25 września, 2016

O inszych bohaterach szlaku dniestrowego...III

  Nim przecie do przygód dalszych Waleriana Dzieduszyckiego przejdziemy
godzi się za pamięć  5 Pułku Ułanów Zasławskich w rocznicę ich niebywałej
 zgoła pod Zasławiem szarży, która słusznie do legend jazdy naszej już przeszła...:))

 W nocie tegoż cyklu naszego dniestrowego poprzedniej (I, II,) ostawilim naszego Waleriana Dzieduszyckiego, jak pomyślnie porohy sforsował dniestrowe, ani się komarom zjeść dając, ani rzece potopić, aliści to przedsmak był dopiero turbacyj, które podróżników czekały. Wiele frasunku przysporzyła zaraza morowa, czyli epidemija choleryczna na obydwu dniestrowych brzegach rozpanoszona. Nawiasem tom nad tem rozmyszlając, że Dzieduszycki tak przecie akuratny i zawżdy ku wszystkiemu starającym się być asekurowanym, na toż nie miał ni medyka, ni medykamentów nijakich, w Opatrzności jeno Bożej ufność pokładając, to mi się niepodobieństwem widzi. Prędzej w to uwierzę, że ów o zarazie nie wiedział nic, ergo dowód to pośredni jak dzikie to okolice być musiały, skoro wieści o zdarzeniach tak przykrych roznieść nie było komu... Opatrzność jednak się wywiązała i nikt z podróżników nie uległ był chorobie, choć kwarantannami straszono...
   Aliści przeszkód najpryncypalniejszych przyszło mieć Imci Walerianowi od lokalnych wielkorządców tureckich. Obligiem bowiem było w Osmańskiem Imperium podróżnemu cudzoziemskiemu mieć stosownego paszportu fermanem zwanego. Obligiem kupcom inszym, nie zaś naszym, których rzeczy inaczej się miały...
    "My jednak, zafundowani na traktatach, najprzód żurawińskim*, potem karłowickim**, w których handel dniestrowy oraz Czarnego Morza jest nam jak najuroczyściej zabezpieczony, bez żadnego warunku wyjednywania przez handlujących takowych fermanów, nie chcieliśmy w tych początkowych handlu dniestrowego doświadczeniach, stanowić takowych prejudykatów"***
     Prawdę rzekłszy, to nie wiem zali Walerian był tu w prawie, choć się za będącego w niem uważał. Traktat karłowicki regulował te sprawy między Rzecząpospolitą a Turkami, ów zaś w 1785 wyruszał jako poddany austriacki i z ziem cesarzowi podległych... Mogli się Turczynowie tu chyba wykręcać, że go te traktaty nie tyczą, bo choć Austria była stroną traktatu w Karłowicach zawartego, przecie któż by wówczas na lat niemal sto przódzi same rozbiory przewidział, a jeszczeć i przy tem jakiż teren Austryi przypadnie...
    Ale dosyć tych rozważań jałowych! Dość rzec będzie, że pohańcy szkodzili Dzieduszyckiemu, jak umieli. Szczęściem ów przed w podróż wyruszeniem uwiadomił o swem zamiarze Szczęsnego Potockiego, który to targowiczanin przyszły naówczas komendę miał nad wojskami Rzeczypospolitej w województwach podolskim i bracławskim stojącemi, takoż i zapobiegliwie miał skrytego fermanu jednego, którego za jakiem zapewne bakszyszem niemałem miał wypisanego in blanco.
    Kajmakana w Dubassarach Dzieduszycki przełamał groźbą skargi do Istambułu samego, aliści Arslan pasza, pan na Benderach już tak lękliwy nie był... Fortalicyje po prawdzie w Benderach carski jenerał Panin lat kilkanaście przódzi z ziemią zrównał, ale by expedycyi zatrzymać dniestrowej starczała jedna harmata na brzegu stojąca... Przy tem Imć Walerian przecie nie na wojnę się wyprawiał, a na handel!
