10 maja, 2014

O cyrkumstancyjach europejskich względem XVI-wiecznego hutniczego rzemiosła...

...czyli naszego, cokolwiek przykurzonego niemal roczną zwłoką, kuźniczego cyklu część siódma (IIIIII, IVV, VI).
    Jest dziełko z roku 1580, co się zwie "Description of England", coż byśmy mogli przełożyć na "Opisanie Angliji", któregoż autor z melankoliją niejaką konstatuje, że u Angielczyków idzie przejechać nieraz dziesięć do dwudziestu mil (16 do 32 kilometrów na nasze licząc) i nie spotkać lasu...:(( *   Francuzikowie zasię, grubo pół wieku przed tegoż "Opisania..." powstaniem, bo Anno Domini 1518 zakazali węglarzom najprzód lasy królewskie popielić, zasię dwóch i lat nie minęło jako się zakaz poszerzył na ziemie wszytkie, bliższe Loarze i dopływom onej na mil sześć... Rzeknie kto, że to wielgiego o lasy swoje starania dowód, ja dopowiem, że podobny tzw."pożyczce", czyli temu, co jaki mąż okrutnie łysiejący a mający to sobie przykrem, hoduje po jednej stronie jakich kudłów długich na hipisowską modłę, by ich potem przez całą górę, aż do drugiego ucha przerzucić. I że gdybyż nie tamte edykty, zapewne by dziś i Francyja cała łysym stała plackiem. Aliści nie w tem konkluzyja najpryncypalniejsza, jeno w tem, żeby na czas w żywocie owych nacyj baczyć żywo i jedno z drugiem wiązać...
   Roku 1580 Anglija na morzach może już i nie raczkowała, aliści nie sposób jej było zwać jaką potencyją morską. Kupczykowie tameczni więcej się i może morskim trudnili rozbojem, niźli handlem prawdziwym, o flocie zaś z prawdziwego zdarzenia nawet i nie było jeszcze co gadać. Filip II hiszpański tegoż roku zagarnął był portugalskiej ziemi i portów, a że Elżbieta niderlandzkich rebelizantów jawnie już wspierać poczęła, wojny między potencyjami onemi jeno patrzeć było...
   Tak, czy siak trza było Angielczykom na gwałt i szkut, i marynarzy, i harmat na owe korabie... Marynarzów szło wyuczyć z ludzi własnych, choć i tu przez dziesięciolecia jeszcze mieć będziem na listach żołdowych całej wieży Babel. Skąd jednak brać drzew na ową nową flotę, co przez następne z górą cztery stulecia światem trząść będzie? A przecie to nie frasunek jedyny... Nie masz drzew, to i kuźnic nie masz, bo czemże w nich palić? Tegoż węgla, co pod ziemią skryty, dopieroż się w pełni w ośmnastym nauczono w Anglijej wydobywać wieku... A jak kuźnic nie staje, to skąd brać żelazo na oręż, harmaty i moderunek wojenny? Upraszam tych spamiętać pytań, gdy przyjdziem do gędźby o upadku kuźnictwa w Polszcze samej...
   Francyja spomniana z lat dwudziestych XVI wieku, przed tem samem przecie stoi problemem. Od lat kilku nią włada król wojowniczy**, co się na azard wojen był wypuścił italskich i , cesarzowi samemu*** rzucił rękawicy... Wojował, przyznajmy, ze zmiennym szczęściem, przecie nie rzecz tu o jego wojenne przewagi, jeno o to, że i onemu mus było zadbać o armaty, oręż i utensylia insze... I znowuż pytanie zasadne: skąd ich brać? A jeśli już nie gotowych, to choć skąd drewna do hut swoich?
   Spominalim tu w trzeciej części naszej o kuźnikach opowieści, że się odnośnie tegoż samego niemal czasu Imć Mieczysław Radwan był doliczył w Rzeczypospolitej tych kuźnic blisko czterystu. We Francyjej Franciszka I, co jak kania dżdżu, łaknął żelaza i stali na swe wojenne sprawy, bodaj po raz w dziejach świata pierwszy, w 1542 roku spisu poczyniono dla władcy - swoistego tamecznych kuźnic inwentarza... Dorachowały się ich Francuzy 460, a że to o co na kształt pierwociny zamówień publicznych szło, przyjąć możem, że ów obrachunek zawyżony sporo, bo skoro prospekta szły na jaki obstalunek tęgi, to i pewnie każdy, co jeno miechu miał i kowadła, prosił, by go między huty pisać... A cyrkumstancyje czasu tamtejszego znając, jeśli suplikę wsparł swoją jaką sakiewką, to go i intendenci królewscy popisali niechybnie... Spominam zaś o tem, bo jak widać, primo, że nijaki to dla nas powód do wstydu, secundo zaś, że trudnoż o lepsze potrzeb krain bezleśnych ukazanie...
    Ano, a że z dawna to dowiedzione, że natura nie znosi próżni, i że jak jest na co popyt, to się podaż pokrótce pokaże, temuż nam przyjdzie słów rzec paru o nowinkach, co tejże wiecznie żelaza głodnej zachodniej gęby zatkać miały... Żelaza i drewna, takoż i wszytkiego, do czego drewno koniecznem, jako to potażu, smoły samej etc... Temu wtóremu właśnie Rzeczpospolita sprostać probowała, aliści i w tem przyczyna rychłego extraordynaryjnego znaczenia Inflant, które dopotąd w Europie za jeden z zakamarków podlejszych służyły... Inflanty, to klucz do całego z Moskwą handlu, a tam przecie drzewa, że ho, ho... Jeszcze i za sto lat tam katorżnicy będą mieli co rąbać...
  Że zaś nam się temi dywagacyjami, nader światowej natury, nota wielce obszerną uczyniła, tedy o owych innowacyjach, gdańszczanach niecnotach, takoż i o pewnej herod-babie, co do dziś za świętą uchodzi, opowiemy w części ósmej...:)

____________________
* Przypomnieć się ośmielę, żeśmy na dawniejszem mem blogu już poniekąd, i o tem nader zajmującej wiedli debaty nad tekstem Imci Hermanna Remmerta "Ekologiczna historia Europy Środkowej w średniowieczu", coż go Nieocenionemu Cypryanowi zawdzięczaliśmy...:)

** Franciszek I , miłośnikom niedawnych o Borgiach serialów wybornie znany...

*** Karolowi V (w Hiszpanijej jako Karol I znanemu)


P.S. z 11 maja:
Noty odrębnej uskuteczniać w tem względzie nie myślę, przecie miło by było, by kto ze mną jeszcze pospołu spomniał święta dziś wypadającego,  6 Pułku Ułanów Kaniowskich , zasię pozawczoraj świętujących 1 i 10 Pułków Strzelców Konnych 

07 maja, 2014

O mało znanem aspekcie rekonstrukcyj...

   Dziś słów parę o sprawie, w której żem sam wziął udziału parę lat temu dziesiątków. Owoż pognało mię z archeologami kopać w cudnej Pienin okolicy, a ściślej tam gdzie się spływ Dunajcowy poczyna. Szukalim śladów ludzi paleolitycznych, a i znaleźlim niemało. W szkole miejscowej uczniakom znalezisk ukazawszy, rychłośmy pomiarkowali, że owi pojmują owe kamienne narzędzia jako coś, co człek pierwotny chwytał w dłoń i tem nieporęcznem przecie narzędziem pracował. 
    Ano i z tegoż spotkania genesis się wiedzie myśli naszej, by ukazać jakoż to było prawdziwie. Że zaś na stanowiskach naszych, okrom narzędzi poczynionych, trafialiśmy i cosi, cośmy "bułami" zwali, a co najpewniej było naszanem ze sobą zapasem kamienia na narzędzia zdatnego*, czego znów dla archeologicznych ekspozycyj starczyło wziąć dwóch, czy trzech, tośmy umyślili jednej z tych "buł" dawniejszym sposobem rozbić, z wiórów odłupanych zaś uczynić jakich ostrzy czy drapaczy.
    Ano i jako się komu zdaje, że owe rekonstrukcyje jeno temu służą, by się eksponat w gablocie prezentował ładniej, to nasze właśnie starania dały nam możność ZROZUMIEĆ działanie przodków naszych. Po dniach kliku bezowocnie zmitrężonych nad rozbiciem "buły" właściwem przy użyciu samych jeno kamieni inszych, w desperacji posłużyliśmy się całkiem spółcześnym stalowym obuszkiem toporka i dłutkiem. Dalszej już obróbki wiórów pozyskanych żeśmy czynili jako się należy łupiąc kamień o kamień i jeśli się komu zdaje, że uzyskać kąt właściwy ostrza to rzecz jest prosta, niechaj się by jak najrychlej tej myśli pozbędzie!
    Drapacz przez nas wykonany, co przecie jeno zeskrobywaniu resztek mięsa i włókien ze skóry służył, by owa się nie zaśmiardła i nie spsowała, a za odzienie służyć mogła, ergo narzędzie, co wcale chirurgicznej nie wymagało precyzji, zajęło trzem z nas dni całych dwóch, a z każdą dni tych godziną rósł nasz szacunek dla paleolitycznych "pierwotniaków". A to kąt uderzenia niewłaściwym był, a to wiór obrabiany pękał, a to znów odłupywała się krawędź o powierzchni ćwierci paznokcia najmniejszego, co dla naszych celów znaczyło ogrom Orlej Perci, gdzieśmy potrzebowali ukruszyć pod określonem kątem płaszczyzny wielkości czubka igły...:((
    Ów drapacz, co go poniżej widzicie, wymagał w sumie jakiego tysiąca uderzeń... I dodajmyż, że jest jedynym, co się powiódł jako tako i porównywać się dał ze znalezionymi ( ku dumie naszej niemałej:). Jedynym... z bodaj trzynastu, czy czternastu poczętych... Osobną sprawą z oprawą i obsadą turbacyja, co też dnia całego zajęła... I z tego konkluzyja najpierwsza, że niemożnością się zdaje, by się tem trudnił każdy plemienia wędrującego człek, gdy mu się stare spsowało narzędzie... Nawet pojmując żeśmy tej robocie nienawykli, że mięśnie wątłe, ręce nad podziwienie chyżo mdlejące, żeśmy się biorąc za to ani krztyny tej nie mieli wiedzy JAK tegoż czynić i że przyszedłszy z czasem do wprawy jakiej może byśmy nie we trzech jednego w dwa dni udłubali, a poradziłby sobie jeden z nas za jakie pół dnia, to przecie taki drapacz ledwo jednem z kilkudziesięciu narzędzi potrzebnych, przy tem taki, co się go nie traci za lada rzutem włóczni z ostrzem krzemiennym... Drapacza się najpewniej porzucało gdy się stępił, ale przecie myśliwym grotów do włóczni i strzał potrzeba było setek, jeśli nie tysięcy...



   I tak rychłośmy, ani od praeceptorów naszych nie przymuszani, do konkluzyj przyszli, że niepodobieństwem zgoła, by wewnątrz tego nomadów plemienia już nie było specjalizacji szczególnej i by tego, co tych narzędzi czynić umiał najzdatniej, nie hołubiono szczególnie... Najpewniej każdy umiał w potrzebie udłubać sobie narzędzia koniecznego, aliści by się tem miał zajmować ustawicznie, nie byłoby kiedy za zwierzem gonić, czy runa leśnego przepatrywać...
   Najpewniej zatem trudził się tem ktoś jeden, lub dwóch, może i jakich myśliwych dawnych, co dla kalectwa może jakiego w tem się specjalizować poczęli, by plemieniu być nadal przydatnemi.
  Toć to przecie robota dla oka najwięcej, rozumu i rąk zręcznych, a przy tem może i nawet siedząca, i dlaczegóż nie przy ogniu i pod dachem? :))Ot, taki pierwowzór kowala... społeczności swej koniecznego...
   I bodaj NIGDY byśmy tego nie ZROZUMIELI sami, gdybyśmy się, gnani zapałem, sami tychże nie jęli kamieni...
______________________

* Na stanowiskach naszych żeśmy mięli najwięcej znalezisk z miejscowego radiolarytu pienińskiego, aliści trafiał się i obsydian czarny... którego najbliższych złóż na madziarskiej trzeba by szukać ziemi. I proszę mieć tego za dowód jak znacznych migracyj czynili przodkowie naszy...


P.S. Komu fantazja i wola, tego upraszam kielicha ze mną pospołu wznieść za pamięć dziś świętujących 12 Pułku Ułanów Podolskich i 17 Pułku Ułanów Wielkopolskich :), zasię jutro 10 Pułku Ułanów Litewskich :)

03 maja, 2014

O majowych czynnościach gospodarskich...

   Głodnych okolicznościowych okołokonstytucyjnych not odesłać sobie pozwolę do moich uwag lat już temu kilka spisanych wkoło głosu profesora Chwalby:
http://wachmistrz.blog.onet.pl/Wpodle-konstytucyi-trzeciomajo,2,ID377029861,n , takoż nieustająco jak co roku napominam byśmy oddawszy Bogu, co boskie, a co cesarskie cesarzowi, głupot za politykami i niedouczonymi żurnalistami i pseudohistorykami nie powtarzali, jakoby nasza konstytucyja po amerykańskiej była we świecie wtórą, a w Europie najpierwszą, jeno odpowiednio trzecią i drugą...

http://pl.wikipedia.org/wiki/Konstytucja_Korsyki

   Nam zaś pora się za sprawy brać naprawdę poważne, bo to co tam kto gadać dzisiaj będzie, a bodaj i za łby brać, a co wydrukują o tem jutro, pojutrze za papier w wychodku posłuży, a  prześlepić robót gospodarskich nie sposób, bo te za koleją idą, aury nie wyglądają, a i zwłoki nie ścierpią, bo wszytko się nam kiepskim plonem zwróci, jeśli na czas nie dopatrzym... Tandem, Ziemianie Moi Mili (także Balkonowi i Doniczkowi:), pora nam na część kolejną cyklu naszego, znanego Bywalcom "Memoriale Oeconomicum" Teodora Zawackiego z 1616 roku dla maja miesiąca porad przygarść stosownych (podobnie jakeśmy ich podali dla stycznia , lutego , marca i kwietnia:

"Maj jeśli swym weselem ma nad wszytko lato,
Nie wdzięczen czasów i po krwi, kto nie wesół na to.

