14 października, 2018

Cytat miesiąca

Tem razem z "Krótkiej historii pijaństwa" Marka Forsytha, a biorąc rzecz ściślej, to nawet ze wstępu do dziełka onego:
" Innymi słowy, kiedy Margaret Thatcher zmarła, nie została pochowana z całym jej szkłem i barkiem, przy którym wysiada najbliższy spożywczy. I uważamy, że to normalne. Więcej, uważalibyśmy za dziwne, gdyby było odwrotnie. Ale to my jesteśmy dziwni, szurnięci, my jesteśmy ekscentrykami. Przez większość znanej historii polityczni przywódcy byli chowani ze wszystkim, czego wymaga dobra, obficie zakrapiana stypa. Potwierdza to cała droga wstecz aż do króla Midasa, przeddynastycznego Egiptu, szamanów starożytnych Chin i, oczywiście, wikingów! Nawet ci, którzy dawno temu wydali ostatnie tchnienie, od czasu do czasu lubią się narąbać. Spytajcie kenijskie plemię Tiriki, które odwiedza groby przodków i na wszelki wypadek polewa je piwem."
i wtóry:
"Pijaństwo jest niemalże uniwersalne. Chlano niemal w każdej kulturze na świecie. Te jedyne ludy, które od chlanie stroniły - w Ameryce Północnej i Australii - skolonizowali ci, którzy nie wylewali za kołnierz. W każdej epoce i każdym miejscu picie ma inny sens. Służy świętowaniu, rytuałowi, jest wymówką, żeby komuś przyłożyć, umożliwia podjęcie decyzji lub podpisanie umowy i ułatwia tysiąc innych przedziwnych praktyk. Kiedy starożytni Persowie musieli podjąć ważną polityczną decyzję , rozpatrywali ją dwa razy: po pijaku i na trzeźwo. Jeśli dochodzili do identycznych wniosków, przystępowali do działania."

30 września, 2018

O wyrazach przepomnianych część czwarta...

    Czwarta, jako to rozumieć należy, że za pierwszą i wtórą przyszła nam o grochowiankach notka nieduża, której jako trzeciej rozumieć należy, chocia tego ona w mianie swem nie posiada. Nieodmiennie też za sposobnością dawniejszych notek cyklu tego spominania, przywołuję i inszy: o wyrazach, które co inszego dziś nam znaczą, niźli znaczyły drzewiej (III, III, IV, V , VI, VII , VIII, IX , XI , XII , XIIIXIV ) 

sadzele - wrzody na ciele, luboż i guzy jakie dymieniczne,

łapożonny - uwodziciel, cudzej niewiesty jaki amator. U Sebastiana Petrycego takiegoż na Parysa trojańskiego mamy, wielce afektowanego osądu: 
      "Ten łapożonny sędzia i obca żona
        będzie przyczyna, że Troja zburzona"

łaźbić - czynność cależ nie przepomnianą znaczy, choć miano w pomroce dziejowej przepadło, a o miodu podbieranie pszczołom idzie :)

 łżyca - bynajmniej nie łżę ja Wam, że to o pospolitą łyżkę idzie :)

makuleusz - jakiego zaprzysięgłego nieprzyjaciela wody i mydła to miano, podobnie jako i ochędóstwa wroga.

macharzyna - pierwotkiem pęcherz, osobliwie rybi, znaczyła, czego ślad najdziem u Fabiana Birkowskiego ( to ten od "Kazań o naukach tajemnych"), gdzie głosi zdanie wcale znów niegłupie, że "bogactwa głupiego jak macharzynę nadymają". Z pęcherza to znów dla kształtu w podobie przeszło to na sakiewkę, czasem iście z takowego pęcherza ryb więtszych czynioną. U Reja mamyż takiego znów zdania, że "nosi pieniędzy macharzynę w zanadrzu". Od się dodać mi przyjdzie, żem się w wysłowieniu rękodajnych onegdajszych moich, z wsi podkrakowskich się wiodących, napotkał i słówko "macherzyna", które w ich mowie znów znaczyło coś lichego i podłego, coś co długo nie przetrwa, bo tandetnie uczynione, luboż z materyi podławej...
 
nieć - kuzyn to nasz dzisiejszy

odwada - poniekąd i znanej Wam zawady przeciwieństwo: wybawienie od jakiej przeszkody czy trudności, zapobieżenie czemu przykremu, zażegnanie czegoś. U Petrycego znów mamy dowód, jako to "Trudnych przygód odwady".

i na koniec liczebnik staropolski ciekawy, cokolwiek pojęcia o sposobie rachowania dający: piącinaścieset, którego Wam bez objaśnienia ostawiam, dufając, że pomiarkować poradzicie, wieleż to na nasze dziś będzie...:)

23 września, 2018

Święto 5 Pułku Ułanów Zasławskich...


...które godzi się czym godnem uczcić i wypić za pamięć 5 Pułku Ułanów Zasławskich w pamiątkę rocznicy ich niebywałej zgoła pod Zasławiem szarży, która słusznie do legend jazdy naszej już przeszła...:))

12 września, 2018

O wymycie...

   Jestże proceder krajowi obmierzły, gdy zabronionego towaru luboż może i dozwolonego, przecie cła stosowne omijając, jaki zbrodzień po kryjomu, sekretnie gdzie przez granicę przenosi, luboż i na skalę wielką kontenerami przewozi, w których to one na papierze co inszego, a poćciwego udają. Naszym czasom zda się być doskonale obojętnem, zali tego czyni z kraju naszego do ościennego, czy też przeciwnie, jednako proceder ten zwie przemytem, a trudniącego się niem: przemytnikiem. 
  Przodkowie przecie naszy owo rozróżniali wyraźnie i to, co my dziś zwiemy przemytem znaczyło ową niecnotliwość, aliści DO kraju zwożoną i najpewniej w początkach swych to był przymyt, nie przemyt. Odwrotność zaś tego procederu zaś zwała się wymytem, choć rzekłbym, że w tym określeniu zawierało się i nasze dawne nazwanie embarga. Zazwyczaj tyczyło się to wywożenia broni, prochów czy właściwie wszystkiego, co mogło pomóc wrogowi, z którym aktualnie żeśmy jakiej wiedli wojny, bywały czasy, gdy zbraniano wywozu kruszców, tak w surowcu, jako i w monecie gotowej, przecie był i jeden tegoż wymytu podmiot szczególny, który od już Zygmunta Starego (1538), będąc wzbronionym w wywozie, poprzez wszytkich następnych władców bywał potwierdzanym, gdy wywóz czego miał być nawet i na gardle karanym!
   Szło o konie husarskie, zwierzęta same w sobie wyjątkowe i niebywale kosztowne, zarówno dla niezwykłej wprost wytrzymałości i odporności, których przecie zawżdy więcej szukano, niźli dostępnych było, jako że specyfiką szarż husarskich przez długie lata to było, że czasem w nich zginął jaki towarzysz, a kilku poraniono, przecie koni tracono bez porównania więcej i każdy husarz na wyprawę idąc, musiał ich mieć kilku dla siebie, a i dla pocztowych swoich, bywało że i z dziesięć by się takowemu zdało. Ano i by tej nierównowadze popytu i podaży zaradzić, przy tem ustrzec się przed tem, by takie skarby się znalazły u być i może wroga przyszłego*, nakazano:

