26 marca, 2017

O Łaszczowej delijej...

 Żył ci ongi człek jeden, wielce gwałtami i łupiestwami słynny, za które wielekroć był sądzonym. Na banicyję* skazywano go 236 razy!!! Infamiji** wyroków miał 37… I tak to się niemi srodze przejmował, że dla krotochwili był kazał sobie niemi podbić deliję***, co udało się jeno dla tej przyczyny, że Łaszcz (boć to o nim mowa) , mężem postury był srogiej, to i delija niemała…
  Rzekniesz, Czytelniku Miły, że historyja kołem się tocząc, co i rusz takiego warchoła, co sądy ma za nic, nam pod oczy pcha… Ano…prawyś w tem, Gościu Miły, ale do końca upraszam posłuchać, a potem myśli swoje podług wolej toczyć…
  Prawim o Samuelu Łaszczu (1588-1649), herbu Prawdzic, protoplaście sienkiewiczowskiego Andrzeja Kmicica (nota bene historyczny Kmicic miał na imię właśnie Samuel:). Pierwszy wyrok banicji otrzymał Łaszcz jeszczeć Anno Domini 1617, ale dla zasług ogromnych w walkach z Tatary nadgrodzono go urzędem godnym strażnika koronnego i poruczono mu granicy strzec. Wojsko w ów czas było notorycznie niepłatne, więc imć strażnik znalazł sposób na utrzymanie go, co się był z jego naturą godził i zapatrywaniami politycznemi. Wyznaczał kontrybucje, zajeżdżał dobra, wyrzucał dzierżawców i… zyskiwał pieniądze na żołd. Jednocześnie z fantazyją i odwagą nie do przecenienia Rzeczypospolitej bronił, stając i przeciw Turkom, Szwedom i Kozakom.
  Warcholstwo w tem człeku się tak przedziwnie z miłością ojczyzny zmięszało, że król wdzięczen wielce dał Łaszczowi glejt bezpieczeństwa… Jakże powikłane bywają drogi polskiej praworządności! Boć to przecie z jednej strony Łaszcz dźwigał na sobie ciężar obrony Kresów naszych, a z drugiej skrajnie prawo lekce sobie ważąc nijakiego przecie szacunku niegodny…
   Nie mogąc go przed sąd sejmowy doprowadzić, szlachta kijowska koniec końców w desperacyi ostatniej Anno Domini 1646 pospolite ruszenie przeciw niemu obwołała. Ironia Historii, że w czas paskudny to się trafiło, boż właśnie Chmielnicki rokosz wszczął i każda szabla na złota wagę była, a cóż dopiero Łaszczowa i jego kilkuset podkomendnych rębajłów, z których każdy wart był tyle, co dziesięciu zawodowych najemników inszych, o szlachcie z pospolitego ruszenia nawet i nie spominając
!
  Na kartach „Ogniem i mieczem” mamyż ów moment odnotowan, gdzie jedyne wojsko, które do szykującego się do obrony Zbaraża dotrzeć zdąży… to Łaszczowe chorągwie! I to mimo tego, że do księcia Jeremiego animozyje osobiste niechybnie czuł, boć to Jarema właśnie z majątku go wyzuł, jeden z wyroków wreszcie egzekwując!
   Schyłek życia miał Łaszcz zaiste na miarę powieści osobnej. Umierał w nędzy i zapomnieniu 15 lutego 1649 r. w Krakowie, w czasie sejmu koronacyjnego Jana Kazimierza. Do końca życia nie opuścili go tylko wierzyciele i cygan, grajek. Na pytanie o oddanie długów Łaszcz był odpowiedział, że nie ma z czego, bo mu majątek odebrano, ale jego grajek może zagrać im jego ulubioną melodię – był ci to jego ostatni dowcip, bo śmiejąc się zeń,  skonał…
  Ano i tak sobie dumam o tem… że widno każda Rzeczypospolita ma takiego warchoła, na jakiego zasłużyła… Pierwszą stać było na Łaszcza…
____________________

* banicja – wygnanie z kraju
** infamia – bezecność, wyrok ograniczajacy skazanego w prawach obywatelskich.
*** delia, delija – strój wschodni, zastępujący płaszcz, podbity futrem. W XVI i XVII w noszony przez rycerstwo polskie wierzchem na zbroi.

