17 grudnia, 2012

Sumitacje i supliki...

  Sumitacyje, do których się przymuszonym czuję, najwięcej się biorą z poczucia, żem Was pozaniedbywał ostatnie i nie nadto wiele rzec mogę ku pokrzepieniu nadziei, że się ta rzecz jako może odmieni szczególnie... Czasu u mnie kaducznie skąpo ostatnio; zatrudnienia człeka przeliczne obsiadły niczem pchły dziada proszalnego, a co człek, zda się, której pochwyci, wraz się pokazuje, że ta właśnie się licznego przychowała potomstwa, które macierzy podobnie, najradziej na naszem by karku przysiadły...:((
  Jest i przy tem cyrkumstancyja przykra, a ta mianowicie, że jako już człek się by na chwilę, najwięcej niedzielnym czasem, uwolni i rad by jakich nadgonił zaległości, wraz turbacyja nowa, osobliwie u tych z Was, co onetowemi mirażami zmamieni trwają tam luboż i nawrócili do dawnych włości. Owoż, jakem już był i czasu krzynę wykroił, przeczytał, czasem zachwycił, czasem zadumał i co chciał i może popisać o tem, wraz mię alteracyja trzęsie na nadmiar paści, jakich się tam nie szczędzi takiemu chcącemu... Ścierpię ja i to, że się każdemu nieomal trzeba tam logować de novo, trzech nawet danych podając... Ścierpiałbym i tegoż kodu paskudnego, aliści w tem rzecz, że nie wiem zali to mnie jeno spotyka, że nieledwie co drugi wpisany owe machineryje akceptują łaskawie... Lwia część owych, mimo że już i sylabizuję po dwakroć, a i szkłem się zbroję podwójnem, idzie gdzie na manowce jakie i bezczelnie mi głosi, że się tenże kod nie zgadza...:(( Pół biedy w tem by było, jako na onecie drzewiej, że się powtórnie i do kodu przymierzyć kazano, aliści treść... treść najważniejszą owe machineryje ocaloną ukazywały de novo!  Teraz zaś nie dość, ze myśl cała idzie k'czortu, to i cała mitręga na nic...:((
  Uważcież, Mili Moi, że tego przecie jako wyłączyć idzie, bom widział blogi, gdzie tegoż paśkustwa nie masz... Uczyńcież to tedy, błagam, bo już i inszych tam wnyków zadosyć, by niechcianego łowić źwierza, ta jedna jednak sama z siebie nastarczy, by człeka całkiem przecie jeszcze i spolegliwego, ku najostateczniejszej przywieść gorączce, a przecie nie o to idzie, by człek tam takiemi maciami rzucając, w alteracyi najczystszej przysięgał sobie, że jego noga tam nie postanie więcej, gdzie mu trzeci czy czwarty raz pisanie całe zeżarło...:((

15 grudnia, 2012

...i część trzecia, pewnie ostatnia...


  Okrom święta swego właściwego, szwoleżerowie czcili takoż wymarsz słynnej "siódemki" Beliny (2 sierpnia, czyli poprzedzającej wymarsz "Kadrówki" legionowej właściwej) i dzień imienin Komendanta, którego jeszczeć w 1919 uprosili na szefa pułku. Dygresyją czyniąc niedużą objaśnić przyjdzie, czemże taki szef dla pułku był. Otóż w pułkach przed wiekami formowanemi częstokroć k'temu przychodziło, że jaki bogacz pułku własnem wystawił sumptem, przecie uznając własnej w tejże dziedzinie niekompetencyi, komu inszemu komendy poruczył, sobie jeno owo nominalne szefostwo zachowując. Z czasem utarło się osobliwie w pułkach godniejszych, z tradycyami, że to pułk persony jakiej znamienitej suplikował, by raczyła pułkowi być kimś na rodzaj matki chrzestnej, patrona  luboż i jakiego przewodnika duchowego... Czasem i persony nieżyjace tak honorowano za zgodą familijej luboż i bez, jeśli to bez mała jaki heros był narodowy... W Anglijej, gdzie tegoż obyczaju się z dawna zażywa, pułkom szefują następca tronu luboż insi znamienici członkowie domu panującego. We Francyjej obyczaj ten ma więcej korzeni w rodach wielkich, chocia nie królewskich. W Polszcze Międzywojnia dwa jeno pułki szefów miały nominalnych niemal od początku swego istnienia: szwoleżerowie Marszałka i 8 Pułk Ułanów Księcia Poniatowskiego.
   Okrom nich było jeszczeć i wiele inszych pułków, które się o uznanie ich szefów u zwierzchności dobijały, a jak to ciężkie były termina i jak wielgi k'temu opór w ministerium wojskowem niechaj exemplum 9 Pułku Strzelców Konnych świadczy, które o uznanie za swego szefa jenerała Kazimierza Pułaskiego wojował od 1921 roku, by nareście 14 maja 1936 stosownego w tej mierze ordonansu uzyskać ...  Szczęśliwcy szwoleżerowie, niewątpliwie dla związków swej kadry z Komendantem szczególnych, tegoż zaszczytu już w grudniu 1919 dostąpili i od tejże pory mogli na mundurze nosić naramienniki z inicjałami szefa pułku*, takoż odznakę pułkową z temi samemi inicjałami, co najlepiej na tejże widać fotografijej:
http://pl.wikipedia.org/w/index.php?title=Plik:Odznaka_1pszw.jpg&filetimestamp=20120213132236
   Inszy wyróżnik ważny to  czapka dla szwoleżerów charakterystycznie okrągła. Ułany i szasery (strzelcy konni) używali rogatywek, dziś mniemanych za powszechne polskie kawaleryjskie głowy nakrycie...
   W dzień święta pułku szwoleżerowie defilowali pieszo (!) przez całą długość swej ulicy (Szwoleżerów). Na czele zaś maszerowali razem wszytcy dotychczasowi dowódcy pułku, w rzędzie idąc z dowódcą tegocześnym i pospołu z niem razem składali meldunek jenerałowi defiladę przyjmującemu. Czasem to i zabawne było, bo defilady odbierał który z jenerałów młodych, a w rzędzie szedł i meldował starszy odeń stopniem Orlicz-Dreszer:)
   Pisałem tu cyklu całego z końcem czerwca o Wieniawie, personie której szwoleżerska nowożytna legenda tak wiele zawdzięcza. Długoszowski przecie nominalnie szwoleżerami dowodził jeno dwa lata (1926-28), a tak się z niemi za jedno uważał, że jeszcze w 1932, gdy  jenerałem został, to regulaminowi wbrew, nadal na kołnierzu kurtki polowej i płaszcza nosił szwoleżerskie naszywki. Również i na szaserach (tem razem nie strzelców konnych a spodnie mam wyjściowe na myśli:) nosił ciągle szwoleżerskie (amarantowe z białą pośrodku wypustką), nie generalskie lampasy... Dla tejże przyczyny kpiarze zwali go pierwszym generałem szwoleżerów, co najwidniej Wieniawie miast przykrości, jeno wielgi assumpt do dumy czyniło. Za Wieniawowego władztwa też i najwięcej się szwoleżerowie z miastem zbratali, niemal każdej uroczystości swą obecnością uświetniając. Tajemnicą też i poliszynela było, że Wieniawa, gorący zwolennik idei pojedynków,  szwoleżerski maneż nieomal publicznie otwartym na wszelkie tego typu imprezy uczynił...