- Na oziminie paść bydła przestać na św.Filip i Jakub*.
- Wina nalepszy czas na św.Krzyż** sadzić póki nie puści pąpowia, a trzeba go ułomywać nie rzezać do sadzenia, bo starzy (o starożytnych tu idzie autorów- Wachm.) zakazują żadnego wina zelazem nie ruszać, póki trzech lat stare nie będzie.
- Rany (wczesny-Wachm.) len, konopie, proso siać na św.Urban.
- Także tatarkę (jedna z odmian gryki-Wachm.) w ostatniej kwadrze siać.
- Baranki młode odsadzać i owce trzy razy na dzień doić począć około Świątek, abo tydzień po Świątkach, także i krowy.
- Ściany gliną lepić, nie będą się padać. Piece w piekarniach lepić, nie padają się, także boiska w stodole.
- Dachy słomą poszywać a stare snopki z poszycia między gnój roztrząsać.
- Chmiel podpierać i zakładać na tyczki.
- Zboże na szpichlerzach z pilnością i często przerzucać, aby, gdy żyto na polu będzie kwitnęło, nie zepsowało się i szkody w nim nie było.
- Rachunku słuchać pasterzów z bydła i inwentarze bydła rozmaitego spisować i piętnować bydło i co się go przymnożyło i co ubyło, spisać.
- Gnój krowi i owczy na ugory poczynać wozić.
- Nowo szczepione drzewka polewać gębką w każdy wieczór.***
- Masła i serów jako najwięcej przysposobić, bo majowy nabiał najlepszy bywa.
- Pszczoły opatrować i ule im wychędażać.
- Cielęta wałaszyć.
- Wino przetaczać z beczki do beczki, także okopywać świeżo sadzone i obrzynać stare macice.
- Z zboża zielsko wyrywać.
- Może też szczepić począwszy od Maja aż do Czerwca, na miejscach wilgotnych i przy wodzie, aby się szczep mógł polewać. A żaden szczep nie ma być przesadzany, ani szczepiony, gdy z siebie pąpie wypuści, bo się taki nie przyjmuje. nie godzi się też pod ten czas rzezać, ani obcinać drzewa, ani gnojem okładać, bo to wszystko szkodzi drzewu.
- Pszczoły aby się dobrze roiły, posmaruj im dziurki w ulu mlekiem owczym około św.Filipa i Jakuba*, tedy się będą prędzej roiły. Bo roje rane lepsze są a niż te, które się późno roją[...]
- Płótno najlepiej bielić na ten czas, gdy jabłoń kwitnie.
- Wykę siać i soczewicę około św.Filipa i Jakuba*.
- Od Bożego Wstąpienia począwszy, baranki bywają rzezane na skopy.
- Koni z pilnością doglądać i karmić je, aby nie chudły, bo pod ten czas mogą konie tak schudnąć i znikczemnieć, że potym przez długi czas poprawić się nie będą mogły [..]
- W Śląsku w miesiącu Maju urzynają wielkie pokrzywy z pilnością i siekają je krowom, po których wiele mleka dają i pięknego.
- Rozsadę kapustną sadzić.
- Zboże na szpichlerzach na każdy tydzień przynajmniej raz przerzucać, bo proch (kurz - Wachm.) czyni je stęchłym; a cienko niech leży na szpichlerzu.
- Raki w Maju najlepsze bywają i pełne, a zwłaszcza gdy miesiąca przybywa i tak trwają aż do miesiąca Września.
- Pod ten czas najwięcej się ryby łowią na wędę.
- Gospodyni dobra ma różne majowe ziółka w miedzie abo cukrze smażyć (do zastosowania aptecznego - Wachm.)
- Majowa rosa krostawym pomaga, gdy się w niej rano walają.
- Gdy żyto kwitnie, rady kurczęta zdychają, kładźże im macierzankę w wodę, którą piją.
- W Maju tak w nocy jako i we dnie dobrze płótno bielić, dla tegoż w Prusiech i na Śląsku w nocy płótno na polu zostawują, a, żeby go nie rozkradziono, pilnują w nocy w budach na to zbudowanych.
- Trzy dni przed św. Urbanem**** abo trzy dni po św.Urbanie zwykli ludzie na niektórych miejscach jęczmień siać, także konopie i powiadają, że najlepszy czas.
- Kokoszom i kaczkom jajca podkładaj, bo te kurczęta i kaczęta, które się pod ten czas wylęgą, możesz snadnie przez lato przechować.
- Łososie do Świątek bywają dobre, potym też już nie tak. Pod ten czas też węgorz się łowi a zwłaszcza kiedy grzmi.
- Popisać wiele lech (zagonów -Wachm.) cebule, pasternaku, marchwie, maku, pietruszki, karczochów, ogórków etc.
- Gdy w Maju żołądź dobrze okwitnie, znaczy rok dobry.
- Len na niektórych miejscach sieją na św.Jerzy*****, im starszy jest miesiąc, a tatarkę sięją w Krzyżowe dni******. Proso około niedziele, którą zową Krzyżową abo Rogationum*******
- Tegoż miesiąca sałaty sieją, także rzodkiew, rutę, cebulę etc [...]
- W tym miesiącu tłuste i mokre role, które długo mokre trwają, może pierwszy raz orać, a suche role drugi raz.
- Gdy zasieje gospodarz, może jeszcze grodzić, drzewo rąbać, brogi, stodoły poszywać, łuczywo i drewka na kominy rąbać i pod ryby, aby ich przez cały rok być mogło; gnój na podwórzu na kupy szuflować i na ozime pole wywozić. Koniom dać odpocząć i dobrze je karmić, aby zaś ciała i mocy, której za sprawowaniem ról letnych pozbyły, nabyć mogły.
- Jarki, tatarki, baczny gospodarz nie ma wiele siać, okrom
przygody nie w czas zasianego zboża, bo bywa to, że jesień
niepogodna, a mróz rychlej oziminę opędzi, tedy nie lża jedno
jarzyną ratować.
- Nieczystego zboża nie siać.
- Plewidła pilnować, na które ogrodnicy, komornicy, chałupnicy, karczmarze, rzemieślnicy iść powinni.
_________________________________
* - 1 Mai
** - 3 Mai
*** - tu jeno uwaga moja, że mię zadziwiła rzecz niepomiernie, bom dopotąd gąbek koszta w czasach Zawackiego za nader wysokie miał, tu zaś widać, że Zawackiemu się to nie dosyć, że zwyczajne w każdem widzi gospodarstwie, to jeszczeć nie na łaziebny użytek, a o ogrodowy!
**** - 25 Mai
***** - 23 Aprili
****** - podług dawniejszej tradycyi trzy dnie przed Wniebowstąpieniem Pańskim to czas dni krzyżowych, czyli procesyj do krzyży w polu i przy drogach stojących na terenie danej parafii.
******* - piąta niedziela po Wielgiej Nocy

01 maja, 2014

O wcale niekoniecznym spotkaniu dwóch mężów część piąta i ostatnia...

