12 listopada, 2016

O znaczeniu niepozornych inżynierów z elektrowni dla urządzania Niepodległej, czyli cyklu naszego część XV

  Not tegoż cyklu* ostatnich żeśmy Wielkopolanom poświęcili walecznym i roztropnym, takoż i peregrynacyjom Pianisty Wielkiego, który cokolwiek dziwacznie i pokrętnie do Warszawy wojażował, wywołując po drodze liczne manifestacje, a nawet i jedno powstanie  IIIIIIIVVVIVIIVIIIIXXXIXIIXIII, XIV).  Dodamy jeszcze do tego jeden zamach stanu (nieudany), ale póki co, przyjdzie się cofnąć w czasie krzynę, do rządu utworzonego Moraczewskiego, którego pierwotkiem miał Piłsudski w zamyśle, jako ręki wyciągniętej do prawicy ku zgodzie i ku nadziei sformowania rządu prawdziwie wspólnego, Rządu Narodowego, do którego utworzenia się zresztą, wobec Rady Regencyjnej władzę mu przekazującej, zobowiązał i czego ślad jest zresztą na piśmie, w owym akcie przekazania władzy, dokonanym faktycznie 14 Listopada, a powszechnie, choć mylnie utożsamianym z datą 11 Listopada...
   Wrychle się pokazało, że prawica ani myśli Moraczewskiego popierać i zamysł cały na panewce spalił, zaś chwilowo w kraju nieobecni endecji przywódcy, z Romanem Dmowskim na czele, czuć się musieli w tej rozgrywce wyjątkowo silni uznaniem swojego Komitetu Narodowego Polskiego przez kluczowe mocarstwa Ententy za oficjalnego przedstawiciela Polski i namiastkę rządu na emigracji.
   Przypuszczam, że Piłsudskiemu by i tak bardzo zależało na dotarciu do przywódców Ententy i na możności bezpośredniego z niemi rozmawiania, ale fiasko w kraju zamysłów rządu z endekami wspólnego musiało w niem to pragnienie jeszcze i więcej wzmocnić, by starać się dotrzeć do wielkich rozgrywających niejako obok, czy ponad głowami Dmowskiego i komiltonów jego... 
    Ano i w tem się wielce pomocny okazał, pozornie nieznaczący wiele, inżynier z Elektrowni Warszawskiej, niejaki Lucjan Kaulek, którego gdzieści tam wyszperał (a może się już i znajomił z niem przódzi?) sekretarz Piłsudskiego, Michał Sokolnicki . Ówże Kaulek, Francuzik w czasie wojennym we Warszawie siedzący, okrom swej dla chleba czynności w elektrowni, pracował niemało w Biurze Prac Społecznych, tłomacząc tam dokumentów siła, takoż dla doraźnych onego Biura potrzeb, jako i na wyrost niejako, dla potrzeb przyszłej polskiej deputacyi, której udziału w przyszłej konferencji pokojowej się spodziewano. 
   Dygressyją czyniąc niedużą, godzi się tu spomnieć o tem Biurze co nieco, a ściślej może o ludziach wokoło niego czynnych... Owoż był to twór pod auspicjami Rady Regencyjnej powstały, a ściślej jedno z biur Towarzystwa Popierania Pracy Społecznej, którego jednym z najczynniejszych działaczy, a od 1917 roku honorowym prezesem był jeden z regentów z Rady Regencyjnej, Józef Ostrowski, któregośmy tu już i wspominali, jako to chorym w tych dniach listopadowych najważniejszych będąc, przy własnem łożu boleści skupił owe wszystkie narady z przekazaniem władzy Piłsudskiemu związane.
Postać to wielce ciekawa i nie zanadto znana, najwięcej jeno z tą rolą w Radzie Regencyjnej wiązana, a i tego zapewne nie nadto w pełni, boć ów z regentów najwięcej był politycznie doświadczonym i tego nauczonym, że się sprawy naprawdę ważkie załatwia w zaciszu gabinetów i kuluarów jakich, z czego niewielki nam tylko ślad pozostał. Pomarł też niezadługo (1923), a że i familii nigdy nie założył, to i czeguś mało śladów po niem. Przyjmuje się zazwyczaj, że był poglądów z większością ziemian tożsamych, zatem i konserwatysta, i katolik pełną gębą... I doprawdy ciekawe, że ludzie, których powołał do onegoż Biura, najwięcej zaś Kaulekowy zwierzchnik, Włodzimierz Wakar, wielce in futuram gorliwy ruchu prometejskiego działacz i admirator, przywiodą tegoż tworu do kształtu i dziś nam znanego jako Instytut Gospodarstwa Społecznego, w Międzywojniu instytucji jednoznacznie kojarzonej z socjalistycznymi myślicielami i ekonomistami w rodzaju Ludwika Krzywickiego czy Tadeusza Szturm de Sztrema** .     