    Targ w targ, stanęło na tem, że pasza podróży dalszej zezwolił, aliści Dzieduszycki przyjąć musiał narzuconego mu umyślnego, który był w podróży dalszej oczami i uszami Arslana, a jeszcze ścierpieć musiał, że mu szkut przeszukano pod pozorem, że może broni i prochów dla wojsk rosyjskich wiezie.
      Cios jednak prawdziwy czekał w Tudorze, gdzie wyprawa 9 Iulii dobrnęła, a gdzie "kończy się Dniestr, a zaczyna wylew czyli odnoga morska Limanem zwana, około dwóch mil szerokości a półszósta długości mająca, nad którą po prawym brzegu leży Akierman". Pokazało się bowiem, że statek z Chersonu od Prota Potockiego przysłany, który miał dalszej po morzu poruczonej żeglugi ze zbożem, nie czekał, a odpłynął już do Oczakowa za sprawą załogi zarazą morową przelęknionej...
    Pokazało się też, że i za sprawą wiatrów fale od morza w Liman tłoczących, ani galary Protowe, ani szkuty bezpiecznie po Limanie pływać nie mogą, bowiem ich burty niziutkie falom nijaką nie były obroną. Jedynie owe kaiki dwa Walerianowe, przez spominanych szkutników z Anatolijej zdarzone, dzielnością swą morską oparły się fali. Po deliberacyjach niemałych uradzono płynąć jednak pomaleńku Limanem ku Akermanowi, jeno przy brzegu samem, by w razie nieszczęścia większej mieć do salwowania się sposobności.
   Akermanu, mieściny wielce starożytnej, Polacy najwięcej znają z nieśmiertelnych "Sonetów krymskich" wieszcza naszego, a i onemu jak mniemam miano jeno samo za egzotyki podkreślenie potrzebnem było. Ano i jeśli to prawda, to niejaka to i metafora losów tego grodu, któremu założenie Odessy wszelkich na rozwój odebrało prospektów. Mickiewicz bawił tam lat po Dzieduszyckim niemal trzydzieści, gdy już Odessa się miała niezgorzej, zatem rzec by można, że Imć Walerian nawiedził Akerman w szczycie onegoż prosperity... Ano to obaczmyż, jakoż ta prosperita wyglądała...
   "Miasto Akierman opisać dosyć będzie [...], gdy w samej rzeczy nie ma nic szczególnego, coby opisania czyniło to miasto godnym; wcale nie znać pośrodku miasta, że to jest port morski. Dla szczupłego tamże handlu nie masz żadnego kupca bogatego, ani nawet takowego, któryby na jeden raz 1000 florenów wyliczyć potrafił.**** Okręty wszystkie w tymże porcie są bardzo małe. [...] Akierman jest w takowym zakącie, że przywiezionych towarów tureckich tamże nie byłoby komu kupić, a stąd często trafia się, że przez tydzień cały cukru ani cytryny w całym mieście nie dostanie. Jest mieszkających kilkadziesiąt Greków, którzy bławatami handlują i szynkami wina zatrudniają się, ale ci są w tak wielkiem uciemiężeniu, a nawet w ustawnej bojaźni śmierci, przez swawolę i rozpustę Turków tamtejszych, iż ustawnie przy podanej okazji do Chersonu wynoszą się, a wszyscy pragną dostać się w panowanie moskiewskie. Mają cerkiew starą murowaną, opustoszałą, w której jednak nabożeństwa nie wolno im odprawiać[...] Żyda żadnego tamże nie masz."
   Co gorsza dla podróżników naszych, pasza Akermanu zarządzeń paszy na Benderach podważył i Dzieduszyckiemu przyszło krążyć między jednem a drugiem, pertraktując o dalszej podróży kondycyje. Póki co zaś, zboża nakazano w składy depozytem złożyć i najwidniej obaj dygnitarze niemałej mieli chrapki na profit z niego, bo niedogodności podróży dalszej wystawiając, przy tem morowem strasząc powietrzem i kwarantannami usiłowali oba pana Waleriana przymusić, by zboża tego za leda jaki grosz im przedał, a gdy skargą do sułtana straszył, owi onego straszyli aresztem-kwarantanną do zarazy wygaśnięcia... Tak jakby trzeba ich było jeszcze czem straszyć...
