Za sprawą noty ostatniej o grochowiankach, gdzieśmy się exemplum posłużyli fredrowskim wyszła i pobocznie kwestyja insza, a mianowicie młódź nam zbłądziła tegoż dzieła Imci Aleksandra inscenizacyję szkolną szykująca i z tekstem fredrowskim się biedząca... Ano i gdy mię zapytali jakąż to dywidendę Dyndalski w przywołanej scenie Milczkowi obiecuje, że by go z rąk Cześnika spotkać miała przy pojedynku sposobności, pojąłem jakem już z osłupienia był wyszedł, że siła nam tu tłomaczeń jeszcze nieraz czynić przyjdzie, by prosty, zdałoby się tekst sprzed ledwo dwóch stuleci, zrozumiałym uczynić. A że, jak mniemam, Lectorom Moim takoż tych objaśnień nie zawadzi, to i przywołuję, com szkolnikom tłomaczył, że w słowach
"Bo jak machnie po pętlicach,
Zdywiduje, jak Bóg Bogiem."
nie idzie o żadną dywidendę, a o toż same słówko łacińskie znane z proverbium "Divide et impera"... Jeno, że Dyndalskiemu nie idzie o żadne dzielenie metaforyczne, a najzupełniej konkretne. Inszemi słowy, znając przeszłość swego pana, a umiejętności szermiercze Rejenta mając widać za nieprzesadnie wielkie, prorokuje on Milczkowi, że go Cześnik potnie w kawały, czy jak kto woli poporcjuje... Nawiasem wskazuje też i zarazem, że to o korpus rejentowy idzie, bo "machać po pętlicach", czyli zapięciach szamerowanych, składających się ze zdobnego guza (dawniejszej hetki) i pętelki, można było w zasadzie tylko mierząc po tułowiu...
Zaraz też nam wyszła do tłumaczenia i prezumpcyja ze sceny dziewiątej, gdzie Dyndalski się żali na spostponowanie go przez Cześnika przy pisaniu sławnego listu przez pana swego dyktowanego.
(zbierając kawałki swojego pisma)
Jak co sobie ubrda w głowie,
Żebym pisał co się zowie,
Jak już długo z Bogiem żyję,
Tegom jeszcze nie powiedział -
Grzechem prezumpcyja taka,
Ale jednak rad bym wiedział,
Czemum dzisiaj zszedł na żaka?...
Co on sobie, tylko proszę,
Mógł do tego B upatrzyć?
Co nie staje tej literze?
Czy brak w kształcie, czy brak w mierze?"
Ano najprościej by rzec, że to pomiędzy kilkudziesięcioma znaczeniami bym tu najcelniej widział zadufanie jakie, wyniosłość, zarozumiałość czy wręcz pychę. Nawiasem z tamtej znów sceny problemem się okazał "hebes" ("Z tym hebesem nie pomoże"). Ano, paru żeśmy tu mięli w niedawnym czasie z wizytą, nawiasem gdyby dziś zajrzeli najpewniej by Fredrze udowadniali, że nie ma wyrazu prezumpcyja, tylko presumpcja, bo taka tylko jest w słowniku PAN-u...:)
Ale hebes nie tylko abderytę znaczył, także nicponia, czego exemplum mamy w jednej z nowel Reymontowych ("zaprowadzę pana do kawiarni, gdzie pan zobaczy kolonie nadzwyczajnych hebesów! Malarze, muzycy, poeci, rzeźbiarze, prorocy, matołki i geniusze, jednym słowem, całą menażerię artystyczno-intelektualną").
Byłaż i jeszcze insza tłomaczenia potrzeba, gdzie wprowadzają Cześnikowi porwanego Wacława, a ten się raduje słowami: "Objechałem jak bartnika" (nie wiedzieć czemu, mnie w wymowie Imci Gajosa, aktora skądinąd przewybornego, wciąż się zdaje, że tam słyszę "warchlika"). Idzie o niedźwiedzia, przez myśliwych przy barci osaczonego i w zasadzkę pochwyconego, zatem rzec by można, że owe myśliwskie Raptusiewicza metafory, to i poniekąd kompliment dla Wacława, którego z pewnością nie można uważać za jakiegoś szczególnie trudnego przeciwnika, a przecie go Cześnik porównuje do nie byle kogo, bo spotkanie z niedźwiedziem w borze zawszeć były i są do przeżycia spotykającemu ciężkim, a pojedynki z niemi to w naszej literaturze jedne z najwięcej emocjonujących kart...