„Aby konie z korony wywodzone nie były starostowie pilnie strzec mają. A kto by wygnać miał takie ie Starostowie albo celnicy brac mają. A który by śmiał konie przepuścić wiadomie iesli Starosta albo celnik ma przepasc dwiescie grzywien. Jesli by sie pisarz celny warzył, tedy ma siedzieć dwanaście niedziel wieży. A aby iemi przekupywać nie śmieli. A który by się ważył tego tedy przez starosty ma być iman a konie mają mu bydż wzięte a sam obwieszon ma być bez folgi”

___________________
* - byłyż próby, więcej żałośne, niźli rządne, a po prawdzie, to i komiczne nieraz, jako to Moskwicinom się własnej zachciewało husarii, która tem tylko posłynęła, że jako 10 Mai Anno Domini 1654 przeciw Litwie wyruszając z Moskwy, w bramach grodzkich kopij swych połomiła, nie opuściwszy onych na czas.

07 września, 2018

O tem, jak mapy czytać należy...

  Niechybnie najdoskonalszą mapą dla Ukrainy XVII-wiecznej (może i temuż, że właściwie jedyną:) od trzystu z okładem lat pozostaje mapa, której był poczynił francuski inżynier i kartograf w służbie królów Rzeczypospolitej, Zygmunta III i Władysława IV, Guillaume le Vasseur de Beauplan, w Polszcze zazwyczaj skracany do prostego Wilhelma Beauplana.
Mieliśmy już zresztą na łamach bloga tego po trzykroć Beauplana Jegomości cytować, choć nie z mapy, a z przecudnej urody onegoż obserwacyj nad jeźdźcami tatarskiemi, ludem ukrainnym i onegoż obyczajami, wystawionemi w notach o jajcach i całunkach wielkanocnych i o zlewaniu się cebrzykami wody w poniedziałek wielkanocny...:)
  Mapa, o której mowa, wygląda tak:
a pobrana jest stąd (gdyby kto chciał sam jej jeszczeć i więcej uwiększyć i szczegółami się ponapawać):
https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/a/ac/Beauplan_Poland_XVII_map.jpg
 Nie bez kozery ja o tem napawaniu się prawię, bo to prawdziwie perełka, gdzie osobnych swych znaków mają bagna, kurhany, brody, porohy, miejsca gdzie Tatarów się obawiać należy w czas najezdniczy, które miasta sądów mają, a które siedzibą książąt luboż i które murowane... Jest też i na obrzeżach wypisane uczciwą łaciną, gdzież jest "Oriens", gdzie "Occidens" i "Meridies", a gdzie "Septentrio" leży. To ostatnie zwłaszcza winno być Jegomości Sienkiewiczowi bliskie, skoro przez wzgląd na rosyjską cenzurę nie nazwał po imieniu dziczy moskiewskiej, która w czasie "Potopu" Litwę pustoszyła, a Wilno przywiodła do upadku, z którego, zdaniem niektórych i do dziś się gród ten nie podniósł, jeno nazwał ich "Septentrionami" właśnie...
   A tymczasem wychodzi na to, że ta właśnie mapa pana Henryka zgubiła i na śmiech wystawiła krytyków w czasach jego, którzy sobie dworowali, że pana Zagłobę z piękną Heleną przeprawia z Prochorowki, na lewym brzegu Dniepru leżącej, na lewy w powieści swojej, podobnie jak rozpisuje się o szalejącej na lewym brzegu rzeki wojnie domowej, gdy w istocie wszystko to działo się na prawym. W inszym znów miejscu każe się on Chmielnickiem "cofnąć" do Białocerkwi z Korsunia, podczas gdy ta, leżąc na północny wschód od Korsunia, raczej by się prosiła, z Niżu idącemu, by dalej marsz swój kontynuował... Wszystko to jasnem się stanie, gdy zrozumiemy, że najpewniej nieszczęsnego pana Henryka zgubił nawyk człeka spółcześnego, który mapę w garść biorąc, rozumie, że ma ją do północy na górze zorientowaną. A Beauplanowe dzieło, jakkolwiek by nie było doskonałe, jest zorientowane górą ku południowi, tandem ma Morze Czarne na górze, a "Septentrionów" na dole...

02 września, 2018

Z korespondencyj, mimochodem się rodzących, czyli o rangach oficyjerskich dawniejszych słów parę...