   "Wyprzątnięto dla nas stancyją, w której dwoma niedzielami pierwej wszyscy mieszkający co do nogi na powietrze (morowe - Wachm.) pomarli, o czym jednak dopiero 3-go dnia po przyjeździe naszym do Akiermanu dowiedzieliśmy się..."
   Mało kto by się może i nie ugiął w cyrkumstancyjach tak przykrych, przecie nie Dzieduszycki. Posłał umyślnych do Szczęsnego Potockiego, do komendanta Kamieńca jenerała Witta
***** , jeszczeć do konsula mołdawskiego, którzy z kolei sprawili interwencyi konsula rosyjskiego. Ten zaś, nie bawiąc się w ceregiele, zakomunikował paszy, że żąda "niezwłocznego wypuszczenia więźnia, gdyż konsul cesarzowej Wszech Rosji nie zwykł rekwizycyj swych powtarzać; jeśli więc obecne jego wstawienie się za poddanym sprzymierzonego państwa i chrześcijaninem skutku nie przyniesie, to będzie żądał w Stambule głośnego z samego baszy zadośćuczynienia..."
   Trudnoż się dziwić, że po dictum takowem uwolniono Imci Waleriana, który gdy zgodził statku do Stambułu, zboża plenipotentom poruczył, sam zaś lądem powrócił do włości swoich, z roku następnego początkiem wieści odebrawszy, że zboża z intratą niemałą w Stambule przedano tamecznemu cechowi piekarzów.
    Czemuż my tej wyprawie tak szczególnego przypisujemy znaczenia? Ano bo de Nassau rzeczy dokazał niemałej, przecie więcej w naukowem niźli handlowem sensie, a dzielność Dzieduszyckiego, co się Turczynów nie uląkł, przetarła drogi następcom onego. Docenił to i król jegomość Stanisław August nadając mu (obywatelowi państwa ościennego przecie!) w rok później orderu Św. Stanisława.
   Sam zaś pan Walerian na tem swej działalności pro publico bono czynionej nie zaprzestał, choć niemało i około spraw swoich majątków chodził, winnic urządzając, a i nawet jedwabnika hodować próbując. W Jaryszowie własnem okrom szkoły jeszcze i drukarni założył, wydatnie tem dzieło reformatorów wspomagając
****** . Poznawszy Kościuszkę wielce się z niem zaprzyjaźnił, co w czas insurekcyi tem zaowocowało, że nie dość że organizował transporty żywności dla wojska powstańczego, gotowizną wspierał to i synów obu do wojska posłał kościuszkowego. Po rozbiorze ostatnim był jednym z tych, co się rozpaczy nie poddali i w spiski się wdawszy tak tęgiej rozszerzył konspiracyi, że go powszechnie widziano naczelnikiem cywilnym powstania szykowanego.
    Austryjaki tego prześlepić nie prześlepiły, tak się tedy znalazł był pan Walerian pod kluczem w maju 1797 roku, a w śledztwie i po wyroku siedział w twierdzy aż do 1800 roku. Raz jeszcze go widzimy publicznie, jak powitawszy w 1809 roku wojsk polskich we Lwowie, zasiadał w tamecznych prowizoriach władzy cywilnej. Pomarł w roku 1832, jeszcze jednego zdążywszy powstania wesprzeć pieniędzmi i zbożem...