Jeszcze ciekawsze, że w instytucji będącej oczkiem w głowie jednego z tych rzekomych superserwilistów z Rady Regencyjnej, szykowano dokumenty na przyszłą konferencję pokojową, gdzie najwyraźniej zamierzano wystąpić, jak rozumiem, walcząc o jaki polski byt niepodległy i onego kształt oraz formę... Inszemi słowy, nie inaczej jeno konspirowano przed Niemiaszkami i nominalnymi Rady zwierzchnikami działania, które z punktu widzenia Berlina trudno nazwać inaczej jak zdradą stanu...:) Ale wracajmy do naszych baranów, w tem przypadku zatem inżyniera z elektrowni naszego...  
   Owóż jego najcenniejszą dla otoczenia Naczelnika Państwa wartością były nie jego zasługi w tem konspirowaniu, czy francuskiego narzecza naturalna znajomość, czy i może inżynierska wiedza i experiencyja, a kontakty przezeń posiadane we francuskiem Ministerium Spraw Zagranicznych, a to za sprawą oćca onegoż, Jeana-Baptiste'a Kauleka (Cauleca ?), w onym ministerium wieloletniego urzędnika i archiwisty. Temiż kontaktami właśnie zbrojny, a przez Sokolnickiego namówiony, Kaulek oto 17 Listopada wysmażył ni mniej, ni więcej... tylko osobisty list do premiera francuskiego, Georges'a Clemenceau ! I opisał w niem rozpaczliwe położenie Polski, jako i obawy przez otoczenie Piłsudskiego żywione:
  "Niech Pan zawiadomi swój rząd, że znajdujemy się w straszliwej sytuacji, która jutro może okazać się śmiertelną (...) Jeśli Ententa nie znajdzie energicznego sposobu, ażeby okiełznać ten [niemiecki] żywioł, który może doprowadzić jedynie do wybuchu strasznego pożaru sprzyjającego zwyciężonym Niemcom, to czekają nas straszne dni."  Wręcz Kaulek apelował imieniem władz polskich o pomoc i o jak najszybszy przyjazd "francuskiego agenta" rządowego...
  List ten***, o dziwo, dotarł do adresata ! Małoż na tem, zapoczątkowana niem wymiana korespondencyj przyszła do tego, że z końcem listopada zorganizowano wyjazd oficjalnego przedstawiciela Piłsudskiego do Paryża, Stanisława Hempla , z którem też i wyjechał wspomagający go Kaulek, jakkolwiek oficjalnie w skład delegacji nie wchodził. Ale to poprzez Kaulekowe kontakty dotarł Hempel do francuskiego premiera i przekonał go, że patrioci w Warszawie są równie oddani Polsce jak ci z komitetów paryskich i że w najlepszym polskim interesie jest złączyć wysiłki tych dwóch środowisk.
   Wrychle pokazało się, że i w tem duchu począł Clemenceau na Dmowskiego może nie tyle naciskać, co wpływać, a co w połączeniu z opisaną już w części XII, siurpryzą , jaką Dmowskiemu wywinął Paderewski, na własną rękę się dogadujący z Balfourem i w efekcie tego płynący w grudniu 1918 brytyjskim krążownikiem do Gdańska, a stamtąd jądący do Warszawy, z wiadomym skutkiem via Poznań, musiało wpłynąć na zmianę stanowiska przywódcy endecji wobec władz krajowych.    Ale o tem, a więcej może o jeszcze jednej próbie inszego tegoż konfliktu rozwiązania, która paradoksalnie się nie powiodła, ale na rzecz pomyślnego finału zadziałała skutecznie, napiszemy już w nocie kolejnej...:)
____________________________________

