06 stycznia, 2016

O tem, czemu z wszytkich naszych akuratnie Wielkopolska się pofortunniła insurekcyja, czyli cyklu o urządzaniu Niepodległej część XIV...

         Latami całemi ta rzecz mię zajmowała okrutnie, przecz akurat ta Wielkopolska insurekcyja nasza się, jako jedyna, w dziejach naszych najnowszych powiodła, gdy insze przeciwnie, niczego nam okrom morza krwie, łez i zniszczeń bez mała nie przyniosły. Byłyż i po temu głosy przeróżne, najwięcej na brak woli walki u Niemiaszków wskazujące, luboż na determinacyję Wielkopolan okrutną, przeciem czuł, że to nie to i że gdzieś się tu po powierzchni ślizgamy zjawiska... Aboż to Wielki Książę Konstanty z rosyjskim wojskiem z Warszawy w Noc Listopadową nie ustąpił, podobnego braku ducha bojowego wykazując? Aboż to inszym insurgentom naszym, tym co w styczniowem śniegu z kosami i kijami przeciw moskiewskim szli armatom, na determinacyi aby zbywało? Czy może zbrakło jej tym nieszczęśnikom z butelkami benzyny i jednym pistoletem na dziesięciu, szturmującym umocnioną bunkrami i karabinami maszynowymi Aleję Szucha? Przecie, że nie...
   Olśniło mnie dopiero gdym kwestyję dowództwa jął rozważać powstańczego. Nie, nie o to idzie, że go Wielkopolany nie miały, bo to poniekąd narodowa insurgencka specialitas nasza... Podchorążowie Wysockiego przecież biegali po mieście, błagając każdego napotkanego jenerała, by zechciał niemi dowodzić, a w razie odmowy, ubijali jak psa, podwaliny kładąc zarazem pod nowożytne polskie demokracji pojmowanie, oparte na zasadzie "kto nie z nami, ten przeciw nam"* . Rząd Narodowy z 1863 roku, wcale zgrabnie przygotowawszy (przynajmniej na tyle, na ile to było możliwe) samo powstanie, ogłasza je... i usuwa się w cień, dozwalając na zawłaszczanie dowództwa tak cywilnego, jak i wojskowego przez indywidua przeróżne, w tem i od zwykłych hochsztaplerów nieodległe... W Powstaniu Warszawskim odwrotnie: to władza wojskowa cywilną de facto zaskoczyła i postawiła wobec dokonanego faktu. Jedynie Kościuszko, w ręku swoim skupiający tak jedną, jak i drugą władzę, byłby tu wyjątkiem chwalebnym braku tarć między niemi i próby zdominowania jednej przez drugą...
    U Wielkopolan sprawa była od początku jasna: władzą cywilną jest Naczelna Rada Ludowa i sprawuje nad całą wojskową stroną powstania kontrolę najściślejszą, mogąc dowolnie w zasadzie powoływać i odwoływać dowódcę. Sęk w tym, że tego dowódcy na początku nie było w ogóle! Korfanty, czego by o niem nie mówić, nie mógł być aż takim idiotą, żeby nie wiedzieć, że sprowadzenie do Poznania Paderewskiego, o czem żeśmy pisali w części tegoż cyklu uprzedniej  ( IIIIIIIVV , VI , VII , VIIIIX , X , XI , XIIXIII ), spowoduje wybuch. Rzekłbym nawet, że Korfanty świadomie działał dla sprowokowania go.  A mimo to, nie zadbano o to, by wodza mieć w pogotowiu, by nad tem jakaś organizacja czuwała, by wyszykowano jakieś tejże insurekcyi plany...  Błąd?
   Ano właśnie... Sam Korfanty najpewniej tak w cichości ducha swego sam przed sobą uważał, bo przed kolejnym powstaniem (III Śląskim), którym mu kierować przyszło, skrupulatnie już o te przygotowania i kwestie zadbał. Nawiasem to uważam, że III Śląskiego też nie sposób za przegrane uważać, co by poniekąd kłam zadawało tej dumie Wielkopolan ze swego sukcesu, jako jedynego. Ale powróćmy do Poznania z końcem grudnia 1918 roku... Przemyślawszy rzecz bowiem głęboko, przyszedłem k'tejże rozterce, że nie wiem, zali to nie ten "błąd" nie jest właśnie tajemnicą tegoż powstania sukcesu? 