  Absorbowany zajmującą mnie pisaniną, co czas jakiś różnym dobrym ludziom głowy zawracam i czas ich marnotrawię (wszystkim Wam, Mili Moi, za to poświęcenie raz jeszcze z serca dziękuję:) aby mi dopomogli co tam na obce narzecze przetłomaczyć, luboż by mi sens tego czy owego pojaśnili... Czasem na marginesie takiej zdań wymiany rodzi się jakaś, nibyż poboczna, przecie wcale poważna pisanina, co może i większej może uwagi warta, niźli sama przyczyna do niej dana. Te jednak pozostaną sekretnemi, osobliwie żem niczyich zgód na upublicznianie tego czy owego fragmentum nawet nie myślił prosić i nie na to też one były pisanemi. Ostatnia jednakowoż moja z Krzysiem Jegomością wymiana zdań tyczyła się rang oficyjerskich, gdzieśmy do przykładu, jak się pokazało, nie najszczęśliwszego, persony Skrzetuskiego z "Ogniem i Mieczem" się pokwapili i ta rzecz, a ściślej respons mój, zda mi się stosownym dla bloga tego jako noty właściwej namiastka...
   Idzie o coś,  co nastąpiło zaraz po tym, jak bohater nasz na zaczepkę Łaszcza w obozie uczynioną odpowiadając, nieledwie do burdy przyprowadził i Łaszcz się skarżyć księciu Jeremiemu pokwapił, a ten, adwersarzy obu znając, zareagował wypisaniem Skrzetuskiemu na porucznika patentu, nibyż nie sądząc, ale ukazując czyją stronę w tem sporze bierze. I rzecz dalej opisuje nam Pan Henryk następująco:
"Pan Wołodyjowski spojrzał i wykrzyknął:
- Nominacja na porucznika!
I chwyciwszy za szyję Skrzetuskiego ucałował oba jego policzki.
Pełne porucznikostwo w husarskiej chorągwi było niemal dygnitariatem wojskowym. Tej, w której służył pan Skrzetuski, rotmistrzem był sam książę, a porucznikiem nominalnym pan Suffczyński z Sieńczy, człowiek już stary i dawno z czynnej służby wybyły. Pan Jan od dawna sprawował de facto obowiązki i jednego, i drugiego, co zresztą w podobnych chorągwiach, w których dwa pierwsze stopnie bywały nieraz tytularnymi tylko godnościami, przytrafiało się często. Rotmistrzem królewskiej chorągwi bywał sam król, prymasowskiej prymas, porucznikami w obydwóch wysocy dygnitarze dworscy - sprawowali zaś chorągwie istotnie namiestnicy, których z tego powodu w zwykłej mowie porucznikami i pułkownikami zwano. Takim faktycznym porucznikiem vel pułkownikiem był pan Jan. Ale między faktycznym sprawowaniem urzędu, między godnością w potocznej mowie dawaną a istotną była jednak wielka różnica. Obecnie na mocy nominacji pan Skrzetuski stawał się jednym z pierwszych oficerów księcia wojewody ruskiego.
Ale gdy przyjaciele rozpływali się z radości winszując mu nowego zaszczytu, twarz jego nie zmieniła się ani na chwilę i pozostała tak samo surową i kamienną; bo już nie było takich godności a dostojeństw na świecie, które by mogły ją rozjaśnić.
Wstał jednak i poszedł dziękować księciu, a tymczasem mały Wołodyjowski chodził po jego kwaterze zacierając ręce.
- No, no! - mówił - porucznik nominowany w husarskiej chorągwi! W takich młodych latach jeszcze się to chyba nikomu nie zdarzyło."
  A ninie, mój w tejże kwestyi głos, gdy mię JWPan Krzys indagował, cóż Skrzetuski mógł skorzystać na tem:
"Zacznijmy od tego, że Sienkiewiczowi się cała masa rzeczy myli, a postać Skrzetuskiego jest tu jednym z lepszych dowodów. I nie chodzi nawet o to, że pierwowzór tej postaci, niejaki Mikołaj Skrzetuski był w rzeczywistości Wielkopolaninem i bynajmniej nie był rycerzem bez skazy, bo nazbierał całkiem sporo wyroków za różne łupiestwa i gwałty, w tym i za próbę przymuszenia pewnej panny siłą do ślubu. Z naszego punktu widzenia najgorsze jest to, że sam Sienkiewicz nie bardzo chyba wie, jak go traktować i w jakim wojsku kazać mu służyć i w jakiej funkcji. Ustawicznie jest on tytułowanym raz namiestnikiem, raz porucznikiem ale zawsze w chorągwi pancernej. Domyślam się, że Sienkiewicz przez to rozumiał chorągiew husarską, a to wcale nie jest jedno i to samo. Chorągwie pancerne to była nadal ciężka jazda, ale już nie kopijnicza (choć Sobieski nakazał im posiadanie włóczni) i wywodziła się z dawniejszej jazdy, zwanej w Koronie kozacką (choć nie mającą nic wspólnego z Kozakami, chodziło tylko o to, że lekką), a na Litwie petyhorcami. Najprościej określić ich rolę można byłoby w ten sposób, że kończyli robotę zaczętą przez husarię, czyli ciężką jazdę przełamującą. I zazwyczaj, kiedy husarze ruszali do swojej szarży, to pancerni się szykowali do swojej i ruszali za husarzami i na ich skrzydłach, by rozgnieść i wysiec na szablach, to co ocalało przed husarzami. I nie chodziło o rolę pomocniczą, tylko o główną część roboty. Proporcje w jeździe zresztą tego najlepiej dowodzą: pancerni to było jakieś 60-70 % całej naszej jazdy. Obrazując to inaczej: husaria to był taran, który miał wywalić bramę zamku i wybić tych, co przy tej bramie jeszcze się próbowali bronić, ale zdobycie całego zamku to już była robota pancernych. Zatem wszelkie pościgi, oskrzydlenia etc. to działka pancernych. To towarzystwo nie miało pełnych zbroi, tylko kolczugi albo wschodniego typu zbroje z nachodzących na siebie płytek (tzw. bechtery). Do tego misiurki, okrągłe tarcze typu tatarskiego, szable, łuki (znakomite refleksyjne), czekany, pistolety lub rusznice i czasem coś dłuższego, ale raczej w typie rohatyny (chodziło o to, żeby dało się to mieć uwiązane na plecach, więc niezbyt długie). 