    Kończąc tej naszej kopernikowskiej epopei, ( IIIIII , IV )  wypadnie choć na kilka przódzi postawionych kwestyj poprobować responsu udzielić, co nie znaczy, że samo owej historyi pokończenie, czyli rzecz o dzieła Kopernikowego tłoczeniu, nowych nam wątpień nie zadaje.
   Wrześniem Roku Pańskiego 1541, gdy kanonik fromborski uznał swe dzieło życia za poprawione, przejrzane i do druku akuratne, zasię Retyk pokończył kopij czynienia, czego najpewniej sam własną sposobił ręką, wziął ów nareście tejże kopijej wygotowanej* i ku Norymberdze odległej ujechał. Najpewniej tęgo już przez Melanchtona poganiany, któren ani myślił o tem, by mu się wykładowca na chwilę z oczu Lutrowych usunięty, już trzeci rok gdzie tam po świecie bałakał, zamiarów jednak odmienił i pierwej się ku bliższej Wittenberdze pokwapił.
   Począwszy zaś tam de novo wykładów swoich, nie miał ni czasu, ni możności, by się Kopernikową zająć xięgą, tedy sprawa się przeleżała odłogiem przez kolejnych ośm miesięcy, dopokąd semestr wiosenny 1542 końca nie dobiegł. Mogę ja tegoż pojąć od technicznej rzeczy strony, przecie nie od moralnej...
   Kopernik raz się na publikacyję zdecydowawszy, a znając przy tem, że czas już jego niedługi na tem łez padole, wyglądał tegoż przecie wielce niecierpliwie. Najpewniej Retyk mu się nie zdradził z tem, że planów odmienił, tedy owe ośm miesiąców zbytecznego zgoła czekania, nieznośną być musiały Kopernikowi torturą...
    Co jeszczeć i więcej osobliwe, Retyk tegoż czasu wykorzystał podług uznania swego, czyniąc rzecz dziwaczną, a podług dzisiejszych kryteriów zgoła niedopuszczalną. Otoż wydzielił on z Kopernikowego dzieła dwóch rozdziałów, co jeno trygonometryjej były poświęcone czystej, tych własną jeszcze przemeblował ręką i... wydał w Wittenberdze jeszcze zimą, rzeczy traktując jako dopełnienie dawniejszego traktatu Regiomontanusa "De triangulis omnimodis". Przy tem we wstępie wielce się jeszcze rozpisywał o zaszczycie, jakiem dlań było dla Kopernika pracować. Wierę, że to w jakiej dobrej był uczynił wierze, przecie nam się dziś to zdaje wielce konceptem dziwacznem, a że bez wiedzy jeszcze autora czynionem, to i podejrzanem zgoła...
    W Norymberdze szczęściem Petreius był już z dawna w gotowości i xięgi wyglądał niczem kania dżdżu, temuż prace nad drukiem ruszyły z kopyta i gdzieś latem pierwsze strony przesłano Kopernikowi, któren pocztą odwrotną nadesłał dopisanej przedmowy i wstępu. Tem zaś czasem jednak jakie musiały być w Wittenberdze turbacyje wkoło tych Retykowych wyjazdów i kwasy, dość że latem 1542 roku ten nowej dostał posady na uniwersytecie lipskim, co może było i niejakiem awansem**. Nie mogąc spraw zaś tutaj tak zaniedbywać, jako w Wittenberdze był uczynił, musiał się w Lipsku z początkiem października stawić, a że Petreius nie czuł się sam na siłach, by dzieła Kopernikowego raz jeszcze przepatrzeć, obadwa o tęż przysługę poprosili spominanego tu już Andreasa Osiandera, tamecznego teologa i filozofa, tego, co to Albrechta Hohenzollerna na wiarę luterską nawrócił...
   Zda się, że ów już i przódzi służył wydawcy Petreiusowi pomocą przy korektach jakich, to i rzecz się zdała naturalną, aliści skutki były nader opłakane. Nie w korekcie rzecz jednak, bo tej Osiander dokonał rzetelnie, jeno w tem, że ów miał uporu, przy którem najtęższe w tej mierze kapitulują osły. To, że Kopernik odrzucił jego sugestyj wcześniejszych, by rzecz jeno jako hipotezy wydać, nie znaczyło dlań, by się miał takiem drobiazgiem jak zdanie autora kierować.
   Ano i tak, oddając Petreiusowi dzieła po korekcie dołożył doń wstępu własnego, w którem nie dosyć, że opisał rzecz po swojemu, jako hipotezy kolejnej właśnie, to jeszcze i dodał uwłaczające powadze Kopernikowego dzieła życia zdania o tem, że nie masz w astronomijej niczego pewnego, tedy najlepiej by czytelnik do wszystkiego z dużą podchodził rezerwą!
    Że karta ta niepodpisaną została przez niego, tedy i pozór czyniąc jednorodności z dzieła resztą, umknęła Petreiusowi jako rzecz dodana. W temże samem czasie Kopernik już jeno siłą woli niezłomnej się najpewniej przy życiu trzymał, bo musiał już i przódzi tęgo na zdrowiu zapaść (wylew?) skoro 8 grudnia Dantyszek jednemu z rozmówców rzekł, że astronom jest sparaliżowany...
   Xięga była gotową z końcem marca Roku Pańskiego 1543 i czem rychlej jej egzemplarze najpierwsze rozesłano do tych, co ich z dawna już wyglądali. Kopernik swego dostał najpewniej w dniu śmierci swojej, czyli 24 maja... Że mamyż relacyi o tem, że od dni już kilku miał wielce rzadkie przebłyski świadomości, tedy najpewniej scena w filmie astronomowi poświęconemu (pomijając fałsz oczywisty, że xięgi przywozi sam Retyk), że ów się jeszcze zdołał tegoż wstępu Osianderowego doczytać i wielce tem zasmucić i rozczarować niemiło, jest najpewniej wizją mylną. Najpewniej w tem względzie choroba była dlań tyleż łaskawą, że nie dozwoliła już na to, a jeno na uradowanie się, że końca spraw swoich doczekał.
    Insi jednak nie takiej czekali xięgi... Druh Mikołajowy bodaj najbliższy, Tiedemann Giese, tak się był rozczarował i zmartwił, że się ani resztą porządnie wydaną radować nie umiał. Małoż na tam! Winowajcy nie znając i Retykowi czynił wstrętów, najwięcej zasię Petreiusowi, którego wręcz o fałszerstwo oskarżył i do rady miejskiej w Norymberdze pisał, by mu prawa czynienia zawodu cofnięto i pod sąd dano.
   Wybronił się Petreius, winowajcy prawdziwego wskazując i prawdy słów swoich dowodząc, przecie co przez jakie pół roku przecierpiał bezpodstawnie od Giesego, Retyka i inszych winowany, to jego. Zda mi się, że choć niewinności jego dokazano, przecie skaza pozostała, a Petreius zda się z tych prawdziwie był rzetelnych i ambitnych, co im zarzut najlżejszy ciężką na sumieniu boleścią...
    Trzecim, po Giesem i Petreiusie cierpiącym był sam Retyk, bo i jego obwiniano o jakie z tem wstępem machinacyje, aliści nie to mu pewnie nawet było i przykrością największą. Ciężko bowiem to napisać przychodzi, aliści gwoli prawdy miłości rzec trzeba ućciwie, że pokrzywdził go krzynę nasz astronom. Przedmowa bowiem i wstęp od Kopernika Petreiusowi dosłane zawierają podziękowań odautorskich licznych personom innym za pomoc i wsparcie, jako się to czyni zwyczajnie, gdy autor luboż prawdziwie za pomoc się obligowanym czuje, luboż dla jakich tam przyczyn uważa, że dziękować powinien. I oto rzecz niepojęta, aliści nie masz Retyka w tem gronie... Kopernik go ani nie wymienił, ani mu NIE PODZIĘKOWAŁ!!!
    Probował Giese Retykowi tej pigułki gorzkiej cukrować, że to nibyż już choroba tak musiała astronomowi głowy mącić, że dla tej przyczyny przepomniał, aliści marna to wymówka, skoro o inszych pamiętał (w tem i o Giesem właśnie). Trudnoż doprawdy sądzić o tem... Całego Kopernikowego żywota poznawszy, jego i charakteru zdałoby się, że to ostatnia we świecie persona, coby zamyśliła takiego uczynić afrontu, osobliwie, że kto, jak kto, ale on nader dobrze znał, jak wiele Retykowi zawdzięcza... Gdybyż jeszcze mógł znać sprawy z Osianderowym wstępem i jako pochopnie na karb to złożyć Retyka, bym i może tego umiał zrozumieć, aliści najmniejszej nie ma możności by o tem wiedział przedmowy pisząc, a wątpliwe czy ten sens doń i za życia dotrzeć zdolił...
   Cóż zatem? Abo zamyślił co więcej i może nawet, a to dajmyż na to, by Retykowi "De revolutionibus..." po prostu dedykować całe i tu Giese przy prawdzie może i stoi, że iście jaki wylew drobniejszy mu memoryję spsował wrychle tak, że w przekonaniu żył do końca, że iście tak zdążył uczynić... luboż i iście miał do Retyka jaki żal o te miesiące zmarnotrawione, o te rozdziały nawet i bez pytania z dzieła jego wyszarpane i po swojemu wydane...
   Nawiasem to jakeśmy już i przy tem, to rzecz której żem dociec nie poradził, to tego, któż grosz za tąż publikacyję zebrał***. Insze to naówczas były czasy, prawo autorskie właściwie nie istniało, honoraria w naszem dzisiejszem rozumieniu dopieroż się rodziły, najczęściej bowiem to autor druku zleciwszy za druk ten sam płacił i jeśli co zarobił na tem, to w on czas, gdy co sam przedał luboż kto inszy, ku tej rzeczy najęty... Kopernik z pewnością grosza wziąć za to nie zdążył, a i spadkobierczynie jego, zda się, takoż... Któż zatem? Retyk? Petreius?
   Kończąc pomału tych rozważań naszych o trzech bym chciał jeszcze spomnieć sprawach. Najpierwsza to samego Retyka dalsze dzieje. Najkrócej rzekłszy: małoż z naukowego punktu wejrzenia ciekawe... Jegoż z Kopernikiem relacyja i wkoło xięgi przygoda zdają się być apogeum kariery tegoż męża zdolnego, któren już niczem równie wielkim po kres żywota kres nie błysnął****. Aliści właśnie w żywota tego schyłku, zdarzyło mu się deja vu swoiste, a to, gdy już w Koszycach dni swoich dożywał to podobnie jak z górą trzydzieści kilka lat przódzi jego po zapoznaniu jeno zarysu Kopernikowej nauki pognało do Fromborka, tak pewnego studenta z Wittenbergi po przeczytaniu Retykowego "Canon doctrinae triangulorum" z 1551 naszedł podobny mus autora na własne widzieć oczy, gwarzyć z niem i być jego uczniem. Ów Valentin Otto w te pędy zatem Retyka wybrał się szukać po świecie i w sam czas zdążył z niem się i spotkać, zaufania zyszczeć i dzieło Retykowe ostatnie przejąć***** i ocalić.
   Kwestyja przedostatnia to owo postawione w nocie piątej pytanie jakże to prawdziwie było z tem prześladowaniem ze strony Kościoła. Dokazalim już, że nic podobnego za życia Kopernika miejsca nie miało, przeciwnie: rzec by i można że się jaką cieszył i protekcyją dyskretną. Niewiele się tu zmieniło i po jego śmierci przez czas bardzo długi. Czemu? Ano najpewniej dla tej przyczyny, że dzieło Kopernikowe tak jest poważnem przedsięwzięciem naukowem, że naprawdę niewielu było w Europie ludzi, co dokumentnie wszytkiego pomiarkowali, o coż autorowi szło. Owszem, dzieło było popularne bardzo w astronomicznych kręgach, to i wznawiano go wielokrotnie... ale dla tablic wielce porządnie przez Kopernika opracowanych! Zdarzało się zresztą, że wydawano i same tablice... Trudnoż zatem, by ta xięga jakich wielkich budziła kontrowersyj, skoro śród astronomów ledwo jeden na dziesięciu miarkował o czem naprawdę prawi. Niemałoż tu i zaważył wstęp Osiandera nieszczęsny, który rzecz całą kazał traktować jako kolejnej hipotezy jeno...
    Krzynę się to odmieniło za złotonosego****** Tychona de Brahe sprawą, któren za wszelką cenę pragnął dowieść modelu własnego, w którem Ziemia była centrum wszytkiego i naturaliter ani jej w głowie było frywolnie się kręcić, czy zalotnie wkoło kogo krążyć. Podobnie statecznem być miało Słońce, wkoło którego jednak już cała reszta krążyć miała. Dowieść tego nie zdołał, nie stało zresztą mu i żywota na badania jakie większe, aliści zdążył za pomagiera zatrudnić Keplera i onemu poruczył rzeczy dokończenie, co się tak pokończyło, że to Kepler rzetelnie dowiódł prawd kopernikowych. A więcej i nawet, bo tam gdzie Kopernik nadto zbłądził, przyjmując że skoroż dziełem są boskim wszelkie planety, ergo ich ruch musi się odbywać w sposób doskonały, czyli po orbitach kolistych. Kepler właśnie, któremu się to żadną miarą zgodzić z obrachunkami nie chciało, był na koniec przyszedł ku tej konkluzyi, że to jednak będą orbity eliptyczne. I dopieroż po Keplera odkryciach tak prawdziwie możem mówić, że się o Koperniku poczyniło głośniej... pół wieku po śmierci onegoż.
   Kiedym ja swoich szkół opuszczał, wpojono mi przekonania, że tak Giordano Bruno, jak i Galileusz za prawdy kopernikowe nadstawiali karku, a pierwszy tego nawet i życiem przypłacił. Prawda natomiast jest taka, że pierwszy herezji był autorem wielce osobliwej, w której między inszemi Ziemia była tworem żywym, całość zaś Wszechświata tożsama z Bogiem i tak naprawdę spalono go za to, a kopernikańska teoryja Brunowi jeno za uzasadnienie służyła tez co poniektórych. Galileusz zaś najpierw dowiódł istnienia księżyców Jowisza, czem dokazał ostatecznie, że nie wszystko wkoło Ziemi krąży i wtedy nareście Kościół uznał, że te poglądy zwalczać trzeba, jako z Bliblią niezgodne. "De revolutionibus..." na Index Librorum Prohibitorum trafiło dopiero w 1616 roku! Galileusz zaś tego słynnego nad sobą sądu sam sprowokował niejako, publikując w roku 1632 "Dialogu o dwu najważniejszych układach świata..." gdzie się z przeciwnikami Kopernika rozprawiał. Sęk w tem, że papież Urban VIII ( i wielu czytelników inszych takoż:) w temże "Dialogu..." rozpoznał siebie pod postacią przygłupiego błazna Simplicia... Ano i chyba nie dziwota, że jak się patyk pcha do ula, to i pożądlonym można zostać, tedy miał Galileusz za swoje...
    I na koniec już absolutnie ostatni:)... pod rozwagę Lectorów Miłych przedkładam to, com już w tytule sugerował... Cożby być mogło, gdyby Lemnius swoich nie ogłosił satyr, Lutra nie rozjątrzył, przed gniewem którego Melanchton by Retyka chronić, w podróż wyprawił był do Norymbergi? Gdybyż się to nie zdarzyło wszystko, ów by najpewniej w Wittenberdze siedział, ani o Koperniku pewnie jeszcze długo wiedząc. Skoro by nie wiedział, nie miałby powodu do Fromborka jechać, a skoro wiemy, że obadwa z Tiedemannem Giese ledwo poradzili Kopernika namówić, by dzieła swego dopełnił i wydał, tedy śmiało możem przyjąć, że najpewniej bez tej podróży by się "De revolutionibus..." nie ukazało... Nie trza by zresztą i tak sięgać imaginacyją daleko; starczyłoby, by się te rzeczy wszystkie ze dwa choć lata przydarzyły później, to i już by dość było, by Kopernik zwyczajnie przed śmiercią nie zdążył... Cóż wówczas? Dla nauki dobra zapewne niewiele: jeśliby nie poszedł tym tropem ni Kepler, ni Galileusz, czy Newton, najpewniej doszliby prawdy astronomowie najpóźniej XIX-wieczni, aliści ta niewiedza by przecie ludzkości niczem nie groziła poważnem, dopóki się w Kosmos nie zaczęła wybierać... Jeśli zaś idzie o prestiż i sławę ojczyzny naszej, to tu już insza para kaloszy.
   Najpewniej bowiem przyszłoby nam z melankoliją konstatować niejaką, że tak, prawda odkrył tego jakiś X, aliści nasz Kopernik nad tem pracował już czterysta lat przed niem i tyleż nam by było z Kopernikowej sławy, co i po Sędziwoju spominanym tu już, co lat przed Sheelem i Priestley'em niemal dwieście tlenu znał własności, jeno go nie nazwał... Po dziś dzień przecie Kopernika nazwisko jest bodaj czy nie najbardziej we świecie rozpoznawanem, jeśli liczyć całość dziejów naszych. Drugim pewnie byłby Chopin, zasię dziś piątki dopełniałby z całą pewnością Jan Paweł II, a i pewnie Wałęsa... z Bońkiem?:)... Astronom wszechczasów, genialny kompozytor, papież, poeta i filozof w jednym, piłkarz i przywódca bezkrwawej rewolucji... nienajgorsza to piątka, jak na naród powstańczy i wojenny, osobliwie jak porównać, że Niemcem najwięcej znanem z pewnością Hitler (co właściwie był Austryjakiem), Rossyjaninem Lenin (albo i Stalin, choć tu znów nieprawda, bo to przecie Gruzin), zasię Francuzem Napoleon, choć i ów wielce kiepską nicią do Francyi przyszywany...:)
______________________
* wbrew wszelkim krążącym czasem spekulacyjom Kopernik nigdy się oryginału rękopisu własnego nie wyzbył i, o dziwo, ten przetrwał wszelkie zawieruchy losu, dziś będąc Jagiellońskiej Biblioteki ozdobą.
** W Wittenberdze Retyk był profesorem tzw. matematyki niższej (arytmetyka, trygonometria i geometria), zaś w Lipsku dostał katedry matematyki wyższej, co oznaczało i prestiż większy, a i może większe pieniądze...
*** Petreius wydał 400 egemplarzy, czyli ilość zgoła symboliczną, naprawdę dla wyjątkowego grona znawców tematu. Przy tem koszt był w rzeczy samej znaczny, bo żądano za nią jednego florena, a jak to wiele, to niech starczy fakt, że Retyk będąc poważnym profesorem jednego z bogatszych uniwersytetów zarabiał rocznie florenów dwieście. Odliczywszy nawet, że dla mnogości szczegółów, rysunków, tablic i wykresów koszta miał Petreius extraordynaryjnie wysokie i liczę ich nawet na dwie trzecie ceny, to i tak odliczywszy egzemplarzy kilkunastu najmniej rozesłanych darmowo, będzie tego zysku najmniej jakie 100 - 150 florenów. Kopernik swoim siostrzenicom zostawił w spadku wszystkiego majątku życia swego całego, obrachowanego na jakie pięćset marek (przyjmijmyż dla uproszczenia, że niemal wtedy florenowi równej), co mniemano ówcześnie za majętność niemałą.
**** W 1545 w kolejne się puścił naukowe podróże, tem razem ku astronomowi Girolamo Cardano w Mediolanie, aliści ta współpraca go rozczarowała wielce. Poświęcił się znów matematyce i tak minęło lat kilka do dziwacznej i wielce podejrzanej sprawy którą mu kupiec pewien wytoczył o syna swego nastoletniego sodomizowanie. Czy był Retyk winien, czy to potwarz była, pewnie się nie dowiemy już nigdy. Dość, że Retyk sądu nie czekał i pomnąc pewnie dziejów ojca swego, wolał sprawiedliwości po sądach nie szukać. Dał z Lipska drapaka do Pragi...gdzie począł medycyny studiować. W Lipsku zaś go osądzono i skazano zaocznie. W latach późniejszych praktykował m.in. ...w Krakowie jako lekarz lat niemal dwadzieścia od 1554 do 1574, kiedy to go znów w świat pognało, tem razem do madziarskich ówcześnie Koszyc.
***** "Opus palatinum de triangulis" dzięki Valentinowi Otto ocalone i wydane już po śmierci Retyka (nie wiedzieć czemu wprawdzie lat aż dwadzieścia później), przez bodaj następne pół wieku jeszcze stanowiło ostatnie słowo ówcześnej nauki w trygonometrii.
****** od pojedynku, w którem części nosa utracił, ów po żywota kres ze złotą chadzał protezą