   Patrząc bowiem przez pryzmat wszystkich tych zrywów naszych, staje się w miarę oczywistem, że podnosząc oręż przeciwko temu czy owemu zaborcy, a czasem i wszystkim naraz, zatem w oczywistej sił nierównowadze i z pozycji Dawida pragnącego ubić Goliata, to sukces owszem może i był możliwy, ale żeby setka amatorów z kijami i kosami pokonała dwie setki zawodowców z karabinami, to by trzeba jakiegoś niezwykłego splotu fantastycznie nam sprzyjających okoliczności, albo... fortelu na miarę Dawida właśnie, by ci z kosami i kijami znaleźli się wśród tych z karabinami i wyrżnęli ich, zanim tamci zdążą te karabiny ściągnąć z ramienia. Powiedzmy sobie szczerze, że zawodowi wojskowi zazwyczaj nie są ludźmi do forteli na miarę Zagłoby zdolnymi. Ich szkolono według regulaminów, a te oduczają myślenia... Uważcież, że najpierwsze trzy postacie, które nam na myśl przychodzą, gdy o fortelach prawimy do biblijny Dawid, homerowski Odyseusz i sienkiewiczowski Zagłoba... Czyli bohaterowie mityczni i literaccy... Odpowiednika realnego, żywego, jakoś nie widać, przynajmniej nie na tę miarę i nie na pierwszy rzut oka... I to właśnie dowód najlepszy, jak bardzo to jest trudne, a tylko ktoś taki postawiony na czele powstań naszych byłby może zdolnym chytrością planu i przebiegłością wykonania, do sukcesu doprowadzić... Wszyscy inni, Supermenami nie będąc, tym bardziej intelektualnymi, będą postępowali sztampowo, tworząc planów, najlepszych na jakie ich będzie stać, ale właśnie: tylko tyle... Najlepszych, na jakie ich będzie stać, a przecież każdy jest tylko człowiekiem i na ludzką miarę zazwyczaj popełnia błędy, zapomina o tym, czy owym, nie dopatrzy tego, czy tamtego. Ale stworzył plan, który przekazano podkomendnym do realizacji, a w wojsku raz, że rozkaz nie gazeta, służy nie tylko do czytania, dwa, że owi nawet jak jakieś niedostatki tegoż planu widzą, to gębę na kłódkę zamkną, wierząc, że widać "góra" wie co może więcej i lepiej, i te jakieś zagrożenia przez nas widoczne, też przecie znać musi, zatem wymyśliła już i pewnie jakie remedium na nie... 
   I tak plany te się powoli stają świętością samą w sobie, a ludzie mający je realizować, stają się tych planów niewolnikami i zakładnikami. Jak człek sprawunki w sklepie podług kartki czyniący, śmietany nie kupi, bo jej na kartce zapisać przepomniano, a sam nawet, jeśli rano na jej brak sarkał, to już tego nie baczy, bo kartka świętością... Tak i tu, mając wbite do łba, że podług planu zwierzchności naszej zdobyć potrzeba koniecznie budynku, twierdzy czy miasteczka "X" będzie ten oddziałek tłukł tą głową o mur, dopóki nie wyginie, lub w rozsypkę nie pójdzie, gdy dowódca zginie, ani nie próbując się zastanowić nad tem, czy skoro zdobycie "X" zdaje się być niemożliwością, czy nie osiągniemy celów swoich, "X"-a jedynie izolując? A może jego roli spełni słabo broniony "Y"? Cokolwiek inszego i inaczej, jakiś improwizacji element, który choć częściowy sukces zapewni, zamiast bezsensownego krwi przelewania... U nas tymczasem, jako się gdziekolwiek coś nie powiodło z planów zamierzonych, zazwyczaj duch już upadał i wojowano już dla honoru tylko, a czasem i dla wyrąbania sobie drogi ucieczki.
   Tymczasem Wielkopolanom nie miało co na panewce spalić, bo planów de facto nie było... Owszem, konspiratorzy z POW przódzi tam coś rozpoznawali, cosi szykowali, ale w godzinie "W" wszystko to poszło w kąt i sprawy poszły na żywioł. A skoro tak się stało, to nie miało co zawieść, zaś ludzie, w znakomitej części dawni żołnierze frontowi, wyszkoleni przecież tak samo dobrze jak ci, przeciw którym walczyli, robili po prostu to, co umieli najlepiej. Przeszkadza nam ogień z budynku "X"? No to trzeba go zdobyć, albo skłonić tamecznych Niemiaszków, by złożyli broni, zatem skupiamy się na tem i robimy to, najlepiej jak umiemy, a nie trzymamy się planu, według którego właśnie mamy iść obsadzić w innej dzielnicy czegoś zupełnie innego. Brakuje amunicji? Nie sobaczymy na kwatermistrzostwo, które jej nie dowiozło, bo wiemy, że go nie ma i że jej trzeba zdobyć u Niemca, jeśli chcemy jej mieć. Tertium non datur!