23 marca, 2017

7 Pułku Ułanów Lubelskich dziś święto..:)

...którego, by kto chciał ze mną obchodzić, temu rad będę wielce, a kto o pułku tem przypomnieć czego ciekawy, luboż jeno dalszą częścią ułańskiej golizny się ponapawać pragnie, to noty stosownej tu znajdzie:)
                                       
                                          ................

19 marca, 2017

Na co wydać, na co wydać?

   Znacie wszytcy chyba wstrzemięźliwość moją względem spraw wszelkich spółczesności się tyczących, rzekłbym nawet, że i może wstrzemięźliwość z niejaką abominacyją graniczącą... A przecie suplikować Was będę o głos w kwestyjach jak najwięcej spółcześnych, przy tem może i niektórych boleśnie dotykających. Poniekąd to będzie może zabawa, może i nawet intelektualna, ale może się i zdarzyć, że i żółci, czy boleści prawdziwej upust, a rzecz cała pokłosiem niejakiem niedawnej mojej z pewną personą dysputy, gdzieśmy sobie cokolwiek upust marzeniom dali... A żem i Waszych marzeń ciekawy, to i Was o głos proszę w imaginowanej rzeczywistości, żeście oto z jakich nieznanych, a nieistotnych przyczyn znagła wielce majętni, luboż jest w możności Waszej nakłonić do wydania summy ogromnej jakiego spółcześnego Midasa, w każdem razie jesteście w możności na cel jaki ku pożytkowi ogólnemu (wiem, wiem, też mi żal było, żem tego sam z przyjacioły przepić nie mógł, choćby w imaginacyi:) wydać kwoty jakiej arcymnogiej...
  W dyspucie naszej mowa była o poczciwych złotych polskich miliardach dziesięciu, ale nie w intencyi mojej jest Was ograniczać...:)) Może się i komu fantazja rozwinie tak, że nam nowego państwowego budżetu tu skryśli...:) Sęk w tem, by nad tem się pogłowić krzynę i nie sprowadzić rzeczy do banału, że na cel jaki dobroczynny, bo przyjmujemy, że tu każdy taki. I też nie idzie o to, by rzec, że pięć na kolej, a siedem na zdrowie, jeno o to, że jeśli na ową kolej, to na cóż tam konkretnie, a jeśli we własnej mieścinie na jaką rzecz nową, to by pojaśnić inszych, przecz to takie ważkie... Summa summarum idzie o postawienie dla kraju i bolączek jego diagnozy, coż jest najpryncypalniejszem i która z onych chorób najwięcej kosztowną i wieleż grosiwa wymaga...

                                                     .  .  .   .

Na Święty Józef Pułku Święto...

jako w wierszu pułkowi dedykowanemu napisał Włodzimierz Przerwa-Tetmajer (nawiasem: pierwowzór Gospodarza z "Wesela" Wyspiańskiego), zatem dnia dzisiejszego nie uchodzi, ot tak szaroburo, bez toastu za pamięć onych ułanów, przepędzić... Komu to milej przy muzyce to mieć będzie aże dwa do wyboru marsze, z których każdy za jedyny słuszny uchodzi...:) A komu by miło było i zanucić, ma poniżej tekstu z jednego...







Pod miasteczkiem Komarowem
batalija wielka, 
Ruskich było na tysiące,
a ułanów trzysta 
Ruskich było na tysiące,
a ułanów trzysta 

Hej wy lekkie szwoleżery
 nie róbcie nam wstydu
 Zaczekajcie pół godziny,
 aż ułani przyjdą, 
 Zaczekajcie pół godziny,
 aż ułani przyjdą!

 Bo ułani dobrze biją, 
 dobrze atakują!
 A jak pójdą na bij-zabij
 ruskie zrejterują!
 A jak pójdą na bij-zabij
 ruskie zrejterują!

Tam na wzgórzu, na dereszu 
Krzeczunowicz leci.
Wymachuje, rozkazuje 
"Trzymajcie się dzieci!" 
Wymachuje, rozkazuje 
"Trzymajcie się dzieci!" 

A ułani dobrze biją,
 dobrze atakują!
 Jak ruszyli na bij-zabij
 ruskie zrejterują!
 Jak ruszyli na bij-zabij
 ruskie zrejterują!

 A z krwawego pola bitwy
 krwawo słońce schodzi
 I Budionny z Kozakami 
 hen za Dniepr uchodzi 
 I Budionny z Kozakami
 hen za Dniepr uchodzi!