   Wielu oficyjerów pułku doczekało się adiutantowania u Marszałka, czemuż się i nie ma co dziwić, bo gdy Ów Wieniawie był różnych misyj poruczał z wyjazdami związanych, dał też i Długoszowskiemu placet by Mu ten inszych adiutantów wyszukiwał. A gdzież miał szukać Wieniawa, jak nie w szwoleżerskich koszarach?
Temuż i przymówka szwoleżerom niejedna, że się protekcyją na belwederskie cisną posady i kariery, temuż i żurawiejki złośliwe:
    "Ciesz się młody szwoleżerze,
   Masz protekcję w Belwederze."
           "Chcesz mieć wstęgi i ordery?
             Idź zamiatać Belwedery."
takoż i te; na starania o nominowanie ich Gwardią Narodową (po rozformowaniu Szwadronu Przybocznego Prezydenta Rzeczypospolitej w 1926 roku, gdy to któryś- zazwyczaj drugi - szwadron ze szwoleżerskiego pułku pełnił de facto obowiązki dzisiejszej Kompanii Reprezentacyjnej):
"Kręcą dupą, kręcą głową,
Chcą być Gwardią Narodową."
"Szwoleżerski górą bierze,
Przy protekcji w Belwederze."
"W Belwederze na kwaterze,
Pośpisz bracie szwoleżerze."
"Siedzą sobie tak w Warszawie,
Przy kieliszku i przy kawie."
"Cała kupa jest frajerów,
W pierwszym pułku szwoleżerów."
"Więcej panów niż frajerów,
To jest pierwszy szwoleżerów."
"Trochę panów i malarzy,
To jest pierwszy pułk koniarzy."
"Z adiutantów i lekarzy,
Ma Warszawa pułk gówniarzy."
  Wielce, jak widać, złośliwe te żurawiejki...widno to inszym sielnie na sercu leżało, owa szwoleżerska z Belwederem zażyłość. Wytykano nawet i Wieniawie, że z jednostki bojowej fircyków uczynił jeno do parad się nadających... Czy słuszna? Wrzesień pokazał, że bynajmniej...
Dzisiejsi tychże arcyzacnych tradycyj nosiciele to pospołu zawodowcy z czerwonemi beretemi w miejsce rogatywek nierogatych:), co się z koni na dziś więcej akuratne śmigłowce przesiedli, czyli 1 Dywizjon Szwoleżerów w 25 Brygadzie Kawalerii Powietrznej
http://www.specops.com.pl/naszywki/jednostki_aeromobilne/jednostki_aeromobilne.htm
oraz wolontarze-zapaleńcy co własnem sumptem i pracą wystawili Ochotniczy Szwadron Kawalerii im. 1 Pułku Szwoleżerów, za co im cześć i chwała nieprzemijająca:
http://www.szwadron.ckmedia.pl/kim.html
   I na koniec jeszcze jednej persony spomnienie... a właściwie dwóch: majora Adama Królikiewicza, co właśnie w szwoleżerach był służył i jego "odwiecznego" rywala pułkownika Karola Rómmla, brata jenerała Juliusza Rómmla. Major Królikiewicz, nasz pierwszy w dziejach medalista olimpijski** i pułkownik Rómmel, który na pierwszą swą Olimpiadę (Sztokholm 1912) jechał jeszcze w barwach carskiej Rosji, a medal zdobył w cztery lata po Królikiewiczu (Amsterdam 1928). Obaj w żywota schyłku służyli Wajdzie za konsultantów przy filmów kręceniu. Jakem tu już i nieraz Wajdy był ode czci i wiary odsądzał za scenę w "Lotnej" gdzie ułan szablą siecze lufę czołgu, tak insze tam sceny z końmi: z atakiem na lance, na szable, tudzież insze konne popisy, są jako i najwięcej prawdziwe, a sam Rómmel, co już miał wówczas niemal ósmy na karku krzyżyk, wystąpił był w epizodzie jako ksiądz-weteran młodzikom konia ujeżdżanie ukazujący... takoż i monety pod kolanem utrzymywanie...:)
   Królikiewicz zasię przy kręceniu do "Popiołów" szarży pod Somosierrą był żywota postradał w sensie jak najwięcej dosłownem :((... ale niechże o tem świadek naoczny, Daniel Olbrychski, opowie:
"Królikiewicz koniecznie chciał poprowadzić szarżę. Było to zadanie prawie tak samo trudne jak tamta prawdziwa szarża w Hiszpanii. (...) Filmowa Somosierra może nie była tak trudna do sforsowania, niebezpieczeństwo tkwiło raczej w skali przedsięwzięcia. Ludzie mieli jechać na dziesiątkach ogierów, niewyjeżdżonych, poirytowanych, w pełni sił reprodukcyjnych. (...)  Major Królikiewicz był w ekipie chyba konsultantem, ale widocznie jego serce kawalerzysty i oficera nie wytrzymało, bo kazał sobie osiodłać ogiera i stanął na czele oddziału. Na nic zdały się prośby jeźdźców i samego Wajdy. Reżyser mówił, że opinie majora są potrzebne ekipie. Sfotografowanie go w tłumie galopujących koni i ludzi nic nie da...
Próba. W pewnym momencie konie z twardej ziemi wpadły w galopie na bardziej miękkie podłoże, przygotowane już do kopania wilczych dołów. Ziemia nie była na tyle miękka, żeby koń się przewrócił, ale wystarczyło, że się potknął. Tak właśnie stało się z ogierem Królikiewicza.
Siedziałem z ekipą w samochodzie i widziałem, jak major wylatuje z siodła. Gdyby koń się przewrócił, upadek człowieka nie byłby tak niebezpieczny – spadłby wówczas z mniejszej wysokości. A tak Królikiewicz połamał sobie w wielu miejscach kręgosłup. Po kilku tygodniach skonał w szpitalu.
Kiedy odwiedzałem go w klinice, twarz miał wykrzywioną grymasem bólu. Ale starał się uśmiechnąć.
– Rómmel umarł na grypkę – mówił – a ja przynajmniej z szablą w ręku...
Major miał na myśli brata słynnego generała, który bronił Warszawy. Znakomitego jeźdźca, reprezentanta cara na olimpiadę, no, jedną z legendarnych postaci tamtych czasów. On i Adam Królikiewicz – dwóch wspaniałych polskich jeźdźców XX wieku"***
_______________________________
* po śmierci Marszałka w 1935 roku  jeden naramiennik szwoleżerowie zaczęli nosić czarny, na znak żałoby.
** Olimpiada w Paryżu w 1924 roku, brązowy medal za konkurs skoków przez przeszkody (koń Picador)
*** Anegdota tak piękna, że aż prawdziwie żal ją psuć faktami: Królikiewicz zmarł 4 maja 1966 roku w wieku 72 lat, Rómmel - starszy od Królikiewicza o sześć lat, zmarł ... niemal rok później, bo 7 marca 1967 roku.