  I o toż właśnie mi idzie, że w cyrkumstancyjach tej Wielkiej Improwizacji, Wielkopolany  - narodek przecie po prusku chowany do ordnungu i zapobiegliwości - zdali egzamin z tej mieszaniny szaleństwa i zamiłowania do dobrej roboty celująco!
   Znakomity tego dowód widzę właśnie w wielkopolskim pragmatyźmie, który każe przywódcom politycznym nie biegać po mieście w poszukiwaniu chętnych generałów, bo wiadomo, że ich nie ma, jeno zadowolić się tym, co jest. A przypadkiem akurat jest u jednego z działaczy Naczelnej Rady Ludowej, księdza prałata Teodora Taczaka, jego brat, Stanisław, inżynier górniczy z Westfalii, czasu wojennego kapitan dawnej armii cesarskiej i jeden z pierwszych, co z niej do polskiego wojska przystali. Aktualnie w podróży powrotnej do Warszawy, gdzie w Sztabie Generalnym pracuje, a jechał do Berlina, do żony i dziatek, bo się o nie niepokoił sielnie, słysząc co się w niemieckiej stolicy wyprawia. 
   Powiadają, że z braku laku dobry i kit. Tutaj Wielkopolanom chwała, że tej mądrości w praktyce zastosować umięli, a kit okazał się nadspodziewanie dobrym. Nawiasem bym tu na dwie chciał Waszej uwagi obrócić drobnostki: pierwsza, że kapitan Taczak, zgadzając się objąć nad powstaniem dowództwa nie miał, jak widać, najmniejszych rozterek, że się może co Niemce nad familiją jego, w Berlinie przecie siedzącą, pomścić może, co zechcą, a nam najpewniej by to była myśl pierwsza. Co przedkładam jako dowód zdziczenia czasów nibyż cywilizowanych naszych...
   Wtóra, to ta, że kapitan Taczak był w czynnej służbie żołnierzem w wojsku Naczelnikowi Piłsudskiemu podległym. Formalnie zatem jego niestawienie się w Warszawie to dezercja, a przyjęcie nominacji na majora z rąk Naczelnej Rady Ludowej co najmniej niesubordynacja. Oczywiście, o ile nie było jakiego telefonu do Warszawy z prośbą o zgodę, a tak się właśnie stało: udzielił jej osobiście Naczelnik Państwa, ten sam, którego endecja ustawicznie oskarżała o to, że się rzekomo zobowiązał wobec rządu niemieckiego, że do żadnych już ziem polskich, w granice dawnego cesarstwa niemieckiego wchodzących, aspirował nie będzie** i któremu zarzucano, że insurgentom wielkopolskim  nie pomagał. I ten sam, który w dwie niedziele później, na prośbę Naczelnej Rady Ludowej, dwu innych kandydatów na dowódców przedstawi, z których Wielkopolany wybiorą jenerała Dowbór-Muśnickiego***,o którego podróży do Poznania jużeśmy tu ongi pisali:).   
   Wyjaśnijmy też od razu rzecz jedną, by kto nie myślał, że tu może majora Taczaka skrzywdzono, czy że może jaki był z niem konflikt. Od początku tak mu stawiano tej sprawy, że dowództwo obejmuje tymczasowe, z czem się godził. Po powstaniu , w bolszewickiej wojnie, a i później w wojsku Odrodzonej służył dobrze i wiernie do generalskich dochodząc godności i dowodzenia dywizją. Emerytowany bodaj 1935 roku, chciał się we wrześniu '39 ochotniczo do służby stawić, ale nim się z wojskiem na wschód odchodzącym spotkał, do niewoli trafił i wojny w oflagu przesiedział, co nawiasem dowodziłoby niemieckiej nań zajadłości, bo przypadki zwalniania oficerów, zwłaszcza już starszych, czy schorowanych, a tym bardziej, gdy nie mieli we Wrześniu konkretnego przydziału, przecież się zdarzały. Zarzuty, jeśli w ogóle można je względem niego artykułować były dwojakiej natury: primo, że jednak był oficerem zbyt niskiego stopnia, czyli jakby wracamy do kwestii tymczasowości dowództwa Taczaka. Drugi, już znacznie poważniejszy, dotyczył tego, że Taczak tolerował tworzenie w oddziałach powstańczych rad żołnierskich. Być i może uważał, że w wojsku stricte ochotniczym, nie będą to rozsadniki rewolucyjnego ducha i nie będą niszczyły dyscypliny i morale, tak jak podobne w kształcie, a bolszewickie z ducha, rady rozłożyły na łopatki armię carską, a na oczach Taczaka i jemu współczesnych, rozkładały armię cesarską...