   Korci mię, by się ode Dniestru odstrychnąć i wieść tejże familiej dzieje, a przynajmniej kilku najcelniejszych jej wystawić przedstawicieli, jako Juliusz Dzieduszycki, Waleriana bratanek stryjeczny, co do Arabijej za końmi jeździł i po prawdzie to wszystkie dzisiejsze w Polszcze araby, ze stadniną przesławną (choć ostatnio więcej osławioną niźli sławną:((...) w Janowie Podlaskim na czele, od tych przezeń przywiezionych się wzięły... Ach, cóż to był za pan wspaniały!:) Któż by inszy miał (może okrom Wieniawy:)) fantazyi tak górnej, by koniom urządzić stajni w marmurach i lustrach, pawimenta tam dywanami perskiemi ścielić, na których sam się po obiedzie sutem Imć Dzieduszycki wykładał na sjestę, w czas której leżąc i fajki ćmiąc, w głos swoim klaczkom i ogierom czytywał ody Horacego... :)
    Dziw może komu, że do pana tak pysznie fantazyjnego i do stadniny tak cudnej malarz znamienity, Juliusz Kossak, jak "wpadł" na dni kilka z wizytą, tak wyjechał po... latach pięciu?:) Ale dosyć póki co z dygresyjami o Dzieduszyckich, osobliwie, że jeszcze jak o Wojciechu pisać pocznę, to już temu końca nie będzie...:) Pokończmyż, póki co, nasze z Dniestrem handlowe i spławne mitręgi...
   Na jedno jeszcze tło szersze podróży Dzieduszyckiego bym wskazać pragnął. Owóż mówimy o roku 1785 i 1786, zaś w 1783 po latach roboty kilkunastu pokończył był Kazimierz Ogiński kanału, co Niemen poprzez Szczarę i Jasiołdę połączył z Dnieprem, ergo dał możność towarów i ludzi transportu z dorzecza Morza Bałtyckiego w dorzecze Morza Czarnego! Od 1775, za staraniem samego króla jegomości poczęto budowy Kanału Królewskiego, który koniec końców dopieroż w 1848 złączył Dniepr poprzez Pinę i Prypeć z Bugiem. W 1774 roku pokończono budowy Kanału Bydgoskiego, co złączył Odrę z Wisłą poprzez Noteć i Brdę. Kanału Augustowskiego, co złączyć miał Wisłę z Niemnem poprzez Narew pobudowano po prawdzie lat później parę dziesiątków, aliści plany tegoż najpierwsze się w tej właśnie rodziły epoce... Zaiste okrutnie by trzeba mieć dużo woli złej, by w tem zrębów zamysłu ogólniejszego nie dojrzeć wyprowadzenia handlu polskiego z niemocy zaborem Gdańska sprawionej! I w temże kontekście upraszam na wyprawy de Nassau i Dzieduszyckiego baczyć...
    W ośmnastym stuleciu tych śmiałków-naśladowców już nadto dużo nie było, choć i między niemi warto odnotować arcyosobliwej wyprawy Marianny z Ossolińskich Mniszchowej, żony chorążego wielkiego koronnego, która nie handlu miała na celu, a jakobyśmy to dziś rzekli; rekreacyi czystej... Jaśnie Wielmożna Pani chorążyna przyjaciółek swoich zebrawszy ruszyła Dniestrem i nie oparła się aż w Stambule, po drodze tęgo w muzykantów, spyżę i namioty opatrzona, co i rusz przystając na biesiady i tańcowanie...:)
    Wiemyż i o tem, że jacy kupczykowie zboże spławiali dla rosyjskiego korpusu pod Oczakowem stojącego, w tem jeden z tych transportów zimą z 1789 na 1790 utknął w zmarzłej rzece i wiosny czekał, by dalej móc ruszyć. Niejakiego renesansu ta żegluga doczekała po 1804 roku za sprawą kupca lwowskiego Franciszka Bauera, który do tradycyj Dzieduszyckiego nawrócił a i w prasie za tegoż szlaku podniesieniem nagardłował niemało... Polityka znów na zawadzie stanęła, a i kapitału niedostatek i do podróży następnych, w tem Artura Gołuchowskiego (brata Agenora, późniejszego c.k. namiestnika Galicyi), zasię Antoniego Mysłowskiego przyszło w latach czterdziestych dopiero XIX stulecia.