13 grudnia, 2012

Szwoleżerskiej opowieści część wtóra...


Winno się to wszytko ukazać sub die 10 Decembrii na rocznicę święta pułkowego, co na pamiątkę starcia pierwszego pod Dołhobyczowem na Ukrainie obchodzono, gdzie pułk kapkę siczowców poszczerbił w kampanijej, co się salwerunkiem Lwowa poczęła. Ale żeśmy jeno wówczas słów parę o szwoleżerach napoleońskiej doby rzec zdążyli,  temuż dziś i nareście pokończyć tegoż wątku poprobować mogę; o tych, co tamtych tradycje podjęli... 
   Generaliter był to pułk postlegionowy, z dawnych Beliny podkomendnych formowany, temuż i Wieniawie najbliższy, a i poniekąd Marszałkowi samemu. Godzi się po prawdzie spomnieć gwoli historycznej prawdy, że przódzi kapkę swoich kawalerzystów we Francyjej Haller zwał szwoleżerami, aleć że koncepcyje francuskie niemal cale jazdy w wojnie w okopach prowadzonej nie widziały, temuż i tej jazdy wielce było skąpo. Jako nam cała Hallerowa "Błękitna Armia" do Polski ściągnęła, wszytkiej jazdy w niej było na jakie półtora ućciwego pułku, a że szwoleżery już w tem czasie w Polszcze były, Hallerowych najprzód dragonami mianowano, a na koniec się ostali jako strzelcy konni.
   Był i inszy o pierwszeństwo spór, bowiem jenerał Dowbór-Muśnicki twardo przy tem obstawał, że pierwszeństwo się w numeracyi pułków ułańskich tym należy, co powstały jeszczeć za niemieckiego nade Polską władztwa przy I, takoż II i III Korpusie Polskim w Rosyi pode jego auspicjami formowanemi. Piłsudski był przy tem w kropce niemałej, bo ustąpić znaczyło swoich "legunów" spostponować w pierwszeństwie, odmówić zasię tyleż było, co się w spór otwarty wdać z wielce poważanem jenerałem, świeżą jeszczeć sławą wodza insurekcyi we Wielgiej Polszcze opromienionego... Z tychże obieży wybawił Komendanta... no, któżby jak nie nieoceniony Wieniawa, co doradził by Dowborowi ustąpić temuż i mielim Pierwszy Pułk Ułanów Krechowieckich, Wtóry Grochowskich i Trzeci Śląskich, zasię dla pułków, co się z dawnych legijonistów wiedły miano właśnie szwoleżerów zawarowano i tak wilk odszedł syty, a i owieczka ocalała...:)
   Aleśmy kapkę w przód nadto wybiegli, bo w październiku ośmnastego roku, w tejże chwili, gdy się cesarstwa niemieckie i austro-węgierskie na gwałt przydomka "byłe" dorabiały, inicjatywę pułku odtworzenia w oparciu o dawną kadrę 1 Pułku Ułanów Legionowych podjął rotmistrz Gustaw Orlicz-Dreszer, późniejszy jenerał, operacyjny mózg przewrotu majowego, jeszczeć później i prezes Ligi Morskiej i Kolonialnej, inspektor armii i na krótko przed śmiercią swą tragiczną* inspektor obrony powietrznej państwa, ponoć wielce na tem polu nowin głodny i któż wie, z czem byśmy we Wrześniu Niemiaszków przywitali, gdyby nie tragedia w Gdyni*:((... A przy tem i bodaj czy nie najbliższy Wieniawy przyjaciel...
   Na siedzibę pułkowi naznaczono najpierw Chełm (takoż Hrubieszów i Włodawę), aliści po powrocie z wojny 1920 pułk krótko w Chełmie popasał, by go na rzecz stolicy porzucić. Nim jednak na wojnę poszedł i powrócił, to się najprzód z ułanów w szwoleżery odmienił (8 stycznia 1919). Potem na wileńską wyruszył wyprawę, gdzie stawał arcydzielnie. Inszą piękną kartę pułk zapisał zasię w wyprawie  na Kijów, gdzie w niezbyt fortunnym zagonie na Malin probowano drogi zamknąć dwóm dywizyjom rosyjskim, które, gdy ich wsparły pociągi pancerne, jednak szwoleżerów poszczerbiły. Ranny wtedy został sam Orlicz-Dreszer, a między inszemi zginął rotmistrz Stanisław Radziwiłł...
  Nikt jednak tej chwały szwoleżerom nie odbierze, że nie tyleż natarcie wiodąc, ile rozpoznając jeno teren wpodle rzeczki Irpień (dopływ Dniestru), wpadłszy na bolszewicką brygadę jazdy, nie dość że się nie cofnęli, to niepełnem szwadronem** onej brygady tak postraszyli, że się owi przez Pietrowkę ku Kijowowi cofnęli i takiego naczynili w mieście popłochu, że wszelka obrona pierzchła. Szwoleżerowie dotarłszy na Kureniówkę*** załadowali się w kilku z jednem zaledwie oficyjerem do tramwaju (!) i temże pojazdem do Kijowa wjechali na sam Kreszczatik, tam wzięli jako jeńców wartowników sprzed jakiego gmachu i powrócili, obwieszczając Kijowa zdobycie.:). Nazajutrz dopiero nieomalże się wyścig prawdziwy rozegrał, kto najpierwszy do niebronionego Kijowa wkroczy i do Złotej Bramy dotrze. Zda się, że jednak szwoleżery przed 7 Pułkiem Ułanów zdążyli :))... W każdem bądź razie to ówcześny zastępca dowódcy, rotmistrz Jan Głogowski meldował przed nią Piłsudskiemu wkroczenie do miasta. W szwoleżerskiej pamięci zostały nie tylko chleb i sól, któremi ich włodarze miasta witali... To można by na karb poczucia obowiązku i troski o gród u onychże złożyć, luboż i wazeliniarstwa jakiego ordynaryjnego... Ale radości ludności na ulicach, co to wiwatowała i obrzucała Polaków kwieciem, przecie nie reżyserowano... A były i przypadki, że przypadano do strzemion by je...i buty szwoleżerskie całować...
   Jako kto spomni, jakoż o tem Bułhakow pisał, prawdziwie przykrej przyjdzie mieć nad pisarzem wielgiem chwili zadumy... Ale cóż, onemu o tem już i pisać przyszło pod stalinowskiem knutem, co zapewne i nie bez wpływu...choć mnie u Niego czuć owe nutki jawnie antypolskiej fobijej...
   W odwrotowych spod Kijowa bojach to między inszemi 7 Brygada Jazdy, w skład której szwoleżerowie wchodzili, w rejonie Torczyna-Horbułowa-Annopola rosyjską 4 dywizję kawalerii rozbiła i jedynie niezgułowatemu dowodzeniu Rydza-Śmigłego zawdzięczać należy, że nadarzającej się szansy rozbicia już wtedy całej KonArmii Budionnego nie wyzyskano...
   15 lipca 1920 pod Worotniewem przyszło do starcia arcyciekawego, bodajże jedynego takiego znanego mi zdarzenia, że uszykowany już do szarży szwadron pierwszy, na widok wypadajacej z lasu nawałnicy kozackiej, bynajmniej nie ruszył do kontrszarży, by się w pędzie zewrzeć, jeno dobywszy szabel, w milczeniu przeciwnika czekał... Nie dotrzymali jednak kozakom pola, bo onych nadto było wielu, przecie rąbiąc w odwrocie, między dwa wzgórza onych pociągnęli i tamże się dopiero pokazało, że to zamierzone było... Zza wzgórz wyskoczyły pozostałe szwoleżerskie szwadrony i runęły na kozaków, a szwadron pierwszy niczem na jakiej defiladzie zgrabnego "w tył zwrot" uczyniwszy, na kozackich karkach pojechaaaał w pogoni aż miło...:)
  Miesiąc później, gdy się w "cudzie nad Wisłą" losy nasze ważyły, szwoleżerowie bili się tęgo pod Brodami (15 sierpnia), Ćwiklinem (17 sierpnia), Smardzewem (18 sierpnia), Ciechanowem (20 sierpnia) i pod Mławą (22-27 sierpnia)..
  Z głośniejszych tamtej wojny przewag godzi się jeszcze spomnieć i zagon na Korosteń, ale żem go przy 3 Pułku Szwoleżerów Kozietulskiego był opisywał, tu już zmilczę o tem, udział i naszych w tem szwoleżerów jeno odnotowując...
   Sporo o tej wojny części pisywał Imć Jerzy Kuncewicz, pisarz i poeta pióra może i nie tak znanego, jako żona jegoż, Maria, aliści tu nam mieć walor najpierwszy może i nie stylu, ile  w relacyi z ręki najpierwszej, bo Imć Kuncewicz sam za szeregowca-ochotnika w szwoleżerach służył, a na ręce Orlicz-Dreszera  dedykował arcypięknego cyklu "Szwoleżerowie" z pięciu wierszy("Szwadron w marszu", "Alarm", "Szarża", "Noc gwiaździsta na postoju" i "Tabor")złożonego...
  Nad miarę mi, widzę, ta nota rośnie:))...temuż jej tutaj pokończę na dziś, a na jutro ciąg dalszy o czasie międzywojennem i o pułku obyczajach obiecuję...:) 
_______________________
* 16 lipca 1936 - Generał wyleciał małą awionetką RWD-9 na spotkanie z transatlantykiem naszem "Batorym", którym z Ameryki jego żona powracała. Niestety, nad morzem aeroplanowi zawiódł silnik i Orlicz-Dreszer z pilotem runęli do Zatoki Gdańskiej:((
** co oznaczało proporcje mniej więcej 1:6
***północne przedmieście Kijowa

10 grudnia, 2012

Szwoleżerskie dziś święto...:)


