w PPS-ie Piłsudskiego, a i później mimo afrontów paskudnych i otwarcie czynionych, przeciw druhowi dawnemu nie stanie bodaj aż do otwartej już konfrontacji przy najściu uzbrojonych oficerów na Sejm, którego był wtedy marszałkiem.
   Tej charyzmie ulegali mimowolnie i obcy... Michał, syn króla Rumunii Karola II i późniejszy król Michał I wspominał: "Miałem wrażenie, że ojciec mój ma zamiar przyjąć swego gościa serdecznie, ale z pewną nonszalancją. Pomimo wszystko Naczelnik Państwa to nie król (…). Po chwili ukazał się [Piłsudski] lekko pochylony naprzód i patrzył na naszą grupę. Potem wolno, bardzo wolno zaczął schodzić. Spojrzałem na swego ojca i nie zapomnę nigdy: skonstatowałem, że zanim Piłsudski zdążył wejść, ojciec mój rzucił papierosa i stanął na baczność."
   Czy naddanem zatem będzie domniemanie, że podobnie uwiódł Piłsudski i Kesslera? Że ten, wywożąc go z Magdeburga i prowadząc rozmowy o przyszłej współpracy, zadowolił się tym, co usłyszał, zaś w raportach jakich, by na durnia nie wyjść, rzecz podbarwił nieco, zaś w pamiętnikach już podkoloryzował zdrowo? 
   Popatrzmy na to, czego ów się mógł od Piłsudskiego domagać... Z pewnością deklaracji, że Polacy nie zaatakują Niemiec. To akurat współgrało z najzdrowiej pojętym interesem polskim, by się z tej wojny wywikłać bez konfrontacyi zbrojnej, zatem neutralność mógł mu Piłsudski spokojnie zadeklarować. Sądzę zresztą, że Kessler zdradził Piłsudskiemu, by go do tej idei jeszcze bardziej przychylnie usposobić, że się szykuje podpisanie rozejmu na Zachodzie. W tej sytuacji i przy tej wiedzy Piłsudski byłby idiotą, gdyby rzeczywiście mu się roiły jakieś zamysły, by na Niemcy uderzać. Dopowiedzenie w memuarach przez Kesslera, że to milcząco miało oznaczać, że w konferencji pokojowej brać też udziału nie będziemy, jest, moim zdaniem, takim właśnie dośpiewywaniem sobie przez Kesslera rzeczy, których nie było i być nie mogło... Piłsudski najpewniej się ani o tem nie zająknął, zresztą ja na jego miejscu też bym się starał mówić jak najmniej. A przynajmniej rzeczy istotnych... A przecie nie sposób, żeby w tem czasie Komendant nie wiedział, że jest we Francyi Komitet Narodowy Polski Dmowskiego i armia Hallera, ergo mógł być spokojnym, że w tych pertraktacjach pokojowych tak czy inaczej udziału weźmiemy...
   Pozostaje kwestia ostatnia z tych przez Kesslera podniesionych: że nie będzie Piłsudski miał żadnych roszczeń terytorialnych wobec Niemiec. Odwołuje się Kessler do rozmowy jaką mięli w 1915, gdzie miał mu Komendant zadeklarować, że nie pragnie "ani cala ziemi pruskiej". Pierwsze ich po latach spotkanie w Magdeburgu, jeszcze 31 października do tejże wypowiedzi nawiązywało i według sporządzonego przez Kesslera po niej raportu, miał Piłsudski powiedzieć, że on poglądów od 1915 nie zmienił... Aż się prosi tu dodać, że On może i nie, ale się sytuacja zmieniła diametralnie... Albo, że On może i tkwi przy tem, ale nie sam będzie o tem rozstrzygał - na dziesiątki sposobów idzie tą niedopowiedzianą dwuznaczność interpretować, a Kessler najpewniej zrobił z nią to, o co go podejrzewam: usłyszał w niej to, co usłyszeć chciał. 
   Najpewniej ta rozmowa z 31 października była niejakim "rozpoznaniem terenu" i po niej, w rządzie Maksymiliana Badeńskiego zapadły ostateczne decyzje, których 9 Listopada jechał już Kessler egzekwować. W rozmowie kolejnej usłyszał powtórzenie tejże samej deklaracji o niezmienionych poglądach z dodatkiem już wspominanym, że jeśli Ententa jednak czemś Polskę obdarować zamyśli, to nie przyjąć tego daru nie będzie można... Jak rozumiem i Piłsudski rzeczy po pierwszej rozmowie gruntownie przemyślał i czuł, co się święci, zatem rozumiał, że to te o braku roszczeń słowa będą dla jego uwolnienia kluczowe... Wychodzi mi zatem na to, że to Piłsudski w tej rozmowie niezgorzej Kesslera wykołował, nad wyraz sobie wiele furtek zostawiając i do niczego tak naprawdę poza neutralnością się nie zobowiązując, zaś w sprawie granic deklarując osobisty swój pogląd i wolę, które oczywiście w każdej sytuacji szło wykazać, że się okazały z wolą Narodu niezgodne czy też z intencjami Ententy, uprzednio odpowiednio przez Komitet Dmowskiego urobionej... 