    W lat sto po Imci Walerianowej podróży powstało "Towarzystwo Żeglugi Parowej na Dniestrze", które o dotacyje w Sejmie Krajowem (galicyjskiem) starając się, w suplice swojej właśnie na dokonania Dzieduszyckiego sielnie się powoływało, ale że z tego znów nic nie wyszło, tedy za motto do całych tych dziejów żeglugi niechaj posłużą słowa A.Janowskiego, który przed samą jeszcze wojną światową, co jeszcze numeru nie miała
*******  ze smutkiem konstatował, że się od podróży de Nassau'a i Dzieduszyckiego nic niemal nie zmieniło, a co ja dziś jeszcze w lat później kolejnych niemal sto powtórzę: "duch nad brzegiem Dniestru unosi się ten sam obojętny, podejrzliwy, hamujący wszelkie przejawy życia"...
_____________________________________
* z 1676 zawarty po bezskutecznym oblężeniu obozu wojsk Sobieskiego.
** z 1699 kończący wojny Rzeczypospolitej z Turcją, rozpoczęte odsieczą wiedeńską.
*** precedensów. Cytat jak i inne ze wspominanej już w notach poprzednich "Kroniki domowej Dzieduszyckich..."
****nawiasem słowa te to przyczynek wielce interesujący do pomiarkowania do jakiej skali interesów był nawykł Imć Walerian Dzieduszycki. Ale że to Prota Potockiego bliski, tedy mniemam, że się rzeczy oczywistemi staną, jako o Procie Potockim popiszę.
***** tego od "pięknej Bitynki":)

******  spomnieć się godzi, że i sam pióra się nie lękał, a okrom spominanych w "Kronice domowej Dzieduszyckich..." fragmentów jakich spomnień mamyż zachowanych cależ poważnych publikacyj, które o niem jako o gospodarzu całą gębą świadczą:
"O Meiszwermerach czyli ogrzewaczach roboty gorzelnianej"("Pamiętnik Lwowski" 1818 z.6), "O ulach podwójnych" ("Pamiętnik Lwowski 1819 z.10, toż samo w "Pszczole Polskiej"1820 nr 10)

******* "Żegluga po Dniestrze" w "Ziemia" 1914 nr 32, 33,34 i 36-43



                                   ................



Noty cokolwiek pokrewne:

22 komentarze:

  1. Od jakiegoś czasu (pamięć, panie, nie ta) obawiam się głos zabrać, żeby nie zarobić upomnienia, że przecież sześć lat temu coś już na dany temat u Ciebie czytałem i powinienem zapamiętać. Pamiętałem przecie o braku cytryn. Tym bardziej, ze wciąż we mnie tkwi własne wspomnienie, jak to przez pół życia cytryny oglądałem jedynie na obrazku, bo władza usiłowała mnie przekonać, że ryba bez cytryny jest równie smaczna, pożywna i tania.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo też i w rzeczy samej nota ta (podobnie jak i poprzednia) jest nieco zmodyfikowaną wersją not sprzed lat sześciu, ze starego jeszcze bloga... I owszem, ja też pamiętam wybornie, jak Tobą wówczas wieść o narzekaniach Dzieduszyckiego na parodniowy brak cytryn w dotkniętym zarazą Akermanie, wstrząsnęła...:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
    2. Już sam nie wiem czy brak cytryn gorszy czy nieurodzaj budyniu?!
      Na cholerę wtedy chyba żaden medyk nic poradzić nie mógł? Dużo później wszak jedynie kwarantanną się ratowano i kordonem sanitarnym. Nie wiem czy wiedziano wtedy, że choroba przenosi się wraz z zakażoną wodą?

      Usuń
    3. Zależy jak komu i to tak naprawdę do Cytrynowej pytanie, co Onej ścierpieć łacniej, bo zdaje się, że bez budyniu nijak, a znów jakaż to Cytrynowa bez cytryn... Moja zaś odpowiedź jest prosta jako konstrukcja cepa: skoro bez cytryn nie można myśleć o Jogurcie Wachmistrza, no to jak żyć, Panie Dreptak, jak żyć?