   Szczególnej dziś okazyi ku świętowaniu mamy. Nie dosyć, że to święto pułkowe już w tem roku ostatnie, bo dla przyczyn com już ich ongi tłomaczył najwięcej nam ich latem obchodzić, to jeszczeć pułku tak szczególnego. Nie dosyć, że pułku, co historyi swej dwustu już letniej ma tak zacnej, jako prawdziwie mało pułk który, to jeszczeć to mnie tenże pułk tem szczególny, że odtworzony w Międzywojniu dziecięciem był ukochanym mego Wieniawy:) Frasunek jaki mam z niem jeden jedyny, to taki, że pewnie tej noty podzielić przyjdzie, bo rzeczy do spomnienia godnych taka moc... a przecie zanudzać nie chcę, a i czasu na pisanie kaducznie mało...:(( Ano i tak tedy k'temu przyjść może, że święto mamyż 1-go Pułku Szwoleżerów Józefa Piłsudskiego w rocznicę bitwy pod Dołhobyczowem w 1918 roku, a rad będę jako nadążę chocia o ich protoplastach napoleońskiej doby dziś pisania pokończyć...
   Wszytko poczęło się ode starań Towarzystwa Przyjaciół Ojczyzny, wielce osobliwego sprzysiężenia, które pod pruskiem jeszcze panowaniem zawiązali młodzi arystokraci pod protekcyją marszałka Sejmu Czteroletniego Stanisława Małachowskiego. Wszytcy owi Krasińscy, Pacowie, Małachowscy, Łubieńscy et consortes się wielce dla sprawy patryjotycznej zasłużyli poprzez to, że sobie czarnych obstalowali fraków z lakierowanemi guzikami, na których wyobrażono kotwicę i napis "Nadzieja". Koncept polegał na tem, że jako się będzie lakier wycierał, napis wyraźniejszy będzie, a czem będzie wyraźniejszy, to niepodległość bliżej będzie. Nie wiem, doprawdy, czemu przy działaniach tak rozstrzygających potrzebny nam był jeszcze jakiś Napoleon, by Prusaków pogromić... Może dla tej przyczyny, że się Towarzystwo arcymarnie o ten lakier na guzikach starało, póki co bez pamięci się angażując w pijatyki, uczty, burdy i pojedynki z inszą grupą podobnie patryjotycznej młodzi, z tem, że tamci fraków nosili zielonych z napisami "Jabłonna" na kołnierzach. Tamci się kupili wpodle swego przywódcy, co między inszemi tem słynął, że się nago po Warszawie na koniu rozbijał, a towarzystwo całe "Blachą" zwano ode nazwy pałacyku tegoż przywódcy, Xięcia Józefa Poniatowskiego... Złośliwostek dalszych poniechawszy godzi się rzec, że spod "Blachy" się znaczniejsza część przyszłego sztabu Pepiego i wielce dzielnych oficyjerów wywodzi, z naszych zaś czarnofrakowców powstała Gwardia Honorowa Polska, która Napoleonowi towarzysząc w czas kampanijej 1806 roku się dość dzielnie sprawiła pod Pułtuskiem i toż zapewne dało cesarzowi assumpt, by się na pułk polskiej jazdy w swojej gwardii zgodzić...
 Złośliwi prawili, że o to też szło, by własnego wystawić przy Napoleonie wojska, cożby wielce "Przyjaciołom" niemiłemu Xięciu Pepiemu, nie podlegało... Ano powiedło im się kogo trzeba przekabacić i tak kwietniem 1807 roku stanął, jak trzeba wyszykowany 1er Régiment de chevau-légers (polonais) de la Garde Impériale...czyli na mowę zrozumiałą przekładając 1 Pułk Lekkokonny Gwardii Cesarskiej... Aliści owi spolszczeni chevau-légers się tak dobrze w języku naszem (przyznać wypadnie, że w dobie tamtej sielnie sfrancuziałem) zadomowili, że dziś są niemal staropolskiego wojska symbolem niemal z husaryją na równi...
   Wojsko się z początku więcej widziało paradnem, niźli bojowem, a to i za munduru krojem, na kawalerii narodowej sprzed 1794 wzorowanej,   
takoż i dla elitarności swojej, gdzie oficyjerami paniczykowie najbogatsi pozostawali,  
 gdzie szlachcie zwyczajnej jeno żołnierski żołd został, a nieszlachta nawet i co marzyć nie miała, by się w tem ekskluzywnem towarzystwie pokazać. Dla niektórych, cależ i experiencyją wojenną bogatych legionistów dawnych, miejsc oficyjerskich zbrakło, a i weteranów wielu sarkało, że młokosy niemi dowodzić mają... Czas pokazał, że bogactwo dzielności nie przeszkadza, a i dowodzeniu rozumnemu na zawadzie nie stoi... no przynajmniej w tem jednem przypadku... Dowódcą pułku się ostał człowiek charakteru trudnego cośmy mieli poznać wejrzawszy w dzieje syna onegoż przyszłego, Zygmunta,  co się nam na trzeciego naszego wieszcza narodowego był wpisał... Takoż i czynność Wincentego Krasińskiego w czas Powstania Listopadowego niechybnie by go więcej kwalifikowała ku na latarni obwieszeniu, niźli niektórych z tych, co ich iście w Noc Listopadową obwieszono... Aliści nie uprzedzając wypadków przyszłych, póki co nam skonkludować przyjdzie, że pułk de nomine pod Krasińskiem, de facto częścią i może więcej pod francuskiemi gros-majorami (podpułkownikami) Delaitre'm i Dautancourtem sformowano, a że pułk był na żołdzie francuskiem, temuż i tam wojował, gdzie go zwierzchność francuska pchnęła... Spomnieć się jeszcze godzi, że z czterech dowódców szwadronów trzech w przyszłości (Łubieński, Kamieński, Stokowski) jenerałami zostało, zasię czwarty (Kozietulski) choć pomarł pułkownikiem, to nieśmiertelnej dostąpił chwały i w Panteonie bohatyrów naszych zyskał miejsce wielce poczesne, choć może i nie do końca aż tak zasłużone...
  Bojów swych poczęli w Iszpanijej, gdzie łaską cesarską mieli możność nam podobnych o niezawisłości marzących ciąć tubylców, najsamprzód pod Medina de Rio Seco, zasię wrychle przyszło do boju o przełęcz Somosierra, co ich (i nas jako nacyję) miał na świat cały rozsławić, a w Polszcze dać assumpt ku już niemal dwuwiekowej dyspucie o "kozietulszczyźnie"... Jakom bloga poczynał, rzeczy wpodle Somosierry narosłe mi się godne najmniej noty odrębnej widziały, jeśli nie dyskursu powszechnego... Dziś, gdy przyszło ku temu, żeby się o tem godziło popisać, dla chronicznego już czasu niedostatku nic mi inszego nie ostaje, okrom obesłania ku Wikipedyi, gdzie o dziwo nota wyżej linkowana wielce kompetentna, wszytkich bodaj wątpień i polemik wpodle szarży tej narosłych nie pomija...
   Z początkiem roku następnego Napoleon Gwardyi swej de novo czyniąc, i na Starą i Młodą jej dzieląc, szwoleżerów naszych do Starej policzyć kazał z pierwszeństwem nawet i przed mamelukami słynnemi.
  Batalija następna, w której się szwoleżerom znów chwałą okryć przyszło, był bój pod Wagram w kampanii austryjackiej Anno Domini 1809. Tamże szwoleżery nasze ze szczętem niemal rozblili pułku ułanów księcia Schwarzenberga, czem i zapobiegli, by armijej po jednej stronie Dunaju walczącej ode mostów na rzece nie odcięto. Ułanom Schwarzenbergowym najsamprzód szwoleżery lanc w boju poodbierali, zasię temi lancami tak gracko się sprawiali, że ich cesarz na lansjerów przemianować kazał i onych lanc im ostawić. Jedno co w tem przykre, że Schwarzenbergowe ułany po części najpryncypalniejszej z Galicyi się wiedły...:((
   Lata dwa następne to czas śmietanki spijania i eskortowania cesarza w peregrynacyjach jego. Część jeno lansjerów obecnych pod Delaitre'm nadal w Iszpanijej wojowała. Kozietulski dostał Legię Honorową i tytuł barona, na co sobie jeśli nawet i nie pod Somosierrą, to pod Wagram zasłużył niechybnie... Krasiński w jenerały postąpił i w hrabiów... inszym się i też niezgorzej wiedło, przecie za wojny z carem nastaniem poszli ku Moskwie... W czas tegoż pochodu może się i nie odznaczyli zbyt wiele, za to za odwrotem z Moskwy wielce. Bodaj jedni z nielicznych do końca mieli się prawo wojskiem w pełni sprawnem i nie zdemoralizowanem mienić... Walczyli najwięcej z Kozakami, co resztek Wielkiej Armii szarpali jako ogary niedźwiedzia. 25 octobra samego cesarza przed pochwyceniem pod Horodnią salwowali! Na grudzień jako we Wilnie ze skarbcem cesarskiem stanęli, było ich jeno 374 (z tysiąca!), po większej części bez koni, a przecie i tak było ich więcej, niźli całej pozostałej konnej gwardyi cesarskiej...:((
  Pułk, wielgiem sił i trudu nakładem odtworzony, bił się w kampanijej 1813 roku pod Lutzen, Budziszynem i Reichenbach, by na koniec w smutnem pod Lipskiem epilogu, niejakiego symbolicznego mieć dawnych swarów zakończenia, pospołu z Pepim wojując...i po części niemałej i ginąc... Pierwszy to raz był po tejże bitwie, że się szwoleżery złamały i więcej jak pięć dziesiątków szeregi porzuciło... Przecie to w ogólnem zamęcie i bezhołowiu końca napoleońskiej epopei i tak ich śród najwięcej zdyscyplinowanych stawiało...
  Bitew i potyczek ostatnich wyliczał już nie będę, tyle rzeknę na koniec, że po abdykacyi cesarskiej szwoleżerów Krasiński do kraju przyprowadził, zaś szwadron jeden pod Jerzmanowskim poszedł za cesarzem na Elbę. Ci wrócili wraz z nim i walczyli do końca, pod Waterloo...
   Oto hymn szwoleżerski, który wdzięcznej bym pragnął pamięci Lectorów moich powierzyć, zwany także "Marszem trębaczy":
Witamy was, witamy was,
Jeżeliście nasi kochajcie nas, kochajcie nas.
Witamy was, witamy was,
Jeżeliście wrogi szanujcie nas, szanujcie nas.
Do zwycięstw przywykli wkraczamy do was,
Obejścia względnego żądamy po was,
A wy się nic złego, a wy się nic złego
Nie bójcie od nas!
Do zwycięstw przywykli wkraczamy do was,
Polacy po świecie wojujemy was!
My za Polskę naszą i za sławę naszą
Wojujemy was!