   I jeszcze dwie kwestie... wspomina Kessler, że przez całą z Magdeburga drogę był Piłsudski posępny i co jakiś czas wzdychał, czy aby nie jest już za późno, by Polskę przed bolszewią uratował... Być i może, że tem się martwił, ale być też i może, że grał, niemałej na Kesslerze presji wywierając, że oto niby każda godzina droga. Bo tak naprawdę, to była każda godzina droga, ale nie tyle w walce z bolszewią, co w rozgrywce o władzę w kraju i z paryskim komitetem Dmowskiego... tego już Kessler wiedzieć nie musiał, ale presja zrobiła chyba swoje... Wiemy, że były jakieś dalsze rozmowy planowane, których Kessler z Hatzfeldtem już nie doprowadzili do skutku, bo oto w środku tegoż śniadania wywołano Hatzfeldta do telefonu, skąd powrócił komunikując, że z kanclerzem rozmawiał (rozumiem, że z Maksymilianem Badeńskim, zatem byłaby to jedna z ostatnich przed złożeniem dymisji kanclerza decyzja), który wobec postępów rewolucyjnych w Berlinie nakazywał podkomendnym swoim co rychlej Piłsudskiego do Warszawy wyprawić... Niedokończone śniadanie pozostało na stole...
   Kwestia niemal ostatnia to ta, która w tej rozmowie, jak się zdaje, w ogóle nie padła, choć paść powinna... Idzie mi o to, że jeśli oddaje się władzę nad krajem ościennym, w którym niemało jeszcze własnych żołnierzy czy urzędników siedzi, a dalej jeszcze za niem kolejnych pięć razy tyle, to kwestią o kapitalnym znaczeniu się staje ich bezpieczeństwo i ewakuacja do Vaterlandu.  Najpewniej może i planowano gwarzyć o tem, aliści w tem rewolucyjnym pomięszaniu nie mięli już niemieccy dygnitarze głowy do tego i Piłsudski bez żadnych wyjechał ustaleń... I tu wrócić chcę do tego, com rzekł, że ja jednak w cząstkę tej endeckiej wersji wierzę. Czemuż ? Bo historiografia oficjalna, nieendecka, twierdzi, że rozmawiano o powstrzymywaniu bolszewizmu w jego marszu do Niemiec i że Komendanta rozmówcy widzieli w nas coś w rodzaju przed tem zalewem przedmurza... Być i może, tyle, że to się kłóci z późniejszym współdziałaniem oddziałów niemieckich z bolszewikami, a i nie sądzę, by tej myśli Piłsudski miał być bardzo przeciwny, skoro była ona i z naszą racją stanu zgodna. Skoro zatem w tej kwestii do niczego nie doprowadzono, to albo jednak zamiast tego próbowano rozmawiać o granicach, niczego w tej kwestii nie zyskując, albo w rzeczy samej zabrakło czasu na jakieś rzeczywiste ustalenia w kwestii powstrzymywania pochodu rewolucji (tak jakby było co powstrzymywać, gdy owi już ją mięli u siebie) . Tyle, że gdyby rozprawiano o tem, to nie bardzo pojmuję, dlaczego by atmosfera przy stole miała być "ciężka", skoro wszyscy by się co do meritum zgodzili. No i gdyby Niemcom na tem najwięcej zależało, to przecie nie takiego byśmy działania czekali w terenie, jak tego, którego praktykowały komendy Ober-Ostu...
   Wiemy, że Piłsudski przy tym śniadaniu "głównie milczał" , a tego bym rozumiał, gdyby go przymuszano o kwestiach niewygodnych prawić. Postęp rewolucji z pewnością do takich nie należał, poza tem do tej sprawy można było spokojnie wrócić, gdy Kessler został ambasadorem w Warszawie, a wiemy że nie wrócono. Natomiast kwestia granic i ziem taką psującą atmosferę być mogła i myślę, że rację mają endecy i Kessler, że o tem co próbowano tam ustalić. Ja w każdem bądź razie na miejscu Kesslera i Hatzfeldta z całą pewnością chciałbym jakichś w tej sprawie uzyskać gwarancji. A co uzyskano i "ustalono", tom już był opisał i na tem, myślę, pora już kończyć rozważania o pakcie rzekomym...
_______________________
* - był m.in.autorem memoriału, który wobec braku zgody kajzera na koronowanie na króla Polski następcy tronu (ponoś ze względów religijnych, by luteranina nie przymuszać do wiary katolickiego kraju), przedkładał koronowanie jednego z członków Rady Regencyjnej, cytowanego tu już Zdzisława Lubomirskiego. Tyle, że Lubomirski, gdy się o tym dowiedział, to księcia i jego memoriał wyśmiał...