      Kłaniam nisko:)
      P.S. Co do cholery, to rzecz w sumie jak wziąć na zdrowy rozum, to sprowadza się do potwornej, odwadniającej i nieustającej biegunki... Gdyby komuś starczyło odwagi i odpowiednio się zabezpieczywszy, pielęgnował chorego, dbając o onego nawodnienie, to nawet niekoniecznie myjąc go co chwila, powinien tem sposobem sprawić, by przynajmniej silniejsze organizmy chorobę przetrzymały... A wiemy, że przypadki przeżycia były ekstremalnie rzadkie i liczone w kategoriach cudów, właśnie dlatego, że na pierwsze hasło "cholera" otoczenie chorego w zdecydowanej większości brało nogi za pas (znakomicie roznosząc chorobę, jeśli już i samo było zainfekowane) i chorym się niemal nie zajmowano, chyba że za takowe uznać pochówek...:((
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
    4. Niejaka Cytrynowa to, zdaje się, ma do siebie, że cierpieć zanadto nie lubi, więc jeśli tylko może, możliwie niedoloryczną drepta sobie ścieżynką, pilnie bacząc, jeśli i budyniu, i cytryn nie staje, gdzie tygrys jaki, a gdzie ananas... Co zaś się tyczy meritum, podobno już wtedy o dość licznych wiadomo było przypadkach medyków, którzy najwięcej z chorymi mając styczności, zarażali się wcale niekoniecznie. - A dlaczego? - pytano. - A dlatego - brzmiała odpowiedź - że na miazmaty się żadne nie napatoczyli, jakkolwiek rozumiane, oraz, niejako z definicji czy konieczności, mocnej, albo wręcz mocniejszej będąc konstrukcji - również moralnej - niż ogół, trudniej ulegali cholerycznemu zepsuciu.

      Usuń
    5. Może być też, że i trunkowymi będąc, pijali nie wodę zarazić mogącą...:)
      Kłaniam nisko, wielce rad z niedolorycznej ścieżyny imienia Cytrynowej:)

      Usuń
    6. Pewnie tego nie czytali:
      https://en.wikipedia.org/wiki/Cholera#/media/File:Cholera_395.1.jpg.
      I jednak te nogi za ten pas to nie całkiem brali i nie wszyscy:
      https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Pedro_II_of_Brazil_and_ministers_of_state.JPG.
      Na załączonym obrazku jest rok 1855, gdy Koch był jeszcze pacholęciem.
      A to dlatego, że nie wiem, jak lud prosty, ale takie bardziej wykształciuchy jeszcze w połowie XIX wieku cholerę miały za straszną wprawdzie chorobę, jednak nie bardzo udzielającą, a nawet wcale, co nie tylko wspomniany przykład medyków potwierdzał, lecz i liczne inne - wszak nie raz i nie dwa z jakiegoś miejsca, gdzie szalała, przenoszono i chorych, i zdrowych, z takim skutkiem, że chorzy najczęściej, co prawda, umierali, ale nowych zachorowań nie było.
      I naprawdę uważano, że porządnemu człowiekowi na cholerę zachorować trudno, chyba że gdzieś go dopadną miazmaty (innej wszakże będące natury niż morowe powietrze), chociaż nawet wtedy jeśli wielkiego był ducha, cnót wielu i mężny, najgorzej to nie rokowało.

      Usuń
    7. Roku tegoż samego, nie kto inszy, jako nasz Mićkiewicz w dalekiem Stambule ducha był oddał, za tejże właśnie samej choroby ponoć sprawą... Choć, że jego nie odbieżano, to mniemam za nagłości tegoż zejścia sprawą, nagłości dla której też i insze domniemywano zgonu przyczyny...
