14 stycznia, 2018

Do sprawy "złotego czółna" uwag Wachmistrzowych kilka...

Dobra to sposobność, by niedowiarstwo moje tą właśnie historią, w nocie uprzedniej opisanej,  zilustrować. Oto ludzie czytają tąż samą relacyję za „Geschichte von wegen eines Bundes” anonimowego XV-wiecznego kronikarza przytoczoną, zasię przez W. Długokęckiego opracowanej i omówionej w artykule "Misja Hinka z Ledecza. Przyczynek do sprzedaży Malborka przez zaciężnych w czasie wojny trzynastoletniej" i czytają to, co tam napisane, czyli " że w sobotę przed świętem narodzin Najświętszej Marii Panny, to znaczy 4 IX, między 5 a 6 rano przybyły do Malborka z Torunia dwie łodzie. W jednej znajdował się Hinko z Ledecza, kuzyn Oldrzycha Czerwonki, którego tenże miał wysłać po odbiór pieniędzy. Doszło do zderzenia łodzi z przęsłem zniszczonego mostu na Nogacie naprzeciw Malborka, w wyniku czego łódź się przewróciła, a Hinko z sześcioma ludźmi utopił się. Przepadły także pieniądze. Oldrzych Czerwonka nakazał poszukiwania, ale niczego nie znaleziono. Dopiero dwa lata później, gdy zamek był w rękach króla polskiego, chłopi z Żuław znaleźli ciało Hinki i pieniądze. Nie zatrzymali pieniędzy, ale zwrócili je Oldrzychowi Czerwonce i Andrzejowi Gewaltowi, jednemu z ważniejszych rotmistrzów" *.
   Ja zaś, tegoż samego przecie czytając, z punktu znajduję tu mnóstwo niejasności i powodów do wątpień kolejnych... Ano i teraz popróbuję ja Lectorom Miłym tegoż mojego myślenia pokrótce wyłożyć. Pierwsza tu rzecz to ów grosz, przez Hinka wieziony, którego być miało 25 tysięcy guldenów węgierskich, aliści dodaje autor, że w walucie pruskiej, czyli miejscowej. Przywoływałem w nocie uprzedniej takiego guldena, a ściślej florena i ów, w swej złotej wersji, ważył jakie 3,5 grama złota. 25 tysięcy takich monet waży już 82,5 kilograma i to już nie jest parę mieszków, jeno rzemykiem zaciągniętych, ale co najmniej skrzynia tęga, a najpewniej dwie, bo jednej takiej by nieść musiało ludzi ze czterech, albo dwóch, co parę kroków przystając... Jeśli to jeszcze w zamiennikach śrybnych, czy i miedzianych, a najpewniej tak właśnie było, znając, ze skrobano tego pieniądza skądkolwiek i jakiegokolwiek się dało, to rośnie nam ilość tych monet, a i waga całości. 
   Myślę, że bez ryzyka jakiego błędu dużego, możem śmiało przyjąć najmniej dwie tęgie jakie skrzynie z zawartością samą bliską stu kilogramom, a i same pewnie jeszcze najmniej dziesięć same ważyć będą. To już nie jest ładunek na czółno, takie jakim je sobie pierwotkiem wyobrażałem, przydawszy jeszcze i owych sześciu ludzi (rozumiem, że Hinko był siódmym), którzy jeśli być mieli ochroną, to każdy miał na sobie, za pasem i przy pasie żelastwa niemało, a jeszcze i pewnie czego pod ręką.
Summa summarum rachuję ja siedmiu tych potopionych, każdego po najmniej sto kilogramów kolejnych (pomimo tego, że owi z pewnością drobniejsi i szczuplejsi, niźli my dziś) plus owe 110-120 kilogramów cennego ładunku. Do tego jakie zapasy na drogę dla onych ludzi, boć to przecie trasa po Nogacie i Wiśle jakie dwieście kilometrów licząca, z czego jeno dziesiąta część to Nogat. A skoro płynęli najpierw Nogatem z nurtem, zasię Wisłą pod prąd, a wracali odwrotnie, to dni parę zejść im na tym musiało**, czego trudno przypuścić, by czynili na głodno i o suchym pysku...
  Robi się z tego zatem jakie 850-900 kilogramów do udźwignięcia przez ową łódź i wygląda na to, że z pewnością nie było to czółno. Raczej bym tego widział  bliższego jakiemu lichtanowi, korabiowi czy i szkucie małej, choć jeno rozmiarem w podobie tego, co ostatnio jacy zapaleńcy zwodowali w Porcie Czerniakowskim i ochrzcili "Darem Mazowsza". Owi to nazywają szkutą, a szkuty przecie brały i po 50-54 łaszty zboża (z górą 100 ton!), zatem tejże jednostki raczej bym widział bliższej jakiemu prymitywnemu jachtowi, niźli statkowi towarowemu. I z całą pewnością łódź Hinki mieć nie mogła niczego, co moglibyśmy uznać za kabinę, czy zamkniętą ładownię. 