* -  inne moje teksty ze świętem 11 Listopada związane, to w pierwszej mierze próba opisania dnia tego nie w Warszawie radosnej i spokojnej, a we Lwowie walkami targanym ("O dniu rzekomo spokojnem") oraz próba pogodzenia wiecznie się o palmę pierwszeństwa w dniu tym swarzących Krakowa i Tarnowa poprzez oddanie jej...Zakopanemu:)  ("O Rzeczpospolitej Zakopiańskiej")
** - wspominaliśmy o niem w części VII, jako o jednym z przywódców wielkiej socjalistycznej "manifestacji gwiaździstej", która się w Warszawie w dniu 11 Listopada odbyła, dla poparcia rządu Daszyńskiego, który m.in. przyniósł Piłsudskiemu w darze czerwonego z tejże manifestacji sztandaru i probował od Naczelnika poparcia dla rządu lubelskiego uzyszczeć.
*** - zachował się odpis tego listu i znajduje się on w archiwach KNP, II, t. VI, 40 (jest to odpis z 2 Bureau, Mission Militaire Franco-Polonaise, gdzie został zarejestrowany pod nr 1832 i datą 3 grudnia 1918 roku) oraz KNP, VIII, t. II, 19).
                                 ................

36 komentarzy:

  1. ech Wachmistrzeńku, cokolwiek bym ja napisała i tak głupim by się przy waszmościnej wiedzy wydało ...
    czytam więc jedynie i konotuję w głowie, z nadzieją, że w onej jak najdłużej się ostanie ...
    Kłaniam Waszmości za arcyciekawy wykład dziękując :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z pewnością by się takiem wydać nie mogło, a rzekoma wiedza jeno lektur bogactwo oznacza...:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  2. Rozleniwiłam się... Dopisuję się do komentarza Maliny.:)))
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To i ja podobnie protestuję...:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
    2. Ostatnia kropeczka przypomniała mi pewien konkurs, bodajże w radiowej Jedynce. Trzeba było odpowiedzieć na pytania. Wtedy pierwszy raz słyszałam, jak prowadzący dostał takiego ataku śmiechu, że musieli puścić piosenkę, żeby się uspokoił.:)))
      Pytanie: "Jak się nazywał koń Piłsudskiego?"
      Odpowiedź: "Rosynant."
      Pozdrawiam serdecznie:)