  W chorągwi pancernej tylko rotmistrz musiał być szlachcicem, reszta niekoniecznie, choć pragmatyka raczej też szła w tym kierunku, głównie dlatego, że to była, mimo wszystko, też kosztowna służba. Towarzyszem pancernym był np. Pasek, który wprost pisał, że z wojska wypędziło go to, że nie potrafił on, ani finansujący go ojciec, nastarczyć na konie, których miał pecha tracić jednego po drugim, a każdy dobrze wyszkolony koń to był niewyobrażalny majątek. Nawet w takiej chorągwi byłoby zasadnym pytanie, skąd na to miało nastarczyć Skrzetuskiemu, o którego stanie majątkowym niewiele wiemy, ale radość Rzędziana z podarunków od wielmożów po udanym wyrwaniu się Skrzetuskiego ze Zbaraża każe raczej sądzić, że na drogie zbytki raczej go nie było stać, nawet jeśli był pupilem księcia Jeremiego. Gdyby był husarzem, jak zapewne chce Sienkiewicz, byłoby jeszcze gorzej, bo to już służba naprawdę dla najbogatszych. Sęk w tym, że husaria miała specyficzną taktykę walki i dowodzenia, o której chyba Sienkiewicz nie ma w ogóle bladego pojęcia. W każdej chorągwi husarskiej powinno być w zasadzie dwóch oficerów, czyli właśnie rotmistrz i zastępujący go porucznik. Przy szarży, która była solą istnienia husarii, rotmistrz pędził po prawej stronie ławy husarzy, mając przy sobie własny poczet i trębaczy, a porucznik był w tym samym czasie na lewym jej skrzydle. Rotmistrz poprzez sygnały dawane na jego rozkaz przez trębaczy wydawał komendy do rozluźnienia szyku bądź jego ściśnienia (to generalnie zależne było od tego, czy piechota, na którą szarżowali oddała już salwę, czy jeszcze nie, albo rotmistrz spodziewał się drugiej z następnego szeregu). Za prawidłowe wykonanie tego rozkazu odpowiadali dwaj funkcyjni, tzw. skrzydłowi, którzy odpowiednio się rozjeżdżali, lub zjeżdżali do środku, zmuszając sąsiadów do tego samego. Z tyłu na skrzydłach było jeszcze dwóch innych funkcyjnych, tzw. zajeżdżających, którzy mieli pilnować, by się nikt z szyku nie wyłamał, a uciekającego tchórza mieli prawo nawet zabić. Był jeszcze jeden oficer, jedyny, którego wybierało towarzystwo spośród siebie, kierując się prostym kryterium, że to miał być najdzielniejszy i najbardziej doświadczony żołnierz. Chodzi o chorążego, który dźwigał sztandar, czyli symbol dla wszystkich, w którym kierunku mają podążać w bitewnym zamęcie i wokół czego się zbierać po szarży. Tenże musiał nie dość, że tego sztandaru obronić, to z racji trzymania drzewca sztandarowego nie mógł już mieć tarczy, zatem musiał być naprawdę dobrym szermierzem i naprawdę mieć oczy z tyłu głowy, żeby sobie z tym wszystkim poradzić. 
No i, przechodząc wreszcie do sedna: rotmistrz przed samym uderzeniem jego podkomendnych na przeciwnika zjeżdżał ku tyłowi i NIE BRAŁ udziału w bezpośredniej walce. Jego rolą była decyzja o kontynuowaniu uderzenia i ew. pościgu, albo o zwrocie i powrocie (nie mylić z odwrotem) po nowe kopie i w celu przygotowania się do kolejnej szarży (pod Kłuszynem niektóre chorągwie szarżowały i po dziesięć razy!) i żeby podjąć właściwą decyzję i na czas, to taki dowódca nie mógł być rozpraszany tym, że musi sam walczyć z jakimiś pojedynczymi przeciwnikami. Jeżeli z jakichś powodów (rana, choroba czy inna absencja) rotmistrz nie mógł wykonywać swoich obowiązków, to na prawe skrzydło i w jego rolę przechodził porucznik, a na lewym pojawiał się wówczas namiestnik, czyli swoisty czasowy zastępca porucznika. Tymczasem u Sienkiewicza Skrzetuski pełni rolę ich obydwu naraz, co w husarii było absolutnie niemożliwe. MUSIAŁ być ktoś drugi na lewe skrzydło atakującej chorągwi i ktoś, kto dowodzi w bezpośrednim boju, a raczej absurdem byłoby dwóch namiestników i podporządkowywanie ich sobie na zasadzie starszeństwa (choć sama ta zasada była w dawnym wojsku polskim znakomicie znana i wykorzystywana, gdy gdzieś wysyłano np. dwie, trzy chorągwie, ale hetman, czy też król z głównymi siłami szedł osobno i wówczas komendę nad całością tych dwóch czy trzech chorągwi powierzano czasowo takiemu rotmistrzowi, który miał najdłuższy staż i cieszył się powszechnym autorytetem, co nieraz było znacznie ważniejsze - latami w ten sposób się dobijał swojej przyszłej sławy Stefan Czarniecki). Nie byłoby takiej możliwości, żeby w chorągwi husarskiej, w której już jeden oficer jest nominalnym (książę), był taki i drugi, czyli ów wspominany porucznik Suffczyński, bo jeżeli Skrzetuski faktycznie dowodził, czyli był p.o. rotmistrza, to musiał mieć zastępcę, o którym u Sienkiewicza głucho. Z jednego jeszcze szczegółu domniemuję, że Sienkiewiczowi chodziło o husarię, mianowicie Skrzetuski zamiast szabli ma koncerz, który był specyficzną bronią właśnie husarzy i służył im, po strzaskaniu kopii, do przebijania kolejnych zbroi i ciał w nich się znajdujących. Innymi słowy konstrukcyjnie coś w rodzaju dużej wykałaczki i ciąć tym można z podobnym skutkiem jak wykałaczką. Tym się da tylko zadawać pchnięcia i nic więcej, a u Sienkiewicza tną tymi koncerzami bez miłosierdzia, z czego wnoszę, że Imć Henryk tego oręża w życiu na oczy nie widział...
  Jeśli natomiast byłaby to chorągiew pancerna w rozumieniu takiej, w jakiej służył Pasek, to tam dowódca szedł na czele swoich ludzi w bój i tam mógłby Skrzetuski być takim dwa w jednym "wash & go". Zatem odpowiedź na pytanie, co zyskiwałby na takim awansie, jakim go widzi Sienkiewicz, najpierw wymaga ustalenia, czy mówimy o poruczniku w chorągwi naprawdę pancernej, czy w husarskiej. W husarskiej, zakładając, że dostawałby też namiestnika, by zdjął z niego to, czego i tak by wykonywać nie mógł, zyskiwałby wyższy żołd, czy też więcej tak zwanych "ślepych porcji". Towarzysze bowiem byli płaceni od ilości koni, które wprowadzali do szarży i przeważnie taki towarzysz brał 3-4 tzw. porcje na siebie i dwóch-trzech pocztowych. Dowódca chorągwi natomiast wprowadzał taki sam poczet, ale porcji brał dziesięć lub dwanaście (to nawiasem wyjaśnia czemu nominalna chorągiew liczona na papierze na 200 koni, do boju szła w 180). Według takiego samego schematu dzielone były te łupy (chyba, że w liście przypowiednim stało inaczej, albo towarzystwo samo się umówiło inaczej, jak to było u lisowczyków), które chorągiew zdobyła wspólnie (np.cały tabor, albo okup od jakiegoś miasteczka) i tu znów można by rzec, że pan Skrzetuski skorzystał na tym materialnie. Z pewnością wiązała się z tym i sprawa prestiżu i autorytetu, ale też i, paradoksalnie, szans na dożycie starości, bo dowódca husarski, właśnie z racji swej roli w szarży, miał większe szanse uniknięcia śmierci, niż szeregowy towarzysz, natomiast dowódca chorągwi pancernej właśnie przeciwnie, bo jeśli ze strzelających piechurów którykolwiek w ogóle mierzył, to właśnie w tego pędzącego na przedzie, na najlepszym koniu i w najlepszej zbroi. Pozostaje pytanie co też książę Jarema uczynił według Sienkiewicza z nieszczęsnym panem Suffczyńskim, którego nominalne porucznikostwo (czyli wypłacane porcje, pomimo braku służby) rozumiałbym jako coś w rodzaju wojskowej emerytury, a skoro nominowano Skrzetuskiego, to Suffczyński (jeśli nadal żył) musiał mieć to porucznikostwo odebrane..."
  