07 grudnia, 2012

O tem, jak xiężna de Conti brata na dobrą drogę nawracała...


Historyjki tej za Tallemantem powtórzę, a nim do rzeczy przejdę, słów kilka o heroinie naszej dzisiejszej. Byłaż ci ona córą tegoż Gwizjusza, co hugenotom rozrywki w Noc Świętego Bartłomieja zgotował, i co go Pokiereszowanym zwali. Samej Ludwiczce nic do tych zdarzeń, bo na świat przyszła pięć roków po tem, jako się tamte rzeczy działy, a że poszła za mąż za xięcia Franciszka de Bourbon-Conti, stąd ją i de Conti Tallemant zwał...
  "  Do niej zalecało się jeszcze za panieńskich lat wiele osób, między innymi śmiałek Givry*. Powiadają, że obiecała mu schadzkę i dla większej galanterii włożyła strój zakonny. Givry wspiął się do niej po drabince linowej; widok zakonnicy tak go jednak zaskoczył, że stracił przytomność umysłu i odszedł z niczym. Drugiej schadzki już mu wyznaczyć nie chciała, wzgardziła kawalerem, a przygodę zakończył Bellegarde**. Co prawda, z obawy przed podobną niespodzianką panna więcej się nie przebierała. Słyszałem, że gzili się na podłodze w pokoju matki, która legła na spoczynek i nim sen ją zmorzył, zaciągnęła kotarę nad łóżkiem. Wymowne westchnienia ślicznotki zbudziły starą panią, spytała więc, kto tak jęczy. Powiernica córki odparła: "A, to panienka, zakłuła się przy robótce".
  Księżna Conti prosiła brata, żeby więcej nie grał, bo tyle pieniędzy już strwonił. "Siostro - oznajmił jej Gwizjusz w odpowiedzi - nie będę grał, jeśli wy zaniechacie miłostek".
"Ach, co za nieużyty człowiek - rzekła potem do matki - nie zdołam go chyba powstrzymać"...."
________________
* Anna Anglure de Givry (1560-1594) zasłynął jako wielki śmiałek, aleć i galant niemały, na potrzeby płci pięknej czuły:). W czas blokady Paryża w 1590 kazał przepuszczać spyżę i napoje rzeźwiące dla dam:)
**Roger de Saint-Lary, diuk de Bellegarde (1562-1646)

03 grudnia, 2012

O imion dawniejszych niektórych nadawaniu...

  Thema to ogromem morza dalekie na myśl przywodząca, przecie, by choć na jakie płycizny wypłynąć, trza nam do łodzi siadać i wiosłami pyrgać... Nie masz inaczej, przeciwnie bowiem po kres dni naszych byśmy jeno na brzegu stali i dali odległej bacząc, żywota kresu doczekali! Poczynajmyż tedy w imię Boże...
   Nawykliśmy k'temu, że się nam imię nasze (nomen) na Krzcie Świętem ochfiarowuje i że to po rodzicielskiej woli, luboż i myłce:)* się odprawuje. Dawniejszem jednak czasem przypisane temuż arkana sielnie na zawadzie fantazyi ludzkiej stały... Powszechnem bowiem obyczajem było dziecię zwać imieniem, co je "samo sobie przyniosło", co jeszcze i Oćca mego spotkało. Jeśli się zaś komu jaki święty Teobald, luboż Scholastyka nie nadto dla dziecięcia stosownem widziała, niechybnie pleban za dar jaki nieznaczny, nie przeciwił się nadto długo by imienia przybrać, co to gdzieści w pobliżu narodzin było, to jednak skrzętnie omijając, co już natenczas świętem minionym było... W ogólności księża wpływu mieli na imiona ogromnego, boć się ich przecie w tejże materyjej radzono powszechnie... Personom znamienitszym mógł doradzić jeno, przecie śród gminu rządzili plebani niepodzielnie, często i jeno wedle własnej woli imiona nadając... ani stojąc o to, co się rodzicielom marzyło. Rzec by szło, że te wszytkie Bartki Maćkami zwane, czy Janielki Kaśkami od porodzenia wołane, to jeno echo odległe owych chłopskich contra plebanorum sporów:)) Niechybnie jako się jaki kapłan trafił leniwy, wieś przez pokoleń parę trzy, czy cztery jeno imiona znała:)), jakoż to się przy chrzcie Rusi przytrafiło, gdzie za kniazia ukazem postąpiło w rzekę z jakie tysiąc chłopa, kapłan zasię ich przeżegnał i wyrzekł słowa "A ja ciebie chrzczę imieniem świętym Iwan!", zaczym nowy tysiąc postąpił, by Dymitrem zostać i tak da capo al fine...:)
  Bywali i kapłani, co swej władzy używali, by imieniem dziecięcia nieślubnego na całe życie naznaczyć i wszytkim wiadomem uczynić, że ów lub owa z nieprawego się wiedli łoża... Dla dziewcząt powszechnem takiem było imieniem zwać oną Magdaleną, na pamiątkę owej nierządnicy z Pisma... aliści bywały i Dagmary, i Kunegundy, Kornelie, Konstancje i Karoliny, które to miana za ośmieszające i upokarzające miano. Nie mogłoż to być jednak obyczajem powszechnem, boć przecie rody znaczne niechybnie stać było, by xiędzu stosownej perswazyi uczynić, by dziecięcia jakiej panny znamienitej poniechał... a przecie trzech z pomienionych ostatnich znamy z rodów wielce dystyngwowanych... Napotkałżem w tejże roli i imiona: Dorota, Damian, Alojzy, Karol i Gertruda i czem więcej o tem dumam, to mniemać mi, że to raczej jakiego lokalnego, na parafii skalę luboż może i powiatu, obyczaju sprawa... Aktor niezrównany Franciszek Pieczka spomina xiędza, co takie dzieci nieodmiennie zwał Adamem i Ewą i że we familijej jegoż własnej się które z tych imion pojawia, aliści bym to za licentia onegoż plebana samego miał, nie za usus powszechny... 
   Okrom cyrkumstancyj spomnianych i na to się wejrzeć godzi, zali mieśćce krztu nie nadto odlegle jakiego lokalnego kultu świętego leżało. Wiadomo powszechnie, że się w wieluńskiem plenili Rochowie, wpodle Koła Bogumiłowie, na Spiszu zasię Wendolinowie, na Litwie Kazimierze, we Wielgiej Polszcze Wojciechy, zasię w Małej Świętego Stanisława admiratorzy... Insza to i sprawa, że gdzie się jezuici naplenili, tam Ignaców najdziesz moc, gdzie teatyni, tam Kajetani, gdzie pijarzy, tam Kalasantych mnóstwo, zasię wpodle franciszkańskich klasztorów naturaliter moc Franciszków i Antonich:)
  Rodom znamienitszym nie nadto było w smak dzieci krzcić imionami z dnia narodzin, nie tyleż dla onych urody lubo braku onejże, jeno temuż że się to obyczajem gminu widziało, a jako nam Wacław Potocki spomina:
    "...nie chce być z prostakiem w jednem interesie,
     którego tak chrzczą, jako święto dnia przyniesie."
    Insza, że śród rodów z tradycyami byłyż i na ogół imiona, co je z dawna nadawano, choć może nie tak skąpo w wyborze, jako Mićkiewicz o Dobrzyńskich zaścianku pisał:
     " Syn Macieja zawżdy zwał się Bartłomiejem,
        a znów Bartłomieja syn zwał się Maciejem.":))
   Jako dzieje tych rodów przepatrzym, łacno uwidzim, że się śród Radziwiłłów ustawicznie Mikołaje ukazują, śród Zamoyskich Tomasze, u Sieniawskich znowuż Mikołaj rządził z Prokopem, jako Piotr u Duninów, Dymitr u Wiśniowieckich czy Stanisław u Kostków.
   Rzecz arcyciekawa z imieniem Maryi, której katolicy po wiek najmniej XVI mieli za nazbyt święte, by tak cór krzcić swoich, przecie luteranie w tej mierze wyłomu uczynili, co nader dobitnie anonimowa "Różnica sekty luterowskiej, przeciwna jedności świętej wiary" piętnowała:
         "Niektórzy ojce z matkami
           Krzczą swe córy Marynami,
           Mówiąc: cóż to jest Maryja,
           Takżeż człowiek, jako i ja.
         