   Czemu ? Ano bo nam przecie napisał kronikarz, że łódź się przewróciła, a nie że zatonęła, zatem wypadło z niej wszystko co było na pokładzie luźne i nie przywiązane nijak, w tem i złoto. Gdyby była jaka kabina, czy zamykana ładownia, skrzynie przecie by do nich schowano, już choćby po to, by ich nie musieć ustawicznie mieć na postojach na oku. Insza, że jeśli tych skrzyń nie przywiązano, to nie najlepiej to o roztropności Hinki świadczy...
   Z punktu się tutaj kolejne rodzą pytania; co z wioślarzami i czemu nie podróżowano lądem? Jeśli o to drugie idzie, to widać Czerwonka rozważył plusy i minusy i uznał, że możność przejazdu grupki konnych drogą prostą jak z bicza strzelił i krótszą od wiślanej od kilkadziesiąt kilometrów, nie rekompensuje zapewne bezpieczeństwa transportu, osobliwie w czasie wojennym, gdzie nie jeno z wojskiem, ale i z jakiemi grasantami przyszłoby się liczyć po drodze. Choć podróż pewnie by ledwo tydzień w obie strony zajęła... Jeśli o wioślarzy idzie, to nic o nich nie wiemy, aliści jeśli przyjąć, że owych sześciu i do wioseł się brało, a Hinko przy sterze siedział, to w praktyce to żadna dla ładunku ochrona, bo gdyby przyszło co do czego, to zanim by owi od tych wioseł wstali i po cokolwiek sięgnęli, byłoby najpewniej po harapie... Ochrony ja miarkuję, że to najmniej ze dwóch czas cały oba brzegi miało w baczeniu, a kuszę w dłoni, a znów jeśli nie masz wioślarzy inszych, to znaczyć by musiało, że płynęli na dwie pary wioseł, czyli wolniej nawet, niż zakładałem pierwotkiem. Pewno, że coś w rodzaju mikroszkuty mieć mogło i masztu z żaglem i czasem się nim posiłkować, jeśli wiatr akuratnie sprzyjał, ale z pewnością  nie mógł być to napęd łodzi główny.
   Jest i możliwe,  że byli wioślarze odrębni, już nie z zaciężnych, a z miejscowych włościan, czy i rybaków najęci. To by znaczyło i znów ciężar większy, zapasów więcej, ergo i łódź całkiem sporą. Nie wymieniał ich między potopionymi autor kroniki, bo albo dlań nie byli istotnymi, albo też owi, nie przytłoczeni orężem, kolczugami, hełmami etc.etc, wcale się nie potopili. Pewno, że powszechność sztuki pływackiej ówcześnie była rzadką i nie umieli tego nawet marynarze w znakomitej większości, aliści owi mogli być z rzeką za pan brat i nieraz już przewrócenia łodzi doświadczając, znali, że starczy się owej łodzi przewróconej złapać, boć ona przecie nie utonie.  Natenczas jednak miejsce zderzenia byłoby znakomicie znanem. Jest tu jeszcze arcydziwna rola drugiej łodzi, w opisie wspominanej. Na cóż ona, skoro cały ładunek i zapewne cała ochrona na pierwszej siedziała? 
   Jako ratunkowa? To by znaczyło, że Hinko się z wypadkiem liczył i jeśli ładunku mimo to nie umocował, to w rzeczy samej musiał być nieprzesadnie bystrym. Być też i może, że go Czerwonka wybierał dla pokrewieństwa i związanej z tym wiary, że to człek zaufany, a nie dla bystrości, co się zemściło okrutnie. Rozumiem, że ta łódź wtóra być musiała znakomicie mniejszą, inaczej sam rozum dyktuje, by ładunku dla bezpieczeństwa podzielić. Chyba, że się tej drugiej obsadzie nie ufa...
   Jeśli zatem nie była owa czymś na kształt pomocniczej szalupy, to jakaż jej rola? Zwiadowcza? Chyba też nie, czego najlepszy dowód, że nie płynęli przodem i nie oni się na te podwodne resztki mostu nadziali, tylko łódź pryncypalna. Zatem na cóż ona tam i ludzie na niej byli potrzebni?
   Ano i tutaj Wam rzekę kilku teoryj mojch, z których nie wiem, która więcej by się może zdawała prawdziwą, choć wszystkie, podług mnie, więcej się kupy trzymają, niźli ta wersja oficjalna.