31 sierpnia, 2018

Święto 9 Pułku Ułanów Małopolskich...

...akuratnie dziś przypadające prosi się o toast czem godnym, osobliwie, że do kolejnego święta niemal miesiąc czekać przyjdzie, a potem już i do grudnia bez żadnego...:(( Ciekawych dziejów tegoż pułku i tradycyj upraszam tutaj:)

26 sierpnia, 2018

Święto 2 Pułku Ułanów Grochowskich imienia generała Józefa Dwernickiego...

...dziś akuratnie wypada, tandem poświętujmy, kto chce i może za ich pamięć czego tam stosownego przechylić, a kto by ich spomnieć chciał z dziejów, żurawiejek, obyczajów i tradycji, nawet jak na kawalerię niecodziennych, tego do dawniejszej o nich notki upraszam...

17 sierpnia, 2018

Confessio...


Pytacie czasem sekretnie, czasem otwarcie, cóż to mię tak zajmuje, żem bloga swego poczucił niemal, niczem Gioacchino Rossini oper swych cudnych komponowanie... Cóż mi rzec, okrom tego, że Rossini powód miał arcydobry, którego jeno zazdrościć mogę, co mnie się jednak tyczy, tom zgłupiał już do cna i począłem pisać powieści, choć nie wiem, czy to nie nad miarę słowo na określenie wypocinek moich. W szczegóła nie wchodząc, bohaterów powiastki jest kilku, wielce ze sobą zaprzyjaźnionych, którzy na skutek starań i talentu jednego z nich, takoż i splotu przypadków przeróżnych, poczęli podróżować w czasie, niezwykłe przy tem przeżywając przygody, ucząc się sami spraw dla nich nowych, ale i samemu nowych czasem tworząc dalszych tej historii biegów... Pod spodem żem sobie umyślił fragmentum pewne wystawić, z jednej z tych podróży najpierwszych, a po trosze i trochę przypadkowych.  
                                                                      . . .
[...]Odpaliłem znów palnik, choć już z kłopotami znamionującymi zbliżający się koniec propanu i opaliłem mech także i z boku kamienia. Przytrzymałem płomień dłużej, uznając, że nie ma co oszczędzać tej końcówki gazu, bo i tak na budowie ta resztówka do niczego się nie nada. Kamień się już nagrzał i zaczął Marka parzyć, a i nad nim już było trudno oddychać.
 Miałem już wyłączać palnik, gdy doznałem dziwnego uczucia, jakby mi się pod nogami zachwiała ziemia. Podniosłem głowę i po minie Marka poznałem, że i on to odczuł. Ale nie zdążyliśmy nawet słowa powiedzieć, gdy poczułem, jakby gigantyczny wąż oplótł mi nogi i wciągał mnie do swojej jamy. Wrzasnąłem z przerażenia. W tym samym momencie ciemność zamknęła się nade mną i nie widziałem już niczego. Potworny hałas, co do którego nie wiedziałem, czy jest wrzaskiem moim, czy Marka, czy jeszcze innym odgłosem, upiorne poczucie bycia grzebanym żywcem i ciężar, który przytłoczył moje ciało tak, że nie byłem w stanie ruszyć ani ręką, ani nogą, upewniły mnie, że to koniec. Że tak właśnie wyglądają moje ostatnie chwile, których w dodatku nie umiałem w żaden racjonalny sposób pojąć, ani zrozumieć przyczyny. Chyba zamknąłem oczy; z pewnością próbowałem znaleźć w pamięci jakąś modlitwę, która byłaby stosowna na koniec. Nagle poczułem zimno i nim się zorientowałem, grzmotnąłem o coś tak ciężko, że wybiło mi z płuc resztki tchu.
 Czułem, że nadal spadam, ale tym razem turlając się po czymś twardym, co pachniało znajomo. Otworzyłem oczy i zobaczyłem najpierw światło, a potem przelatujące w jakiejś upiornej karuzeli raz niebo, raz ziemię pokrytą soczystozieloną trawą. Nim zdążyłem pomyśleć o piekle i innych takich, walnąłem o coś raz jeszcze i wreszcie znieruchomiałem.
- A cóż to, na Boga Miłosiernego? - posłyszałem gdzieś wysoko nad sobą. Logika kazała się cieszyć, że to raczej chyba nie diabeł, skoro woła Boga, ale nie miałem czasu na dalsze refleksje: mój błędnik, który już i tak był bliski obłędu, został znów zaniepokojony poruszającym się podłożem.
- Złaźże ze mnie, cholera jasna! - głos Marka, choć zdradzał najwyższą wściekłość, był mi jak muzyka anielska. Rozejrzałem się, na ile mogłem. Leżałem na Marku i to on mnie spychał z siebie, klnąc przy tym, jak szewc. Leżeliśmy na środku, ale nie wąskiej leśnej ścieżki, tylko wcale szerokiego duktu, drzewa rosły tylko po jednej jego stronie, zaś po drugiej, gdzie według mojej pamięci powinien być pagórek z kamieniem, wznosiła się całkiem spora skarpa, z której jeszcze się kurzyło, znacząc ślad, którym żeśmy się z Markiem stoczyli. Opalony i nawiercony kamień leżał na skraju drogi, do góry nogami, a nade mną zwisał z nieba… koński łeb?
 Usiadłem, uwalniając Marka już całkowicie. Potrząsnąłem głową raz i drugi, i choć mi w niej szumiało potężnie, a całe ciało bolało, to horyzont wreszcie się ustabilizował, koński łeb uzyskał ciąg dalszy w postaci reszty ciała i jeźdźca. Uzbrojonego jeźdźca, który wpatrywał się w nas z niebotycznym zdumieniem…