23 komentarze:

  1. Vulpian de Noulancourt1 grudnia 2014 14:39

    1. Tym referentem miałby być Alexander Graf von Hatzfeldt und Trachenberg (1877–1953)? Niczego o nim znaleźć w sieci nie potrafię.
    2. Wcale nie chcąc przeczytałem za to ten artykuł. Zdaje się, że na początku XX wieku ludzkość ogarnęła mania badania mózgów wielkich ludzi. Jakiś horror.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ad.1 Teraz mi będzie to akurat kłopot sprawdzić akuratnie, aliści byłżem niemal pewnym, że Herman mu było...
      Ad.2 Rad jestem wielce, że nie jestem wielkim człowiekiem:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  2. No było faktem, że okoliczności zmieniły się bardzo diametralnie i zmieniały się nadal jak w kalejdoskopie. :) Co ustalono przed wojną trudno było dotrzymać, bo nie było komu, a i ustalenia okazywały się być bezprzedmiotowe. Natomiast pruskie ziemie to nie koniecznie akurat była Wielkopolska czy Pomorze.
    Natomiast co do "zielonych ludzików" wspominanych w komentarzach wcześniej, zdaje się że przez Torlina - tak było i do tej pory trudno w podręcznikach historii odnaleźć prawdę. Nas uczono, że Niemcy pociągami, że Freikorpsy i bandy niemieckich ochotników za niemieckie pieniądze dławiły powstania. Potem sobie poczytałem wspomnienia J. Meissnera i ze zdumieniem się dowiedziałem, że nasi robili to samo, a nawet bardziej bezczelnie. Teraz wiem, że nawet pradziadek moich dzieci brał w tym udział.
    Te rządy co się pojawiały i znikały były bardziej lub mniej słuszne, ci socjaliści jacyś tacy byli niby dobrzy, a nie dobrzy i Piłsudski był faszyzujący, chociaż przecież socjalista, a wreszcie nie wiedzieć czemu sanacja była endecka albo przynajmniej nacjonalistyczna - pomieszanie pojęć i faktów straszne. Co się dziwić, że współczesne "naziole" nie mają pojęcia co z czym i z kim?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, oczywiście, że to nie tylko Wielkopolska i Pomorze, ale z tych dwóch jedna konkretna nazwa w tej rozmowie padła, a drugą rozstrząsałem więcej szczegółowo, bo insurekcyja w Poznaniu się wszczęła jeszcze w tem okresie, który poniekąd bym był skłonny uznać za okres, w którym Piłsudski mógłby się czuć temi swoimi deklaracjami związany...
      Też te memuary Meissnera czytałem i pamiętam wyczyny naszych dywersantów:) Nawiasem to z nazwisk więcej znanych to mi przychodzi na myśl nazwisko Romana Abrahama, wrześniowego generała i dowódcy brygady kawalerii, lwowianina pełną gębą, wsławionego zresztą w obronie Lwowa, który w śląskim sztabie powstańczym wielce odpowiedzialnych funkcyj pełnił... A pomysł z prawem emigrantów do przyjeżdżania pociągami na Śląsk, by głos oddać, to nawiasem był naszym pomysłem i to myśmy się przy tym prawie upierali. Jakiemuś cymbałowi w otoczeniu Korfantego się wydawało, że ściągniemy tym te dziesiątki tysięcy naszych górników, co za lepszą płacą wyjechali fedrować w Nadrenii i Westfalii...
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  3. Przeczytałam! W sumie arcyciekawe te osobistości ;-) Chyba jednak kupię autobiograficzną książkę Horowitza i jeszcze najnowszą o Relidze, skoro już w czyjeś życie mam się zagłębiać, bo ten Kessler to już prawie zaczyna mi się śnić po nocach ;-)