            I ci na tym niezwysili **
            Co się tak upornie krzcili:
            I ten, kto pojmie Maryją,
            Rzadki, co go nie zabiją."
   Insze reformowanych wyznań w imionnictwie skutki, to bogactwo niemałe imion z dawna przepomnianych biblijnych, ku którym się owi obrócili radzi. Wiek XVI toż to wysyp istny Abrahamów, Samuelów, Danielów, Racheli, Sar i inszych, choć może to więcej po świecie, niźli u nas, temuż się i nasze pradawne słowiańskie zachowały, zasię w takiej kalwińskiej Genewie od ukazu z 1546 ani marzyć było o tem, by kogo nazwać "imionami bożyszcz, które tu onegdaj czczone były"... U nas zasię z ośmnastym stuleciem do takiego ci one przyszły na powrót renesansu, że heraldyk znany Jabłonowski swoich pacholątek pochrzcił Bożydarem, Strzysławą i Dobrogniewą:)
  Na koniec bym jeszczeć i o jednem spomnieć pragnął, choć to się może więcej nazwisk tyczy, niźli imion. Owoż jaśnie państwo toż o służbie sądziło, że włada niemi w całej ich, takoż z imieniem i nazwiskiem, osobie. Temuż i nierzadka, że się jakiemu służce imię na więcej panu podobające odmieniło, a z czasem nawet i jakie naźwisko onemu pan uczynił dla wygody, choć częściej na pośmiewisko, luboż i dla kaprysu... Tak się narodził był niejaki Doruchowski, co tyleż znaczyło, że ów dziecięciem będąc za panią swoją nosił "rucho", czyli po dzisiejszemu mówiąc: tren od sukni... Tejże samej proweniencyi liczni Szatanowscy (takoż i od nich Satanowscy), co nie nadto wiele z szatanem pospólnego mieli, za to wiele z szat noszeniem... Rozmachajłą mianowano furmana jednego, tem znanego, że z bata nader udatnie trzaskał... Pokojówek bez mała naźwiskiem Poprzątalskich ponazywano; a po imionach nader wyraźnie sądzono przynależności do warstwy stosownej... Nie darmo u Niemcewicza w "Powrocie posła" służba to Jakub i Agatka, a bohaterowie pryncypalni szlacheccy Walery i Teresa... W krainach anglosaskich w czasie podobnem i podług podobnych konstrukcyj myślenia licznym służącym i ich córkom nadawano imion Abigail, nadto dosłownie pojmując słów, których biblijna Abigail rzekła do Dawida...***
  Pół z tem biedy, jeślić to miana rodzime chocia były, gorzej jak za powszechną francuszczyzny manierą, weszło do zwyczaju naszych rodzimych Jaśków czy Wojtków w pończochy przyodziewać, łapska onych w rękawiczki suć białe, by się nadto chłopską sękatością na oczy nie cisły, a łby skrywszy perukami pudrowanemi, wołać ich Żakiem lub Pierrem... Na tejże maniery tle przyznać muszę, że mię wielce ujął Jan Potocki****, któren prawdziwego Francuzika, imieniem Pereaux, za służalca mając, wygolił onemu łeb, jeno osełedec ostawiając, zaczym w hajdawery i kaftan z kozacka przyodziawszy, nie inaczej go odtąd wołał, jak Pokotyło...:))
_____________________
* z kompanionów moich dawniejszych jeden miał imienia Brunona nadanego dla tej tylko przyczyny, że ociec, nie ze szczętem po świętowaniu przetrzeźwiawszy, umyślił był na złość połowicy, nazwać go Brunnerem... Tyleż w tem szczęścia jeno było, że jejmość za okienkiem widno przygłuchawa była...:)
** tu: nie wygrali, nie wyszło im to na dobre - Wachm.
*** "Otom służebnica twoja" -  1 Ks.Król. 25
**** - ten od "Parad", "Rękopisu znalezionego w Saragossie" i kuli samobójczej latami polerowanej z gałki od cukiernicy srebrnej...

01 grudnia, 2012

O prawdzie w poezji...

  Pierwszy grudniowy ranek schodzi Wachmistrzowi na zadumie głębokiej nad prawdą w rymach zawartą. Osobliwie w rymach Tischnerowej muzy, czyli Pani Wandy Czubernatowej z Raby Wyżnej, o której doprawdy nie sposób nie rzec, że nic, co ludzkie, nie jest Jej obce...
                 
"Fto nimioł kaca - nie wiy co to smutek,
Kie kufa drewniano, ocka ropą skute,
Kie koty łupią raciami o dachy,
A wróble w bębny bijom i dziurawiom dachy.
Suchość w cłowieku - od krztonia do dusy,
A bolom cie pazdury, i kudły i usy,
Nie pochodzis, nie legnies, jesce gorzy siedzieć,
A co kwila ci się beko przedwcorajsym śledziem.
Moze som i tacy, co kaca ni mieli,
Ale coz oni w zyciu culi, coz oni widzieli? "
  

29 listopada, 2012

O pożarze pewnego browaru...