 Przypatrzyłem się i ja jemu. Z ziemi wydawał się wielki, co potęgowała wysoka czapa z kwadratowym wierzchem, obszyta u dołu futrzanym otokiem. „Konfederatka” - podpowiedziała mi jakaś część pamięci, a druga zarejestrowała jeszcze, że to coś buraczkowego, co facet ma na sobie, to chyba nazywa się kontusz. Na piersi wisiał mu ogromny ryngraf z Matką Boską Częstochowską i to, bardziej niż cała reszta, utwierdziło mnie w słuszności pierwszego domysłu.
- Ja pierdzielę, konfederat barski… - szepnąłem do Marka.
Ten wciąż tarmosił się za ucho, jak pływacy, którym się za dużo wody nalało pod czepek. Nim pojąłem, że Marek słabo słyszy, ten mi warknął:
- Co? No i co, że jarski?
- Nie gadać tam, hultaje! - konfederat wymierzył we mnie lufę osiemnastowiecznego pistoletu skałkowego i dodał rozkaz, będący w całkowitej logicznej sprzeczności z pierwszym:
- Mówić mi tu zaraz, obwiesie, coście za jedni?
Po czym, nie czekając nawet na jakiekolwiek słowa z mej strony, obrócił się w siodle i zawołał:
- Hej! Hej! Bywaj tu sam!
 Popatrzyłem tam gdzie i on, i dostrzegłem, że na tej samej drodze, tylko dobre dwieście, trzysta metrów dalej porusza się cała grupa konnych, do której najpewniej i nasz zuch należał, tylko wlókł się w jej ogonie. Że też musieliśmy wypaść z tunelu akurat jemu pod nogi. Pardon, kopyta...
 Do wojaka dotarło, że odjeżdżający go nie słyszą, zatem niewiele myśląc, wypalił z pistoletu w powietrze. To rzeczywiście zatrzymało tamtych, a po kilkunastu sekundach nawet skłoniło grupkę z czoła tej kolumny do pocwałowania w naszą stronę. Pierwsza myśl, by korzystając z tego, że tym strzałem się nasz konfederat rozbroił, pryskać w las, została z punktu uciszona przez wracający do przytomności umysł. Nie uciekniemy daleko, dogonią i tak między drzewami. A ten ma jeszcze szablę, co najmniej jednego na pewno zdąży pociąć, zanim dopadniemy lasu. Jedyna nadzieja w jakimś naprawdę dobrym bajerze…
 Podniosłem się i stanąłem na nogi; chwiało mną jak po dobrym przepiciu. Kątem oka widziałem, że i Markiem podobnie. Na szczęście przynajmniej na razie niczego głupiego nie chlapnął. Wojak na koniu tymczasem objeżdżał nas, oglądając od przodu i tyłu. Zrozumiałem, że miał powód. Cholernie dobry powód… Ja miałem na sobie czerwone trampki i plamiaste spodnie typu military, jednakowo poręczne w lesie, jak i na budowie, oraz błękitnego T-shirta z idiotycznie uśmiechniętą mordą wieloryba i napisem „Save the Whales” pod nim. Marek miał górskie buty trekkingowe, dżinsy, wyświechtane i przetarte w modnym trendzie na kolanach, oraz flanelową koszulę w zielono-czarną kratę, rozpiętą i związaną w węzeł na brzuchu, z odsłoniętym torsem ponad węzłem. Nosz, kurwa, w sam raz na końcówkę osiemnastego wieku, w mordę…
- Powiedz, że nie masz pistoletu i blachy - szepnąłem, modląc się by to była prawda. Sam się zastanawiałem gorączkowo, co też mogę mieć w kieszeniach.
- Są w schowku w samochodzie - mruknął. Odetchnąłem.
- Ale mam w kieszeni bilet z parkingu… z datą… I papierosy… i zapalniczkę...
- Nie gadać! - ryknął pilnujący nas - I ani mi tam który myśleć, by ubieżyć! Jak psa zastrzelę!
„Ciekawe czym, debilu!” zdążyłem pomyśleć, nim Marek sam się nie wydarł na konfederata:
- Nie rycz tak! Łeb pęka…
 Oblało mnie jakieś gorąco, choć nie wiem, czy bardziej ze strachu, czy z wściekłości na Marka. Nasz wojak błyskawicznie zwrócił się wraz z koniem ku nam, a w drugiej dłoni, nie wiedzieć skąd, znalazło się długaśne, zwinięte w kilkoro, biczysko…
- Ty chamie! Masz, hultaju! - wrzasnął, zamierzając się na Marka. Ten odchylił się błyskawicznie, tak że większość bata przeszła obok, ale jednak wystawił rękę, na którą przyjął uderzenie, ledwo tylko się skrzywiwszy. Kiedy biczysko oplotło mu się wokół przedramienia, szarpnął za nie potężnie, okręcając się też przy tym i przykucając, by ściągnąć możliwie najwięcej z długości bata w swoją stronę.
 Zaskoczony konfederat popełnił podstawowy błąd i nie puścił bicza, a co gorsza, spłoszony trzaskiem bata koń stanął mu dęba i w efekcie nasz dzielny wojownik wyfrunął ze strzemion, a w ułamek sekundy później leżał u naszych stóp.
- Stać! - dziarski głos miał nas może powstrzymać od jakichś nieprzemyślanych działań, tyle że myśmy za bardzo byli jeszcze rozbici, ogłuszeni, zaskoczeni i zupełnie niezdolni do jakiejkolwiek akcji. Zwłaszcza wobec mierzących w nas kilku aż luf. Ten, który krzyknął, nawet nie sięgnął po swoje pistolety do olstrów. Na kilometr wyczuwało się w nim urodzonego dowódcę.