29 kwietnia, 2014

O wcale niekoniecznym spotkaniu dwóch mężów...IV

   Kończąc noty z tegoż cyklu dopotąd ostatniej, (I, II , III ) żem wystawił cyrkumstancyje któreż Kopernika z początkiem Roku Pańskiego 1539 wpędziły w tarapaty prawdziwe, nazwał tej chwili najmniej ku naukowym zabawom sposobną, aliści przecie to w takiej właśnie chwili był przybył ku Kopernikowi gość z Norymbergi dalekiej: Jerzy Joachim Retyk.
    Że przybył to i rzecz w tem osobliwym ciągu przypadków i przeciwności kolejna, co pod znakiem zapytania stała, czy ściślej stać mogła. Otóż Dantyszek w marcu tegoż roku wyjął spod prawa wszelkich w swej diecezji luteran, xiąg kazał konfiskować i palić, zasię wszelkich herezyj sympatyków więzić i sądzić. Retyk przybył do Fromborka dwa miesiące później i trudno, żeby o tem zakazie nikt go choćby po karczmach, gdzie w drodze nocował, nie uwiadomił... Pytanie zatem zasadne, czy ów wjeżdżając na teren sobie wrogi, czynił to nieświadom skali zagrożenia, czy li też z rozmysłem rzucał katolickiej hierarchii wyzwanie? Fakt, że to jeszcze nie czasy krwawych o wyznanie zmagań, że się nikomu jeszcze ani nie śniła Inkwizycyja, choć stosów cależ nie trzeba było wymyślać.     Niecałe półtora wieku wcześniej przecie spalono Jana Husa i Joannę D'Arc. Trudnoż, by o tem Retyk nie pamiętał...
Jeśli ów iście tak był głodnym kopernikańskiej nauki, że za nic miał te zagrożenia wszelkie, to jeno czoła przed tą odwagą pochylić. Aliści wejrzyjmyż teraz na rzecz od Kopernika strony:
    W samem największem nasileniu jegoż frasunków, w tem i tych właśnie ze zwalczaniem luteran, przybywa doń człek nieznany, luteranin, przedstawia się, że jest z samego Reformacyi matecznika, z uniwersytetu w Wittenberdze, któremu rektoruje Melanchton i który jest oczkiem w głowie Lutra samego... Musi przy tem wiedzieć o Dantyszkowych nowych dla luteran prawach, a mimo to Retyka nie odprawia, a przeciwnie w dom swój przyjmuje i gości go... z przerwami licząc przez niemal trzy lata!
   Niepodobieństwem zgoła, by o tem Dantyszek nie wiedział. Skoro przy drobniejszych sprawkach kanonicy na się wzajem, niczem uczniacy w pierwszych klasach primy, donosili nieledwie z lubością, skoroż wiedział o Annie Schilling, to miałby o pobycie Retyka nie wiedzieć? A przecie śladu nie mamy, by Kopernikowi się z tego bodaj i tłomaczyć kazano... By go kto napominał, iżby luteranina odprawił... przeciwnie wiemy, że oba z Kopernikiem swobodnie jeszcze do Giesego (jak nie patrzeć też biskupa!) jeździli do Lubawy. Czem to tłomaczyć? Retyk przybywa do Fromborka w maju, w czerwcu zaś Dantyszek oskarża Kopernikowego przyjaciela, Skulteta o przeniewierstwa finansowe, rzecz się coraz bardziej rozkręca, nareście w rok później, po wezwaniu królewskiem Skultet z Fromborka ucieka, dom jego przepatrują i pisma znajdują luterskie. Wszystko to w czasie, gdy Retyk już Kopernika do podjęcia badań przerwanych namówił, własnej przy tem ofiarowując pomocy i oba nad tem wszytkiem ślęczą!
  Małoż na tem: domu po Skultecie podejrzanie chyżo zajmuje brat kanonika inszego, Płotowskiego, a czy rzecz była prawem kaduka, czy jeno o nieobyczajność postępku poszło, dość że ów miał przed sądem kapituły stanąć. I oto tenże obwiniony, w majestacie tegoż sądu formalnie wręcz żąda, by ze składu sądzić go mającego wykluczyć Niederhofa i ... Kopernika, co nie dość że się z heretykiem Skultetem znosili oba, to oba niewiasty trzymali... Ano i tu pytanie zasadne cóż też prawdziwie Kopernik o Reformacyi dumał?
   Nijakiego w tej mierze nie masz w pismach jego śladu, ani nijakiej relacyi cudzej. Z Retykiem go łączyła praca naukowa, zasię jakie przyjacielskie relacyje, może i cokolwiek idące w kierunku namiastki relacyi ojcowsko-synowskich, których jeden, przed czasem osierocony z pewnością łaknął, a wtóry przez swój stan duchowny doświadczyć nie mógł... Jak tam było, to thema na dysputę inszą, aliści nie sposób mi przyjąć, że przez te trzy lata niemal, gdy ze sobą przestawali, ni razu nie dysputowali o sprawach wiary, czy ściślej o kwestiach oba wyznania dzielących... Przyjmijmyż póki co, że dość miał nasz kanonik oleju w głowie, by się z poglądami swemi w tej mierze pro publico nie zdradzać, choć jest rzecz niewielka, co jednak do zadumy skłania. Owoż druh jego bliski, Tiedemann Giese, biskup chełmiński, wziął swego czasu udziału w dyspucie nad tezami Lutra, a ściślej swoich tez, responsem będących, spisał i wydał Anno Domini 1525 w Krakowie. Najgeneralniej zaś tam, nibyż lutrowe tezy zwalczając, półgębkiem przyznawał, że mają i w rzeczach niektórych luterany słuszność... Ostawiwszy na boku rozważania zali owe pojednawcze pisanie miało skutku jakiegobądź, takoż i zadumę nad czasem, w którem możnaż było takich rzeczy pisać bezkarnie, a potem jeszcze i biskupem zostać, skupmyż się na jednem ze wstępu zdaniu, gdzie Giese się na Kopernika powołuje, że go do wydania xięgi, by najrychlejszego namawiał... Snadź znał jej już i przódzi, nie potępiał, a przeciwnie najwidniej był z autorem tu i myśli jednakiej, że jeszczeć wtedy konkordia z luteranami możebną była i że iście by się zdało w Kościele zmienić to i owo... Nie sądzę by przez lat następnych piętnaście odmienił co znacząco w swych poglądach na to... nie był już przecie młodzieniaszkiem, co by może i chciał w rewolucyjnem szale odmieniać świata, a mężem statecznem, a tacy tak chyżo nie odmieniają poglądów, no chyba że się polityką zajmują zawodowo... To mając na względzie, takoż późniejszą ze Skultetem amicycję, nareście Retyka bez lęku goszczenie przyjdzie nam chyba bez nadmiernego ryzyka błędu przyjąć, że nasz kanonik-astronom jeśli nie sympatyzował z reformatorami, to przynajmniej nie był im wrogim, a niektóre nowinki by i pewnie z radością powitał...
   Zagadką niepomierną pozostaje jakże w tem wszystkiem Retyk zdołał Kopernika na pracy podjęcie namówić... Wielekroć większym tego świata się to nie udało przódzi. Spominałem, że Wapowski listu-traktaciku Kopernika z 1514 roku w świat puścił i ów jako Commentariolus* żyć już począł własnym życiem. W tymże Komentarzyku Kopernik zrębów swej wyłożył theoryi i zapowiedział: "Sądzę, że dla zwięzłości dzieła należy tu pominąć dowody matematyczne przeznaczone do większego dzieła". Nic by w tej zapowiedzi nie było szczególnego, małoż to i dziś pisarzów puszcza w świat jaki rozdzialik, czy i zdań kilka , by Lectorów ciekawość pobudzić, by z tem większą czekali niecierpliwością dzieła pryncypalnego... jeno, że to uchodzi, jak się im czekać każe jeszcze miesięcy parę, może i z rok, czy niewiele dłużej... Nie zaś jak Kopernik, co zapowiedział w 1514 roku "dzieła większego" i trzydzieści sześć lat później nadal tego dzieła nie ujawnił!
  Wiemy, że skutkiem tegoż Komentarzyka był Kopernik we świecie astronomów dość już znanem, że gdy za papieża Leona X brano się za kalendarza reformę**, to i Kopernika do prac nad tem proszono! Być to musiało przed śmiercią papieża Leona (1521), zasię w lat najpewniej kilka po upublicznieniu Commentariolusa, czyli najpewniej gdzie przed 1520. Kopernik miał wówczas na głowie administrowanie dobrami kapituły w Olsztynie, nadchodzącą z Krzyżakiem wojnę a przy tem zajmowały go jeszcze i reformy pieniężnej sprawy, dość że najpewniej odmówił... Piszę "najpewniej", bo się nijaki nie zachował respons, a ze skutków jeno wnoszę, że ani w Rzymie się do rzeczy nie wzięto, ani Kopernik w tem nie uczestniczył, a ze śmiercią papieża i tak wszystko wzięło w łeb...
   Spominam o tem, bo się utarło, że Kościół z Kopernika theoryją wojował, tem zaś czasem za żywota astronoma szereg jest dowodów, że było cależ przeciwnie! Latem 1533 sekretarz papieża Klemensa VII, sam uczony nienajpodlejszy, Johann Widmanstetter objaśnił papieżowi i kardynałom kilku o coż najwięcej w kopernikowej idzie nauce, choć onej mógł tylko z Komentarzyka zrębów znać. Dość, że uczynił to wielce zgrabnie i przekonywująco, że i papież zachwycony go jaką kosztownością nadgrodził. Małoż na tem! Po śmierci Klemensa Widmanstetter został sekretarzem u kardynała Mikołaja Schönberga, nuncjusza w Polszcze i Prusach, któremu najpewniej takiegoż samego uczynił wykładu, którego effektem był list kardynała, do dziś zamieszczany przy wstępie do wydania każdego "De revolutionibus orbium celestium":
   "Kiedy jednozgodne wypowiedzi wszystkich doniosły mi przed kilku laty o twej dzielności, zacząłem wtedy nabierać żywszych dla ciebie uczuć i nawet gratulować naszym ludziom, w których opinii tak wielką błyszczysz sławą. Dowiedziałem się mianowicie, że ty nie tylko jesteś wyjątkowym znawcą nauki dawnych matematyków, ale nadto sam ustanowiłeś nowy system wszechświata, w którym uczysz, że Ziemia się porusza, a Słońce zajmuje we wszechświecie najniższe i tym samym środkowe miejsce;[...] oraz żeś ty na temat całego tego systemu astronomicznego napisał dzieło i obliczone w cyfrach ruchy planet ułożyłeś w tablice. czym budzisz u wszystkich nadzwyczajny podziw.
   Dlatego to, mężu wielce uczony, jeżeli ci nie sprawiam kłopotu, proszę cię jak najusilniej, żebyś tym swoim wynalazkiem podzielił się z żądnymi wiedzy i przysłał mi jak najprędzej te owoce żmudnej swej pracy razem z tablicami i ze wszystkim, co byś jeszcze posiadał, a co by dotyczyło samego zagadnienia. Teodotykowi Redenowi powierzyłem tę sprawę, żeby tam na miejscu wszystko na mój koszt zostało przepisane i tutaj mi przysłane. Jeśli więc będziesz mógł pójść mi w tym na rękę, poznasz niebawem, że masz do czynienia z człowiekiem, który pragnie rozgłosu twego imienia i twojej tak wielkiej dzielności chce oddać to, co się jej należy." napisał do Kopernika w listopadzie 1536 roku kardynał Mikołaj Schönberg, nuncjusz papieski.
   Jak widać zatem z tego listu i reakcyi papieża Klemensa VII,  cależ nie był początkiem Kościół wrogiem tejże nowej nauki. Skądże zatem późniejsze prześladowanie Kopernikowego dzieła i pomieszczenie go na indeksie xiąg zakazanych? Bardzo to słuszne pytanie i nawrócim do niego w stosownym czasie, póki co zaś ja bym z tegoż listu snuł jeszczeć i jednej konkluzji.
    Z góry też mówię, że to jeno moje spekulacyje czyste, bom na to najmniejszego nigdzie nie był nalazł dowodu. Aliści probowałżem się na miejscu postawić kardynała, któremu Kopernik nie tyleż odmówił, co go najzwyczajniej zignorował!
    Powtórzę: kanonik we Fromborku zignorował prośbę, dodajmyż, że wielce grzeczną i uszanowania pełną, nuncjusza papieskiego, czyli jak nie baczyć, jednego z dygnitarzy Kościoła. Czemuż? Lękał się czego? Nie ufał kardynałowi? Nie wiemy. Domniemywać jeno możem, że nie widział swego dowodu pełnym, a dzieła skończonym, to i może czasu jakiego chciał jeszcze dłuższego... Ale, czemuż na miły Bóg tak też i kardynałowi nie odpisał? Znowuż nie wiemy i tu właśnie myśl moja: jeśli kardynał responsu nie dostał, to cóż mógł uczynić?
   Jeśli by był człekiem nieokrzesanym i władczym mógłby się i może do jakich posunąć nacisków, jeśli był uprzejmym i dystyngowanym mógł w najpierwszej mierze próbować dociec przyczyny zwłoki luboż i tej odmowy, jeśli jaka jednak była. I, podług mnie, tak właśnie uczynił... A gdzie? A gdzieżby miał sięgnąć lepiej, niźli do zwierzchnika Kopernikowego, człeka co mógł był sam być i może chcieć jakich wywrzeć na uczonego nacisków, byle jeno nuncjusza zadowolić. Człeka, z którem się oba znać musieli z pewnością, skoroć jeden nuncjusz w Polszcze, wtóry na tej ziemi biskup... Słowem, zmierzam ku temu, że najprawdopodobniej nuncjusz u Dantyszka jakich opinii o Koperniku zbierał, dopytywał o zwłoki przyczynę i możności jakie insze, by swego zamiaru dopełnić. Ergo: Dantyszek WIEDZIAŁ o dziele pryncypalnem Kopernikowem i wiedział też, że na niem wielce zależy znacznym w Kościele dostojnikom. Czy mógł zatem nie mieć tego na sercu, by choćby dla pozyskania przychylności nuncjusza, nie nakłaniać jakiem sposobem kanonika sobie podwładnego, by rzeczy kończył? A jeśli nawet i nie, czy miałby odwagi czynić czegobądź, coż by w tem dziele przeszkodzić mogło? Osobliwie, że i Dantyszek przecie nie tępak jaki, jeno mąż w swem pokoleniu jeden z najuczeńczych! Nie mógł nie doceniać wagi Kopernikowego dzieła, nie mógł przeciw woli kardynała jakich kłód pod nogi astronomowi rzucać, osobliwie że i on by przecie skorzystał na tem, gdyby to kanonik z jego diecezji stał się w świecie głośnem...
    I teraz mi dopiero rozumieć, czemuż owe nibyż poważne względem Anny Schilling zarzuty, tak się nagle z jej odprawieniem zakończyły, bez i konsekwencyj jakichkolwiek... Że wszytkie dalsze ze Skultetem komitywy takoż Kopernikowi nie zaszkodziły, podobnie jak i Płotowskiego oskarżenia... Temuż nareście ta swoboda dla Retyka przedziwna, temuż i zgoda na rezygnację z części obowiązków kanonika... Dantyszek po prostu w sprawie Anny nieugiętym będąc, przecie nijakiej Kopernikowi nie dozwolił krzywdy inszej uczynić i rzekłbym, że i może za sprawą Schönberga, jakiego nad astronomem rozpiął ochronnego parasola...
   Wróćmyż jednak do pytania, jakże się zatem Retykowi udało tam, gdzie znaczniejszych zignorowano. Ano... mniemam, że po primo Retyk na dzień dobry niejako sobie zapałem swoim starego astronoma ujął. Wręczył mu też w darze trzy aż xięgi***, co na tamte czasy podarunkiem było zgoła królewskiem. Jedna byłaby darem arcykosztownem, trzy zasię nadto dobitnie świadczyły, że przybysz chce sobie gospodarza zjednać... Nie sposób wręcz, by się temi darami Kopernik nie radował jak dziecko:), aliści wielce byśmy kanonika skrzywdzili, gdybyśmy go posądzali, że za nawet tak hojny podarek byłby gotów dzieła żywota swego oddać... Zda się, że choć Kopernik był z licznemi uczonemi w niejakiej korespondencyjnej konfidencyi, przecie z pewnością nawet kogoś tak skromnego i jak byśmy to dziś rzekli: wycofanego jak on, ująć musiał Retykowy podziw. Zwłaszcza, że bodaj to po raz pierwszy Kopernik W OCZY pokazywał dzieła swego komuś, kto i w matematycznej, i w astronomicznej jego części naprawdę ogromu dokonań docenić umiał...
   Dość chyżo też Retyk pojął, że "Commentariolus" tak się ma do dzieła prawdziwego, jak wina kropla, po której jeno wytrawni koneserzy odgadną, cóż ich za rozkosz czeka, gdy się do beczki dobiorą. Znając, że tu jeszcze jednak roboty moc, nim się tej odszpuntuje beczki, ubłagał Kopernika, by mu dozwolił napisać czego, co już by choć było pucharkiem niedużem, przecie po primo da pojęcia więcej i nie jeno koneserom, secundo, by tego jako xięgi wydać, nie zaś kopiami pokątnie przepisywanemi w świat puszczać. Tak oto narodziło się pierwsze streszczenie rzetelne sub titulo "Narratio prima", czyli po ludzku mówiąc "Opowiadanie pierwsze", którego Retyk przez jakie trzy miesiące doszlifował na tyle, by go dać tłoczyć w Gdańsku****, w drukarni Franza Rhodego i najpierwsze egzemplarze posłać z wiosną 1540 roku przyjaciołom z Norymbergi i Wittenbergi.
   Jesienią jednak jeszcze oba do Lubawy pojechali na zaproszenie Giesego, rzekomo dla świeżego powietrza dla Retyka, który u Kopernika pochorował się znienacka. Podług mnie to i może onemu klimat fromborski nie nadto posłużył, zasię zamysł Giesego mi się nader przejrzystym wydaje. Oto po primo usuwał choć na tygodni kilka Kopernika z dusznej atmosfery intryg i inwigilacyj "kolegów" kanoników, po wtóre zasię nie po to od lat sam namawiał Kopernika na dzieła publikowanie, by przegapić szansy wspomożenia wysiłków własnych przez alianta nieoczekiwanego, z Norymbergi przybyłego...
   Ano i najpewniej tam właśnie, w Lubawie, jesienią 1539, obadwa nareście pospołu opory Kopernika przełamali i do dzieła kończenia namówili. Pierwsze już karty "Narratio prima" jeszcze przed końcem tłoczenia rozsyłane, wywołały w Norymberdze sensacyją, najwięcej zaś poruszyły spominanego w nocie pierwszej Jonannesa Schönera, norymberskiego rektora i protektora Retyka, zaprzyjaźnionego z niem wydawcy Petreiusa i spominanego w nocie trzeciej teologa tamecznego luterskiego, Andreasa Osiandera, tego co to Hohenzollerna nawrócił na luterską wiarę, aliści w danej chwili dla przykrości swego charakteru i ambicyj był w Norymberdze nieledwie persona non grata i gorączką dla się szukał jakiego znaczenia nowego.
   Dwaj ostatni mięli na dziele Kopernikowem zaważyć szczególnie. Petreius, co nie wiem zali nie godzien miana najpierwszego, prawdziwie naukowego w Europie wydawcy*****, bezwstydnie się Retykowi podlizywał nawet i jakiej xięgi właśnie tłoczonej dedykując i szląc jej w darze, byle jeno u Kopernika prawo do składu pierwszego dla siebie wyjednał. Osiander zaś Kopernika pod niebiosy wynosząc, upraszał Retyka, by mu u fromborskiego kanonika wyjednał zaszczytu korespondowania.
   Jak się zdaje, bodaj czy i nie na odczepne, Kopernik doń w lipcu 1540 roku, w nawale prac z dzieła swego przeglądaniem, poprawianiem i do druku szykowaniem, napisał. W liście tem o radę suplikował, jakoż spodziewanych oporów względem radykalności systemu swego uniknąć, luboż onych przynajmniej złagodzić. Nie wiem ja, czy iście miał o tem Kopernik aż tak wielgie obawy i czy temat też nie był, ot tak obmyślonem, bo przecie o czemś pisać było trzeba. Norymberczyk odpowiedział, że by ostrze spodziewanej krytyki stępić, zdałoby się rzeczy przedstawić nie jako pewnika właśnie dowiedzionego, a jeno jako hipotezy jakiej nowej, za który to koncept Kopernik podziękował za radę, zaznaczając zarazem, że z niej nie skorzysta... Tak, czy siak przypuszczono Osiandera do niejakiej komitywy, a przyszłość miała pokazać, że był to bodaj najgorszy z Retykowych konceptów...
___________________________