   Pierwsza, że to nie zadatek był dla całego zaciężnego żołnierstwa, a jeno grosz sekretnie dla Czerwonki słany, czyli mówiąc brutalnie: łapówka. Nie pierwsza zresztą i nie ostatnia... Tęższe od mojej głowy już tego domniemywały, że musiał być Imć Oldrzich na królewskiej sekretnej pensyi, bo niejednokrotnie w ciągu tego roku, gdy pertraktacje szły i grosz był zbierany, torpedował ów insze krzyżackie starania, by do ugody dojść. Pewno, że to idzie wciąż jeszcze tłomaczyć, że mimo iż na stole leżała lepsza od polskiej oferta, ale oferent czeguś niewiarygodny, bo już łgał tyle razy, że mu dowierzać nie sposób i że lepszy wróbel w garści, niźli cietrzew na sęku. Wiemy też, dzięki Długokęckiemu, że w maju 1456 padła w rokowaniach myśl, by okrom summy dla zaciężnych wspólnej, osobno jeszcze płacić Szumborskiego i Czerwonkę, przy czym ten pierwszy miał dostać 19 tysięcy guldenów, a ten drugi siedem i pół, co nawiasem znakomicie oddaje wartość tak jednego, jak i drugiego z najemniczych wodzów. Potem już tego nie masz konceptu, aliści gdzieś tam jednak Gdańsk wypłaca onemu w połowie czerwca 400 florenów, a do 24 lipca jeszcze 1 600. I wówczas misja Hinki się jawi jeszczeć i więcej sekretną, bo nie tylko o bezpieczeństwo ładunku idzie, ale i o tym, by się o tem nie wywiedzieli podkomendni pana Oldrzicha insi. Przeczy temu przecie to, że post factum Czerwonka nie nabrał wody w gębę, jako powinien byłby może uczynić, a oficjalnie nad stratą lamentował, a i nawet do Gdańska pisał, by mu przysłali jakiego fachowca, co by umiał ładunku pod wodą naleźć i wydobyć.
   Ale jeśli te łzy czemu inszemu służyć miały? Jeśli iście na łodzi było tylko owych siedmiu z Hinką, w rzecz wtajemniczonych, którzy łodzi przewrócili, narobili plusku i wrzawy, zasię cichcem ze skrzyniami na tej drugiej łodzi zemknęli?  Luboż owa łódź płynęła daleko z tyłu, nibyż jako ubezpieczenie, a tak po prawdzie to na to, by świadkowie zdarzenia byli nibyż naoczni, ale w sumie tacy, co nie nadto wiele widzieli. Przemawia mi za tym i pora onej katastrofy i miejsce naprzeciw Malborka. Piąta-szósta poranna godzina, nawiasem sugerująca, że owi płynęli i w nocy, już bez popasów, najpewniej rzeka spowita jaką poranną mgłą w całości lub choćby jeno kłębami, raz rzadszymi, raz gęstsztmi, ale przecie wciąż w zasięgu głosu i choć częścią widoczna z zamkowych murów. Mogli przecie owi przybić w tej mgle sekretnie do brzegu, wyładować czego trzeba i zemknąć na koniach przez wspólnika doprowadzonych, a łodzią na nurt wróciło ze dwóch umiejących pływać, co narobili wrzasku, hałasu, przewrócili łódź i takoż cichcem zemknęli... 
   Być i może, że sam Czerwonka na oną "tragedię" z murów patrzył... Być i może, że nie nazbyt temu, co "widział", dowierzał, stąd i owo do gdańszczan pisanie. Ale i na użytek własnych podkomendnych, którym wolał pokazać, że w wersję katastrofy wierzy, niźli podsuwać pomysł, że można Oldrzicha Jegomości bezkarnie oszwabić i okraść, nawet i bliskim krewnym onego będąc... W tej (i w drugiej jeszcze) wersji kupy się trzyma to, że ponoś we dwa lata później miejscowi kmiotkowie ładunku znaleźli i wydobyli, z ciałem Hinki pospołu. Ano potwierdzałoby to skrzynie, dodatkiem najmniej żeleźne, nie drewniane, skoro po dwóch latach nadal były w kupie i ładunku można było w całości wydobyć. Nie bardzo jednak wierę ja w ową całość Czerwonce przekazaną. Jeśli to on tych poszukiwań zorganizował i stał kmiotkom nieledwie nad głową, to tylko wówczas chyba można by było być efektu pewnym. Z tekstu jednak wynikałoby chyba raczej, że znaleźli sami, może przypadkiem, może skutkiem jakiej sieci rybackiej o coś zahaczonej, w każdym razie decyzja przekazania skarbu Czerwonce i rotmistrzowi Gewaltowi byłaby rzeczą wtórną.  
   Ale jeśli żadnych poszukiwań na dnie Nogatu nie było, tylko Czerwonki tropiciele wreszcie gdzie dopadli ukrywającego się Hińczę, onego ubili i ciało do Malborka przywieźli wraz ze skarbem, przódzi gdzie onych namoczywszy, by pozór z rzeki wydobytych czyniły ? 
   I podobna może, choć odwrotnie uknuta intryga... Że to Czerwonki ludzie na tej wtórej łodzi siedzieli, nibyż dla wzmocnienia ochrony przydani, atoli to owi, w owej mgle przed samym podróży finałem, wystrzelali z kusz załogi Hinkowej, a woda skryła ciała i dowody zbrodni? A grosz, pierwotkiem dla siebie jeno i współsprawców  przez Czerwonkę zamierzony, w dla lata później tylko ujawniony, nibyż jako świeżo wydobyty, przecie w cyrkumstancyjach zupełnie inszych, gdzie w Malborka załodze niemal już nie masz tych zaciężnych, co by się o prawdę i równy udział upomnieli? I całość niemal, okrom ochłapów dla zatkania gąb kilkunastu, idzie dla pana starosty królewskiego w Malborku, Imci Oldrzicha Czerwonki?