      Usuń
    3. Dobrze, że nie Bucefał...:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  3. Ciekawym się wydaje skąd w Warszawie wziął się ów młody Francuz? Przyjechał za chlebem, czy też za jakąś kobietą?
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tertium non datur?:))) W tamtych czasach inżynierska pensja to naprawdę było coś spokojnie dozwalającego dom utrzymać na wysokiej stopie. Ale też nie sądzę byśmy potrzebowali aż obcokrajowców ściągać do podobnej w elektrowni posady... Wiadomo, że ów też i lekcyj francuskiego udzielał, co mnie pierwotkiem zdziwiło, bo nie sądzę iżby dorabiać musiał, osobliwie w kraju, gdzie byle bona znać francuski musiała i sama mogła lekcyj dawać. Nawiasem, to zwykle było pierwsze zajęcie jakich zubożałych dam czy panien z towarzystwa, z któremi trudno by Kaulek mógł konkurować cenowo... Być może miał jakich zaprzyjaźnionych kandydatów na uczniów, którym mu odmówić nie wypadało, a być i może, że szło o to samo zjawisko, które i dziś pod mianem "native speakerów" karierę robi. Natomiast domysł drugi wydaje się nieznacznie więcej trafnym, bo w 1915 Kaulek się ożenił z Łucją Piskorską, osóbką wówczas niemal trzydziestoletnią, zatem podług standardów ówczesnych, nieledwie na progu staropanieństwa rozumianą, zatem i też pytanie, czy tu szło o jaką wielką miłość, czy raczej o jakie pragmatyczne sprawy.Na przykład uchronienie zaprzyjaźnionego Francuza przed internowaniem, gdy do Warszawy wkroczyli Niemcy...
      Związki z piłsudczykami mógł mieć jeszcze Kaulek poprzez szwagra swego, Tomasza Piskorskiego (drugi, Leonard, był w swoim czasie najsłynniejszym białoskórnikiem warszawskim), który do POW należał, w listopadzie ośmnastego roku Niemców rozbrajał, zasię ochotniczo w szwoleżery postąpił. In futuram przepięknego zapisał życiorysu, gdzie i powstania śląskie, i rozliczna działalność społeczna, osobliwie harcerska (na przełomie 1936 i 37 był nawet p.o. Naczelnika Harcerzy), kwesty (rozumiem, że gdzie pod okiem Mariusza Zaruskiego) na pierwszy żaglowiec harcerski, czyli przyszłego "Zawiszę Czarnego", a na końcu niedoszłe stanowisko wojewody poznańskiego (miał je objąć 1 września 1939 roku) i znów ochotniczy udział w walkach, w 21 Pułku Ułanów Nadwiślańskich. Ogarnięty przez Sowietów, rozstrzelany w Charkowie... Najsmutniejsze post scriptum dopisała teraźniejszość nasza: córka Piskorskiego, Katarzyna, znana rzeźbiarka warszawska, wielce w sprawy Fundacji Katyńskiej angażowana, została zaproszona przez kancelarię Lecha Kaczyńskiego do nieszczęśnego samolotu 10 kwietnia 2010 roku do Smoleńska lecącego...:((
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  4. Z przykrością stwierdzam, że w żadnej publikacji będącej w moim posiadaniu, a poświęconej początkom Drugiej Rzeczypospolitej, nie ma ani jednego słowa o Kaulku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co nie zmienia faktu, że to, co napisałem, jest prawdą.

      Usuń
    2. A czy ja to kwestionuję? Czytasz zapewne opracowania, monografie, z natury rzeczy mające skłonność do syntezy, zatem i do pomijania spraw drobnych, incydentalnych i z punktu widzenia autorów, nieistotnych lub mniej istotnych... Ja uważam, że procesy złożone i bardziej skomplikowane czasem łatwiej prześledzić przez epizod, incydent czy postać marginalną lub przypadkową... Z całym szacunkiem dla Jegomości Kauleka:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  5. Dziwna historia. To trochę tak, jakby jakiś "amerykaniec" napisał do prezydenta USA i ten wykazał zainteresowanie sprawą państwa, którego nie ma.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rzekłbym, że po Amerykanach i ichnich prezydentach może bym się nawet i więcej czego takiego spodziewał...
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  6. szczur z loch ness14 listopada 2016 06:04

    W moim odczuciu sprawa ma tzw. drugie dno, a kontakty z wysoko posadowionymi przedstawicielami innego kraju nie były tak całkiem przypadkowe. Niestety nie wspominasz co stało się z dokumentami po śmierci rzeczonego, które wspomniany trzymał w sekretarzyku. W każdym razie poszukiwanie stosownej teczki tym razem na Marszałka jest to z pewnością sprawa dla IPN, może tak to najogólniej nazwijmy.
    Kłaniam z zaścianka :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najpewniej to samo, co z Warszzawy większością po roku 1944... Dworujesz sobie, a rzecz może by i rzeczywiście wymagała śledztwa, choć niekoniecznie w tem aspekcie. Dopotąd rozumiałem, że kraj zrujnowany wojną, wygłodzony, pozbawiony niemal wszystkiego, żadnej poważniejszej pomocy nie dostał, bo po primo nie było tradycyj takiej międzynarodowej pomocy, secundo potencjalni darczyńcy niewiele lepiej sami prosperowali, to i jak mieli z próżnego nalewać, tertio, że wobec niepewności, czy władza w kraju iście jest niezawisłą i proaliancką, nie wiedzieć w czyje ręce by ta pomoc trafić mogła... Ale w lat zaledwie kilka później żadne ideologiczne względy nie przeszkodziły Nansenowi zorganizować ogromnej międzynarodowej pomocy dla głodującego Powołża, zaś z relacji Hempla (powołującego się na półgębkiem poczynione wyznanie Stanisława Grabskiego)wynikałoby, że takie zamiary w komitecie paryskim Dmowskiego były i zostały z rozmysłem odrzucone, co jeśli by być prawdą miało, zasługuje na co najmniej tejże postaci zweryfikowanie...
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
    2. szczur z loch ness14 listopada 2016 11:52