   Zazwyczaj dnia tego wszelkim "bażantom" i "łąbędziom", czyli podchorążym szkół oficyjerskich, zwanych tak dla obszywek na pagonach noszonych, życzenia wszelkiej pomyślności składam, zarazem i własnej spominając z temi naszywkami młodości:) Atoli dziś bym, na ten Dzień Podchorążego, zadumać bym się chciał nad jednem z epizodów tamtego wieczoru, co czynu podchorążackiego po wsze unieśmiertelnił czasy...
   Pacholęciem będąc, żem od Oćca i Dziadka opowieści słuchał, których mi potem jeszczeć in scholam ugruntowywano, jako to listopadowej pewnej nocy garstka straceńców się na cesarstwo największe we świecie ówcześnem porwała; jak na sygnał pożaru browaru na Solcu spiskowcy ruszyli na Belweder i na Wielkiego Księcia Konstantego. Z wypiekami na twarzy żem to chłonął, duszą całą tegoż przeżywając, podobnie jak i do dziś za każdem razem, gdy mi przyjdzie płomiennymi wersami "Nocy Listopadowej" Wyspiańskiego się poić...
  Już mi jednak od tej pierwszej przodków opowieści ten browar spokoju nie dawał, alem sobie to przetłomaczył, że widno rudery jakiej porzuconej spalili... Głowę też daję, żem w onych opowieściach, a i później w podręcznikach szkolnych miał przy tem browarze dodane: stary, coż wybornie do onej wizji przystawało...
  Nie pomnę już za jaką to okazyją było, żem przypadkiem zupełnem powziął tejże wieści, że browar ów przez. Sommera pobudowan został w roku 1827 na wzór podobnej Fabryki Porteru Schäffera i Glimpfa pracującej w Warszawie od tegoż samego roku, jednak w starych murach browaru z 1768 roku.  I tu mi już się był niepokój wkradł wielki... Jakże to? Zaliżby owa "rudera" z wyobrażeń moich raptem ledwo trzech wiosen sobie liczyć miała, gdy ją Wysocki et consortes* z dymem puścili? To jakaż ona stara? I przecz to temuż właśnie browarowi czerwonego kura puszczono? Zaliżby już w Warszawie całej nie było co w popiół obrócić?
   Pojmuję, że pewnie lokalizacya wielgiej tu wagi była, by się pożar ze wszech stron widnym stał (co się, jak wiemy, i tak nie udało), aleć i to mi się marnem tłomaczeniem zdało, osobliwie w czasach, gdy reasekuracya wszelka ledwo pączkowała i ..... ów pożar niechybnie strat niemało poczynił, skoro nie rudery jakiej, lecz nowego całkiem zakładu powstańce zeżglili. Zatem pytanie: czemu?
   Myśl o tem, że jedna ze najświetniejszych kart narodu naszego począć by się miała z jaką krzywdą na kim przypadkowym uczynioną była mi tak nieznośną, żem o tem dumał wielce, sensu jakiego doszukać próbując... Nie mówię, że przebaczyć, czy akceptacyję temuż postępkowi czynić, aleć przynajmniej wyrozumieć przyczynę... Wystawiwszy sobie, że otom ja na mieśćcu kogo, komu na podworzec wchodzi przygarstek chłystków od rzeczy gadających o rewolucyi jakiej, coż koniecznie się począć by miała ode zwęglenia mojej szopy... cóż, jakem Wachmistrz, przyrzec Wam mogę, że by się ta insurekcyja w pięć minut na podwórcu mojem własnem zakończyła, a insurekcyjnych haseł bym gówniarzerii paskiem na rzyci wypisał!!!
  Zagadka onego zamysłu zwęglenia tegoż akurat browaru przy tem jeszczeć i większa, bom w źródłach niektórych nalazł wieści, że to browar Weissa był... I teraz już prawdziwie nie wiem, zali Sommer budował, a Weissowi przedał? Może jeno zarząd nad niem powierzył? Aleć o to mniejsza, bo możebne, że i myłka w tem czyja, chocia mi Imci Bocheńskiego** o toż najmniej posądzać...Byłże ów właściciel, nieważne który, jakim poplecznikiem moskiewskim, że go tak pokrzywdzono? Szpiegiem Lubowidzkiego czy Rożnieckiego? Dla jakiej przyczyny tak cicho o tem?  I czy strat onych jakobądź naprawiać probowano? Zali jakiej reparacyi przyznały władze powstańcze ofiarom Nocy Listopadowej najpierwszym i mimowolnym?***
     I tu może i mieśćce na podejrzeń moich najpryncypalniejszych przedłożenie... Pisał żem ongi niemało o warzeniu piwa, uwagi też i obracając na różnicę między fermentacyją dolną i górną, przez wieki przez antecessores naszych stosowanej... Z końcem wieku siedmnastego się już całkiem wróg piwa największy - okowita - upowszechniła na tyle, że browary zanikać powoli poczęły... Dodajmyż k'temu propinacyję szlachecką nieszczęśną i ogólną kraju ruinę i pojmiem przecz sto lat później piwo się w najostatniejszem upadku znalazło... Anno Domini 1800 w onym słynnym z dobroci piwa swego Piątku nie masz już ani jednego rzemieślnika! W roku 1886 jest ich na powrót już 223...aliści między niemi nie masz nijakiego piwowara! Takoż Proszowice piwem swym przez wieki słynne podupadły... Drogi nowe, których właśnie z początkiem XIX stulecia budować poczęto, ominą i Piątek, i Proszowice i dziesiątek inszych, dawniej znanych z piwowarstwa miejsc... Czemu? Bo centra piwowarstwa nowe, to miasta najpryncypalniejsze... z dobremi drogami...i bankami, bo pokończyły się czasy, gdy piwo warzył, kto chciał. Piwny renesans się wraz z fermentacyją dolną począł. Piwo czyste, klarowne i smaczne... żyć, nie umierać... Jeno, by go móc warzyć, trza było kapitału mieć niemałego: na kufy składowe ogromne, na urządzeń browarniczych moc, dawniej nieznanych, nareście na przetrwanie interesu samego w czasie martwem, gdzie piwo się ważyło i leżakowało... Ani tegoż kapitału, ani tejże wiedzy browarnicy-Polacy nie mieli, tedy im przyszło pola ustąpić Czechom, a najwięcej Niemcom. I to oni właśnie... z początkiem XIX stulecia cios śmiertelny browarom dawnym zadali...
  Że się to nie obyło bez walki i oporu jakiego, to mi ani wątpić o tem... Tradycyja tegoż, by konkurentowi "czerwonego kura" zapuścić... u nas długa. A w Warszawie samej tamtego czasu z górą pięćdziesiąt browarów inszych było... I tu przychodzim ku mojem myślom brzydkim, prawdziwie chwały powstańców dzielnych niegodnych... aleć uwolnić się od nich nie mogę...
   Zali nie było w tem gdzie jakiej prywaty małej? Nie mniemam ja, by tam kto jaki grosz w kieszeń podchorążacki wsuwał i suggestyi jakiej czynił... przecie rzecz tajną była****... ale może kto onym bliski, strat zaznawszy niemałych, pomstował o tem dość głośno, by onym... jako już co do spalenia wybierać przyszło... cel się jasno i wyraźnie pokazał?
____________
* za podpalenie browaru odpowiadał podchorąży Wiktor Tylski.
** Aleksander Bocheński "Przemysł polski w dawnych wiekach"
*** Okrom browaru podpalono też dom pani Zalewskiej na ulicy Dzikiej, takoż nie wiedzieć mi dla jakiej przyczyny akurat ten i czemże spiskowcom owa jejmość przewiniła?
**** osobna to kwestia, że o tem spisku mało kto nie wiedział, a już tajne policyje z pewnością...

26 listopada, 2012

O tem, czem nieobecność na obiedzie grozi...


 Każdemu niemal, co szkół kończył wiedzieć, że się nam król Staś Jegomość w obcowaniu intelektualnem lubował okrutnie, a że ambicyj królina była niemałych to i moc obcego nam tu krzewił naśladownictwa, takoż i sam osobą własną umyślił był na kształt salonów paryskich literaturą się bawiących, własnego utworzyć salonu. Temuż i one spotkania czwartkowe, gdzie najznamienitszych upraszając, samojeden się za wyrocznię kulturalną nominował był, boć w czasach, gdzie literat jeden z drugim, jeszli sam z domu wielkim panem nie był, luboż majątku z urzędem czy godnością (najochotniej biskupią:)) związanego nie miał, to i często gęsto nie dojadał, ergo królewskie zaproszenie cenę swoją miało, osobliwie że kucharzył u Króla Jegomości słynny Imć Tremo, o którem żeśmy kapkę spominali ongi, wywiad Bikonta i Makłowicza dla "MW"cytując...* 
   Ano że się królowi nie odmawia to raz, że i kałdun pusty niepodłem jadłem napełnić sposobność to dwa, tertio że w czasie gdyśmy tu nijakich Goncourtów ni Noblów nie mieli, a pospólstwu za modą goniącemu nie miał kto ukazać, cóż czytać winno, obiady one niechybnie swej roli pełniły, bo biuletyna z nich edytowane sub titulo "Zabawy Przyjemne i Pożyteczne" ambitniejszy gmin czytywał i jako na marketingową wejrzeć tejże kwestyi stronę, nie od rzeczy było się tam znaleźć wymienionym... a jeszczeć jako się co celniejszego spłodziło (czyt.: co się więcej królowi podobało:), temuż i medal od monarchy łaskawego z podobizną własną i napisem "Merentibus"** na rewersie...
  Niechybnie obiady te się w liniję polityki króla i reformatorów wpisywały temuż nie miał co szukać na nich stolca swego, by i największy piórem się parający stronnik inszej opcji, przecie mię to właśnie ode maleńkości zajmowało, jakże się to króla zabiegi trwałemi okazały...
  Pewnie że edukacyja pokolenia mego, na czas jedynie słusznej linijej klasy pracującej miast i wsi przypadająca, ex definitione niejako nacelowana była szukaniem po dziejach jeno tych, co się za postępem, nie za wstecznictwem opowiedzieli, choć dziś już wiemy, że nie każdy krok w przód jest postępem, a nie każde cofnięcie wstecznictwem... Osobliwie jako się stoi nad przepaścią, luboż przy torach z nadjeżdżającym pociągiem...
   Aleć i przy tejże propagandzie dziwiło mię zawżdy, że wystawiano nam onych Krasickich, Naruszewiczów, Trembeckich, Bohomolców i inszych, jako wojujących z ciemnotą i wstecznictwem sarmatyzmu, niczem jakich aniołów z mocami ciemności nieogarnionemi, gdzie to się niczem znój syzyfowy nieledwie widziało wobec mocy dawności okrutnej, przecie nie pomnę bym ze szkół wyniósł bodaj jedno naźwisko kogo piórem walczącego PRZECIW onym reformom czasu stanisławowskiego....
  Jakże to zatem? Nie było tam nikogo? To z kimże tak "nasi" dzielni tak wojowali zajadle? Pewnie, że to zwyciezce historyję piszą, przecie nie do uwierzenia, żeby cały talent i wszelka pisania uroda się po tej jednej jeno, postępowi przychylnej zgromadziła stronie...  Ano lat zeszło niemało, zaczem żem pojął, że to po prawdzie choć i owi pośledniejsi wielce i na dowcipie, i na piórze, a i na umyśle nieraz, przecie nie w tem rzecz, czy to przy nich talent i racyja, jeno w tem, że owi Rzewuscy, Ogińscy, Bończa Tomaszewscy, Turscy, Kossakowscy, Suchorzewscy, Suchodolscy, Czetwertyńscy, Molscy, Moszczeńscy, Kosmowscy et consortes na one obiadki proszonemi nie byli, tandem przepadła o nich niemal ze szczętem memoryja wszelka...
  A co się obiadów samych tyczy... to już tamtego czasu tak o nich pisał Kajetan Węgierski, aluzyję czyniąc k'temu że najwięcej tam sam Staś rozprawiał z Naruszewiczem i Trembeckim:
   "A uczone obiady? Znasz to moze imię,
    Gdzie połowa nie gada, a połowa drzymie;
    W których Król wszystkie musi zastąpić ekspensa:
    Dowcipu, wiadomości i wina, i mięsa.":))
_____________
* Tradycyi tychże obiadów wskrzesił w Warszawie na krótko przed swą śmiercią biskup Jan Paweł Woronicz (zm.1829)
** łac. - Zasłużonym

24 listopada, 2012

O Bonapartowem stole refleksyj continuum...