   W każdym razie Naczelna Rada Ludowa nie zamierzała tego eksperymentu tolerować, a powołany przez nią na wodza jenerał Dowbór-Muśnicki własnych miał z Rossyi jeszcze, wielce negatywnych z radami i wszelkim w wojsku wiecowaniem doświadczeń, by się z opornymi nie patyczkować. Rady zostały rozwiązane, szczególnie opornych aresztowano, a najzajadlejszych to i posłano do Polski, do karnych kompanii w organizowanej armii ogólnopolskiej. Jednak tych dwóch tygodni dowodzenia wystarczyło Taczakowi, by zorganizować dowództwo pełną gębą, z jak najbardziej kompetentnym sztabem i wszystkimi służbami jego; by podzielić wyzwolonego terenu na okręgi wojskowe, w których zaczęto formowanie jednostek nowych, a już istniejących, reorganizowano w wojsko prawdziwe. Dowbór "tylko" pociągnął tego dalej, wprowadzając powszechną służbę wojskową i powołując pod broń jedenaście roczników****, dzięki czemu doprowadził do tego, że Armia Wielkopolska, w przededniu złączenia jej z Wojskiem Polskim w maju 1919 roku liczyła niemal sto tysięcy szabel i bagnetów, czyli właściwie była drugą obok Armii Hallera tak dużą zwartą jednostką, z odrodzonym Wojskiem Polskim się łączącą. I po prawdzie, to w chwili złączenia, niewiele mniej od tego Wojska, liczną... 
   Oprócz kwestii dowództwa i planów w początkowej powstania fazie, znalazłem dwie jeszcze kwestie, czyniące Powstanie Wielkopolskie od innych naszych odmiennym. Pierwszą, Wielkopolany zawdzięczają własnym cechom charakteru i gospodarowania, zatem pewnie połechce to stwierdzenie moje ich miłość własną, tyle że to większego wpływu na wynik powstania akurat nie miało... Mówię o nadzwyczajnej ofiarności i pracy nad tego wojska wyekwipowaniem i uzbrojeniem. Może i to na początku była zbieranina ludzi częścią w mundurach wojska niemieckiego z jakimiś tylko atrybutami polskości, częścią w cywilnej, powszechnej przyodziewie. Ale wrychło poczęto dla całej tej armii szyć i uszyto mundurów nowych, wystarczająco odróżnialnych, by się już nie powtarzały bratobójcze starcia, których w pierwszych dniach było jednak trochę, najwięcej dla powszechności używania mundurów niemieckich, choć powstańcy mięli niejakiego fasonu własnego, że charakterystycznych niemieckich hełmów nie używali.
   W połączonym już Wojsku Polskim, w wojnie z bolszewikami, oddziały wielkopolskie budziły powszechną zazdrość u innych (no, może poza hallerczykami) swoim wyposażeniem i uzbrojeniem. Choć oczywiście, zdarzały się wpadki, jak choćby w jednym z pułków ułańskich ersatzowe niemieckie koce z jakiejś przetworzonej masy papierowej, których się nie dało na czapraki pod siodła używać, bo koniom z punktu odparzały grzebietów...:((  Ale, jakem rzekł, ta właśnie cecha tego powstania szczególna wtóra, na jego wynik wpływu w zasadzie nie miała, choć wielce się potem w wojnie z bolszewikami przydała... Osobliwie zdobyte na poznańskiej Ławicy kilkadziesiąt aeroplanów i setki części do nich, przez lat jeszcze niemało po wojnie stanowiące podstawę CAŁEGO naszego lotnictwa!
   Trzecią bowiem i chyba równie, jak pierwsza pryncypalną, szczególną tego powstania cechą, było to, że w nie właśnie, jako w jedyne (jeśli znów III Śląskiego nie liczyć) wdały się potencyje obce, dodajmy, że w samą porę, bo Niemiaszki z pierwszych szoków otrząśnięte, zebrały się wreszcie w kupie i poczęły naciskać tęgo. Wymuszony rozejm w Trewirze w lutym 1919 roku zabezpieczał zdobytego, dawał czas i możność armii reorganizowania i przygotowania jej na odparcie niemieckiej ofensywy, której ci szykowali z wiosny początkiem, ale szczęśliwie kwestyi Poznańskiego dalszej rozstrzygnęła dyplomatyka w Paryżu. Mówię: szczęśliwie, bo choć tego zapewne już nie będzie Wielkopolanom słuchać miło, to jestem niemal pewien, że by się niemieckiej ofensywie nie oparli i zapewne stracilibyśmy najmniej z połowę tego, co w grudniu ośmnastego i styczniu dziewiętnastego zdobytem zostało...