_____________________________
* [w: Biskupi, lennicy, żeglarze, pod red. B. Śliwińskiego (Gdańskie Studia z Dziejów Średniowiecza, Nr 9), Gdańsk 2003, s. 363-367.] 
** - ostawię to zdolniejszym ode mnie, ale skoro prędkość średnia Wisły to jakie 3,2 km/h, to na wiosłach mogli, sądzę, płynąć z prędkością jakich pięciu kilometrów na godzinę z nurtem, ale przeciw niemu, to chyba najwyżej dwa ? Z czego znów by wychodziła droga z Malborka do Torunia na jakie dziewięćdziesiąt do stu godzin czystego wiosłowania, czyli dni w trasie, z postojami i noclegami licząc, z dziesięć... Plus z jakie pięć z powrotem...

22 komentarze:

  1. Jedno jest pewne: ta relacja jest bajką, szczególnie jej druga część. Bo, sorry, ale w takie cudowne odnalezienie po dwóch latach, to ja nie wierzę. Odnalezienie skrzyń (czy jakiś innych pakunków z pieniędzmi) w rzece jet bardzo trudne, a już odnalezienie ciała w takim stanie, żeby je bez trudu zidentyfikować - no to już byłby cud wielki.:)
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też ją mam za bajędę, choć nie akurat przez wzgląd na turbacyje z identyfikacją. Nic o Hinku niemal nie wiemy, ale być to było może i możliwe, nie tyle przez możność obejrzenia oblicza, w co wątpię, ile przez jakie jego charakterystyczne cechy, w rodzaju braku palca w dawniejszej jakiej bitwie straconego, oręża nader charakterystycznego, relikwij noszonych, samej zbroi jakich cech szczególnych (szamerunek szmelcowanie, punca płatnerza etc.).
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  2. Napiszę Ci Wachmistrzu, co mi kiedyś Przymanowski opowiadał podczas naszych spacerów po Ziemi Radzymińskiej:
    Podczas jego pobytu w Armii Czerwonej, w trakcie przeprawy przez rzekę - zatonęła łódź. W czasach wojny rzecz zwyczajna, ale od razu chcieli to wykorzystać kwatermistrze, bo w czasie działań wojennych a to się coś zgubi, a to coś się złamie. I wszystkie te braki wsadzili na ową nieszczęsną łódź, i nikt się nie spostrzegł z wyjątkiem jednego dociekliwego majora, który obliczył, że dla przewiezienia wszystkich tych rzeczy, które miałyby zatonąć, potrzebny byłby krążownik.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiktor Suworow w pracy " Żołnierze wolności" opisuje wydarzenie, gdy podczas popijawy spalił się motocykl.Ot, była czeska śliwowica, potem czyszczenie broni ( obowiązkowo przetartej benzyną),przypadkowo ktoś wrzucił niedopałek do kubła z benzyną. Ktoś go kopnął, a dalej poszło samo. Wymyślono historyjkę o ataku kontrrewolucjonistów ( inwazja na Czechosłowację). Jakieś tam postępowanie wdrożono. Raport krążył od dowódcy kompani aż do kwatermistrza Frontu Karpackiego. Ten zaakceptował wersje ostateczną. Motocykl M-72 był wyposażony w cekaem, granatnik przeciwpancerny, dwa noktowizory, celownik dalmierz, radiostację, dwa kożuchy, a dodatkowo miał doczepioną 200 litrową beczkę czystego spirytusu. I takie dobro zniszczyli czescy w starciu z wyzwoleńczą Armią Czerwoną.
      z wyrazami uszanowania

      Usuń
    2. Nie wiem kedy żeś z niem tych spacerów zażywał, ale jest ta historia przezeń opisaną w zbiorku "Ze 101 frontowych nocy", bodajże z połowy lat 70-tych. Zatem albo tam ją potem dołożył, albo Tobie już powiadał rzeczy upublicznionej i to w krzynę inszej wersji, bo tam tym bystrym sam się ogłosił...:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
    3. Nie wiem, Mości Bosmanie, gdzie takowych rzeczy praktykowano z przecieraniem broni benzyną, bom czego takiego nie słyszał, sam nigdy nie praktykował i nawet mi się to zda niebezpiecznem, osobliwie, gdyby tak kto czyścił broni (zwłaszcza lufy i komory), a zaraz by trza było strzelać z niej...
      Insza inszość, że mogę rozumieć w Krasnoj Armii nader surowych przepisów, które za utratę sprzętu groziły gardłem wręcz, jako pokłosia tych pierwszych tygodni czarnego dla nich czasu po 22 czerwca 1941, gdzie stracony sprzęt i oręż szły w tysiące ton i sztuk, a tenże sam Suworow, bodajże w "Dniu "M" przedstawił wyliczeń czego i ile. Pozornie rzecz była wszelkiej pozbawiona logiki, bo np. porzucano masowo z braku paliwa czołgi, a równocześnie jakimś cudem starczało ich dla rozlatujących się ciężarówek, zmobilizowanych z kołchozów, gdzie jak sam Suworow pisze, przy konstrukcji otwartego zasysu powietrza do gaźników, bez jakichkolwiek filtrów, każdy mechanik mógł z czystym sumieniem przejechać czymś takim na pole po zboże i z powrotem, po czym odstawić wóz na remont silnika. Dopiero jak się temu wprowadziło kryterium tego, czy dany sprzęt pomagał, czy przeszkadzał w ucieczce, to stało się jasnem, czemu przetracono setki czołgów, tysiące armat, moździerzy, rusznic i pośledniejszego oręża, zaś ledwo parę procent tych dychawicznych studebakerów i zis-ów.