A komu może jeszcze i była chęć odświeżyć dziejów pułkowych, włącznie z udziałem pułku w tragicznych wypadkach krakowskich 1923 roku*, luboż tylko przypomnieć owych przywołanych wierszy  Włodzimierza Przerwy-Tetmajera poświęconych pułkowi, ale i pamięci syna, co pod tegoż pułku sztandarem padł w bolszewickiej wojnie, luboż może inszych filmów i zdjęć, takoż z ułanami w strojach adamowych konie pod klasztorem w Tyńcu w Wiśle pławiących, tego upraszam do not dawniejszych:
http://pogderankiwachmistrzowe.blogspot.com/2013/03/na-swiety-jozef-puku-swieto.html

http://pogderankiwachmistrzowe.blogspot.com/2013/03/na-swiety-jozef-puku-swietoii.html

___________________________________

* - wypadkom tym zasię, z cąłym onych tłem i otoczką, cały jest cykl poświęcony pięcioczęściowy, sub titulo "O wietrze historii i portkach pętaków", widoczny po prawicy w notach polecanych.




                                               .

09 marca, 2017

Suplika...

   Są persony, które same się o siebie nie upomną, nawet jeśli cierpią srodze i grosz jaki, jeden czy drugi mógłby jeśli nie tego cierpienia ująć, to choć żywota uczynić mniej przykrym, o czem nam zdrowym ani śnić, czy wiedzieć, jakież to ważkie... Ano i o jednej z takich, a wielce nam miłych, person był ongi Kneź na Kneziowisku suplikował Lectorów, by tam, co kto i może, to kalety rozsupłał...
http://www.kneziowisko.pl/rezerwat-niedzwiadkow-koala/
a za niem powtarzali i inszy, czegom ja wówczas był poniechał, w zamiarze mając o rzecz się upomnieć, gdy przyjdzie pora, że się Rodacy ku PIT-om kwapić będą... Ano i chociem pewnie, własnemi zaprzątnięty smutkami i turbacyjami, dla części tego już i nadto był przypomniał późno, przecie z pewnością są tacy, co jako i ja, mogą tejże choć mizerności jednego procenta od podatku swego dla tejże persony przeznaczyć, by dopomóc. Lectorowie częścią wiedzą o kogo, a ściślej o Kogo idzie, a kto nie wie, a zaufać bez objaśnień więcej w szczegóła bogatych nie myśli, temu mogę privatim rzecz całą wyłożyć, jednak nie pro publico niekoniecznie przecie bono...
  Ergo kto może i chce, niechaj wzgląd ma na tejże fundacyi konto:
Fundacja Pomocy Osobom Niepełnosprawnym „SŁONECZKO”
77-400 Złotów, Stawnica 33A
konto: 89 8944 0003 0000 2088 2000 0010

pomnąc by w tytule wpłaty podać subkonto persony, której nasz grosz ma posłużyć pomocą: 442/P
Jeśli kto chce, może i sobie turbacyi ująć samegoż PIT-u na paginie fundacyi rozliczyć: 
Fundacja Słoneczko KRS: 0000186434
   Wszytkim przecie, którzy w tem dziele dopomóc zapragną, własnej wdzięczności Wam głoszę, a i zapewne wszystkich Niedźwiadka Koali przyjaciół...:)

26 stycznia, 2017

...

   Jakem na Nowy Rok Wam i sobie życzył, wielce ostrożnie, jeno tego, by ten rok nowy nie był dużo od poprzedniego gorszem, tom między inszemi i zdrowie wielce nadwątlone mego Pana Ojca miał na myśli... Ale żem i złudzeń w tejże materyi nie miał wielkich, a jeno nadzieję, wszelkiemu rozumowi przeciwną, to i owe życzenia były jakeście ich widzieli... Ano i idzie ten rok po nas jak walec, bez nijakiego ulitowania i mizerykordii...
Wczorajszego wieczora pomarł nam był Pan Ojciec, ucierpiawszy się przedtem nieskąpo, a nas osieroconych ostawiając w żalu i boleści. 
  Nie uwiadamiam ja Was o tem po temu, iżbym jakich tu słów pociechy czy współczucia szukał, bo mi ich nawet i czytać by było obmierźle, a responsować może i więcej jeszcze, tandem żem Wam nawet i tej możności, póki co, odebrał, a pewnie bym i tego nie pisał, gdybym nie mniemał, że Wam się jakie jednak wyjaśnienie należy, przecz tu nie wiedzieć ile czasu przeminie, nim znów będę w nastroju, by jakich nowych snuć opowieści, luboż gdzie po dawnemu do kogo z pozdrowieniem zawitam... 
     Kłaniam nisko

