Parokroć tu i na swoich łamach Vulpian Jegomość spominał historyjki o tem, jako król francuski wielmoży przyzwał jednego, tenże mu zaś miał odesłać supliki, by onemu odpuścił, bo właśnie jest po kąpieli, co król miał przyjąć ze zrozumieniem i nawet nakazać, by w takim razie dochodził do siebie i zważał na siebie, za nic póki co mając królewskie przyzwanie.
Opowiedzmyż zatem jako to było ab ovo...
W rzeczy samej, Roku Pańskiego 1610 był przyzwał Henryk IV ku sobie Sully'ego, bo to o niego szło, a był ci on naówczas królewskim od grosiwa ministrem, tandem miarkujecie, że najpryncypalniejszym. Weźmyż jeszcze, że szło o preregrynacyją z jednego paryskiego pałacu do wtórego, bo Wersalu nawet i w planach być nie mogło, skoro i jego twórcy, Ludwika XIV, Henrykowego wnusia takoż przecie na świecie nie było.
Posłaniec królewski iście ministra był zastał w kąpieli, przecie ten iście gotów był wraz ruszać na wezwanie monarsze, przecie służba wraz w szloch, by życia nie narażał a i sam posłaniec, powagą cyrkumstancyj poruszony, przedkładał, że król niechybnie zdrowie ministra za cenniejsze mieć będzie, niźli ryzyko tak wielgie. Czem rychlej więc nazad ku Henrykowi pospieszył i rzeczy wyłożył, zasię król medyka zawezwał, by się z niem naradzić i w pochopie nijakich nie podejmować decyzyj.
Lekarz królewski kategorycznie orzekł, że Sully dobrych jeszcze dni kilka będzie nadto osłabionym, by się na azard wypuszczać podróży, tandem król będąc jednak w porady potrzebie, mądrość okazał i wyrozumiałość i ministrowi przekazano: "Panie, król nakazuje abyś dokończył kąpieli i zabrania dziś wychodzić, gdyż pan du Laurens zapewniał go, iż mogłoby to zaszkodzić pańskiemu zdrowiu. Rozkazuje panu oczekiwać go jutro w nocnej odzieży, sznurowanych bucikach czy domowych pantoflach i szlafmycy, aby nie inkomodować pana po ostatniej kąpieli."
Jakoście się już, Mili Moi, naśmieli z tej opowiastki, pora nam tegoż wszytkiego w realiach osadzić epoki, byście pomiarkowali w czym rzecz, a na własne obecne lęki wejrzawszy, wierę, że inszemi oczami na przodków obyczaje pojrzycie...
Owoż w czas największej dopotąd w dziejach naszych zarazy, czyli dżumy, co Roku Pańskiego 1348 spadła na Europę, król tamtocześny francuski, Filip VI nakazał był medykom sorbońskim rzeczy zgłębić i przyczyny plagi tak strasznej dociec. Ci, ma się rozumieć, sprawili się akuratnie i wszytkim zainteresowanym się wraz stało wiadomem, że powodem spustoszenia krajów europejskich fatalna była koniunkcja Saturna, Jowisza i Marsa, za sprawą której z ziemie i wód szkodne wyszły miazmaty i zatruły powietrze. Pewno, że przeciw czemuś takiemu nie było sposobu, przecie uczeni wskazali, że najwięcej na zarazę podatni byli ludzie chutliwi i grzeszni, w piciu i jedzeniu nieumiarkowani, co zwyczajną było medyków i kapłanów wszelkich gadką od czasów już starożytnych.
Sorbońscy mędrkowie dodali jednak do tegoż złowróżbnego zestawu jeszczeć i jednego czynnika: gorące kąpiele, nadmiernie rozpulchniające ciało i otwierające pory w skórze, któremi owe szkodne miazmaty łacno przedostawać się mogą. Od tegoż czasu za każdym zarazy nawrotem zamykano miejskie łaźnie, pierwotkiem we Francyi, zasię i w krajach inszych, a kąpiel, osobliwie w wodzie ciepłej postrzegać poczęto tak, jako my dziś pewnie byśmy widzieli spacer po gzymsie trzydziestego piętra, luboż znaną i lubianą zabawę z rewolwerem i jedną kulą w bębenku. Ma się rozumieć, że nauka ocaliła w ten sposób miliony istnień ludzkich i położyła podstawy pod przemysł perfumeryjny, bo czymś przecie ten odór trza było maskować, a następne parę stuleci Europa zapamięta jako tyranię brudu i smrodu. A i sam tu przywołany władca, przódzi hugenot zapamiętały, cudem ocalały z rzezi w noc św.Bartłomieja, autor słów znamiennych, że Paryż wart jest mszy i małżonek osławionej królowej Margot, był człekiem w tych sprawach tak wstrzemięźliwym, że słynna rozpustnica ścierpieć jego smrodu w łożu nie mogła...
Blog staropolski. Różności historyczne, facecje i refleksyje, spominki i przypowieści oraz czasem i komentarze rzeczywistości dzisiejszej...
16 marca, 2020
13 marca, 2020
O zewnętrznych formach emigracji wewnętrznej, Panzerwaflach i humorze wisielczym
Wachmistrz już czas niejaki temu wybrał się był na emigrację, z tym że dotychczas sądził, że wewnętrzną i w niejakim odosobnieniu od narodu, który przestał rozumieć i najpewniej też i z niem współczuć. Pokazało się jednak, że nie docenił chichoczącej Ironii Losu, która uznała, że pora tejże emigracyi nadać i znamiona zewnętrzne w postaci odizolowania się od inszych współplemieńców*, niejako na podobieństwo eremitów żyjących niepodlegle po samotniach swoich. Co ciekawe, za sprawą odgórnych ukazów, pozostali współplemieńcy też winni się odosobnić i nie stykać jedni z drugimi, zatem i oni zostali przymuszeni do emigracji... no i właśnie, tu mi się pojawia niejaki problem natury onomastycznej wielu z nich się tyczący, bo czy można mówić o emigracji wewnętrznej osobników owegoż wnętrza pozbawionych? A nawet, trywializując cokolwiek, żyjących dotychczas wyłącznie zewnętrznie, właśnie poprzez uzewnętrznianie swoich potrzeb i zaspokajanie ich, również możliwie najbardziej publicznie ?