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
    4. Jak chcesz Wachmistrzu!
      Jest rzeczywiście podobna historia opisana w "Ze 101..." o Pilicy, łodzi i jego (Przymanowskiego) wątpliwościach. Tylko nie bardzo wiem, jakie ma to znaczenie. W całej historii ważna była inicjatywa kwatermistrzostwa w likwidowaniu braków, tak jak w książce Przymanowski pisał: "Dwa dni później pokazał mi kopię "Aktu" zatwierdzoną przez kwatermistrza. Zawierała ona o cztery pozycje więcej. Zapewne i tamci musieli wyprowadzić jakieś rachunki pod wodę".

      Usuń
    5. A cóż ja tu mieć mogę do chcenia?:) Nie neguję prawdziwości tej anegdoty i przyjmuję ją w całości, tyle że uważam, że jeśli Wasze spotkanie miało miejsce już po opublikowaniu tego przezeń we wspomnianym zbiorku, to zachował się nieprzesadnie elegancko, podając Ci tą samą opowieść, jednak zmieniając istotne jej okoliczności...
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
    6. Jeszcze raz Wachmistrzu!
      To spotkanie było tak dawno, ja je tak zapamiętałem. książkę niby mam w bibliotece, ale jej nie czytałem z jakieś 40 lat (sprawdziłem wydanie - 1963, jak ją kupiłem miałem 12 lat), mogło mi się wszystko pomieszać, pisałem z pamięci.
      Piszę Ci dlatego o tym, że to jest najmniej ważne, tutaj chodzi o zachowanie kwatermistrzów, którzy w ten sposób postępują we wszystkich armiach świata.

      Usuń
    7. No właśnie, że podług mnie, nie we wszystkich... Amerykanie mieli tak swobodne podejście do swojego sprzętu, paliwa, a nawet broni, że w przededniu bitwy o Ardeny funkcjonujący w Paryżu i ogólnie, w wyzwolonej Francji, czarny rynek pochłaniał więcej paliwa niż armia, a liczbę dezerterów, budujących to podziemie gospodarcze, liczono w tysiące. Już nie pamiętam gdziem czytał wspomnienia naszego jakiegoś żołnierza, który się do brytyjskiego magazyniera wybrał po koc, niosąc strzępy starego, bodajże spalonego, by mieć dla nowego uzasadnienie. Poszedł, a z nim iluś kolegów z tęgo naszykowanymi gębami i racjami, by się o ten koc wykłócić, a Anglik ich "załatwił", po prostu otwierając magazyn i bez słowa i jakichkolwiek papierków, wydając mu z półki nowy koc!
      To Stalin, o czym już pisałem Staremu Bosmanowi, wprowadził po klęsce 1941 drakońskich zasad rozliczania strat w sprzęcie, w praktyce dopuszczających jedynie potwierdzone i udowodnione "straty bojowe", by zapobiec podobnym praktykom, jak w lecie 1941, gdzie pierzchający czerwonoarmiści porzucali wszystko, co przeszkadzało w ucieczce. A LWP przejęła te zasady z dobrodziejstwem inwentarza...
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  3. Co wiemy ? Daty wydarzeń zostały podane wedle kalendarza juliańskiego, bo 4 września 1456 to sobota. Wiadomo także, że 1 rata miała zostać uiszczona w dniu 7 września ( czyli we wtorek ). Czy dłużna kwota miała być przewieziona konno, czy spławiana, nie wiemy, gdyż informacja o tym, że 5 września dwaj konni pojechali do Gdańska, a wrócili 8 września do Malborka wyjaśnia jedynie, że w dniu 7 września owych 25 tys. nie było. W Grudziądzu też. Nie było jej w Gdańsku także w dniu 11 września ( sobota ). Z zapisów wnosić należy, iż strona polska miała dostarczyć pieniądze do jednego z tych miast, ale odbiór spoczywał na czeskich najemnikach. Nie wiemy, czy miejscem docelowym miał być Malbork, ale wstępnie można tak przyjąć.
    Incydent z łodzią miał miejsce wczesnym rankiem pod Malborkiem, a więc w połowie drogi między Grudziądzem a Gdańskiem, tyle tylko, że łódź płynęła z Torunia, a ten leży poniżej Grudziądza. Wolno postawić tezę, iż do Torunia wyznaczeni ludzie Czerwonki udali się nie drogą wodna, ale konno. Stąd musieli wyjechać do Torunia kilka dni wcześniej, jeśli mieli w dniu 4 września 1456 być w Malborku z pieniądzem. Ilu było jezdnych ? Zapewne 7, bo tyle liczyła zatopiona łódź, Dodać trzeba jeszcze załogę tej drugiej łodzi, ale tu nie dysponujemy danymi. Przyjmijmy, że 14-15 ludzi, obeznanych z poruszaniem się Wisłą i Nogatem. ) Tyle tylko, że taki poczet konnych rzucał się w oczy, a sprawa, jak się wydaje, winna być otoczona tajemnicą. Załóżmy zatem, że z Malborka wyjechała tylko para konnych ( Hinko z Ledecza oraz drugi zaufany), a w Toruniu wynajęli przewoźników. I tylko jedną łódź. Ta druga mogła pojawić się na Nogacie , przed świtem, by wypełnić zlecone zadanie unicestwienia Hinki. W dokumentach jest mowa " o przybyciu " 2 łodzi, ale to nie uprawnia to twierdzenia, iż obie płynęły już od Torunia.