 Całe to bractwo, w przeciwieństwie do tego, który właśnie się zbierał z ziemi, klnąc siarczyście, było albo w samych koszulach, albo w żupanach, u niektórych zresztą porozpinanych, co mi się wydało zdecydowanie stosowniejsze w panującym upale. Dowódca miał jeszcze jeden powód do noszenia się rozchełstanym; w rozpięciu jego, zielonkawego żupana, dostrzegłem bandaże.
- Zostaw, Kuźma! - zakrzyknął do wstającego, ale za późno. Konfederat wyrżnął Marka pięścią w twarz tak, że przyjaciel mi się aż nakrył nogami. Teraz dopiero się przeraziłem; jak Marek mu odda, a że odda, to na to mogłem postawić wszystko, co miałem, to go raz, że chyba zabije, dwa, że ci pozostali nas zaraz potem rozwalą. Marek jednak zaimponował mi, jak chyba jeszcze nigdy w życiu. Wstał powoli, pomacał dłonią szczękę i zęby, wypluł krwawą ślinę o milimetry od buta prześladowcy i rzekł z pogardą:
- Bijesz jak baba!
Chóralny śmiech konnych towarzyszył kolejny raz powtórzonemu poleceniu:
- Zostaw, rzekłem!
Nazwany Kuźmą z trudem się opanowywał, by kolejnym ciosem nie udowodnić Markowi, że źle go ocenił.
- A bo, proszę łaski pana rotmistrza, chamstwo toto bezczelne i ani chybi szpieganty jakie…
- Chamy to nie są, Kuźma, to i po gębach widać… I kmieć by wziął po łbie i ani nie pisnął. Widać, żeś kogoś znaczniejszego na honorze do żywego ugodził! Ręce pokazać! - wskazał, że chodzi mu o nas.
 Radzi nieradzi, wystawiliśmy przed siebie dłonie. Rotmistrz podjechał dwa kroki, by się naszym łapskom przypatrzyć i wskazał je podwładnemu:
- Wejrzyj, Kuźma, to są ręce chama? Kogoś, kto za wołami chodzi, abo za sochą? I gnój przerzuca?
 Nazywany Kuźmą zerknął posłusznie na nasze ręce i chciał jeszcze coś powiedzieć, ale zrezygnował. Zajął się otrzepywaniem z kurzu szarawarów i kontusza. Rotmistrz tymczasem przejął całkiem dalszą indagację:
- Coście za jedni?
 Dzieciak z bidula w łganiu na potęgę jest zaprawiony od maleńkości, to i ze mną nie było inaczej i zwykle to ja walczyłem o wyłganie nas z tej, czy z innej kabały. Ale tym razem przeszedłem samego siebie, desperacko próbując sobie przypominać najstosowniejsze słówka i zwroty, ale też to, czego o samej konfederacji dowiedziałem się wczoraj od pana Rybickiego, a później z książki tego całego Kitowicza.
- Prawyś, waszmość, żeśmy nie chłopy… Cudacko ubrane, bo nas napadnięto i ograbiono. Moskale znaczy… Trzymali na odwachu, aleśmy uciekli… I tymi strojami to nas cyrkowcy poratowali; trefnisie znaczy… Linoskoczki…
- Moskale, powiadasz… - rotmistrz przechylił się do końskiego grzbietu, by się nam lepiej przyjrzeć. Zmrużył przy tym oczy, a ja pomyślałem, że chyba krótkowidz. Tyle, że jak się okazało, bardzo bystry, jak na krótkowidza…
- Wielceście gładko wygoleni, jak na zbiegłych kajdaniarzy… Nie kręć, bratku! Mów, kto cię posłał!
- Był i golibroda między trefnisiami… - kombinowałem gorączkowo, co by tu dalej zełgać w miarę wiarygodnego. Dziwne, że mi się z czachy nie dymiło… Zagrałem va banque:
- Daruj, wasza miłość, ale nim się co więcej opowiem, to sam bym rad wiedzieć, kto pyta… Bo że wojsko wiary świętej i miłości ojczyzny, to sam widzę, ale nie wiem czyjej żeście komendy, a różnie słychać o tem, kto tu zacny, a kogo lepiej odbiec…
- No nam nie odbieżesz na pewno – uśmiechnął się rotmistrz.- Chyba, że w niebiosa! A skoro grzecznie waść pytasz, to i grzecznie odpowiem: Ksawery Jaraczewski herbu Zaremba, rotmistrz pułku jaśnie wielmożnego Morawskiego… A wy też niby spod znaków?
- Nie, wasza miłość, teraz już nie w polu… Posłano nas…- gorączkowo usiłowałem sobie przypomnieć, kto i dokąd mógł nas posłać. Przypomniałem sobie Częstochowę bronioną przez Pułaskiego i zdecydowałem się użyć tej karty:
- Od Częstochowy idziem…
 Rotmistrz, który sprawiał dotąd wrażenie bawiącego się całą sytuację, teraz stężał tak nagle, że z punktu pojąłem, że źle mi poszło.
- Kiepskoś pan trafił, panie posłanniku Pułaskiego… Jak ów chce mej krwi, musi po mnie pułk przysłać, bo dwóch oberwańców mnie nie pochwyci!
- Może struć mieli? - Kuźma wyrwał się z podejrzeniem.- Obszukać ich, a jak trutkę mają, to raz, dwa obwiesim i po krzyku!
- Tknij mnie tylko, a łeb ci roztrzaskam! - warknął Marek. - Ten niech nas obszukuje – wskazał jednego z konnych, nieco starszego od reszty i jedynego bez czapki. Ten już wyjął nogę ze strzemienia, gdy rotmistrz go wstrzymał gestem, znów się przy tym uśmiechając:
- Sam widzisz, Kuźma, że to szlachetnie urodzeni… To w tobie na milę wyczuł, żeś sławetny1… Kontusz ci nie pomógł… A przeszukać myśl przednia, nie zawadzi, ale pierwej mi rzeknij, bratku, z czym cię też regimentarz2 posyłał…
Próbowałem zwilżyć usta, ale nie pomogło, pozostały wyschnięte jak rzeki na Saharze.