22 stycznia, 2017

O wyrazach przepomnianych...II

Kładę tę dwójkę po tytule bez przekonania wielkiego, bo chocieśmy formaliter ongi mięli notki tak już tytułowanej, aliści z oną themą zawżdy ta jest turbacja, że tak po prawdzie nie wiadomo często zali to tu się nie powinno naleźć słówko jakie, którego przywołuję w inszem cyklu, o wyrazach dawnych znaczeń pozbawionych (III, III, IV, V , VI, VII , VIII, IX , XI , XII , XIII, XIV. Przedziwne to czasem miszkulancje i człek w ustawicznej z temi słówkami rozterce... ale trudnoż, bieżmyż tam za tem, com latami nagromadził, a dziś fortuna nam akuratnie lwią część słówek na "L" przyniesła...

liżyobrazek - nie inaczej jako dzisiejszy by to był jaki dewot, bigot, czy świętoszek abo jaki inszy pobożniś, jeno, że w tem jeszcze idzie o ten akcent więcej na udawanie i pozorną religijność kładziony...

lokutarz - rozmównica, rozumiana jako klasztorna najczęściej, za oczywistym swym łacińskim źródłosłowem powzięta

losnik - ktoś, kto się losami zajmuje człowieczymi w rozumieniu uczynienia sobie professyi z tego, zatem wszelki wieszczbiarz i wróżbita, którzy, zdało się, byli już narodem ginącym, przecie dopadłszy nowinek technicznych w rodzaju telewizyi czy esemesów, nowych pokładów durniów ucha nachylających się dokopali...

lsnąć - piękne słówko, którego jedno z pobliskich pierwotnych znaczeń nam się przechowało w inszem: "olśnić". Tak właśnie, bo szło o to, że coś nam rozbłysło, rozjaśniło się (jako w Biblijej Leopolity z 1561 roku: "Alić nagle lsnęło jej lice")... Z przydaniem ~się czyniło się określeniem czegoś błyszczącego, święcącego w rozumieniu, że imponującego, jako u Piotra Kochanowskiego najdujemy w zwrocie "Puklerz rysztunkami się lsnął diamentowy." Aliści byłoż i jeszcze jedno znaczenie tego, już nie nazbyt miło, bo mówimy o ślepnięciu, które nawet jeśli przenośne jeno jako u Szymona Szymonowica ("Lsną ludzie w miłości") to przecie jednak kalectwo jakie znaczy...

lub - który dziś dla nas jest tylko spójnikiem używanym przy wyliczaniu jakichś możliwości czy alternatyw, przodkom naszym był pięknym i powszechnie używanym przymiotnikiem, oznaczającym kogoś miłego i przyjemnego, którego i dziś poniekąd znamy, ale już z przydaniem "y", jako luby, co najpewniej wymusiła konieczność wymowy dostatecznie wyrazistej... Kto inaczej mniema, niechaj się wymówić wyraźnie postara chociażby coś takiego, jak "Na lub Bóg!"... Insza, że dawniejsi autorowie sobie z tem nader przemyślnie radzili, luboż to słówek trudnych rozdzielając, luboż temu Bogu inszych najdując określeń, jako to : "Lub będzie Panu"(Psałterz Floriański), "Bych lub był przed Bogiem"(Psałterz Puławski) abo "Będzie lub braciej swej"(Biblia królowej Zofii).

przewrotliwy - określenie kogoś przewrotnego i zakłamanego, aliści tu jednak zważać pilnie na słowo potrzeba, bo znów przewrotny w dawniejszych czasach nie znaczył nic fałszywego czy zdradliwego, przynajmniej w odniesieniu do ludzi... Przewrotnym czyli skłonnym do wywrócenia się, wywrotnym mógł być okulały koń, źle bądź ponad miarę załadowany wóz, luboż niepodparty jaki spróchniały pień...
przęśleń - a tum Was czekał, niebożęta...:)) Objaśnię po swojemu: motowidło :) A kto nie zna, cóż jest motowidło, no to ma nieboraczek pracę domową do odrobienia...:)
   
   Kłaniam nisko:)

15 stycznia, 2017

O tem jako się nam królowa nieboraczka sama przechytrzyła...