Ano, pojeździłem sobie po Cesarzu, niczem po kobyle łysej, mieśćce mu na frontonie nad wejściem do chwast-foodów szykując, aliści tak po prawdzie to niezbyt to sprawiedliwe sądy były moje. Prawda to bowiem, że się nam Napolion nad jadłem nie rozwodził i gotów był zjeść byle co, byle chyżo, przecie nie sposób go w jednem rzędzie z temi, co się hamburgerami raczą, sadzać... Więcej nawet bym i rzekł: nie tyleż może jemu, ile medykusowi onegoż, Janowi Mikołajowi Corvisartowi zawdzięczać będziem nie tylko słynną onegoż metodę opukiwania i nazwę stacyi na szóstej linii metra paryskiego, ale też i niejakie prapoczątki zdrowego żywienia. Nawiasem to może tu i uprosim nawiedzającego nas Jegomości Doktora, zwącego się z uporem doprawdy godnym lepszej sprawy: Brunetem, by nam pojaśnił cóż to opukiwanie daje i przecz ono tak ważnem było?:)
  Ad rem zatem wracając: o ileż bowiem nie sposób było Napoleona przymusić, by o jakich ściśle określonych godzinach regularnie jadał, a kucharze, co czasem i dwudziestego kurczaka na rożen nadziewali, by mieć w pogotowiu gorącego, cosi by o tem rzec mogli, o tyle ów się cależ i przychylnem uchem okazał dla inszych Corvisartowych koncepcyj. Ów bowiem, zajadłem będąc nieprzyjacielem medykamentów nadmiaru (już go lubię:))), wrychle pojął, że dolegliwości cesarskich gros się z nieunormowanego trybu życia i nieracjonalnego żywienia bierze. Jakoż zatem wnikniemy w to, coż nam cesarz jadał, próżno nam tam leda jakiego mięsa,  zesmażonego na deskę i kapiącego od tłuszczu w bułę jaką wciśniętego szukać... Temuż i te moje chwast-foody się jeno względem tejże chyżości przy jadle wielce niepolitycznej z osobą Bonaparta kojarzyć winny... Inszem co Napoliona do jadła zdrowego przywiódł, był Imć Constantin François de Chassebœuf, comte de Volney, o którem wypada nam słów tu kilku więcej dodać. Ów się za młodu więcej polityką bawił, w Konstytuancie siedząc swoich pięciu palców do Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela dołożył, zasię wrychle potem popełnił "Katechmizm obywatelski", którem się mieli w życiu codziennem ludzie  wszelcy w Republice kierować. Zniechęciwszy się tem, do czego rewolucyjne zapały Francyję przywiedły, na Korsykę się udał, by tam się uprawie poświęcić, przy czem uparł się nieborak na temże jałowem i skalistem groncie kawy, bawełny i trzciny cukrowej hodować, by Francyję ode kolonii niezależną w tem względzie uczynić. 
  Szczęściem Napoleona i naszem, myśliciel był z niego lepszy niźli rolnik, temuż poznawszy się tam z Bonapartem młodym, okrutnie wiele mu z poglądów własnych zaszczepił. Jakoby sobie kto chciał ten trud zadać, by katechizmu Volneyowego przeczytać, wyrozumie wrychle, że tem się Napolion był i po żywota kres kierował. A w dziale, co nas tu dziś zajmuje najwięcej (rozdział "O wstrzemięźliwości"), pisał nam Volney, że u starożytnych nauka o dietetyce się między nauki o moralności liczyła, a za grzechy najzgubniejsze miał ów opilstwo i obżarstwo, przez które "umysł niepokojony przez wyziewy niestrawności nie jest w stanie formułować myśli czystych i jasnych, ociężałość zaś czyni ich niezdolnymi do efektywnej pracy"... Jak dalece się tem był Napoleon przejął niechaj zaświadczą wspominki jenerała Bertranda ze Świętej Heleny, gdzie miał się mu cesarz kiedy przyznać, że za młodu rozważał koncepcyję żywota uproszczenia przez opracowania trzech pryncypalnych i uniwersalnych dań obowiązujących dla wszytkich bez mała... Przyznam, żem wielce rad, że się był nam cesarz raczył od tego powstrzymać:))
  Co się wstrzemięźliwości w piciu tyczy, to bodaj nikt nigdy Napoleona nietrzeźwego nie widział...* Mnie w każdem razie nic nie wiedzieć o tem... Mamyż i po temu arcywyborne spomnienie naszego Chłapowskiego, co go był Bonapart jesienią 1806 obiadem przyjmował i "...wstał od stołu po kawie, pochwalił mnie, żem nie pił wina, pokazał na butelkę, że on zawsze pół butelki tego samego chambertin pije, ale dodał, że to złe przyzwyczajenie." Na inszem biegunie przyznać się godzi, że jednak dbał cesarz o to, by opojom niezrównanym jak choćby jenerał Bisson* nie zbrakło przy stole niczego...
   A co się chambertin przez Chłapowskiego spominanego tyczy, to miało ci ono historyję swą osobną. Napoleon bowiem owego burgunda z Chambertin pijał nie dlatego, iżby mu on jakosi nadzwyczajnie posmakował (nawiasem: jak niem kiedy marszałka Augerau uraczył, co się był na winach znał arcywybornie, ów indagowany względem walorów tegoż burgundczyka, skrzywił się jeno i rzekł ostrożnie: "Bywało lepiej":)), jeno że mu go medykus Corvisart i chemik Berthollet podsunęli jako tego, w którem najrychlej by smak zjadliwy jakiej trucizny mógł wyczuć. A dodać się godzi, że nie dość, że nie pijał go wiele, to jeszczeć i wodą rozcieńczał (Hospody Pomyłuj!!!!!), co już widno Chłapowskiemu umknęło...***
   Na Świętej Helenie mu przyszło w tem względzie gustów odmienić, i winem bordoskim się kontentować, co znów za podłość Angielczyków uważał, choć w tem akurat względzie racyja nie przy niem była. Lord Bathurst, minister brytyjski, coż tej zmiany był sprawcą, na winach znał się lepiej może jeszcze niźli Augerau i wiedział że napoleońskie chambertin się ku podróżom nadto długim nie nadaje i by cesarza octem siedmiu złodziei morzem wytrzęsionym nie raczyć, polecił wygnańcowi sprowadzać bordeaux...
   I na koniec może rzecz horrendalną rozgłoszę, tym osobliwie co nawyknieni, że imieniem cesarskiem się liczne gatunki brandy i koniaków zwie, a we Francyjej szynkarze lat dziesiątkami upewniali gości swoich, że jeno u nich ten gatunek dostać idzie, którego Bonapart umiłował najwięcej... Byłaż ci nawet o tem w telewizyi komedyjka zgrabna,  gdzie do Napoliona na Świętej Helenie (arcyzgrabna rola Imci Kowalewskiego) się szynkareczka prosta (Anna Seniuk, takoż znakomita:) przekradła, by go namówić na miana swego dla tronku przez męża pędzonego, użyczenie... Owoż Bonapart, tegoż trunku a i owszem... zużywał niemało... jeno, że on tego nie pijał, co mnie i nie dziwno, bo i ja tego nie przełknę bez przykrości... Jedyne do czego mu owa brandy konieczną była, to... po nieodłącznem rozcieńczeniu wodą, zębów w niej przepłukanie na wieczornej toalety pokończenie:))) Co wszelkim koniaków amatorom dedykuję...:)))
       Kłaniam nisko:)
___________________
* I przykro tu rzec o pisarzu naprawdę wielkim, aliści nie inaczej to się wpodle prawdy historycznej najduje, jako to, że Lew Tołstoj wystawując nam Napoliona w "Wojnie i pokoju" jako się przed Borodińską bataliją w namiocie ponczykiem raczył, zwyczajnie się jako łgarz i potwarca ukazał...
** "Zawsze dbałem" – spominał Napoleon – "aby mu przydzielono potrójną rację. To odważny i znakomity oficer. Na polu bitwy to Goliat, ale w mieście to prawdziwy Gargantua, któremu do sytego posiłku trzeba wołu". Ano i prawda... Bisson zazwyczaj z jednem śniadał adiutantem i do śniadania tego jak nic szło sześć do ośmiu wina flasz... Nawiasem, pytanie się rodzi o owo słynne zawołanie "Pijany jak Polak", czy nie szło po cesarskiem dworze bliżej naleźć godnego proverbium owego...
*** Napoleon nawet szampana rozcieńczał wodą...:(((