Analogia do eremitów również, po chwilowym przemyśleniu, nie wydała mi się trafną, ci bowiem przeważnie pościli długo i namiętnie, a nieraz i zwyczajnie głodowali, a tu jeśli wejrzeć na stosy wywożonych na wózkach sklepowych wiktuałów mających być tegoż samotniczego żywota podstawą, to imaginacyja mi bardziej podsuwa konterfekt pączka na maśle, niźli pustelnika z zapadniętymi bokami. Po prawdzie znów godzi się przyznać, żem i ja był tej uległ panice i podążyłem zapasów zgromadzić... I tu jednak okazałem się znów być odosobnionym, bo zawartość koszyków innym raczej szeleściła i chrzęściła, a moja się okazała być jakby więcej brzękającą. Osłupiałem kasjerce przetłomaczyłem, że przecie zalecenie było by się zaopatrzyć na dwa najmarniej tygodnie, co właśnie czynię. Nieco gorzej poszło mi z Panią_Wachmistrzowego_Serca, która wprawdzie pochwaliła skrupulatne pilnowanie się bariery 60%, acz już nie doszliśmy do zgody względem onegoż sposobu spożytkowania... :( No i też pokazało się, że zupełnie inaczej sobie te zapasy na dwa tygodnie wyobrażała...:(
Cóż było czynić? Pokwapiłem się do owego przybytku szatana, marketem zwanego, ponownie, aliści, że półek pustych w domostwie dostatek, tom się nie zdecydował na to, by ich jeszcze z owego marketu do dom zwozić. Jednem z niewielu, co się pofortunniło nabyć były produkty chlebopodobne, które siła czasu strzymać poradzą bez krzywdy dla siebie**, a które przodkowie nasi sucharami zwali, zaś moi towarzysze broni z wojskowej mej młodości, wielekroć celniej: Panzerwaflami...
Nic to, jak mawiał mały rycerz, zawszeć jeszcze ostaje górska moja sadyba, cokolwiek od świata odległa, przez co może i co więcej bezpieczna, a tam co zawszeć było lekcej pomiędzy sąsiady o jaje, kuraka, a jakby dobrze poszukał to i co większego. Towar na handel wymienny dzięki zakupom pierwszym już mam, to i kto wie, czy zaprzęgać nie pora?
Są w historii przykłady, że i przymusowego odosobnienia mogą jakie arcydzieła się zrodzić, że Decamerona spomnieć sobie pozwolę, choć nie sądzę by nadchodzący czas zaowocował czymś takim, czy bodaj perełką w rodzaju "Miłości w czasach zarazy". Już raczej przyjdzie nam podziwiać panoptikum głupoty ludzkiej, a w najlepszym razie dzieła ulotnochwilne na discopolową nutę w rodzaju:
"O już mnie trzepią dreszcze,
już cię, Hela, nie popieszczę..."
Mam choć nadzieję, że ludzkość przechowa jednak i parę choć zachowań ludzi z klasą, którzy odchodząc pozwolili sobie nawet i na żarcik jaki, w rodzaju Tomasza Morusa, który prosząc kata o pomoc w wejściu na chyboczący się szafot, z uśmiechem zapewnił go, że z powrotem już go nie będzie fatygował. Luboż przepomnianego w memoryi mej miana Żydowin jeden, wychudzony okrutnie, a w czasie wojennym skrywany, pochwycony przez gestapo, co do struchlałych gospodarzy zażartował, by go nie winowali, jako się mydło z niego kiepsko mydlić będzie...
_______________________________
* - mam niejaki kłopot z nazywaniem ich en masse bliźnimi.
** - bo jeśli idzie o spożywających, osobliwie zaś o ich zęby, to to już całkiem insza historia.
Analogia do eremitów również, po chwilowym przemyśleniu, nie wydała mi się trafną, ci bowiem przeważnie pościli długo i namiętnie, a nieraz i zwyczajnie głodowali, a tu jeśli wejrzeć na stosy wywożonych na wózkach sklepowych wiktuałów mających być tegoż samotniczego żywota podstawą, to imaginacyja mi bardziej podsuwa konterfekt pączka na maśle, niźli pustelnika z zapadniętymi bokami. Po prawdzie znów godzi się przyznać, żem i ja był tej uległ panice i podążyłem zapasów zgromadzić... I tu jednak okazałem się znów być odosobnionym, bo zawartość koszyków innym raczej szeleściła i chrzęściła, a moja się okazała być jakby więcej brzękającą. Osłupiałem kasjerce przetłomaczyłem, że przecie zalecenie było by się zaopatrzyć na dwa najmarniej tygodnie, co właśnie czynię. Nieco gorzej poszło mi z Panią_Wachmistrzowego_Serca, która wprawdzie pochwaliła skrupulatne pilnowanie się bariery 60%, acz już nie doszliśmy do zgody względem onegoż sposobu spożytkowania... :( No i też pokazało się, że zupełnie inaczej sobie te zapasy na dwa tygodnie wyobrażała...:(
Cóż było czynić? Pokwapiłem się do owego przybytku szatana, marketem zwanego, ponownie, aliści, że półek pustych w domostwie dostatek, tom się nie zdecydował na to, by ich jeszcze z owego marketu do dom zwozić. Jednem z niewielu, co się pofortunniło nabyć były produkty chlebopodobne, które siła czasu strzymać poradzą bez krzywdy dla siebie**, a które przodkowie nasi sucharami zwali, zaś moi towarzysze broni z wojskowej mej młodości, wielekroć celniej: Panzerwaflami...
Nic to, jak mawiał mały rycerz, zawszeć jeszcze ostaje górska moja sadyba, cokolwiek od świata odległa, przez co może i co więcej bezpieczna, a tam co zawszeć było lekcej pomiędzy sąsiady o jaje, kuraka, a jakby dobrze poszukał to i co większego. Towar na handel wymienny dzięki zakupom pierwszym już mam, to i kto wie, czy zaprzęgać nie pora?
Są w historii przykłady, że i przymusowego odosobnienia mogą jakie arcydzieła się zrodzić, że Decamerona spomnieć sobie pozwolę, choć nie sądzę by nadchodzący czas zaowocował czymś takim, czy bodaj perełką w rodzaju "Miłości w czasach zarazy". Już raczej przyjdzie nam podziwiać panoptikum głupoty ludzkiej, a w najlepszym razie dzieła ulotnochwilne na discopolową nutę w rodzaju:
"O już mnie trzepią dreszcze,
już cię, Hela, nie popieszczę..."