    O samym wydarzeniu wiemy tylko, że jedna z łodzi się wywróciła, ładunek poszedł na dno, a Czerwonka posłał umyślnego do Gdańska z listem datowanym na 4 września. Jeśli tak, to ci , którzy wyruszyli do Gdańska 5 września ( a wrócili 8 ) nie mieli związku z incydentem wodnym. List daje podstawy do twierdzenia, że fachowiec nie znalazł niczego w rzece, ani ładunku, ani Hinki ( jeśli takowy przybył ) .Natomiast po 2 latach przypadkowi ludzie znaleźli skarb i wiedzieli, że należał do Czerwonki. Zastanawiające jest to, iż o drugiej łodzi i jej załodze kroniki milczą. Wersja, że po 2 latach wyłowiono topielca i rozpoznano Hinkę, to już bajki. Mogę powiedzieć tylko, iż uczestniczyłem w sekcji osoby wyłowionej z wody po 6 miesiącach i wiem jak wyglądała. A po 2 latach ?
    Reasumując, wygląda mi na to, że Oldrzich miał jakieś powody, by zgładzić kuzyna, stąd ukartował wszystko tak, by wyglądało na nieszczęśliwe wydarzenie. Trzeba wziąć też pod uwagę to, jak w tamtym czasie przebiegał nurt Nogatu, położenie samego portu i innych okoliczności. Otwarte pozostaje pytanie - jaki mógł mieć cel Czerwonka w tym, by zgładzić kuzyna ?
    z wyrazami uszanowania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawa teoria i chylę czoła przed porządnie wykonaną robotą myślową i analityczną, przecie jednak jej "nie kupuję", bo znaczyłoby to, że owego złota w dość długiej drodze mieliby eskortować tylko dwaj zaufani plus iluś doraźnie zwerbowanych ludzi zupełnie przypadkowych, zatem nader prawdopodobne, że jakich obwiesiów w karczmie napotkanych. Nie sądzę, by Czerwonka szedł na aż taki hazard i raczej od początku być musiała to załoga swoja, ze zmotywowanych czekaniem na pieniądze, żołdaków malborskich powzięta. Natomiast dopuszczam możliwość, że owi iście pognali do Torunia lądem, za to wracali wodą i tylko jedną łodzią, która się z dodatkowo posłaną drugą, spotkała gdzie w drodze. Grażynie żem już pisał o możnościach rozpoznania topielca, niekoniecznie przez wzgląd na wygląd zwłok samych, o ile to iście był topielec, a nie zwłoki złodzieja i zdrajcy, gdzie wytropionego i usieczonego, a pokazanego z daleka żołdactwu jako topielca, dla podbudowania morale, że to nie jednak zdrada była. Nawiasem może też i żadnego wydobycia złota nie było, tylko nastroje były tak podłe i oskarżenie o przekręt tak powszechne, że Czerwonka wolał schowane w skrzyni złoto wydobyć i pokazać jako znalezione z uwiarygadniającym przydatkiem trupa jakiegokolwiek topielca w zbroi ?
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  4. Co do tego oddawania przez chłopów odnalezionego grosza, to jestem skłonny uwierzyć. Żołnierz zaciężny w tamtych czasach to nie był aniołek, a coś na kształt mafioza, rzezimieszka-mordercy i komandosa w jednym. Ja bym oddał, Bogu dziękując, że jest szansa na życia ocalenie. Za drobniejsze "zasługi" wysyłali na tamten świat całe miasta.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moment, w którym owi chłopi mieliby odnaleźć zatopione pieniądze, był dosyć szczególnym; w wyniku krzyżackiej kontrofensywy i zdrady części mieszczan udało im się zająć miasto, ale nie zamek, którego bronił Czerwonka. Polskie i związkowe (pruskie) odsiecze i wyprawy, naprzemiennie z krzyżackimi doprowadziły do sytuacji typu "złapał Kozak Tatarzyna"; myśmy nie potrafili odbić miasta, ale i oni nie potrafili się wyrwać z matni, ani też zdobyć zamku. Chłopi, którzy odnaleźliby zatopione pieniądze, wcale nie byli w sytuacji zagrożenia od najemników broniących zamku. Równie dobrze mogli to oddać Krzyżakom trzymającym miasto, albo rzecz zachować w sekrecie. To ostatnie zapewne by się długo nie uchowało, ale i tak przynajmniej niektórzy z nich mogli jakąś część schować i przekazać resztę, a Czerwonka pewnie by się i tak ucieszył, że się tyle chociaż wydobyć udało. A skoro nic nie wiemy o tym, żeby oddawano część i mamy do czynienia z jednym jedynym zapisem o odnalezieniu całości i przekazaniu tego najemnikom, to albo chłopi podmalborscy byli wzorcem uczciwości godnym odlania w kruszcu i ustawienia w Sevres pod Paryżem, albo też rzecz cała jest totalną bzdurą... Osobiście uważam, że raczej miało miejsce to drugie...