    notaria

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obiecuję, żem już z niem skończył był...:))
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  4. Oj!
    Ale o grudniowych obowiązkach gospodarskich będzie? Chociaż wąsienic już nie ma, to zawsze coś ciekawego się znajdzie. :)
    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Klik dobry!
      To i ja pod ten apel się podłączam. Mocno jestem ciekawa, czy w grudniu nakazywano liście zbierać, czy śniegi odrzucać?
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    2. Mniemam, że w grudniu to z całą pewnością limonów opatrzeć potrzeba będzie, a na pomarańcz i daktylów baczenie mieć, iżby cokolwiek do zbiorów zostało! :) :P
      Ananas zaś słomą ode mroźnego vaporu przyrzucić i baczenie mieć, bo ptacy w czas świąteczny zajadłe wielce na owoc niedostały! :D :D :D

      Usuń
    3. Taaa... a łzy krokodyle przy pełni zbierając, baczyć iżby onym jajec nie nadepnąć, bo złe wtedy okrutnie i ukrzywdzić mogą...
      Będzie o grudniowych, będzie...:)) Może nawet i jutro...
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
    4. I makijaż diabli wzięli... :)))) Jak miś panda wyglądam... :))))
      Pozdrawiam serdecznie :)

      Usuń
  5. Nie mam Wachmistrzu nic więcej do dodania, niż pierwotnie napisałem.
    Mam prośbę, zależy mi na Twoim komentarzu przy mojej nowej notce. Gdybyś był łaskaw...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem... Choć żałuję, żeś noty z tego cyklu poprzedniej nie czytał...
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
    2. Czytałem, było o Ławicy. Ale nie miałem nic do dodania, naprawdę. Nie lubię pisania, jak się ma nic do dodania.

      Usuń
    3. Czyli Cię jednak nie przekonałem...:))
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  6. Ja Cię strasznie przepraszam Wachmistrzu, ale do czego miałeś mnie przekonywać? Że nie było układu sekretnego? Toż przecież ja o tym wiem. Przenosząc do współczesności, te spotkania (a później Boernera z Radą) były jak spotkania w Magdalence, ułożenie sobie życia pomiędzy dotychczasowymi wrogami w momentach przełomu, gdy każdy drobiazg może skończyć się tragedią. Różnice pomiędzy nami są tak niewielkie, że nie warto kruszyć kopii. Ja w każdym razie uważam się za przekonanego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do tego, że Piłsudski z Magdeburga via Berlin wracający, miał chyba poważniejsze problemy, niż realizacja lub nie socjalnego programu Daszyńskiego...:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
    2. Ale mi do głowy w ogóle nie przychodziło i nie przychodzi, aby tym obarczać Piłsudskiego. Napisałem wyraźnie: "Piłsudski nie był zdolny podpisać się pod tym, widać to po Konstytucji Kwietniowej", i nie chodziło mi konkretnie o ten dokument Daszyńskiego, ale o tzw. "w ogóle". Piłsudski w ogóle nie był skłonny podpisać tego rodzaju dokumentu o takiej treści, zarówno w 1918 roku, 1920, 1926 czy 1936.

      Usuń
    3. No i tu się, sądzę, różnimy... W latach trzydziestych (36-ty potraktuję jako żart) byłbym się skłonny zgodzić, podobnie jak co do ogólnej tezy, że Piłsudski w polityce wewnętrznej do pięt nie dorastał Piłsudskiemu jako analitykowi, wizjonerowi i statyście europejskiemu. Ale jeśli by miał być kiedykolwiek tym konceptom skłonny ucha przychylić, to jak mniemam właśnie w 1918 czy 1920, gdy to mogła być droga nie tyle naprzeciw, co przeciw nadciągającym bolszewickim mrzonkom... I sądzę, że świadom konsekwencji w postaci wojny domowej, wiedział, że się z tym musi pożegnać. Nie umiem rozstrzygnąć czy z żalem, czy bez żalu...
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  7. Przepraszam Cię Wachmistrzu, oczywiście chodziło mi o 1935 rok. Niestety wiem, w którym roku umarł. Sorki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dajże pokój, Torlinie:) Przeciem nie na to o tem spomniał, by Ci co wytykać:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń

Być może zdaje Ci się, Czytelniku Miły, że nic nie masz do powiedzenia aż tak ważkiego, czy mądrego, by psuć wzrok i męczyć klawisze... W takiem razie pozostaje mi się tylko z Tobą zgodzić: zdaje Ci się...:)