Mam choć nadzieję, że ludzkość przechowa jednak i parę choć zachowań ludzi z klasą, którzy odchodząc pozwolili sobie nawet i na żarcik jaki, w rodzaju Tomasza Morusa, który prosząc kata o pomoc w wejściu na chyboczący się szafot, z uśmiechem zapewnił go, że z powrotem już go nie będzie fatygował. Luboż przepomnianego w memoryi mej miana Żydowin jeden, wychudzony okrutnie, a w czasie wojennym skrywany, pochwycony przez gestapo, co do struchlałych gospodarzy zażartował, by go nie winowali, jako się mydło z niego kiepsko mydlić będzie...
* - mam niejaki kłopot z nazywaniem ich en masse bliźnimi.
** - bo jeśli idzie o spożywających, osobliwie zaś o ich zęby, to to już całkiem insza historia.
01 lutego, 2020
Ciąg dalszy prospektów z ulicy Przyszłości i nie tylko...
Być może Lectorowie Mili snadniej pomiarkują nastrój, który mi towarzyszył względem widoku w nocie ostatniej wystawionego, gdy inszego fragmentum tejże uliczki ukażę:
Co zaś się tyczy metaforyczności niektórych prospektów, to jeszcze się jednym z Wami podzielę. Ten znów z alei miasta mego prawdziwie pryncypalnej, co się Mogilską zwie:
30 stycznia, 2020
Cokolwiek metaforycznie...
Tegoż widoczku szłoby zatytułować "Ulica się skończyła", co by też i prawdą było, bo choć i przódzi tam asfaltu ni bruku nie uświadczył, to choć czem na kołach czterech jeszcze dojechać szło, a odtąd już tylko konik pozostał niezawodny... Choć to na mapach i planach wszelkich wciąż jako ulicę znaczą:
Aliści nie o to mię szło, by wyższości koni nad automobilami dowodzić, boć ona przecie oczywista, jeno że rzecz cała zda mi się niejako alegoryczną, bo miano owej ulicy brzmi: Przyszłości.
22 stycznia, 2020
O księgosuszu i mądrości niektórych przodków naszych...
Flasze stawiam pełne przeciw pustym, że lwia z Was część bodaj nigdy w życiu o księgosuszu nie słyszała, co jeno zasług przodków naszych sprzed wieku uwiększa, a chciałoby się, byśmy podobnie zapomnieli i nie słyszeli o odrze, śwince, grypie, eboli, ASF i tysiącu inszych paśkustw ludzkość i żywinę trapiących. Odra nawiasem najpewniej z tegoż samego źródła się wzięła, co i księgosusz, jeno że jedno gdzieści wpodle IX-XI wieku poszło na ludzi, a wtóre bydełko sobie upodobało.
Księgosusz bowiem to arcypaskudna choroba bydła, które w podobie do cholery postępuje arcychyżo i do sześciu dni sztukę zarażoną do śmierci przywodzi, przódzi ją jednak umęczywszy ponad wszelkie wyobrażenie, umartwiając za koleją wszelkie błony śluzowe. Najpewniej, jako większości utrapień naszych, żeśmy onej powzięli ze wschodu, od bydła którego ze sobą pędzili Mongołowie na Kijów idący, zasię na nasze i madziarskie ziemie w połowie XIII stulecia. Poszło potem od tego po totus Europeae, okrutnie dziesiątkując krówki i byczki nasze, choć szczęściem te, których Columbus był na Haiti przywiózł, od tegoż przekleństwa wolnem były i bydło, co się po stepach obu Ameryk rozpleniło nad podziwienie, łajdactwa tego nie znało, co wielce dopomogło Argentynie i Ameryce w wydrapaniu się na szczyt światowych wołowiny producentów.
Wróćmyż jednak do antecessores naszych i pytania dla jakiej przyczyny tak ich poważam. Ano bośmy wiek temu stanęli przed wyzwaniem okrutnym, a sprostaliśmy onemu jako nikt przed nami we świecie! Ale idźmyż ab ovo... Plag tegoż księgosuszu przez wieki przeżyliśmy nieskąpo, przecie mało kiedy takich, co kraj cały krówek i wołków pozbawiały, a o to przecie wielce łacno było przy wielkich spędach bydła na jarmarki w Przemyślu czy Przeworsku, gdzie onych niebożątek gnano tysiącami, nawet i z Mazowsza czy Litwy. Aliści z rokiem 1917, jakoby mało było dopustu bolszewickiego, w całem tem zamęcie i chaosie owych dni nieszczęsnych, przyszłoż jeszcze i k'temu, że i owo plugastwo łeb podniosło i przyszło do Rossyi znękanej, zasię przetoczywszy się przez nią krwawym śladem i stosami bydlęcych trupów, przyszło wraz z wojną 1920 roku na ziemie nasze. Wiadoma rzecz, że tamtych czasem insze zgoła były pryncypia i zdałoby się, że gdy o gardła nasze i wolność szło, bydlątkom poczekać przyjdzie niemało zaczem się kto o onych niedolę upomni, a jeszczeć i więcej, gdy zaradzi czego... :(
Tem zaś czasem, iście jakoby to nie w Polszcze było, znaleźli się i ludzie, i myśl, i pieniądz, a nade wszytko zrozumienie tego, że jako w tej czarnej godzinie jeszcze i bydła nie stanie, to nie dość że się i liczba z głodu pomarłych uwiętszy ponad wyobrażenie i to nie tylko po wsiach, ale że wsi przyjdzie od zera odbudowywać, czego znów nie wiedzieć czy krajowi tak srodze doświadczonemu sił i zasobów wystarczy, by się z klęsk tych podźwignąć! Nade wszystko zaś podziw mój budzi odwaga, której naówczas nie zabrakło, by iść ścieżkami, któremi przed nami nikt jeszcze nie kroczył i szukać konceptów, gdzie ich przed nami nie szukano...
Wymieńmyż zatem te persony nieulękłe, tego rozumu i ducha wielkiego, dziś tak kaducznie przepomniane... Najpierwszy z tych odważnych to minister rolnictwa ówcześny, Juliusz Poniatowski, który zadecydował wbrew temu, co doradzały Francuzy i Niemce, by stad zarażonych całością nie wybijać, jeno czego inszego się chwycić. Miarkował on, że te w kraju, w którym każda krowa, jeśli pozostała w oborze, to tylko dzięki niebywałej przemyślności i odwadze ukrywających ją chłopów, utrata każdej sztuki jest stratą niepowetowaną. Że czterdzieści tysięcy padłych już sztuk to tragedia, ale jeśli wybijemy pozostałe, to będzie ona kroplą w morzu straty, którą odrabiać będziemy pokoleniami! Wieloma pokoleniami...