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
    2. Pewnie masz rację, ale ja bym się na najemnicze złoto raczej nie połaszczył. Szybciej pozbawiali życia niż nasi "wyklęci" wyciągali pistolety maszynowe. Taki zawód mieli, a za kasę robili to nadzwyczaj sprawnie. :)

      Usuń
    3. Sęk w tym, że owi chłopi (jeśli iście jacyś byli) bynajmniej nie byli w sytuacji, w której owi oblężeni na zamku najmici, by być mieli dla nich zagrożeniem żywota. Podobnie, jak może nie tyle oblężeni, co zablokowani w mieście, Krzyżacy. Owi chłopi naprawdę mogli mieć wybór, co z tym uczynić... A podług mnie, to żadnego wyławiania nie było, chyba że pozorowane... I że szło o to, że Czerwonce być może się grunt palił pod stopami, bo oblężona załoga może i na granicy buntu była, tandem uznał, że złoto, w którego posiadanie wszedł przez upozorowanie katastrofy, jest do odżałowania i że może nim zatkać buntownikom gęby. Ale przecie nie może go wyciągnąć ze skrzyni i przyznać się, że tam już od dwóch lat ono leży, i że on, Czerwonka, ówcześnych kamratów ograbił. I na to ten cyrk z rzekomym odnajdywaniem, by owe, dziś byśmy powiedzieli, że "wyprane" pieniądze wprowadzić do obiegu... A jeśli to druga teoryja moja jest słuszną, że Czerwonka przez Hinkę ograbiony w upozorowanej łodzi wywrotce, dopadł gdzie wreszcie przez siepaczy swoich, ukrywającego się Hinkę, onego żywota pozbawił i złoto dla swoich ludzi odzyskał... Ale, ze skoro raz się rzekło, że owo zostało utopione, to teraz trzeba je było "wydobyć"...
      Nawiasem poczynania Czerwonki z tego czasu, a więcej jeszcze z 1460 roku są dla mnie czymś wielce zastanawiającym. W marcu stawił się w Pradze na sądzie królewskim Jerzego z Podiebradów, gdzie oskarżał go Bernard Szumborski o sprzeniewieżenie się honorowi poprzez sprzedaż wspominanych zamków Polsce. Jerzy rozstrzygnął po myśli najemnika Krzyżaków i polski starosta powędrował za kratę, skąd go dopiero polskie uwolniły starania. Ni za czorta nie mogę zrozumieć, czemu się Czerwonka na ten sąd w ogóle stawiał; przecież nie mógł być tak głupim, by nie wiedzieć, czym to pachnie. Nie musiał, a przecie pojechał... Po co tak naprawdę? Bo przyznam, że i taka myśl mnie naszła, że jeśli jego dawni kamraci odkryli prawdę o rzekomo zatopionym złocie i zaczęli na Czerwonkę polować, by się zemścić, to któż wie, czy więzienie królewskie w Czechach nie było dlań bezpieczniejsze...?
      Kłaniam nisko:)

      Usuń

  5. Z wyliczeń Pana Wachmistrza wynika, że ładunek , wyposażenie załogi ( sprzęt, żywność, itp) wynosił plus/minus 1 tonę. Zaznaczyć jednak trzeba, ze na początku 1456 roku w Nowem nad Wisła, poniżej Grudziądza, zaciężni Związku Pruskiego pobudowali basteję, do ściągania z przepływających statków zaległy żołd. To daje asumpt do twierdzenia, iż jednostka płynąca z Torunia musiała być szybka i zwrotna, z ostrym dziobem, płaskim dnem, bez stępki i z niskimi burtami. Na tej podstawie wnoszę, że nie była to szkuta ( ładowność ok. 48 łasztów, czyli 100 ton). Płynąc z nurtem Wisły nie wymagała pomocników, ale od Nogatu do Malborka trzeba było wynająć ludzi, do jej ciągnięcia linami z nabrzeża. Raczej nie wchodzi w grę galar ( 9 łasztów), koza ( 6 łasztów), lichtan i dubaska ( 5 łasztów). W żegludze po Wiśle używano też burdynek, czyli lichtug portowych, ale trzeba uwzględnić fakt, że nazwę tę przeniesiono później na mniejsze jednostki pływające. Dość powiedzieć, iż galar, zwany też łyżwą, był określany także mianem lichtugi. Wykluczam użycie komięgi, przeznaczonej do przewozu zboża, o ładowności 20-30 łasztów. Była to konstrukcja nietrwała, a po wyładunku sprzedawano ją na opał. Zatem jednostka Hinki musiała być nie tylko śmigła, ale i taka, by nie rzucać sę w oczy postronnym, szczególnie załodze bastei. Warunki takie spełniała łódź eskortowa, służąca do ochrony tzw. karawan. Jej obsadę stanowiło od 16 do 30 zbrojnych. Mogła mieć wymiary 22-25 metrów długości, od 3 do 4 metrów szerokości. Interesujące jest i to, że takie właśnie jednostki zwano na Żuawach burdynkami.