   Za dni dosłownie kilka przyjdzie nam rocznica, po prawdzie ani równa, ani i jakoś szczególnie świętowana, czy wyróżniana, przecie zdarzenia, co całą naszą zakręciło historią i to na pół tysiąclecia, a pokłosia owoce być i może że dziś jeszcze dostrzec idzie...
  Oto nam ośmnastego stycznia Roku Pańskiego 1385 zjechało do stolicy, czyli do Krakowa, co objaśniam dla tych, co mniemają stan dzisiejszy mieć jakim porządkiem nieledwie od Boga uświęconym, poselstwo nie lada jakie, a to mianowicie kniaź trocki Skirgiełło, występujący tu jako dziewosłąb brata swego, wielkiego kniazia litewskiego, Jogajły. Przyjdzie tu słów parę rzec o tych parantelach Jogajły familijnych, bo znam ja, że to Czytelnikom dżungla nieledwie już choćby przez ten prosty fakt, że ociec obydwu, Olgierd Giedyminowic widać lubił tę robotę, bo zmachał tych dzietcysków wszystkiego dwadzieścioro i troje, a to dopiero zawiłości początek, bo nie dość, że z jedną żoną, Anną, siedmioro, a z wtórą, Julianną twerską, szesnaścioro, to jeszcze współrządząc z bratem, Kiejstutem, przypuścił niejako i onego potomstwo do pretensyj i aspiracyj ku władzy...*
   Jest potężna zawiłość z datą porodzenia Jogajły, którą drzewiej przyjmowano gdzieści na okolice roku 1352, aliści że diabeł nie usiedzi spokojnie, jak czegoś nie zamąci, to się ostatniemi czasy modna stała teoryja, że to jednak dopieroż w 1362 się narodził. Pomijając, że Jogajła wówczas porodzony, w 1385 byłby w kwiecie lat młodzieńczych i nie mógłby się wydać Jadwidze starcem nieledwie nad grobem stojącym, to jeszcze dochodziłyby tu potężne wątpliwości wokół tego, czemuż to miałby Olgierd swemu ósmemu w kolejności synowi władztwo przeznaczyć, z pominięciem starszych braci. Nawet, jeśli przyjąć, że to za poduszczeniem Julianny, swoje potomstwo forytującej, co wcale nierzadkie było w rodzinach monarszych, to i tutaj Jagiełło byłby synem dopiero czwartym po inszych, jak choćby Skirgiełło właśnie, nie gorzej się przecie zapowiadających... Pewno, że by tu można spekulować o przenikliwości ojcowego oka, co dojrzał w młodzieńcu ten format przyszłej wielkości, ale przecie i Olgierd nie kiep, jeno władca prawdziwie na ówcześną, co najmniej europejską miarę i znać musiał, że takiem wyborem szykuje księstwu turbacyj co niemiara, a może i wojnę domową w czasach, gdy absolutnie nie tego owo wielkie z nazwy, aliści kaducznie słabe księstwo potrzebowało... Tem więcej znać tego musiał, że sam przecie władztwo obejmował w wyniku takiegoż właśnie spisku z Kiejstutem, gdzie pospołu Jawnutę obalili i przegnali...
  Zupełnie inaczej się te rzeczy mają, gdy po dawnemu przyjmiemy datacyją roku 1352, kiedy to Jogajła jest pierwszym synem Olgierda i Julianny, zasię Skirgiełło, Korybut, Lingwen, Korygiełło, nieżyjący już w 1385 Mingiełło, oraz małoletni jeszcze Wigunt i Świdrygiełło, byliby wszyscy braćmi młodszymi. Nawiasem trudno mi się tu refleksji oprzeć, że pomimo tego, że historia wszystkich w zasadzie Giedyminowiczów to nieustające pasmo wzajemnych uraz, żalów, knowań, spisków z potencjami obcemi, zdrad, buntów i rebelii, to przecie to zarazem nieustająca historia przebaczeń, pogodzeń, współpracy wcale zgodnej i owocnej... Oto obejmujący władzę Jogajła zdejmuje z władztwa nad Połockiem przyrodniego brata Andrzeja, zapamiętanego jako Garbatego i powierza je właśnie Skirgielle, bratu z którym nigdy mieć nie będzie konfliktów i który do swej śmierci będzie najzaufańszym Jogajły pomocnikiem i wsparciem. Połocczanom nie w smak poganin Skirgiełło, Garbaty mąci, jątrzy, spiskuje i ściąga na pomoc moskiewskiego Dymitra Dońskiego, aliści pokonany koniec końców przez