Nie wiem, czy Poniatowski miał aż takie zaufanie do doktora weterynarii Feliksa Jaroszyńskiego, czy po prostu miał nóż na gardle i nie przebierać mu było w oferentach. Z części administracyjnej minister wywiązał się wybornie: na poniższej mapce* ujrzeć możecie linię kordonową, której zarządził i wyegzekwował, posterunki pięcioosobowe czyniąc na niej, co 5-10 km, których jedynym zadaniem i obowiązkiem było niedopuszczenie do przechodzenia bydła przez tę granicę w którymkolwiek kierunku.
Jedyne od tejże reguły wyjątki, to były te sztuki, które epidemię przeżyły, nierzadko jako jedyne ze stada i których pod ścisłą kontrolą i w izolacji od inszych, pędzono do Puław, gdzie pod kierunkiem Jaroszyńskiego urządzono nasze centrum walki z księgosuszem, tzw. stację księgosuszową. To tam Jaroszyński, opierając się m.in. na pracach Marcelego Nenckiego, ówcześnie już nieżyjącego kolejnego zapomnianego geniusza, próbował z krwi tych ocalałych wyekstrahować szczepionki, słusznie domniemując, że te, co przeżyły, musiały same jakich przeciwciał dla wirusa wytworzyć. To, że tej szczepionki w extraordynardyjnym pośpiechu sporządził, to już samo w sobie mało do uwierzenia możebne, aliści i to, że służby nasze weterynaryjne ówcześne, w kraju wojną znękanym, poradziły skutecznej bariery postawić i wzdłuż wyznaczonej linii przeprowadzić masowe bydła szczepienie, to już się zdaje cudem nad Wisłą prawdziwym. Dość rzec, żeśmy w dwa lata księgosuszu wyplenili i to tak skutecznie, że nie tylko my go nie znamy, ale że niedawnym czasem oenzetowska organizacja ds. rolnictwa i wyżywienia FAO ogłosiła (co nie wiem, czy nie za pochopnie jednak), że choroba ta już na wieki zwalczoną i świat od niej wolnym, jak długi i szeroki.
I jeszcze bym czego podkreślić chciał na większą chwałę Jaroszyńskiego, który nawet uczciwego biogramu w całym internecie nie ma, i Poniatowskiego, któremu tą sprawę akurat najmniej pamiętają: że w dzisiejszej metodologii zwalczania zaraz zwierzęcych niewiele masz tej mądrości, by przeciwciał u ozdrowieńców szukać. Stada świń, u których wykrywamy ASF, wybijamy bez pardonu, ani próbując szukać, czy może która z nich by nas nie obdarzyła naturalną szczepionką... Bo tej syntetycznej, przez mózgowców po laboratoriach koncypowanej, to chyba nie doczekamy...
______________________
* - mapka zapożyczona stąd
Księgosusz bowiem to arcypaskudna choroba bydła, które w podobie do cholery postępuje arcychyżo i do sześciu dni sztukę zarażoną do śmierci przywodzi, przódzi ją jednak umęczywszy ponad wszelkie wyobrażenie, umartwiając za koleją wszelkie błony śluzowe. Najpewniej, jako większości utrapień naszych, żeśmy onej powzięli ze wschodu, od bydła którego ze sobą pędzili Mongołowie na Kijów idący, zasię na nasze i madziarskie ziemie w połowie XIII stulecia. Poszło potem od tego po totus Europeae, okrutnie dziesiątkując krówki i byczki nasze, choć szczęściem te, których Columbus był na Haiti przywiózł, od tegoż przekleństwa wolnem były i bydło, co się po stepach obu Ameryk rozpleniło nad podziwienie, łajdactwa tego nie znało, co wielce dopomogło Argentynie i Ameryce w wydrapaniu się na szczyt światowych wołowiny producentów.
Wróćmyż jednak do antecessores naszych i pytania dla jakiej przyczyny tak ich poważam. Ano bośmy wiek temu stanęli przed wyzwaniem okrutnym, a sprostaliśmy onemu jako nikt przed nami we świecie! Ale idźmyż ab ovo... Plag tegoż księgosuszu przez wieki przeżyliśmy nieskąpo, przecie mało kiedy takich, co kraj cały krówek i wołków pozbawiały, a o to przecie wielce łacno było przy wielkich spędach bydła na jarmarki w Przemyślu czy Przeworsku, gdzie onych niebożątek gnano tysiącami, nawet i z Mazowsza czy Litwy. Aliści z rokiem 1917, jakoby mało było dopustu bolszewickiego, w całem tem zamęcie i chaosie owych dni nieszczęsnych, przyszłoż jeszcze i k'temu, że i owo plugastwo łeb podniosło i przyszło do Rossyi znękanej, zasię przetoczywszy się przez nią krwawym śladem i stosami bydlęcych trupów, przyszło wraz z wojną 1920 roku na ziemie nasze. Wiadoma rzecz, że tamtych czasem insze zgoła były pryncypia i zdałoby się, że gdy o gardła nasze i wolność szło, bydlątkom poczekać przyjdzie niemało zaczem się kto o onych niedolę upomni, a jeszczeć i więcej, gdy zaradzi czego... :(
Tem zaś czasem, iście jakoby to nie w Polszcze było, znaleźli się i ludzie, i myśl, i pieniądz, a nade wszytko zrozumienie tego, że jako w tej czarnej godzinie jeszcze i bydła nie stanie, to nie dość że się i liczba z głodu pomarłych uwiętszy ponad wyobrażenie i to nie tylko po wsiach, ale że wsi przyjdzie od zera odbudowywać, czego znów nie wiedzieć czy krajowi tak srodze doświadczonemu sił i zasobów wystarczy, by się z klęsk tych podźwignąć! Nade wszystko zaś podziw mój budzi odwaga, której naówczas nie zabrakło, by iść ścieżkami, któremi przed nami nikt jeszcze nie kroczył i szukać konceptów, gdzie ich przed nami nie szukano...