      Wcale sobie nie dworuje, a nawet wprost przeciwnie. Ot, stosuję inną metodykę. Do powstania Polski zaistniały warunki, a co ważniejsze przesłanki i była też ku temu okazja. Klasyczna triada. Gdyby wyjąć z tego jeden element nic by z tego nie wyszło. Analizujący wspomnianą sytuację doskonale o tym wiedzieli, a skoro tak, to byliby głupcami gdyby nie próbowali na to wszystko wpływać. Toż oczywiste, że owa przyszła Polska stanowiła niewiadomą i mogła być bardzo różna. Dlatego sądzę, że inżynier z elektrowni bacznie to śledził, nawiązywał kontakty oraz przekazywał informacje, wpływając po części na bieg wydarzeń. Wydarzeń które już się przecież wartko toczyły. Zapewne nie on jeden. Nie była to osoba przypadkowa, o czym sam wspominasz: Ano i w tem się wielce pomocny okazał, pozornie nieznaczący wiele, inżynier z Elektrowni Warszawskiej, niejaki Lucjan Kaulek, którego gdzieści tam wyszperał (a może się już i znajomił z niem przódzi?) sekretarz Piłsudskiego, Michał Sokolnicki. Otóż,chodzi o to słowo: pozornie i sugestię, że wspomniany znał Sokolnickiego. Toż chyba nie na okoliczność płacenia w okienku rachunków za prąd owa zażyłość powstała :-)
      Kłaniam z zaścianka :-)

      Usuń
    3. Przyznać się muszę do pewnej pochopności, bom tekstu noty pisał, Sokolnickiego wspominki znając, który ciepło o Kauleku pisze, zaś nie znając relacyi Hempla, której żem wyszperał dopiero szukając Torlinowi czegoś, co zawiera sieć i czego bym mógł mu wskazać... Sęk w tem, że Kaulek w swoim liście do Clemenceau powołuje się na rozmowę i wieści posłyszane od adiutanta Piłsudskiego, ale go nie wymienia z nazwiska, choć podkreśla jego dużą wiarygodność. Założyłem, że cywil to i poplątał i sekretarza z adiutantem pomylił, stąd uznałem, że się z Sokolnickim właśnie znali już i może przódzi, luboż że to ów go wyszperał... Tem zaś czasem Hempel (który rzeczywiście był adiutantem Komendanta) wprost pisze o nim, jako o swoim dawnym nauczycielu francuskiego, tandem zdaje się, żeśmy tu personaliami zbłądzili...
      Pojmuję, że sugerujesz, że Kaulek być miałby jakimś człowiekiem służb i stąd te jego do pomocy chęci i przydatne kontakty. Teoryja ciekawa, ale podług mnie jednak naddana... Pierwsze, że by się tymi swoimi zasługami nie omieszkali nam później Francuzi chwalić przy każdej okazji, a wygląda na to, że nawet nie mają takiej świadomości, że oto jeden z nich nam dopomógł. Wtóre, że gdyby Kaulek był jakimś agentem, to by go najpewniej za niespełna dwa lata zawezwano do wspomożenia francuskiej misji wojskowej z Weygandem, która tu przybyła w najgorszy czas bolszewickiej wojny, a wtedy gdzieś by ów też nam musiał wypłynąć. No i trzecie, że tak nasz wywiad, jak i francuski paroma skandalami w Międzywojniu posłynął, w tem licznemi przeciekami, tandem człek, co by agentem miał być jeszcze od poprzedniej wojny, zwyczajnie pewnym by być nie mógł, że jest najdokładniej Niemcom zdekonspirowanym i znanym. Logicznym by w takiem razie było, by we Wrześniu 1939, konsekwencyj się lękając, zgłosił się do francuskiej ambasady i zażądał ewakuacji wraz z nią, lub co najmniej pomocy w nowej tożsamości wykreowaniu. Tym zaś czasem nic podobnego nie nastąpiło i Kaulek zmarł naturalną śmiercią, bodajże w 1941 roku, w okupowanej przez Niemców Warszawie, jest pochowany na Powązkach w grobowcu rodzinnym Piskorskich i nic nie wskazuje na to, by był kimkolwiek więcej, niż tym, kim przez całe życie wydawał się być...
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  7. Nie pierwszy to raz, gdy odpowiednie znajomości dużo znaczyły.