____________________________________

* - jak się nad tem zastanowić głębiej, to demokracja szlachecka nawet w dobie liberum veto, rozumiejąca, że "kto nie przeciw nam, ten z nami", jawić się poczyna jako demokracji forma pełniejsza i wyższa
** - pisaliśmy o tym rzekomym układzie w częściach tego cyklu IVV i VI
***- drugim kandydatem był generał Eugeniusz de Hennig-Michaelis, mimo nazwiska od przodków - Szwedów, dawno w Kurlandyi osiadłych, szczery patriota polski i dowódca innego z naszych uprzednich korpusów w Rosji: III-go, najsłabszego, działającego i rozbitego na Ukrainie (Dowbór-Muśnicki dowodził I-szym)
*** z braku oficerów Dowbór często awansował podoficerów, co może i trochę złagodziło efekty bezpardonowej z radami żołnierskimi walki, bo żołnierze mieli jednak poczucie, że mają wpływ na to, co się wkoło nich dzieje. No i 211 oficerów ściągnął z Warszawy, za zgodą i błogosławieństwem Piłsudskiego, któremu już jak wiemy zarzucano (i właściwie zarzuca się do dziś), że się Niemcom zaprzedał i insurgentom nie pomagał...

 ...........................................................................................................................

18 komentarzy:

  1. A tak się natrząsano z tego, że "ja z synowcem na czele i jakoś to będzie". Tymczasem okazuje się, że improwizacja potrafi być na wojnie przydatna. Niewiarygodne.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzę, żem zgrzeszył szczegółów brakiem, a i akcentów nie nazbyt szczęśliwym rozłożeniem... Dla mnie cytowana fraza, a i zapewne dla Mickiewicza to kpina z tromtadracji na bylejakości opartej, za to podpartej wiarą w cuda i własne (w wyobrażeniu niemałe) umiejętności. Wielkopolanie planu, ni dowództwa w rzeczy samej nie mięli, ale wykonali przed powstaniem kawał tęgiej roboty przygotowawczej, o czem się już nie rozwodziłem... Przede wszystkim, wobec rozprzężenia armii cesarskiej i zagrażającej anarchii uzyskano zgody Berlina na formowanie oddziałów Straży Ludowej, które miały być zabezpieczeniem porządku i bezpieczeństwa ludności. W oddziałach tych byli ochotnicy zarówno polscy, jak niemieccy, aliści Polacy jednak reprezentowani byli liczniej, a nawet udało im się nieraz przejąć kontroli nad oddziałami mieszanemi, czasem podstępem forsując na dowódcę oficera o niemieckim nazwisku. To te właśnie oddziały, jako pierwsze stanęły do walki i zagrodziły drogi Niemcom maszerującym na hotel Paderewskiego. W pierwszych godzinach walk bardzo przytomnie obsadzono poczty i telegrafu, szląc do innych oddziałów wieści, że się zaczęło, a równocześnie blokując komunikację Niemcom. Tym ostatnim z punktu zresztą odcięto głowy, bo aresztowano prezesa prowincji poznańskiej i generała mającego nad wojskiem komendy i wypuszczono po dniach kilku, gdy już w zasadzie w Poznaniu było "po herbacie"
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  2. szczur z loch ness6 stycznia 2016 18:16