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  2. Na razie nie na temat: Rosyjska Orkiestra Rogów TU była: http://czytacnieczytac.bloog.pl/id,332080794,title,Szalone-Dni-Muzyki-2012,index.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z serca WMPani dziękuję:)To przytoczone "Ave Maria" daje jakieś pojęcie i o tem, jak to cudnie na tem muzyka płynie, ale i o tem, jak to kaducznie niepraktyczny instrument:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  3. W 1963 roku Twierdza w Białogrodzie nad Dniestrem trafia na listę zabytków architektury o charakterze państwowym. Obecnie w Akermanie Mickiewicz nie wpłynąłby na suchego przestwór oceanu, stepu oczywiście już nie ma, bo w tym miejscu pola uprawne oraz dookoła nowe miasta i wioski.
    Serdeczności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaś samo miasto najwięcej jest z... koparek słynne:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  4. No proszę, turystka się znalazła.:))) Też bym chciała sobie popływać po takiej wodzie.:)))
    Przy żółtej kropeczce rozmarzyła mnie jedna z ulubionych melodii...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli tak, jak pani chorążyna Mniszchowa, to jeszcze trochę służby i gotowizny by się zdało mieć na eskapadę podobną...:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  5. A teraz merytorycznie... może ;-) Popłynęłam Dniestrem (kursorem po ekranie) z poprzednią notką do samiutkiego morza. Od zakrętów zakręciło mi się w głowie. Faktycznie, gdzieniegdzie można by przekopać drogę na skróty. Teraz z całej opowieści wynika w zasadzie wielki pean na cześć prekursorstwa Dzieduszyckiego, co to go żadne przeciwności losu powstrzymać nie mogły. Otworzyłam kropeczki i stamtąd meandrując za pewnymi melodiami (skąd w jednym filmiku jako tło muzyka na fletni Pana???) dotarłam tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=oTA7EoI6qp0
    No i nie wyszło merytorycznie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż mi rzec...? Lubię śląskie klimaty, a i piosnka nostalgiczna wielce, ale ciężko mi się wrażeniu oprzeć, że to jednak jakieś na pokaz śpiewanie i granie...
      Co do Dniestru i Dzieduszyckiego, to właśnie te noty i z mojego (wirtualnego niestety) ową rzeką, owemi stronami i tamtą peregrynacyją zauroczenia...
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  6. Czytałem kiedyś o takim zestawieniu, w jakich wiekach o ile byliśmy zapóźnieni w stosunku do państw zachodnich. Wyszło na to, że jak byliśmy superniepodlegli, to ta różnica była największa, najmniejsza była podczas wszelkich okupacji i zaborów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przeraża mnie sam sposób takiego myślenia, który a'priori uznaje za zapóźnienie "niepójście" tą samą drogą uprzemysławiania kraju za wszelką cenę... To, że ktoś cały czas idzie szybciej od kogoś drugiego nie od razu musi oznaczać, że w dobrym kierunku i że innych dróg i alternatyw już nie ma. Poza tym nie bardzo rozumiem, jak i na bazie czego można takie zestawienie zrobić, jeśli przyjąć, że np. w czasie zaborów wszelkie wpływy z podatków i wypracowane PKB szło do kieszeni i na pożytek zaborców, a nie nasz. W czasie konferencji pokojowej w Paryżu nasza delegacja walcząc między innymi o podział dawnej kajzerowskiej i c.k. floty, wykazała, że to było tak w przypadku jednego, jak i drugiego cesarstwa co najmniej 10 procent przychodów obu monarchii, zatem należało nam się jak chłopu ziemia przynajmniej te 10 procent ich flot, a dostaliśmy ochłapy... Sam dobrze wiesz, że w ewakuacji 1915 roku Rosjanie wywieźli z Kongresówki WSZYSTKO, co się wywieźć dało i że z tego nie wróciło do nas już nic! Więc jeśli na progu niepodległości w 1918 roku jesteśmy nie tyle zapóźnieni, co rozgrabieni i trzeba to wszystko od nowa odbudowywać na koszt własny, to trudno, żeby nie powiększały się różnice między nami a krajami, które z tej wojny wyszły w sensie gospodarczym bardziej szczęśliwymi... Tylko, że rozprawianie o tym w kategoriach jakiejś domyślnej naszej winy tego zapóźnienia jest dla mnie po trosze demagogią, a po trosze manipulacją w sferze świadomości narodowej! Ja bardzo proszę, żeby nam mocarstwa i kraje ościenne oddały z odsetkami to, co nam zrabowano i zabrano w dobie "Potopu", wojny północnej, wojny siedmioletniej, w czasie rozbiorów i obu wojen światowych, a potem odszkodowanie za nakazowo-rozdzielczą i nastawioną militarystycznie(a planowaną de facto z Moskwy) gospodarkę peerelowską i jak te wszystkie odzyskane i rewindykowane należności mądrze czy nawet i mniej mądrze, ale samodzielnie zainwestujemy w rozwój kraju, to możemy wtedy porównywać, w którym miejscu wobec innych gospodarek jesteśmy...