* Komentarzyk, znany także jako "Zarys podstaw astronomii"
** dokonanej ostatecznie sześćdziesiąt lat później, już za Grzegorza XII, stąd i kalendarz nasz dzisiejszy, gregoriańskim zwiemy...
*** Jedna zawierała dwa dzieła, czyli "Elementy" Euklidesa oraz "De trangulis omnimodis" Regiomontanusa, przy czem to drugie musiało być astronomowi wręcz niezbędne i aż dziw, że Kopernik go nie miał, choć znał z całą pewnością. Druga to znów trzy dzieła w jednej xiędze, czyli "Instrumentum primi mobilis" Piotra Apiana, "De Astronomia Libri IX" Gebera i "Perspectiva" Witelona i nareście trzecia, bodaj czy nie najpryncypalniejsza: "Almagest" Ptolemeusza, czyli tegoż astronoma, którego system właśnie Kopernik obalał, aliści nie w tłomaczeniu łacińskim, bo tego Kopernik posiadał, jeno oryginał grecki!
**** Nawiasem to widać w Gdańsku przynajmniej organizatorzy Jarmarku Dominikańskiego do dziś uważają tegoż tekstu za Kopernika dzieło...:)
http://www.mtgsa.pl/x.php/16,pl,2684/I-Tydzien-26.07-03.08.2008.html
***** Nad wyraz wybornie czuł gdzie co w trawie piszczy i gdzie co, kto nowego i znacznego pisze. Potrafił autorów kaptować z krajów i odległych, byle jeno jemu druk powierzyli, a nawet co tamtem czasem w ogóle przecie praktykowanem nie było, dzieł poszczególnych zamawiać i nawet płacić autorom zaliczki! Małoż na tem: nie wiem zali to nie onemu zawdzięczać nam przyjdzie instytucyi recenzentów narodzin, bo dostawszy czego, na czem się pomiarkować nie poradził, zwykł był słać to inszym uczonym do konsultacyj...