Wymieńmyż zatem te persony nieulękłe, tego rozumu i ducha wielkiego, dziś tak kaducznie przepomniane... Najpierwszy z tych odważnych to minister rolnictwa ówcześny, Juliusz Poniatowski, który zadecydował wbrew temu, co doradzały Francuzy i Niemce, by stad zarażonych całością nie wybijać, jeno czego inszego się chwycić. Miarkował on, że te w kraju, w którym każda krowa, jeśli pozostała w oborze, to tylko dzięki niebywałej przemyślności i odwadze ukrywających ją chłopów, utrata każdej sztuki jest stratą niepowetowaną. Że czterdzieści tysięcy padłych już sztuk to tragedia, ale jeśli wybijemy pozostałe, to będzie ona kroplą w morzu straty, którą odrabiać będziemy pokoleniami! Wieloma pokoleniami...
Nie wiem, czy Poniatowski miał aż takie zaufanie do doktora weterynarii Feliksa Jaroszyńskiego, czy po prostu miał nóż na gardle i nie przebierać mu było w oferentach. Z części administracyjnej minister wywiązał się wybornie: na poniższej mapce* ujrzeć możecie linię kordonową, której zarządził i wyegzekwował, posterunki pięcioosobowe czyniąc na niej, co 5-10 km, których jedynym zadaniem i obowiązkiem było niedopuszczenie do przechodzenia bydła przez tę granicę w którymkolwiek kierunku.
Jedyne od tejże reguły wyjątki, to były te sztuki, które epidemię przeżyły, nierzadko jako jedyne ze stada i których pod ścisłą kontrolą i w izolacji od inszych, pędzono do Puław, gdzie pod kierunkiem Jaroszyńskiego urządzono nasze centrum walki z księgosuszem, tzw. stację księgosuszową. To tam Jaroszyński, opierając się m.in. na pracach Marcelego Nenckiego, ówcześnie już nieżyjącego kolejnego zapomnianego geniusza, próbował z krwi tych ocalałych wyekstrahować szczepionki, słusznie domniemując, że te, co przeżyły, musiały same jakich przeciwciał dla wirusa wytworzyć. To, że tej szczepionki w extraordynardyjnym pośpiechu sporządził, to już samo w sobie mało do uwierzenia możebne, aliści i to, że służby nasze weterynaryjne ówcześne, w kraju wojną znękanym, poradziły skutecznej bariery postawić i wzdłuż wyznaczonej linii przeprowadzić masowe bydła szczepienie, to już się zdaje cudem nad Wisłą prawdziwym. Dość rzec, żeśmy w dwa lata księgosuszu wyplenili i to tak skutecznie, że nie tylko my go nie znamy, ale że niedawnym czasem oenzetowska organizacja ds. rolnictwa i wyżywienia FAO ogłosiła (co nie wiem, czy nie za pochopnie jednak), że choroba ta już na wieki zwalczoną i świat od niej wolnym, jak długi i szeroki.
I jeszcze bym czego podkreślić chciał na większą chwałę Jaroszyńskiego, który nawet uczciwego biogramu w całym internecie nie ma, i Poniatowskiego, któremu tą sprawę akurat najmniej pamiętają: że w dzisiejszej metodologii zwalczania zaraz zwierzęcych niewiele masz tej mądrości, by przeciwciał u ozdrowieńców szukać. Stada świń, u których wykrywamy ASF, wybijamy bez pardonu, ani próbując szukać, czy może która z nich by nas nie obdarzyła naturalną szczepionką... Bo tej syntetycznej, przez mózgowców po laboratoriach koncypowanej, to chyba nie doczekamy...
______________________
* - mapka zapożyczona stąd
30 grudnia, 2019
Ździebełko refleksyj na roku pokończenie...
Nie miał ten blog szczęścia tego roku, ni do mnie, ni do jakiegobądź ludzkiego żiwobycia... Trza tego będzie przyznać uczciwie, zasię może i co eksplikować Lectorom, póki co jeszcze Miłym przedsięwzięciu temu, choć i tych ostała jeno przygarść, czemu i dziwować się nie sposób.
Ano, Mili Moi, z lat tu już zachadzacie, a chocia sporo z Was przyszło mi już poznać personaliter, flasz niejednych spełnić, a i pogwarzyć miło, przecie tegom się tu wystrzegał, by tu bodaj jak najmniej było Wachmistrza privatim. Pewno, żem się tu i tego nie ustrzegł, by się dziećmi nie chwalić, Pani_Wachmistrzowego_Serca przymiotów nie wynieść nad insze, luboż nie spomnieć własnych jakich ze zdrowiem turbacyj, osobliwie, gdy te na zawadzie not pisaniu stały, przecie wejrzawszy na insze, gdzie nieledwie Lectorowie wiedzą o autorze (autorce), czegóż na obiad jadał, a butów jakich pokupił, a jakich ineksprymabli, to sam się własnej w tej mierze modestii dziwuję...
Bywalcom, osobliwie tym wieloletnim, wiedzieć przecie, żem przez lata wiódł własnego przedsięwzięcia, najwięcej pospólnego z budownictwem i remontami mającego, rękodajnych nawet i zatrudniając niemało, bywało że i z górą dziesięciu. Przyszła przecie i na Matyska kryska po latach trzydziestu, gdzie pospólnym zusów, musów, ukazów durnych, sądów nierychliwych i własnej nie dość chytrej, a więcej poćciwej względności, przyszliśmy k'temu, że jako tegoż dalej wieść będziem, to się pod most wrychle przeprowadzić przyjdzie i o żebrackim żyć chlebie, tandem żem rok temu właśnie począł tegoż interesu zwijać, pókim mógł tego jeszcze na jakich takich własnych uczynić warunkach.
Pofortunniło się tego poczynić tak, żem nikomu z dostawców, podwykonawców czy zatrudnionych już byłych, grosza nie był winnym, a z łapaczami skarbowemi i zusowemi żem się uładził, podobnie jak i z oczajduszostwem bankowem, tandem byle jeno zatrudnienia mieć poćciwego, podobnie jak i salarium względnego, by na te jeszcze nastarczyło spłaty, żyć by można jeszcze i niezgorzej. Ano i z tem zatrudnieniem pierwotkiem nie nadto było ku uciesze, bom był go nalazł był dopiroż po kwartale z okładem, napisawszy się tych aplikacyj ponad pojęcie wszelkie. Przy tem byłoż to pierwotkiem dla nas i brzemieniem przykrem, bom kolejnego kwartału z dala od domu przepędził, mimo wolej czyniąc z familijej własnej cosi pokrewnego rodzinom marynarzy...