    Zastanawia mnie jedno: wiemy, że kwota 25.000 guldenów, ważyła ok. 82,5 kg . Zatem z powodzeniem, i szybciej, dało się ją przetransportować przy użyciu 4 konnych. Czerwonka zdecydował się na żeglugę po Wiśle, z jakichś powodów. Skoro kwota miała stanowić równowartość 25 tysięcy, ale w walucie miejscowej, stąd jej waga łączna ( co zaznaczył Pan Wachmistrz ) musiała być większa niż owe 82,5 kg i to może zadecydowało o takim a nie innym jej przemieszczaniu. To tylko i wyłącznie spekulacje, ale skłaniam się do poglądu, iż pieniądze, które wpadły do Nogatu nie były przeznaczone na opłacenie najemników Oldrzicha, lecz stanowiły łapówkę dla Czerwonki. Koszt utrzymania jednego zaciężnego to tygodniowo wydatek rzędu 1 grzywny. Jaka to wielkość w przeliczeniu na guldeny, pojęcia nie mam, bo z rachunkami zawsze miałem problemy. Zapewne zagadki nie rozwikłam, ale dzięki notce miałem możliwość zapoznania się z wieloma szczegółami, o których dotąd nie miałem pojęcia.
    z wyrazami uszanowania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Większość z opisanych konstrukcji odnosi się do czasów już późniejszych, gdy swoboda żeglugi na Wiśle była już niemal całkowita i droga ta rozwinęła się w sposób naprawdę niesamowity. Łódź eskortowa w podobnym rozmiarze też wydaje mi się jednostką zbyt dużą, zwłaszcza, że przy skromnej 6-cioosobowej załodze miałaby ona w przypadku walki na wodzie zbyt wiele nieobsadzonych fragmentów burt, by obrona była skuteczną, a równocześnie nawet przy pełnym wysiłku sześciu wiosłujących, nie byłaby w stanie uciec potencjalnym napastnikom. Też jestem przekonany, że Czerwonka w jakiś sposób był istotnym elementem układanki, która doprowadziła do tajemniczej "katastrofy", choć nie wiem, czy bardziej był tu ograbianą ofiarą, czy chciwcem samemu własnych ludzi okradającym... Tyle, że wówczas zupełnie niezrozumiałe się staje owo ujawnienie po dwóch latach posiadanych, czy "odnalezionych" pieniędzy i ciała, prawdziwego czy rzekomego Hinki...
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  6. A zawsze wszyscy kąśliwie mi się wpisywali, gdy próbowałem piękno matematyki promować, pokazując zadania, gdzie łódź jakowa wpierw z prądem rzeki płynęła, a później już pod prąd. I proszę! Teraz byłoby jak znalazł.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bodaj przy nocie o siłach na kopię husarską działających, oddaliśmy cesarzom, co cesarskie, a matematyce i fizyce to, co im się należy... Prawda, że tu właśnie nam do tych obrachunków, owa sztuka, jak mało kiedy konieczną, ale zaprawdę... któż Ci broni moich obrachunków sprawdzić i poprawić, jeślim zbłądził?:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  7. Głównie brak czasu. A, poza tym, oszacowanie wyniku różnego może o kilka godzin od Twojego i tak niczego w tej sprawie nie zmieni. Chodziło mi o to, że wreszcie okazało się, że i te, na pozór, nikomu niepotrzebne, czysto teoretyczne wprawki czasem mogą się przydać.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  8. szczur z loch ness16 stycznia 2018 16:53

    Trafnie kombinujesz Imć Wachmistrzu, bo w całej tej historii nic się kolokwialnie mówiąc kupy nie trzyma. Moim zdaniem należało zatrzymać i przesłuchać owych włościan, którzy pieniądze jakoby znaleźli, bo podobnie jak Ty mam niejakie podejrzenia graniczące z pewnością, że były one od dawna na brzegu. Zatem dwa wątki osobne należy tu rozpatrywać. Pierwszy z mistyfikacją zatonięcia łodzi, czy też jakiś innych zawiłych okoliczności stanowiących o początku sprawy. Oraz drugi związany ze zwróceniem owych pieniędzy, co samo w sobie dziwnym się wydaje i osobnej rzeczy i innych osób dotyczy. Jedno w tych okolicznościach wydaje się pewne, że ktoś zamach, mistyfikację, czy też wypadek przeżył i wiedział gdzie tych pieniędzy szukać należy.
    Kłaniam z zaścianka Loch Ness :-)

    OdpowiedzUsuń

Być może zdaje Ci się, Czytelniku Miły, że nic nie masz do powiedzenia aż tak ważkiego, czy mądrego, by psuć wzrok i męczyć klawisze... W takiem razie pozostaje mi się tylko z Tobą zgodzić: zdaje Ci się...:)