27 kwietnia, 2014

O wcale niekoniecznym spotkaniu dwóch mężów...III

    W pierwszej części naszego kopernikańskiego cyklu żeśmy wystawili młodość Retyka oraz przyczyny i cyrkumstancyje, cależ nie naukowej natury, co go do podróży pchnęły, w tem i tej najważniejszej: do Fromborka... We wtórej żeśmy samego Kopernika młodość opisali; pora rzec w jakiemż też momencie Kopernikowego żywota mu ten młodzianek, luterski matematyk z wizytą zjechał niespodzianą... Rzec by można zrazu, że w jak najgorszym, aliści by tegoż pomiarkować, przyjdzie się jednak krztynę cofnąć w czasie.
    Siedem pierwszych lat po powrocie z Italijej zeszło Kopernikowi na sekretarzowaniu biskupowi, czyli wujowi własnemu Łukaszowi Watzenrodemu, zatem przepędził ich w zamku biskupów warmijskich w Lidzbarku Warmińskim. Nie jest to może zajęcie dla ambitnego mężczyzny i edukowanego, jako byśmy dziś rzekli: na kilku fakultetach. Z drugiej jednak strony posada ta z pewnością zapewniała względnie dostatnie i wygodne życie i bodaj nie była zbyt wysoką ceną, jeśli się miało zainteresowań inszych i insze priorytety. A przecież już gdzieś wtedy musiał zrębów swej teoryi opracować, lub też pomiędzy 1510 rokiem, gdy opuścił wuja i przeniósł się na stałe do Fromborka*, a 1514 rokiem, gdy w Krakowie Maciej Miechowita inwentaryzacyi swej biblioteki poczynił. Z czegóż to wnosim?
   Ano z tego, że wówczas Miechowita odnotował posiadanie "rękopisu z sześciu kart objaśniającego teorię autora, który utrzymuje, że Ziemia porusza się, podczas gdy Słońce pozostaje nieruchome"
   Traktacik ten, dziś znany jako "Commentariolus", rozesłany został przez Kopernika kilku zaledwie osobom w rękopisie i, najpewniej bez wiedzy i woli autora, począł żyć życiem własnem, krążąc w odpisach po Europie, podobnie jak się to stało z następnym (i jedynym przed "De revolutionibus...") traktatem astronomicznym Kopernika, który właściwie był listem do przyjaciela, Bernarda Wapowskiego, a ściślej listowną odpowiedzią na pytanie onego cóż o konceptach norymberskiego astronoma, Johannesa Wernera, sądzi. Owe dwa drobiażdżki, "Commentariolus" i "List przeciwko Wernerowi" latami krążyły po Europie, zapowiadając niejako kopernikowskie dzieło życia główne, najwięcej przy tem osobliwe to, że Kopernik chyba był tegoż rękopisów swoich żywota wtórego nieświadom zupełnie, bowiem Wapowski pomarł, nim go uwiadomił, że rzeczy w sekrecie nie zatrzymał.
   Przez ćwierć wieku Kopernik się trudził wkoło spraw kapituły, szpitalika, którego doglądał, zajmował monetarnemi sprawami i administrował czas jaki olsztyńskiemi kapituły dobrami. Od jednak 1531 roku narastać poczęły wkoło niego turbacyje, które go wpędziły w niełaskę biskupów kolejnych. Zachował się list z lipca 1531 do biskupa Maurycego Ferbera, w którem ów się wielce pokrętnie tłumaczy (i najpewniej kłamliwie) z tego, że nocowała u niego dawna gospodyni. Niechybnie któryś z pozostałych piętnastu kanoników doniósł o tem biskupowi, a zda się że nie tylko o tem, bo biskup raczej nie dał wiary wyjaśnieniom astronoma, że Anna Schilling, bo to o nią najpewniej idzie, jeno się tam zatrzymała w drodze z targu w Królewcu do Gdańska, przy tem miała jej towarzyszyć jej obecna chlebodawczyni, rzecz zatem była zgoła niewinną, choć może i niezbyt stosowną dla duchownego, z czego się Kopernik sumitował wielce.
   Ferber miał jednak dobre źródło, jak mawiają w wywiadzie, i wiedział, że rzecz nie była ani incydentalną, ani tak błahą, jak utrzymywał Kopernik. Ciekawe zaś przy tem jest i to, że każdy biskup warmiński, Ferbera nie wyłączając, musiał być przódzi kanonikiem fromborskim, tedy i Ferber był nim...od 1507 roku. Znali się zatem z Kopernikiem wybornie, ale nie posądzałbym ja Ferbera o hipokryzję, że póki biskupem nie został, rzecz mu nie przeszkadzała. Primo, że ów objął biskupstwo w 1523, a nie wiemy tak naprawdę od kiedy się nasz astronom z Anną Schilling związał... Wspominany list z lipca 1531 jest tegoż związku pierwszym śladem, ale i w niem samem mamy arcycennej wskazówki ("...otrzymałem list, który Wasza Przewielebność ZNOWU własnoręcznie raczył do mnie napisać..."), że to nie pierwsze takie było napomnienie. Są i insze dokumenta, które świadczą, że się biskup naszemu kanonikowi wielce naprzykrzał, bo przódzi jeszcze, w lutym żądał odeń, by ów święceń nareście wyższych dopełnił i stał się xiędzem pełną gębą... Czy to związek miało z Anną i służyć miało zdyscyplinowaniu kanonika? Czy jeno szło o pełnię jurysdykcji nad niem? Trudnoż orzec, wiemy jedynie, że Kopernik odmówił, co mnie osobiście zda się niemałej miary odwagą, bo tem się niejako ujawniał, że cele Kościoła niekoniecznie są z Kopernikowymi zbieżne, przy tem dla człeka cichego i nie łaknącego ni zaszczytów, ni sławy czy kariery, zdałoby się, że dla kłopotów uniknięcia łacniej byłoby się zgodzić... Skoro zaś miast kluczyć i odwlekać, jako to w sprawie Anny czynił, jednoznacznie rzekł "nie", przyczyny wcale nie musiały być tejże samej romansowej natury...
   Jeszcze jest pytanie zasadne, czemuż Ferber tak w tej mierze nastawał, gdy niemało inszych duchownych, a i xięży nawet całkiem jawnie niewiasty jakiej trzymało, czasem i z dzieciaczków czeredką? Ano najpewniejszą przyczyną były nagłe wkoło Reformacyi tryumfy... Znają wszytcy, że się Anno Domini 1525 Albrecht Hohenzollern na krakowskiem rynku przed królem Zygmuntem ukorzył, zasię i państwo zakonne w świeckie księstwo odmienił... Warmia tedy wkoło przez luterańskie ziemie okrążoną została, to i nie dziwota, że nowinek i tam chętnie słuchano, a biskup, jeśli mu Kościół własny leżał na sercu, musiał jako przeciw tej zarazie działać...
   Najpewniej też i jego zamysłem było własnych z potencjalnych odstępców oczyścić szeregów, a Kopernik, żyjący z niewiastą i odmawiający przyjęcia święceń, po prostu musiał się biskupowi wydać jednym z podejrzanych najpierwszych...
    Zda się jednak, że Opatrzności ów romans kanonika nie zawadzał nadmiernie, bo wielce starannie, choć brutalnie, czuwała nad tem, by go jeszcze lat parę nie przerywano...:) Z końcem bowiem tegoż samego jeszcze roku Ferber był zaniemógł i wezwał listem do się Kopernika, by ów go jako medyk ratował... Czy to uśmierzenie boleści było jaką przyczyną, że biskup od egzekwowania swoich żądań względem kanonika odstąpił, trudnoż osądzić. Kopernik już i gdzie jesienią najpewniej z części swych obowiązków zrezygnował, takoż z dwóch intratnych prebend, może być zatem że i to póki co zadowoliło biskupa, że przez lat następnych kilka, do swej śmierci w 1537, już nie nastawał tak zajadle. Z drugiej jednak strony, w 1535 napomniał Kopernika, że winien swego wskazać następcy, co trudnoż inaczej sądzić, niż co najmniej znów naciskiem jakiem, luboż i szantażem niewypowiedzianem, boć jeśli się komu o następcy przypomina, snadź nie sądzi się o niem, by miejsca swego długo jeszcze zagrzał.
   Opatrzność jednak, póki co, Ferbera wolała powołać ku sobie, tedy zdałoby się, że z początkiem 1537 mógłby Kopernik odetchnąć, osobliwie, że następcą biskupa został ...Dantyszek, człek światowy, prawdziwy humanista, przy tem Kopernikowi osobiście znajomy i nie tylko temuż, że i ten się między kanoników liczył fromborskich... Dokażem jak zwodnicze by to były (jeśli były) nadzieje, póki co zaś na jednego jeszcze człeka zwrócić bym uwagi Lectorów Miłych pragnął, bo i na naszej historii on zaważy wielce. Idzie mi o człeka, co Albrechta Hohenzollerna do luterańskiej przekonał nauki, ergo mógłby sobie za zasługę poczytać całej tej krainy pruskiej "nawrócenie". Ów teolog, myśliciel i reformator zwał się Andreas Osiander, zaś książę Albrecht spotkał go był w Norymberdze, gdy w 1522 Niemcy przemierzał, poparcia przeciw królowi polskiemu żebrząc...
   Zdałoby się, że ów, zwłaszcza, że i Norymberga dzięki niemu przy Lutrze stanęła, winien się cieszyć wielgiem u Lutra i Melanchtona poważaniem i zaufaniem. A jednak dla nieznośności jego charakteru, Osiandera bodaj nikt nie lubił, nie kochał, a i poważano pozornie, tak że z końcem lat trzydziestych był on w Norymberdze człekiem wręcz niemile widzianym i będąc tego świadomym, szukał dla się jakich pól nowych, na których by gwiazda jego podupadła znów zabłysnąć mogła. I takim go właśnie spotkał był nasz z pierwszej części znajomy: Jerzy Joachim Retyk...

   Coraz to i więcej person światowego zgoła ówcześnie formatu się w tej naszej pojawiać poczyna opowieści, jakoby i samego Kopernika było przymało... Aleć i prawda, żem rzeczy studiując, odczuwał coś na kształt radości ogrodnika, któremu dzieło nareście kwitnące i owocujące, trud wielomiesięczny wynagradza. Tak i mnie, gdym te supełki wiązać z sobą począł, te persony przeróżne w cyrkumstacyjach rozlicznych i uwikłaniach wzajemnych postrzegać, wszytkich znów zasię mieć jako mróweczki w mrowisku Historii, smaganem wichrami i chłostanem burzami dziejowych wstrząśnień, trudnoż się i nie radować, gdy zdarzenia z pozoru niezrozumiałe, z inszej oświetlone strony, z nagła sensu mieć poczynają, zasię persony nibyż i znane, barwniejszego dostają portretu, nieznane zaś i przepomniane radują się w blasku światła stanąwszy...
  Tako też i u nas, gdyśmy wyprowadzając z cienia Osiandera, a i spomniawszy Dantyszka, krąg tych person, co na żywocie i dziele Kopernikowem zaważą, powoli domykamy. O Dantyszku nibyż słyszał każdy, ale jak mniemam, zaledwie spomnianego między humanistami inszemi, tedy poświęcim mu słów parę, by barwność tej postaci ukazać.
   Porodził się w Gdańsku, w domu piwowara jako Johann van Hoefen, którego wołali Flachsbinder , a którego wszytcy mają za niemieckiego. Mnie owe”van” zastanawia, czy to nie jednak jaki Olędrów potomek, już w Gdańsku zniemczony, ale to rzecz mniejsza. Ważniejsze, że ociec majętny dość, by syna (piętnastoletniego, na co zwrócić uwagi sobie nie bez kozery pozwolę :) na Akademiję posłać Krakowską, gdzie ów w lat dziesięć po Koperniku począł swej wiedzy budować zrębów.          Wtedy też i odmienił swego naźwiska, widno pragnąc się między Polakami nie obnosić z niemczyzną. Podobnie jak Retyk się nazwał Rheticus od łacińskiego miana prowincyi, z której się wiódł, tak i nasz syn piwowara się nazwał Dantiscus, a co Polacy na Dantyszka wrychle spolszczyli. Zapachniała mu w tych studiach wojaczka, tedy się Anno Domini 1502 z wyprawą na Tatary i Wołoszę zabrał, ale zda się, że tem rzemiośle nie zagustował, bo na Akademiję powrócił i onej z Rokiem Pańskiem 1503 pokończył. Człek to, zdałoby się najostatniejszych skrajności, bo po studiach wrychle z pielgrzymką do Jerozolimy ruszył, gdzie niemal dwóch lat zabawił, co by mogło być prognostykiem pobożności przyszłej, przecie oddawszy swe pióro, umysł i osobę w służby królewskie** stał się jednem z filarów dyplomacyi Zygmunta I. Był i sekretarzem królewskiem i extraordynaryjnym posłannikiem do Prus, co by raczej funkcji jakiego wywiadowcy bliższem było, zasię posłem na dworze cesarskiem, pierwej u Maksymiliana I, zasię u Karola V, jako ten po dziadku po austryjackie sięgnął dziedziny... Wszędy ulubieniec, dla swych poetyckich talentów, wszędy za pan brat z najmożniejszymi tego świata: od Maksymiliana nadgradzany w poetyckich konkursach, od Karola nawet i jakiem nadaniem ziemskiem w Hiszpanijej obdarzony, wszędy też, jako to Koestler w „Lunatykach” ujmuje, zajmował się „poezją, kobietami i towarzystwem uczonych mężów, w tej właśnie kolejności”. Czytaliśmy w nocie wtórej wyimek jegoż relacyj, gdy Lutra zapoznał... Dodać pora, że znał i osobiście króla Angielczyków Henryka VIII, tego co to nie miał szczęścia do żon i dziedzica, i przez to się nowe narodziło wyznanie, takoż i licznych inszych w Europie władców i dworskich znakomitości. Słowem, człek absolutnie światowy, przy tem kochliwy niezmiernie; najmniej o dwóch jego kochankach wiemy z imienia: niejakiej Grinei z Innsbrucku i o Hiszpance Isabel Delgada, z którą nawiasem miał córki Dantiski, o czem extraordynaryjnie dla Vulpiana Jegomości donoszę...:)
    I taki to człek czwarty ledwo krzyżyk na karku mając, rzuca to wszytko w diabły i się do stanu duchownego przenosi, pewno, że nie jakie tam leda probostwo mając na względzie. Toć przecie on do pańskości nawykniony, to i mierzy wysoko... A wpodle diecezji warmińskiej przyjęło się, że nim tam biskupem, przódzi być trza kanonikiem fromborskiem, zasię zwykle przychodziło ubożuchne biskupstwo chełmińskie, i nareście cztery razy większe i bogatsze warmińskie.
   Kanonikiem został Dantyszek w 1529 roku, biskupem chełmińskim w rok później, choć oficyjalnej sakry dwóch lat mu jeszcze czekać przyszło. Ano i po tych dwóch leciech jest z 1532 zachowany arcypiękny list do Kopernika, w którem tenże biskup nowy z diecezji sąsiedniej, go do siebie, do Lubawy zaprasza. Prosił też i Feliksa Reicha, wtórego kanonika ówcześnie najstarszego, co assumpt daje do myśli, że ich obu poparcia szukał, jako Ferber pomrze i biskupstwo warmińskie wakować będzie... Obaj się w grzecznych słowach wymówili mnogością obowiązków, co mogło i być prawdą, a być i może, że w dobie zatargu już jawnego z Ferberem nie chcieli oba ostentacyjnie u spodziewanego następcy gościć...
   Jako jednak Ferber pomarł***, a kapituła wybrała Dantyszka i król go zatwierdził, tak ów od września był już biskupem oficyjalnem, aliści do formalnego objęcia diecezji zbrakło objazdu tejże przez biskupa nowego, a to przez jaką chorobę Dantyszka nieznaną, w której mu już w Lidzbarku Kopernik swą medyczną służył pomocą. Do tegoż objazdu doszło w rok niemal po wyborze i znów Reich i Kopernik są temi, co z ramienia kapituły biskupowi towarzyszą. Jack Repcheck w swojem „Sekrecie Kopernika” utrzymuje, że to wtedy się Dantyszek o Annie Schilling dowiedział, co podług mnie chyba nie jest możliwem. Któż by mu bowiem miał o tem w inszych miastach diecezyi donieść? Rzecz mogła być we Fromborku tajemnicą poliszynela, przecie nie w Olsztynie, czy Braniewie...
   Zaliżby się sam Kopernik wygadał, luboż i Reich może? Wykluczyć nie sposób, aliści to znów by assumpt był, by mniemać, że się oba w Dantyszkowem towarzystwie czuli wielce swobodnie, do niemałej zapewne konfidencyi przypuszczeni, ani śmieli zapewne mieć obaw jakich, że to biskup tak światowy i uczony, przeciw nim wykorzysta. Akurat latem tegoż roku z odległej Hiszpanii słała mu listy Isabela uwiadamiając go o zaręczynach córki, co wiemy, że wielce uradowało Dantyszka. Może gdzie i przy jakiej z winem wieczerzy wyznali sobie nawzajem swoich sekretów?
   Dość, że wrychle potem przyszło Kopernikowi może i pożałować tej konfidencji, bo Dantyszek wielekroć srożej jeszcze niźli Ferber począł na kanonika naciskać. Nawet jeśli znał prawdy wcześniej, najwidniej mu ona nie przeszkadzała, dopokąd nie został biskupem. Biskupem diecezji niemal z każdej strony okrążonej przez luteran, oskarżających przecie Kościół ustawicznie właśnie o wszelkie niegodne postępki. Stąd też i zapewne owe ostre w słowach dla Kopernika nakazy, by niewiasty z domu swego usunął.
   Biedny Kopernik zwłóczył jak mógł. W listopadzie najsolenniej obiecywał biskupowi, że to już jeno do Godów trwać będzie ta przyczyna zgorszenia, w czem łgał aż się kurzyło, bo w styczniu 1539 Dantyszek stracił cierpliwość i nakazał Reichowi, by ten pozwał Kopernika przed sąd kapituły i doprowadził do konfrontacji. Reich, postawiony w nader niezręcznych wobec przyjaciela cyrkumstancyjach, wywijał się jak piskorz:) A to zwrócił listy, które miał na kapitule odczytać pod pozorem, że są w nich imiona pomylone, a to znów mu szkodziło, że nie wszyscy kanonicy są we Fromborku przytomni, a na koniec jeszcze uczynił Dantyszkowi i tej siurpryzy, że wziął i złośliwie pomarł 1 marca 1539, zlecenia biskupiego nie dopełniwszy...
   Zdałoby się, że znów Fortuna ów romans uchroniła, przecie nie na długo. Z marca końcem inszy z kanoników, niejaki Płotowski, nawiasem konkurent Dantyszka na stolec biskupi, donosi biskupowi, że spośród fromborskich kanoników aż trzech żyje w związkach niegodnych, w tem wymienił oprócz Kopernika i Leonarda Niederhofa także Aleksandra Skulteta, postać przy której zatrzymać nam się chwilę przyjdzie. Ów bowiem od lat był z Dantyszkiem w konflikcie, gdyż ten przed laty jego nominacyję na kanonika fromborskiego blokował. Dla odmiany Skultet, gdy już nim jednak został, począł co przewąchiwać wkoło beneficjów Dantyszkowych z oczywistym zamiarem utrącenia przyszłemu biskupowi dochodów, co już było samo w sobie ówcześnie skandalem, a przy tem i głupotą, bo cechą Dantyszkową o której żem dopotąd nie spomniał, byłoż graniczące ze skąpstwem umiłowanie grosza i ustawiczne za niem dążenie. Człowiekowi, co się swemu skarbnikowi kazał wyliczać z opłat za przesyłane listy, musiało działanie Skulteta dopiec do żywego i usposobić go jak najbardziej wrogo.
    Co gorsza jeszcze, Skultet sobie wrychle nowego narobił wroga, postać znów w przyszłości głośną, a to Stanisława Hozjusza. Ów kardynał słynny, przyszły, „młot na heretyków”, importer jezuitów do Polski i zdecydowany kontrreformacyi wódz, nim sam został biskupem warmińskim****, w 1538 się właśnie o kanonię wystarał fromborską, a jednym z tych co mu w tem szkodowali wielce, był właśnie Aleksander Skultet. Wybór jednak nie zakończył sporu, a przeciwnie przeniósł go na płaszczyznę inszą, najwięcej właśnie z dochodami adwersarzy obu związaną. Nie wchodząc w szczegóła sporów, w których się strona jedna po protekcyję udawała do króla, wtóra zasię do Rzymu*****, dość rzec będzie, że wiosną 1539, Dantyszek Skulteta oskarżył o coś na kształt kradzieży, czyli o lnu do kapituły należącego przedanie dla intraty własnej. Przy tem wypłynął i ów list Płotowskiego, przy tem i król się kazał Skultetowi przed obliczem swem stawić i wytłomaczyć ze związku z niewiastą, dziecięcia nieślubnego, najwięcej zaś z oskarżeń o przynależność do sakramentalistów, którzy (podobnie jak luteranie) nie wierzyli w przemienienie w czasie mszy chleba i wina w ciało i krew Chrystusową.
   Tego już widno Skultetowi nadto było, by poczuć, że się mu pod zadkiem pali i przyszły reformator sławny, historyk, jeograf i patron Miejskiej Bliblioteki w Tczewie, dał drapaka, a nie oparł się aż w Rzymie, snadź licząc na jakie dawniejsze amicycje swoje. We Fromborku tem zaś czasem domu jego przeszukano i iście naleziono pism, co między luteranami krążyły. Tego było już i nadto wiele i królowi, a i dawniejszym Skulteta protektorom w Rzymie i ów trafił za kratę, jak się później pokazało, nie po raz ostatni...
   To nam wszytko nibyż margines, przecie o tyleż ważki, że Skultet się z Kopernikiem przyjaźnił, a teraz po śmierci Reicha, odejściu Giesego na biskupstwo chełmińskie i ucieczce Skulteta, ów został we Fromborku sam, bez przyjaciół, następny w kolejce do oskarżeń o związek naganny, a któż wie, czy i nie o dla Reformacyi sympatie... Trudnoż by chyba naleźć momentu gorszego, by się do przerwanej wziąć naukowej roboty, orbit badać i dzieła życia kończyć, a przecie to w tem właśnie momencie do drzwi kanonika zapukał z Norymbergi przybysz nieznany: Jerzy Joachim Retyk...