Kiedy nareście pracodawcy moi uczynnili zamierzonego w mieście mojem miejsca, do któregom się był prawdziwie najmował, robotą tą żem się też nadto długo nie nacieszył, jeśli się tak o tem w ogóle rzec godzi, bo utrapień z tem było bez liku, a jedyna pociecha w groszu nienajpodlejszym. Przyszłoż nareście k'temu, że mi podziękowano, co Pani_Wachmistrzowego_Serca na karb kładzie moich ze zdrowiem turbacyj, osobliwie wrodzonej karku sztywności i nabytej alergii na butów lizanie.
Tem razem szukanie mi krócej przyszło i po Nowym Roku mam nowego poczynać dzieła, gdzie rozziew między starodawnością bloga tego, a nowoczesnością technologij, z których mi żyć przyjdzie, więtszy jeszcze będzie, niźli wszystkie poprzednie, a Was prosić będę, byściu kciuków trzymali, by się ta przygoda po trzech nie skończyła miesiącach.
Ano i jako te wszystkie zdarzenia pisaniu notek same już w sobie przyjaznemi nie były, bo abom był nibyż wolnym, przecie myśl błądziła ustawnie, czym aby tam jeszcze gdzie zajrzeć nie winien, bo może co nowego ogłosili i jakiej aplikacyj pisać przyjdzie pilno, abom bym z dala od domu, xiąg ulubionych i możności notek dopieszczania, abom pracował w godzinach znów takich, że wracając wieczorem, miałżem po kokardy wszytkiego i wszytkich, a znów czasu nibyż mego, któregom rańcem miał kaducznie skąpo, myśl znów zajmowała o czem inszem. A o czem?
Ano bies podkusił, a przyjaciele mu dopomogli namówić mnie w swoim czasie na spłodzenie fabuły, w której miałbym choć częścią znane mi dawniejsze maniery stylistyczne wpleść oraz jaką taką, pożal się Boże, historyczną wiedzę. Zapewne przyjaciele nie czyniliby tego, wiedząc że w ten sposób doprowadzą do tego, że blog pójdzie w kąt, a wszystkie wolne chwile poświęcę temu nowemu szaleństwu, ale trudno, stało się… Czart nie odstąpił mnie, wmawiając we mnie głosem własnym i tychże nieszczęśników, którzy mnie jeszcze między przyjacioły liczą, że jest to coś warte i trzeba by tego wydać, by się tym mogli nacieszyć i insi lectorowie. Nie otrzeźwiło mnie z tego czterdzieści kubłów zimnej wody, czyli milczenia lub odmowy wydawnictw, które próbowałżem tem zająć, choć nie zbrakło takich, co utwierdzając w mniemaniu, że rzecz do najpodlejszych nie należy, z punktu mi proponowali wydanie jednak za grosiwo moje własne, czem jeno śmiech budzili mój gorzki...
Co się perspektyw tyczy moich, to rzec mogę, że jakom roku poprzedniego zamykał z tą nadzieją, że się uładzić co tam poradzi i kundle, nogawice szarpiące, odgonić, tom dziś już żem nie przy nadziei, a przy spokojnej pewności, że byle zatrudnienia i salarium względnego nie zbrakło, to ze wszytkim przeciwnym poradzimy, tandem przyszłość widzę w jakiej nader ostrożnej ufności, tak co się bloga tyczy, to prawdziwie nie wiem, co Wam rzec... Nie skasuję go, to pewna, bo wiem, że on licznym, co w arcydawne nawet noty zaglądają, bywa czasem i wielce pomocnym. Czy co poradzę nowego dodawać? Ućciwie rzec muszę, że nie wiem, a przyrzec mogę, że się postaram, bo i na to moje do szuflady pisane szaleństwo przyjść kiedy jaki kres też przecie musi... Choć znów jako na trwałość wejrzeć tego, com przez lata płodził, a co Onet umiał jednem przekreślić gestem, to nie wiem, czy ta szuflada jednak nie pewniejsza...
Wam Wszytkim, Mili Moi, w Roku Nowym, tejże samej życzę ostrożnej ufności, że mimo złe wszelkie z każdego niemal wyzierające kąta, damy radę... Ostatecznie, jako Naród, w tem właśnie jesteśmy arcymistrzami światowego formatu, choć nawet przez siebie samych niedocenianymi...:)
Ano, Mili Moi, z lat tu już zachadzacie, a chocia sporo z Was przyszło mi już poznać personaliter, flasz niejednych spełnić, a i pogwarzyć miło, przecie tegom się tu wystrzegał, by tu bodaj jak najmniej było Wachmistrza privatim. Pewno, żem się tu i tego nie ustrzegł, by się dziećmi nie chwalić, Pani_Wachmistrzowego_Serca przymiotów nie wynieść nad insze, luboż nie spomnieć własnych jakich ze zdrowiem turbacyj, osobliwie, gdy te na zawadzie not pisaniu stały, przecie wejrzawszy na insze, gdzie nieledwie Lectorowie wiedzą o autorze (autorce), czegóż na obiad jadał, a butów jakich pokupił, a jakich ineksprymabli, to sam się własnej w tej mierze modestii dziwuję...
Bywalcom, osobliwie tym wieloletnim, wiedzieć przecie, żem przez lata wiódł własnego przedsięwzięcia, najwięcej pospólnego z budownictwem i remontami mającego, rękodajnych nawet i zatrudniając niemało, bywało że i z górą dziesięciu. Przyszła przecie i na Matyska kryska po latach trzydziestu, gdzie pospólnym zusów, musów, ukazów durnych, sądów nierychliwych i własnej nie dość chytrej, a więcej poćciwej względności, przyszliśmy k'temu, że jako tegoż dalej wieść będziem, to się pod most wrychle przeprowadzić przyjdzie i o żebrackim żyć chlebie, tandem żem rok temu właśnie począł tegoż interesu zwijać, pókim mógł tego jeszcze na jakich takich własnych uczynić warunkach.