- Nie mówiłem żeśmy od Pułaskiego – spróbowałem odkręcić, co zepsułem. - Jeno, że idziemy od Częstochowy… A nie godziło się jej minąć… Pytałeś, mości rotmistrzu, ktośmy są. Jam jest Krzysztof Wołodyjowski, a to porucznik Marek Skrzetuski, obadwa dawniej z pułku ziemi przemyskiej, a łaski się dopraszam, byście nam rzekli, który dzień dziś, bośmy o to wesołków zapytać przepomnieli, a u Moskali w ciemnicy rachubę żeśmy stracili…
 Kątem oka widziałem, że Marek wstrzymał oddech, jak podałem te nazwiska. Nie miałem jak mu przekazać, że niepotrzebnie się obawia: Sienkiewicz i bohaterowie jego powieści mieli się pojawić dopiero za jakieś sto lat. Miałem tylko nadzieję, że przemyskie leży dostatecznie daleko, żeby żaden z nich tam nie miał krewnego, albo i sam nie bywał i nie znał kogoś, kogo i my powinniśmy znać. Korciło mnie, by „legendę” oprzeć jak najdalej od Piotrkowa i ziemi sieradzkiej, ale żaden z nas nie umiałby utrzymać kresowego zaśpiewu i akcentu.
- Toć przecie świętej Dominiki – mruknął ten starszy, co nas miał przeszukiwać.
- Szóstego? - spytałem, niejasno przypomniawszy sobie wczorajsze wywody pana Rybickiego.
- No przecie! A długoście gnili za kratą? - zapytał inny z konnych.
- Hmm… A jak o rok, dla pewności, zapytam, to sam waść pomiarkujesz... – szedłem po bandzie. Dwóch zachichotało, ale rotmistrz spoważniał i patrząc mi prosto w oczy, rzekł:
- Roku mamy Pańskiego tysiąc siedemset siedemdziesiątego i pierwszego… Mniemałem, że się waszeci facecje trzymają, ale dobrze waści z oczu patrzy… Choć dziwaczne z Was towarzystwo… - dodał, skubiąc wąsa – Wygoleni jak niemowlęta, wiary niewiadomej, bo krzyży nie nosicie…
Znów poczułem się, jakbym tonął.
- …i to znów jest dla nas kolejna na przyszłość nauka - wpadłem Jaraczewskiemu w słowo - jakbyśmy w drogę wzięli krucyfiksy proste, drewniane, to byśmy ich pewnie jeszcze mieli… A że złote były…
- No tak! Moskal zawżdy złota łasy… - przytaknął ten starszy, bez czapki.
- Prawda – mruknął Jaraczewski, chyba tylko częściowo przekonany. - Listów nie macie, bo wam ich też Moskale wzięli, tak? - ironizował.
- Nie, wasza miłość, udało się w ogień wrzucić w gospodzie, gdzieśmy na stancyi stali, nim nas wzięli. Moskal niczego nam nie wydarł…
- I tak żeście sobie u nich siedzieli i nic od was wywiedzieć się nie chcieli, co? Wcale bowiem dobrze wyglądacie, jak na zbiegłych niewolników…
 W nagłym porywie ściągnąłem przez głowę podkoszulek i obróciłem się do Jaraczewskiego plecami. Mógł teraz w pełnej krasie widzieć to, co sam czułem boleśnie od trzech dni, od kiedy mi na budowie zaczęły się sypać z rusztowania niezabezpieczone przez gówniarza-praktykanta rury, a które, osłaniając za wszelką cenę głowę, wziąłem w większości na plecy. W dodatku od dwóch dni zapominałem posmarować stłuczenia altacetem, więc sine pręgi wylazły na wierzch bez żadnych przeszkód. Sam wieczorem, oglądając się w łazience w lustrze, pomyślałem, że wyglądam, jakby mnie ktoś pobił.
Zapanowało milczenie. Przerwał je Jaraczewski, ale zupełnie już innym tonem:
- Wybacz, waszmość, żem miał was w podejrzeniu, bo to wojenny czas i różnych łotrzyków i przeniewierców droga niesie. Dokąd Bóg prowadzi?
 Powoli, jak najwolniej, nakładałem z powrotem T-shirta, myśląc gorączkowo nad dalszymi odpowiedziami. Udając konfederata, nie mogłem się wypiąć na innych konfederatów, zresztą chyba by nie byli skłonni nas puścić dalej, choć tym razem pewnie z troski o nas. Zostając zaś z nimi, niebezpieczeństwo rosło do kwadratu, bo zdradzić mogliśmy się byle czym. I tak cudnie, że jakoś zapomnieli o tym obszukiwaniu nas, bo właśnie sobie przypomniałem, że na pewno mam w kieszeni spodni kluczyki od samochodu i taśmę mierniczą, na której pewnie jest wybite „Made in China”. A w drugiej jeszcze scyzoryk, którym próbowaliśmy drapać kamień, no i w malutkiej kieszonce przy pasie bilon do parkometrów.[...]
_________________________________
1) Sławetny – określenie przysługujące w dawnej Rzeczypospolitej mieszczanom, tak jak szlachcie „urodzony”, a chłopstwu „pracowity”. Tu: aluzja do mieszczańskiego pochodzenia wachmistrza Kuźmy.
2) Kazimierz Pułaski rzeczywiście pełnił funkcję regimentarza krakowsko-sanockiego i sandomierskiego. Nazwanie go tak przez Jaraczewskiego, z którym Pułaski miał zatarg o bezprawnie zatrzymanych dwóch swoich oficerów, którym w niejasnych okolicznościach „odjęto życie”, miałoby sugerować, że ów nie uznaje Pułaskiemu konfederackiego tytułu marszałka ziemi łomżyńskiej. Pułaski do końca domagał się od zwierzchników Jaraczewskiego, czyli kolejno od Morawskiego, Malczewskiego i Zaremby, wydania mu rotmistrza, celem postawienia go przed sądem.