    Rozumiem, że nie ma innej metodologii badań historycznych ponad szukanie związków przyczynowo skutkowych, jednakowoż i niezależnie od owej prawdy byłbym skłonny uznać, że rację miał Hegel, wskazując na konieczność tego co rzeczywiste. I nie ważne jak zwali się bohaterowie, nie mówiąc o takich lub innych zdarzeniach, bowiem rzecz cała musiała sie zakończyć - w danych okolicznościach - wedle określonego scenariusza, bo innego - własnie w owych okolicznościach - nie było.
    Kłaniam Waszmości z zaścianka Loch Ness :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ło Matko! Następny determinista...:P

      Usuń
  3. Ja to sobie przeczytałam, a przyszło mi do głowy zapytanie, co by było, gdyby to nie wyszło tak, jak wyszło ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najpewniej jakieś skrawki byśmy opanowali, być może i Poznań, ale za cenę niezwykle ciężkich walk i strat. Najpewniej też Ententa by rozstrzygnęła na rzecz plebiscytu, który czort wie, jak by wypadł... Z pewnością II Rzeczpospolita miałaby wtedy tej Wielkopolski mniej, niż jej w rzeczywistości miała. A taka np.utrata Bydgoszczy mogłaby oznaczać, że i Pomorza nie dostaniemy, bo Wilson się już wtedy mocno wykręcał, że w swoim orędziu nie to powiedział, co powiedział i że dostęp wcale nie oznaczał przyznania ziem nad morzem...
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  4. Postać kapitana Taczaka zasługuje na parę cieplejszych słów ze względu na patriotyzm, lojalność i pracowitość. Był pierwszym oficerem, który zgłosił się po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, a po wybuchu II wojny światowej jako 65 latek zgłosił się do Armii Poznań, a po kapitulacji trafił do niemieckiej niewoli. Wrócił do Polski w 1946. Na uroczyste obchody 40 rocznicy wybuchu Powstania Wlkp nawet nie został zaproszony do Poznania, co sprawiło mu gorzką przykrość. Fetowanie święta było, ale z innymi osobami. Tak w Polsce bywa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przy okazji studiowania tej postaci odkryłem jeszcze generała pilota Tenerowicza, który, jak się zdaje niczym się szczególnych od innych wyższych oficerów Ludowego już Wojska Polskiego nie odróżniał, poza tym, że jako jedyny (przy najwyraźniej jakim odgórnym zakazie) przyszedł na drugi, już poznański, pogrzeb Taczaka w 1988 roku...
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  5. Oj no nie rozumiem, po co tyle gdybać, zastanawiać się, przyczyn szukać. Przecież odpowiedź jest prosta: to był cud. :)))
    A gdzie kropeczka? :)
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nad Wartą...:) A kropeczek za mało?
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  6. Ło matko! Jak to tylko Wielkopolskie (jeśli znów III Śląskiego nie liczyć) było zwycięskie? A Żeligowski to pies? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bynajmniej, ale ja się na kynologii nie znam... Litwin, bodajże Środkowy...
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  7. Zerknąłem wczoraj, że nowa notka i miałem zamiar o tym lotnisku w Ławicy, a tu już od razu było pozamiatane.:D
    To tylko dodam, że lotnisko zostało zdobyte 6 stycznia a 7 i 8 Niemcy je bombardowali, co spowodowało nalot odwetowy sześciu polskich bombowców, na lotnisko we Frankfurcie nad Odrą, 9 stycznia. Była to pierwsza akcja polskiego lotnictwa wojskowego.
    Kropeczek nigdy dosyć, więc i ja swoją dołożę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kropeczka bardzo akuratna...:) Nie wiedziałem, że masz sobowtóra...:P
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
    2. Już nie, bo zmieniłem "look"! :P ;) :D

      Usuń
    3. No, widzę, że zmieniłeś... Nie martw się, loki odrosną...:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
    4. Nie ma to tamto - ale mi podrzuciłeś temat na notkę!!! :D :D :D

      Usuń

Być może zdaje Ci się, Czytelniku Miły, że nic nie masz do powiedzenia aż tak ważkiego, czy mądrego, by psuć wzrok i męczyć klawisze... W takiem razie pozostaje mi się tylko z Tobą zgodzić: zdaje Ci się...:)