Pofortunniło się tego poczynić tak, żem nikomu z dostawców, podwykonawców czy zatrudnionych już byłych, grosza nie był winnym, a z łapaczami skarbowemi i zusowemi żem się uładził, podobnie jak i z oczajduszostwem bankowem, tandem byle jeno zatrudnienia mieć poćciwego, podobnie jak i salarium względnego, by na te jeszcze nastarczyło spłaty, żyć by można jeszcze i niezgorzej. Ano i z tem zatrudnieniem pierwotkiem nie nadto było ku uciesze, bom był go nalazł był dopiroż po kwartale z okładem, napisawszy się tych aplikacyj ponad pojęcie wszelkie. Przy tem byłoż to pierwotkiem dla nas i brzemieniem przykrem, bom kolejnego kwartału z dala od domu przepędził, mimo wolej czyniąc z familijej własnej cosi pokrewnego rodzinom marynarzy...
Kiedy nareście pracodawcy moi uczynnili zamierzonego w mieście mojem miejsca, do któregom się był prawdziwie najmował, robotą tą żem się też nadto długo nie nacieszył, jeśli się tak o tem w ogóle rzec godzi, bo utrapień z tem było bez liku, a jedyna pociecha w groszu nienajpodlejszym. Przyszłoż nareście k'temu, że mi podziękowano, co Pani_Wachmistrzowego_Serca na karb kładzie moich ze zdrowiem turbacyj, osobliwie wrodzonej karku sztywności i nabytej alergii na butów lizanie.
Tem razem szukanie mi krócej przyszło i po Nowym Roku mam nowego poczynać dzieła, gdzie rozziew między starodawnością bloga tego, a nowoczesnością technologij, z których mi żyć przyjdzie, więtszy jeszcze będzie, niźli wszystkie poprzednie, a Was prosić będę, byściu kciuków trzymali, by się ta przygoda po trzech nie skończyła miesiącach.
Ano i jako te wszystkie zdarzenia pisaniu notek same już w sobie przyjaznemi nie były, bo abom był nibyż wolnym, przecie myśl błądziła ustawnie, czym aby tam jeszcze gdzie zajrzeć nie winien, bo może co nowego ogłosili i jakiej aplikacyj pisać przyjdzie pilno, abom bym z dala od domu, xiąg ulubionych i możności notek dopieszczania, abom pracował w godzinach znów takich, że wracając wieczorem, miałżem po kokardy wszytkiego i wszytkich, a znów czasu nibyż mego, któregom rańcem miał kaducznie skąpo, myśl znów zajmowała o czem inszem. A o czem?
Ano bies podkusił, a przyjaciele mu dopomogli namówić mnie w swoim czasie na spłodzenie fabuły, w której miałbym choć częścią znane mi dawniejsze maniery stylistyczne wpleść oraz jaką taką, pożal się Boże, historyczną wiedzę. Zapewne przyjaciele nie czyniliby tego, wiedząc że w ten sposób doprowadzą do tego, że blog pójdzie w kąt, a wszystkie wolne chwile poświęcę temu nowemu szaleństwu, ale trudno, stało się… Czart nie odstąpił mnie, wmawiając we mnie głosem własnym i tychże nieszczęśników, którzy mnie jeszcze między przyjacioły liczą, że jest to coś warte i trzeba by tego wydać, by się tym mogli nacieszyć i insi lectorowie. Nie otrzeźwiło mnie z tego czterdzieści kubłów zimnej wody, czyli milczenia lub odmowy wydawnictw, które próbowałżem tem zająć, choć nie zbrakło takich, co utwierdzając w mniemaniu, że rzecz do najpodlejszych nie należy, z punktu mi proponowali wydanie jednak za grosiwo moje własne, czem jeno śmiech budzili mój gorzki...
Co się perspektyw tyczy moich, to rzec mogę, że jakom roku poprzedniego zamykał z tą nadzieją, że się uładzić co tam poradzi i kundle, nogawice szarpiące, odgonić, tom dziś już żem nie przy nadziei, a przy spokojnej pewności, że byle zatrudnienia i salarium względnego nie zbrakło, to ze wszytkim przeciwnym poradzimy, tandem przyszłość widzę w jakiej nader ostrożnej ufności, tak co się bloga tyczy, to prawdziwie nie wiem, co Wam rzec... Nie skasuję go, to pewna, bo wiem, że on licznym, co w arcydawne nawet noty zaglądają, bywa czasem i wielce pomocnym. Czy co poradzę nowego dodawać? Ućciwie rzec muszę, że nie wiem, a przyrzec mogę, że się postaram, bo i na to moje do szuflady pisane szaleństwo przyjść kiedy jaki kres też przecie musi... Choć znów jako na trwałość wejrzeć tego, com przez lata płodził, a co Onet umiał jednem przekreślić gestem, to nie wiem, czy ta szuflada jednak nie pewniejsza...
Wam Wszytkim, Mili Moi, w Roku Nowym, tejże samej życzę ostrożnej ufności, że mimo złe wszelkie z każdego niemal wyzierające kąta, damy radę... Ostatecznie, jako Naród, w tem właśnie jesteśmy arcymistrzami światowego formatu, choć nawet przez siebie samych niedocenianymi...:)
23 grudnia, 2019
A niechże Was Wszystkich...
... Dobrzy Ludzie, Janiołowie nawiedzą z dobrym słowem (nie mylić z kolędą i urzędnikami Pana B.), pokojem, nadzieją, a jakby jeszcze tam i co mieli za pazuchą, ot, jaki szczęścia kawalec nieduży, jakich pomyślnych chwil przygarstek, a daliby się ubłagać, by się z tem co może i zechcieli podzielić, to niechajże Wam onego nie skąpią, a i owszem, obdzielą nie z łaskawości w straty z góry zarachowanej, a temuż, że tak trzeba i tako się godzi!