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  7. Panie Wachmistrzu!
    Notka o wyprawie Dzieduszyckiego wielce pouczająca dla mnie, bowiem nakazała zerknąć na warunki pokoju w Kuczuk Kajmardżi,( 1774) a potem intryg Turcji oraz Rosji w kwestii Krymu, co skutkowało wymuszeniem na Porcie traktatu w Ainali Kawak ( 1779), a potem kolejnego ( 1784).Tu swoją rolę odegrała Francja, nakłaniająca Turcję do ustępstw, a także Wiedeń, który zawiódł na całej linii, wszak Stambuł liczył na jej osłonę przed ekspansją carycy Katarzyny. Co prawda Rzeczpospolita zawarła z Rosją traktat handlowy ( 1784) uruchamiając konsulat w Chersoniu, licząc na aktywizację Kresów, ale pamiętać trzeba, że Potiomkin odkupił od Lubomirskich latyfundium śmilańskie. Zatem czarnomorska polityka faworyta carycy zmierzała do jego suwerenności nad Morzem Czarnym. Rosji marzyło się wskrzeszenie cesarstwa bizantyjskiego, a pomostem miało być księstwo dackie ( Mołdawia i Wołoszczyzna), gdzie miał władać Potiomkin. Kiedy Rosja doprowadziła do układu georgijewskiego ( z Kaukazem ), Turcja zasadnie zaczęła się obawiać, że zostanie usunięta z Europy, stąd w sierpniu 1787 wypowiedziała wojnę Rosji, po spotkaniu Józefa II Habsburga z Katarzyną w Chersoniu ( wiosna 1787).
    z wyrazami uszanowania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za tych późniejszych traktatów i mniej znanych przypomnienie wielkie Waszej Miłości dzięki, bo choć o traktacie w Küczük Kajnardży zawartem (podobnie zresztą jak i o Potiomkinowych aspiracyjach) żeśmy w części VI naszego o "Denassowie" cyklu pisali, to przecie nie o owych traktatach pozostałych...
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  8. Panie Wachmistrzu!
    Ze wstydem przyznaję, że umknęło mi święto ułanów zasławskich. Ze wstydem wyznaję, że nie powinno tak się stać, albowiem to dzień urodzin córki, o których nie zapomniałem. Ale kiedy przeczytałem, iż tak ważny dla ułańskiej braci dzień nawiedził swoją obecnością wiadomo kto, bałakając o odejściu na kolejny krąg, to i nie dziwię się milczeniu na portalu.
    z wyrazami uszanowania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie sądzę, by to miał być aż do wstydu powód:) Zdecydowanej większości populacji ludzkiej na świecie też to święto umyka i jakoś trzeba z tym żyć...:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń

Być może zdaje Ci się, Czytelniku Miły, że nic nie masz do powiedzenia aż tak ważkiego, czy mądrego, by psuć wzrok i męczyć klawisze... W takiem razie pozostaje mi się tylko z Tobą zgodzić: zdaje Ci się...:)