    notaria

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I zapewne nie ostatni...:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  8. Panie Wachmistrzu
    Londynowi rozbiory Polski były na rękę, wszak mocne Prusy były kartą przeciwko Francji, a tej Anglia nie cierpiała. Kongres Wiedeński pokazał dalsze oblicze ich lordowskich mości,bo nie jest tajemnicą, że przyklepali jarzmo. Lord Grey, premier, przyjmował emisariuszy Powstania Listopadowego, współczuł im, ale Rosjanom życzył szczerze, by zdławili bunt poddanych cara. Inny lord, tym razem Robert Cecil, bardzo wpływowy polityk, orzekł, po powstaniu styczniowym, że niepodległa Polska to chimera. W ogóle Anglicy pokazali wtedy swoją perfidię. Tak, Polsce należy się pomoc, ale może to zrobić mocarstwo kontynentalne. Anglia to morska potęga, zaś Polska nie ma dostępu do morza, wobec czego lordowie są bezradni. Na wszelki wypadek torpedowali poczynania Napoleona III w kierunku pomocy. Ambasador Buchanan, oczywiście Anglik, kajał się w Petersburgu za propolskie sympatie w Londynie, nazywając je niewybaczalnym błędem. O tym, co wyprawiał David Lloyd George na forum Najwyższej Rady Sprzymierzonych, nic nie napiszę, bo musiałbym pominąć wszelkie określenia uznawane powszechnie za bardzo niecenzuralne. We wrześniu 1939 były premier na łamach Sunday Express wygłosił tyradę nie przeciwko Hitlerowi czy Stalinowi, ale przeciwko Polakom. I to chyba wystarczy.
    z wyrazami uszanowania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Umiesz liczyć, licz na siebie, o którem to porzekadle ustawicznie zapominamy, mając jakąś dziwaczną narodową skłonność do wypatrywania choć cienia przychylnego nam uśmiechu u obcych nacyj, zasię budowania na tym uśmiechu wyobrażeń o nie wiedzieć jak tęgich więzach nas z temi nacjami łączących... Tem zaś czasem każdy rząd każdego kraju w pierwszym rzędzie się będzie kierować zdrowo rozumianym egoizmem interesu własnego kraju, a nie sympatiami opinii publicznej dla jakichś egzotycznych wariatów, co i rusz się burzących... I dopóki się nie nauczymy odróżniać w tej mierze ziarna od plew, to zawsze będziemy mówić o perfidii Albionu, wyniosłym chłodzie Francuzów, czy izolacjonistycznej głupocie Amerykanów, zamiast przyjmować na zimno, że są takie skłonności, przewidzieć je, nauczyć się z niemi walczyć dla dobrze pojętego znów, egoistycznego interesu naszego kraju, albo może nawet i postarać się wykorzystać przeciw nieprzyjaciołom naszym...
      Nawiasem, zastanawiam się jak my naprawdę jesteśmy postrzegani na takiej np. Ukrainie? Jako dwulicowi i gnuśni, którzy niby wspierają w oporze i zachęcają do wytrwałości, ale w ślad za tym nie czynią niczego naprawdę konkretnego?
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
    2. O tym - całkowicie nieoficjalnym - postrzeganiu pisze m. in. Z. Szczerek
      http://lubimyczytac.pl/ksiazka/173332/przyjdzie-mordor-i-nas-zje-czyli-tajna-historia-slowian

      Usuń
    3. Dzięki, Tetryku, rzecz się zapowiada ciekawie, ale mnie jednak szło nie o to, jak my ich postrzegamy, a jak oni nas...
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
    4. I o tym wzmianki tam znajdziesz... tyle, że na poziomie kontaktów bezpośrednich ze zwykłymi ludźmi, nie intelektualistami-teoretykami.