_______________________
* jeśli nie liczyć pięciu lat przepędzonych w Olsztynie, gdy go kapituła wybrała zarządcą swych dóbr tamtejszych. W temże właśnie charakterze występował, gdy w 1520 tegoż Olsztyna przed Krzyżakami bronił.

** jeszcze przed pielgrzymką zdążył się przetrzeć jako pisarz w kancelarii Aleksandra Jagiellończyka
***z początkiem lipca 1537 roku, a do przejęcia majątku, papierów i skarbca biskupiego kapituła wyznaczyła właśnie Reicha i Kopernika.
**** utartą i już opisaną drogą, po śmierci Dantyszka w 1548 roku biskupem został dotychczasowy biskup chełmiński, wielki Kopernika przyjaciel, Tiedemenn Giese, którego też i Dantyszek próbował użyć, by Kopernikowi przemówił do rozumu w sprawie Anny, a stolec po Giesem wziął właśnie Hozjusz. Po zaś śmierci Giesego i Hozjusz się przeprowadził z Lubawy do Lidzbarka.
***** Skultet, zdaje się, studiował w Rzymie za młodu, a co najmniej bawił tam dość długo, by sobie jakich pożytecznych in futuram wyrobić znajomości. Najzabawniejsze w tem to, że jako za ingerencyją króla Skulteta uwięziono, tak uwolniono go za ...Bony wstawiennictwem:)






25 kwietnia, 2014

O wcale niekoniecznym spotkaniu dwóch mężów...II

    Dziecko w tem kraju wie, że Kopernik w krakowskiej wpierw studyjował wszechnicy, zasię go w ziemie poniosło italskie, ku Bolonii i Padwie. Nie negując, Boże Broń, faktów znanych, na insze bym ich jednak uwagi chciał zwrócić aspekta...
   Otóż nasz przyszły wielki astronom nim na Akademiję postąpił Krakowską, pokończył Anno Domini 1491 nauk pobierania w szkółce parafialnej przy kościele św. Jana w Toruniu. Nic w tem nie masz dziwnego, boć przecie analfabety by na uczelnię wyższą nie przyjęli, aliści jest coś jednak, co spokoju nie daje... Owoż tej nauki kończy młodzian... osiemnastoletni! I taki też do Krakowa jedzie w czasach, gdy to więcej wiek był może, by już tej nauki kończyć, nie poczynać!        Dla porównania: wtóry z naszych wielkich, co w Italijej nauk brali, Jan Kochanowski, na krakowską Alma Mater postąpił lat mając czternaście...
   Na te krakowskie Kopernika studia bym tu więcej chciał uwagi Lectorów Miłych zwrócić, bo w tem źródło wielu jest zdarzeń późniejszych. Rzecz najpierwsza: stancyja... Owoż oba Koperniki, czyli Mikołaj z bratem Andrzejem za grosz przez wuja, biskupa Watzenrodego, słany, edukować się i utrzymać mięli, aliści nie pomieszkiwali w bursach, jeno na pokojach u wujowego druha, kanonika Piotra Wapowskiego. Rzecz o tyleż ważka, że to pod tem dachem się zrodziła amicycja między Mikołajem, a synem Wapowskiego, Bernardem, in futuram znanem i cenionem kartografem. Rzecz wtóra: mistrzowie...
    Podają wszytkie źródła, że astronomijej in Cracoviae nauczał Wojciech z Brudzewa, co mógł był być i samego Regiomontanusa uczniem. Prawda to, aliści nie dla Kopernika czasów, bo wówczas Imć Wojciech już jeno filozofijej wykładał, ale że w domu privatim w soboty prowadził cosi na kształt seminariów dzisiejszych, to i możebne, że tam Kopernik też tego astronomicznego bakcyla był złapał. Wtórym ze znanych, przynajmniej w naszej Europy części, był profesor jeografijej, sam Maciej Miechowita!
Rzecz trzecia: niebios przypadki... By i może był nawet Kopernik od astronomijej dalekim , trudno by go zdarzenia z lat studenckim nie zajmowały, jak zajmowały wszytkich inszych śmiertelników, a na lata jego żakowskie w Krakowie przypadło tych zdarzeń extraordynaryjnie wiele: w 1492 widziano komety, w Oktobrze 1493 słońce się częścią zaćmiło, zasię w rok później zasłoniło się ze szczętem, podobnie jak Księżyc, co tem się bawił w czasie Kopernikowych studiów nawet dwukrotnie...
   Jeśli jest co w tem Kopernikowym studiowaniu osobliwego, to niejaka wątpliwość, czy ów się ówcześnie z jakiemi zdolnościami swojemi ujawniał... Czasy były tak nowinkom głodne, a potrzeba umysłów edukowanych tak extraordynaryjnie wielga, że nie było niczem w Europie szczególnem, że ledwo jaki młodzian zdolny się pokazał i choć pokręcił, poasystował przy jakim mędrcu głośnem, wraz go chcieli do jakich szkół na bakałarza, a bodaj i na profesora... W części pierwszej, nie przypadkiem tak złożonej, żeśmy taki właśnie casus samego Retyka wystawili! A przecie Kopernik w Bolonijej pomieszkiwał nawet u tamecznego profesora sławnego Domenico Marii z Novary, któremu miał w obliczeniach i obserwacyjach asystować... I cóż ? I nic... nie postąpił nam Mikołaj w nijakie obce katedry, nic nam nie wiedzieć o tem, by na kim naówczas jakiego uczynił wrażenia szczególnego...
    Zaliżbym co śmiał wątpić w naszego astronoma mądrość i wiedzę? Ależ Boże zachowaj...! Przedkładam jeno rzecz, co mi się u Kopernika zda być cechą arcyważką... Że ów się łokciami przez życie nie przepychał, o aplauz ni o jaką karierę we świecie nie dbając... Czy ta skromność jego z pozycji wynikała w rodzinie, gdzie zawszeć to zapewne starszemu Andrzejowi dozwalano na więcej?* Czy nie z jakiej niewiary w możności własne? Zapamiętajmyż tych wątpień...
   Pamiętajmyż, że w Bolonijej owe astronomiczne Kopernikowe zatrudnienia poboczem były studiom właściwym:... prawa kanonicznego, gdzie najwyraźniej obaj bracia szli szlakiem przez wuja wytyczonym. Ten bowiem o pokolenie przódzi, w roku Mikołajowych narodzin, w 1473, w tejże samej Bolonijej swego uzyskał doktoratu, a nim go jeszcze otrzymał, był tam czas niejaki wykładowcą, właśnie jako młodzian zdolny, śród inszych przez zwierzchność akademicką dostrzeżony!
   Jeszcze rzecz jedna, któż wie, czy nie bez znaczenia: z Krakowa wyjechał Kopernik bez tytułu magistra artium. Podobnie jak Kochanowski, ale poetę goniło do domu, bo umierał ojciec, przy tem do miasta się zbliżała zaraza... Cóż by miało poganiać Kopernika, że tego zwieńczenia studiów swoich nie czekał? Posada kanonika we Fromborku, przez wuja zaaranżowana? Nie zając to przecie... osobliwie że ostatecznego wyboru dokonała kapituła i tak w czas niejaki później, in absentiam Mikołaja, który był w tem czasie w Bolonijej... Nic nam o jakich arcyważkich familijnych, jak u Kochanowskiego, przyczynach nie wiedzieć. Wuj grosza na finał poskąpił, znając, że byt braci przyszły i tak od jego protekcji zależny, tedy nie ma co sobie głowy zaprzątać kosztownemi papierkami? Bym ja i może nie wykluczył tego, osobliwie, że bolońskiej edukacyi Kopernik takoż nie pokończył zamierzonym doktoratem, a zyskał go dopiero w lat kilka później, w wielekroć tańszej Ferrarze.
   Jeno, że o wieleż bym miał tego wzglądu u utracjusza Andrzeja, to Mikołaj już w krakowskich latach tak umiał groszem wujowym gospodarzyć oszczędnie, że go stać było na kupno xiąg kilku, rzeczy ówcześnie tak kosztownej, że mało który z żaków się na takową zdobywał extrawagancyją... Zwyczajnie nie wierę ja, iżby Mikołajowi na tem tytule zależało prawdziwie, by nie przyoszczędził i z Bolonijej z dyplomem nie wyjechał... Widać były po temu insze przyczyny... Jakie? Rozczarował się do tegoż kierunku? Może... ale jakże tego przetłomaczyłby wujowi, że całeż lat kilku expensa wniwecz zostały obrócone? Cokolwiek tego było przyczyną, znów dowodu mamy, że nie tytuły i nie uznanie we świecie były Mikołajowymi priorytetami...
    Zaliżby mu się odmieniło ku medycynie, o której zgody na studiowanie w Padwie uprosił był kapituły? Być i może... małoż to i dziś mamy studentów, co sami czego chcą, nie wiedzą? Wejrzyjmyż jeszcze znów na daty... Praw medyka zyskał w Padwie Anno Domini 1503 i tegoż samego roku złożył tegoż doktoratu z prawa kanonicznego w Ferrarze... W wieku lat trzydziestu... Nawet na dzisiejsze standardy to bardzo bliskie zjawisku tzw. "wiecznego studenta"! A przecie Mikołaja o hulanki posądzać nie sposób... Może jednak trza by na to wejrzeć, że onego więcej samo badanie i wiedzy zdobywanie zajmowało, niźli tegoż atrybuta? Że milej jest gonić króliczka, niżeli go złapać?
   Ano i na to pytanie nam przyjdzie w części chyba jednak już odpowiedzieć następnej, bo nam się te noty okrutnie by długimi uczyniły...:)
___________________
* trudnoż przypuścić, by wuj Watzenrode siostrzeńcom przysyłał grosza nierówno... a przecie, okrom i inszych świadectw o skłonnościach Andrzeja do hulanek, mamyż dowodu niezbitego w regestrach uniwersyteckich, że Mikołaj był zawsze z czesnym akuratnie, zasię Andrzejowi się zdarzało zalegać...