A iżby komu tam jeszcze i czas posłużył, a miło byłoby inszych spomnieć tradycyj czy obyczajów, to ku dawniejszym się notom moim tejże materyi poświęconym pokwapić się może. I tak "O obyczajach wigilijnych" żem już ongi raz pisał, co dziś widzę, że jeno krótkiemi było do tematu wstępem, któregośmy rozszerzali tutaj, gdzieśmy między inszemi o psotach wigilijnych pisali i o ściganiu się włościan na pasterkę spieszących... Tutaj żesmy cytacikiem obszernem z JMci Xiędza Kitowicza się sparłszy, o jasełkach pisali, a własną ręką zaś kolędników dawniejszych żeśmy jeszcze i tutaj opisali, oryginalne przy tej wojnie klechów z kolędnikami kolędnicze podziękowanie z roku 1615 podając. Zasię żem Lectorom Miłym starodawnych góralskich składał życzeń "Na scynście, na zdrowie..."Tutaj zasię żem własnej był alteracyi swej dał upust na durnotę ogólnonarodową, mniemającą karpia na wigilijnym stole mieć za obyczaj staropolski... Za okazyją, jako komu tego karpia, ryby dawniej rzadkiej i jeno na pański stół dawanej, chcieć prawdziwie po staropolsku na stół serwować, nie zaś jak leda kotleta schabowego na patelniej osmażonego, to tu ma przepisu na "Karpia po polsku w sosie szarym"... Ongi żeśmy roku minionego notą "O kradzieżach noworocznych" kończyli, dawniejszego tam a dziś przepomnianego cale obyczaju opisanie po krótkości ująwszy... Tutaj zasię, cytacikiem z Wincentego Pola się wsparłszy, żem prawdziwego znaczenia krzeseł pustych stawianych przy stole tłomaczył, tradycją dawniejszą i przedziwną mieszkulancją pogaństwa z krześcijaństwem będącą, aby onych mieć dla duchów...:)
Nastroju odmieniwszy, bym jeszcze chciał wspomnieć przecudnej urody, choć smutną wielce "Kolędę ułańską" pióra Imci Minkiewicza.
Was wszytkich przebaczenia proszę, żem dla turbacyj niezwyczajnych i czasu okrutnego niedostatku (tak wiem, że się tak nieledwie rokrocznie tłomaczę...), żem Was nie ponawiedzał z osobna i każdemu życzeń, choć w cząstce tak cudnych, jakich mi szlecie wszelkiemi sposobami, nie rewanżował. Czego popisawszy i nakopiowawszy, pójdę ja na te pokojowe święta mordować,kto co tam jest do zamordowania, siec, kto co jest do usieczenia, tłuc, kto co jest do utłuczenia i dusić, kto co tam jest do uduszenia...
kłaniający się nisko
Wachmistrz
A iżby komu tam jeszcze i czas posłużył, a miło byłoby inszych spomnieć tradycyj czy obyczajów, to ku dawniejszym się notom moim tejże materyi poświęconym pokwapić się może. I tak "O obyczajach wigilijnych" żem już ongi raz pisał, co dziś widzę, że jeno krótkiemi było do tematu wstępem, któregośmy rozszerzali tutaj, gdzieśmy między inszemi o psotach wigilijnych pisali i o ściganiu się włościan na pasterkę spieszących... Tutaj żesmy cytacikiem obszernem z JMci Xiędza Kitowicza się sparłszy, o jasełkach pisali, a własną ręką zaś kolędników dawniejszych żeśmy jeszcze i tutaj opisali, oryginalne przy tej wojnie klechów z kolędnikami kolędnicze podziękowanie z roku 1615 podając. Zasię żem Lectorom Miłym starodawnych góralskich składał życzeń "Na scynście, na zdrowie..."Tutaj zasię żem własnej był alteracyi swej dał upust na durnotę ogólnonarodową, mniemającą karpia na wigilijnym stole mieć za obyczaj staropolski... Za okazyją, jako komu tego karpia, ryby dawniej rzadkiej i jeno na pański stół dawanej, chcieć prawdziwie po staropolsku na stół serwować, nie zaś jak leda kotleta schabowego na patelniej osmażonego, to tu ma przepisu na "Karpia po polsku w sosie szarym"... Ongi żeśmy roku minionego notą "O kradzieżach noworocznych" kończyli, dawniejszego tam a dziś przepomnianego cale obyczaju opisanie po krótkości ująwszy... Tutaj zasię, cytacikiem z Wincentego Pola się wsparłszy, żem prawdziwego znaczenia krzeseł pustych stawianych przy stole tłomaczył, tradycją dawniejszą i przedziwną mieszkulancją pogaństwa z krześcijaństwem będącą, aby onych mieć dla duchów...:)
Nastroju odmieniwszy, bym jeszcze chciał wspomnieć przecudnej urody, choć smutną wielce "Kolędę ułańską" pióra Imci Minkiewicza.
Was wszytkich przebaczenia proszę, żem dla turbacyj niezwyczajnych i czasu okrutnego niedostatku (tak wiem, że się tak nieledwie rokrocznie tłomaczę...), żem Was nie ponawiedzał z osobna i każdemu życzeń, choć w cząstce tak cudnych, jakich mi szlecie wszelkiemi sposobami, nie rewanżował. Czego popisawszy i nakopiowawszy, pójdę ja na te pokojowe święta mordować,
kłaniający się nisko
Wachmistrz
10 grudnia, 2019
Szwoleżerskie dziś święto...
Grudniową porą nam przyjdzie ostatniego w tem roku pułkowego obchodzić święta, za to nie byle jakiego pułku, bo 1 Pułku Szwoleżerów Marszałka Józefa Piłsudskiego (i tylko taka pisownia jest prawidłową, a nie często, acz błędnie: imienia Marszałka etc.), których dzieje i cośkolwiek z tradycyj żem już tu był opisywał w trzech nawet dla ogromu materyi częściach: I, II, III, tandem jako komu miło byłoby ich spomnieć wraz ze mną to i ku tamtym notkom upraszam, gdzie się cofniemy i do napoleońskich czasów, aliści nie pożałujemy czasu ani i na arcyosobliwe Kijowa zdobywanie w dziewiętnastym roku, a i o Wieniawie słów parę...:) A w kropeczkach możecie sobie między inszemi aż w czterech zupełnie różnych utworach posłuchać nutek tych samych, ze szwoleżerami u nas kojarzonych...:) Ostatnia zaś jest fragmentem "Popiołów" w wersji Wajdowskiej, o której w ostatniej z tych części wspominam słowami Daniela Olbrychskiego, który opisywał tragiczny wypadek przy kręceniu tej sceny zdarzony, który żywota pozbawił filmowego konsultanta, legendę naszego jeździectwa, oficera szwoleżerów i olimpijczyka, majora Adama Królikiewicza...
10 października, 2019
23 września, 2019
Święto 5 Pułku Ułanów Zasławskich...
...które godzi się czym godnem uczcić i wypić za pamięć 5 Pułku Ułanów Zasławskich w pamiątkę rocznicy ich niebywałej zgoła pod Zasławiem szarży, która słusznie do legend jazdy naszej już przeszła...:))
Subskrybuj:
Posty (Atom)