      Usuń
    5. No to rzeczywiście brzmi ciekawiej:) Dzięki i kłaniam nisko:)

      Usuń
  9. Ciekawa sprawa z tymi elektrykami! :D :D :D

    OdpowiedzUsuń
  10. Dygressyi wiele, a wszyskie rozgrywane w obliczu wielkich wydarzeń. I tak jako tłomacz Kauleka miał sposobność poznania dokumentów na konferencję pokojową, a jako syn znanego ojca Jeana - Baptiste'a mógł napisać list do premiera Francji oraz pomóc Hemplowi w nawiązaniu kontaktów z francuskimi politykami.Tak to rozumiem.
    Zasyłam pozdrowienia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I ja podobnie, choć nie wydaje mi się, by ewentualna inna profesja ojcowa była dla Kauleka jaką w pisaniu do premiera swej ojczyzny przeszkodą...:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  11. Panie Wachmistrzu
    Paderewski był wtedy początkującym pianistą, ale zyskał sobie sympatię Tytusa Chałubińskiego, zapalonego melomana. Zdarzyło się, że razem z Aleksandrem Świętochowskim, zaczęli się prześcigać w wychwalaniu Mozarta i nakłaniać Paderewskiego do grania coraz to innych, ubolewając przy tym, iż dzisiaj już nikt nie potrafi tworzyć tak cudownej muzyki. W Paderewskim odezwał się duch przekory, i po powrocie do siebie skomponował, niemal ad hoc, po czym przy wizycie u Chałubińskiego zagrał go w obecności także Świętochowskiego, wprowadzając obu w stan niemal upojenia. Po ostatnim akordzie Chałubiński miał zawołać " niech pan sam przyzna, że nie ma dziś na świecie kompozytora, który umiałby napisać coś równie pięknego ". Efekt był ponoć piorunujący, gdy Paderewski przynał się do żartu. Żart minął, menuet pozostał ( jako Menuet G-dur op.14,nr 1) i zyskał ogromną popularność. Na koncertach słuchacze oklaskami starali się wymuszać bisy, wiadomo było, że Paderewski właśnie wtedy grywał ten utwór.
    z wyrazami uszanowania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pyszna anegdotka, której, nawiasem, nie znałem...:) Wielcem tedy Waszmości za jej przywołanie obligowany:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  12. Ciekawa sprawa z tem Kaulekiem... Wychodzi na to, że był on pierwszem klockiem domino, które raz poruszone, zapoczątkowało ciąg zdarzeń, których finalnym efektem była II RP... Swoją drogą, widzę, żeśmy po jednej myśli tu z Imci Dreptakiem, albowiem mię również przyszedł na myśl inny elektryk, któren również przyczynił się do daleko idących zmian. I za owe zmiany odcina kupony do dzisiaj (całkiem niesłusznie moim zdaniem), przydając sobie nawet roli w wyborze kolejnego prezydenta USA!

    Dziękuję Waszmości za przypomnienie tutaj postaci Ostrowskiego. Od czasów szkolnych pozostało mi w zakamarkach pamięci jeno jego nazwisko...

    Jam Waszmości sługa uniżony, w podziwie pozostający :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano bo też i tak ja pojmuję missyję tu swoją... by okrom spraw prawdziwie wielkich przypomnieć i tych maluczkich, co to czasem i sami się wielkimi stawali, a czasam byli po prostu sobą, tyle że bez nich by się nie obeszło...:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń

Być może zdaje Ci się, Czytelniku Miły, że nic nie masz do powiedzenia aż tak ważkiego, czy mądrego, by psuć wzrok i męczyć klawisze... W takiem razie pozostaje mi się tylko z Tobą zgodzić: zdaje Ci się...:)