23 kwietnia, 2014

O wcale niekoniecznym spotkaniu dwóch mężów... I

   W cyklu, któregom nazwał "Co by było, gdyby..." roztrząsalim już nieraz możności rozmaitych inszych możebnych przebiegów Historyi, niźli te znane nam. Na dawniejszem mem, jeszcze onetowem blogu, poczęliśmy od Bony nieszczęśnego wypadku w Puszczy Niepołomskiej (I), gdzie poroniwszy, los niejako dynastyi jagiellońskiej przypieczętowała, Zygmunta Augusta samojednym jej czyniąc dziedzicem; zasię później żeśmy rozważań snuli o Waterloo, którego mogło nie być (II), czy koleje w starożytności były możliwe (III) i na koniec, jakożby się mogły dzieje Rzplitej potoczyć, jakoby hetman Koniecpolski na stare lata był mniej amorycznym (IV), takoż i do cyklu bonusik niewielki w postaci rozważań o konia udomowieniu... Części VI żeśmy poświęcili wykazaniu, że cależ nie wojska i kraju wyczerpanie rzekome powstrzymały zagony nasze we dwudziestym roku, jeno polityczne decyzje, za które do dziś mam do Marszałka żalu, że gadu bolszewickiego nie dobił, choć sposobność była zgoła niepowtarzalna... 
  Na tem zaś już blogu żeśmy rozważali, zali nie szło jako inaczej, tych samych sił mając, przecie gospodarując niemi roztropniej, Wrześniowej rozstrzygnąć kampanijej...(I, II, III i IV ), takoż w niejakiej z tem koincydencji ogólniejszej natury uwag o wielce modnej ostatniemi laty koncepcji aliansów odmienienia i pójścia nie przeciw, a z Hitlerem w sojuszu na Moskwę i dalej...
  Listopadowej zaś Insurekcyi się tyczyły noty o śmierci tak feldmarszałka Dybicza i wielkiego księcia Konstantego, a ściślej teoryi, że to nie cholera ich wzięła, a sam car struć ich kazał, zasię w dwóch częściach (I, II) opowieść o Bema tragedii, co go możności pozbawiła działania w chwili po temu najkoniecznejszej...
   Dziś zaś bym począć chciał historyi o tem, jakoż się dwóch mężów spotkało, co cależ nie takiem oczywistem było i czy iście byśmy Historyi znali w takiem kształcie, gdybyż się sprawy jednak potoczyły inaczej... By tegoż jednak ogarnąć, przyjdzie przódzi dramatis personae wystawić, a choć dla materyi ogromu dziś najpewniej tylko z jednem tegoż poradzimy uczynić, tedy już i dziś do części następnej upraszam, gdzie rzeczy sedno wyłożę i myśl pryncypalną.

   Bohater zatem nasz pierwszy, a ściślej drugi, bo i młodszy, i mniej znaczny, a i później się do rzeczy całej biorący, porodził się Anno Domini 1514 w miasteczku Feldkirch*, w prowincyi, którą ówcześnie i dziś Vorarlbergiem zową, a przed wiekami, za rzymskiego tam panowania Recją (Rhaetia), co w tej opowieści akurat ma pewnego znaczenia. Zwał się nasz bohater Georg Joachim Iserin i był synem medyka tamecznego, takoż Georga. Lat czternaście później przyszła na familiję tragedyja, boć oćca owego, a że medyka, to przecie nie hetkę-pętelkę jakiego, o nie do końca dziś zrozumiałe crimena oskarżono i skazano. Źródła mętnie mówią raz o złodziejstwie jakiem, coż by mi się wielce osobliwem zdało u człeka statecznego, familiją obdarzonego i z dochodem przecie stałem, to już może i więcej możebne oskarżenie wtóre: o czarnoksięskie praktyki, o coż w jego profesyi i przy ciemnocie powszechnej nader łacno było...
  Dość, że chłopaczkowi oćca osądzono, skazano i ścięto, któż wie, czy i nie na oczach najbliższych... Domyślności Lectorów Miłych pozostawiam, jakaż to musiała być chłopięciu trauma. Powszechnem ówcześnie obyczajem od familijej skazańca żądano by i miana splugawionego odmieniła, tedy i nasz Jerzyk przyjął w miejsce Iserina nazwiska von Lauchen Rheticus, gdzie pierwsze było maci jego naźwiskiem panieńskiem, zasię wtóre: Rheticus znaczyło, że z Recji (owej starożytnej widać milszej niźli Vorarlberg) się wiedzie. Gdzieści jeszcze w lat parę później porzucił i te "von Lauchen" na zawsze już dla świata pozostając Jerzym Joachimem Retykiem.
   Wrychle po oćcowej śmierci posłała go macierz do szkół w Zurychu, gdzie mógł się i z wielce znanym reformatorem religijnem Zwinglim zetknąć**, niechybnie zaś się edukował w łacinie, grece, sztukach pięknych i retoryce, zasię za powrotem do Feldkirchu powrócił. Tam zaś w osobie następcy oćca, nowego medyka grodzkiego, napotkał człeka, co na reszcie jego zaważył żywota, choć w życiu Retyka trudnoż się oprzeć wrażeniu, że owo całe się ze spotkań takich składało... Achilles Gasser począł Jerzyka uczyć przeróżnych różności, w tem astrologijej i horoskopowania, co miało być Retykowi po kres żywota zajęciem ulubionem, aliści co jeszczeć więcej ważkie rekomendował Retyka na wittenberski uniwersytet.
   Czemuż tam aż rekomendacyi potrzeba było? Ano bo schola owa w temże samem była mieście, gdzie lat szesnaście przódzi augustianin pewien, naźwiskiem Luter przybił swych 95 tez na drzwiach katedry i z czego się cała poczęła Reformacyja***, uniwersytet zaś w lat niewiele później stał się tychże nauk nowych matecznikiem i kuźnią niejaką kadr przyszłych luterańskich, tandem progi te nie wszytkim były dość niskie...
   Dwie były w mieście naonczas persony najpryncypalniejsze. Najpierwszą, oczywista, sam Luter, któren pomieszkiwał w dawnem klasztorze na domostwo dlań adaptowanem. No nie sam po prawdzie... aż tak przewrócone we łbie Imć doktor teologijej nowej nie miał. Pomieszkiwała z niem pospołu "dziwna mieszanina ludzi młodych, studentów, młodych dziewcząt, wdów, starych kobiet i dzieci [...]co powoduje, że panuje w nim ogromne zamieszanie, a wiele osób współczuje Lutrowi". Dodajmyż do tego pielgrzymki nieustające, z najdalszych zgoła zakątków, ludzi, co radzi by Lutra poznać, a bodaj rąbka szat onego ucałować, takoż prostaczków bożych za świętego nowego go mających, w tem i niemało takich, co radzi by wierzyli, że ów i uzdrawia. Przy tem nie ma co kryć, że ów reformator wielgi był personą zgoła nieprzyjemną w obyciu. Wielu o tem spominało, my się zaś cytatem posłużymy z Jana Dantyszka, co poznał był Lutra jeszcze w latach dwudziestych. A czynimy tak i dla tej przyczyny, że i sam Dantyszek niemało w tej opowieści znaczyć będzie, a z cytatu każdy pomiarkuje wrychle, że ów sądził Lutra bez uprzedzeń...
  "Usiedliśmy i rozmawialiśmy o wielu sprawach przez ponad cztery godziny, aż do wieczora. Moim zdaniem był bystry, uczony, elokwentny, ale złośliwy, arogancki i nie szczędził złych słów papieżowi, cesarzowi i innym książętom [...]. Miał ostre spojrzenie; w jego oczach było coś przerażającego, jak u opętanych, jak u króla duńskiego, chociaż nie sądzę, aby urodzili się pod tą samą gwiazdą. Jego język jest gwałtowny, wulgarny i ordynarny".
   Miał sam Luter tyleż rozumu, że znał, że najlepiej wypada w piśmie, a Fortuna szczęśna rychło mu przydała za towarzysza człeka, co tychże reformatorskich zapałów Lutra (w tem i całkowitej, wręcz organicznej niezdolności do choćby najdrobniejszych kompromisów) ukrócał i najpewniej tylko dzięki niemu i umiejętności godzenia różnych nurtów i myśli, w ogóle z tego lutrowego buntu wyszło coś trwałego... Mowa o Melanchtonie, autorze prawdziwym "Augsburskiego wyznania wiary", którego Luter wrychle naznaczył na rektora wittenberskiego uniwersytetu.
  Tejże to prawej Lutra ręce, Gasser polecał Retyka i jak widać nie bez skutku, boć ów nie dość że w trzy lata został magistrem matematyki i nauk ścisłych, to wrychle później, w 1536 roku zaproponowano onemu (22-letniemu!) na temże uniwersytecie katedry! Niemałe być zatem musiały być Retykowe talenta, aliści nie dla nich ów miał stać się we świecie sławnem, a poniekąd za sprawą która się od swawoli poczęła, o co między żakami i praeceptorami niewiele starszemi nietrudno...
   Wystawcie sobie, Mili Moi , tąż Wittenbergę, miasto zasobne i sławne, aleć niewiele ponad trzy tysiące mieszkańców liczące. Przydać temuż ośmiuset studentów, to przecie niczem lontu położyć płonącego przy prochowni otwartej. Burda, która na żywocie Retyka, a i na dziejów biegu zaważyła, byłaż jednak o dziwo więcej literacką, niźli nożowniczą czy kuflową; owoż jeden z ziomków Retyka, niejaki Lemnius z Feldkirch, wysmażył był cależ zgrabnych paszkwili na całą reformacką i uniwersytecką zwierzchność z Lutrem na czele. Jedyni, których tam oszczędził to Melanchton i grupka przyjaciół, poetów-wykładowców łaciny i greki, z któremi znów był blisko Retyk, tedy i ów uszedł cało.
   Rzec, że Luter poczucia humoru nie miał, to nieledwie rzec o Rochu Kowalskim, że ów myśliciel może jaki znaczny... Powiedzmyż uczciwie: wściekł się... Lemnius ledwo uszedł z Wittenbergi nocą, najpewniej nie bez Melanchtonowej pomocy, druki jego spalono, a gniew lutrowy długo jeszcze na domniemanych spólnikach się odciskał... Melanchtonowi nareście darował, boć rozumiał, że bezeń nie poradzi, co nie znaczyło łaski i abolicji dla pozostałych.
  I w takiej to właśnie chwili, Melanchton, pragnąc ulubionego Retyka ocalić, umyślił go posłać na cosi na kształt dzisiejszego urlopu naukowego z wymianą zagraniczną połączonego. Niedwuznacznie też mu dał do zrozumienia, by się z powrotem nie śpieszył... Tegoż samego napisał między inszemi w listach polecających, jak ten do profesora Camerariusa w Tybindze:
"...ten młodzieniec jest naszym profesorem matematyki[...] Wobec tego, że ponad wszystko jest astrologiem, ma silne powołanie do tego, do czego jest przeznaczony. Teraz zmierza na spotkanie z Schönerem i Apianem[...] Piszę Tobie o tym i usilnie proszę, abyś go przyjął. Może zabawić nieco dłużej, o czym nie chcę obszernie pisać[...]"
   I tak ruszył nasz wittenberski matematyk w rejzę po uniwersytetach niemieckich, z których najwięcej zabawił w Norymberdze, u spomnianego w liście Jonannesa Schönera i gdzie po raz pierwszy usłyszał o pewnym astronomie, który w samotności przemeblowywał świat w odległym Fromborku. Ale o tem to już opowiemy w części następnej...
_________________________

*dziś ta mieścinka w bodaj najwięcej zachodnim kątku Austryi się mieści, mil ledwo parę od helweckiej w Alpach granicy.
** po latach Retyk utrzymywał, że się tam i z Paracelsusem zetknął, aliści mnie się to mało możebnem zdaje, najwięcej za przyczyną jegoż młodości i znaczenia naówczas mikrego...
*** historycy dzisiejsi więcej skłonni mniemać, że niczego takiego nie było, a w najlepszem razie Luter przybił jeno informacyi o tem, że tezy te rozesłał był właśnie do dysputy nad niemi hierarchom kościelnym i nuncjuszowi. W gruncie rzeczy w dobie rozkwitu gutenbergowego wynalazku rzecz jest bez większego znaczenia, bo w parę niedziel cała Rzesza tez tych znała wybornie...