Jagiełłę (tak go zwać będziem po 1385 roku), zostanie przez króla uwięziony w Chęcinach, a Połocczanie na powrót dostaną Skirgiełłę, choć ten się w międzyczasie ochrzcić każe i to w miłym Połocczanom obrządku wschodnim. A przecie uwolniony Andrzej Olgierdowic Garbaty z błogosławieństwem królewskim wróci na Litwę i wspomagać będzie Witołda, osobliwie w jego nieszczęśnej wyprawie przeciw Złotej Ordzie, gdzie pod Worsklą w 1399 sam głowy położy, nawiasem w doborowem towarzystwie inszego z braci rodzonych, Dymitra Starszego, kuzyna z Giedyminowiczów kolejnego Dymitra Koriatowicza Wołyńca, hospodara mołdawskiego Stefana I, komendującego krzyżackim kontyngentem posiłkowym komtura Tomasza Szurwiłły i dowodzącego Polakami Spytka z Melsztyna**
   Skirgielle w jego misji do Jadwigi i panów małopolskich towarzyszyli Iwan Olgimuntowic książę Holszański***, jeden z nielicznych na Litwie katolików i wielkorządca wileński Hanko, prawosławny. Zwraca uwagę niezwykle staranny dobór tejże deputacyi mającej na krakowskim dworze reprezentować poganina Jogajłę. Pomijając, że to sami najwierniejsi i najzaufańsi, to wyraźnie widać w tym staranie o to, by wykazać, że i sam Jogajła chrystianizacji Litwy przychylny, że się już otacza ludźmi krzyża i że ci będą tego procesu najgorętszymi stronnikami i obrońcami. Nie tylko zresztą w tem widać, jak okrutnie litewskiemu książątku na tem maryjażu zależy... Dary przez posłów przekazane olśniewają bogactwem i to bynajmniej nie futer tylko, ale i pięknem bizantyjskiej biżuterii i szlachetnych kamieni. Również niemałe wrażenie na wszystkich przytomnych (oprócz samej królowej Jadwigi) robi wschodni obyczaj padania przed władcą na kolana i czołobitność posłów. Jadwiga jednak (nie bez kozery przyszła święta:) do błyskotek nie przywiązuje wagi, za to sama robi piorunujące wrażenie na posłach. Mogę przyjąć, że była dziewczątkiem niezwykle urodziwym i zaczynała właśnie rozkwitać pięknem już nie dziecięcym, a zarysowującym się niewieścim, choć i to w wieku jedenastu lat wydaje się niezwykłe. Natomiast jest rzecz przedziwna z jej budową ciała, bo relacje dość zgodnie podkreślają, że mimo owych zaledwie jedenastu lat, była niezwykle smukła i wysoka, wyższa od posłów i towarzyszących im bojarów litewskich, w co mi uwierzyć trudno, przecie muszę, bo kłamu źródłom nie zadam...:) Pojmuję, że się musiała owym przybyszom zdać jakąś elfią zgoła pięknością...:)    Ona nie musiała wiedzieć pod jakiego rodzaju ścianą znajduje się Jogajła, który przed trzema laty zawrzeć musiał upokarzający pokój z Krzyżakami, oddający im część Żmudzi i zobowiązujący się do ochrzczenia się, co Krzyżacy interpretowali jako oczywiste, że z ich rąk i razem z czymś w rodzaju hołdu lennego. Do tego ustawicznie zagrożony od Tatarów ze Złotej Ordy i rosnącej w siłę Moskwy, wewnętrznych sił odśrodkowych już nie licząc... Jest faktem, że pojawiły się naówczas na LItwie koncepta, by dziedzinę przodków porzucić i ruszyć całym ludem na podobieństwo nomadów, by szukać gdzie we świecie szczęśliwszej siedziby... Dla Litwinów i Jogajły to jest gra o wszystko...
  Dla panów małopolskich, najwięcej na dworze znaczących**** może to nie aż tak gardłowa sprawa, ale Madziarów się tu nie kocha przesadnie*****, a mariaż Jadwigi oznaczałby usamodzielnienie się Polski, zarazem z niebywałem wzrostem prestiżu związanym z przyłączeniem tak rozległego księstwa******  , dodatkiem jeszczeć z zasługami ochrzczenia mieszkającego tam ludu... Plus, ma się rozumieć, widoki na liczne przecie w tym kraju nowym stanowiska, któremi by się władca wywdzięczyć za poparcie musiał...
   Turbacyja w zasadzie jest jedna: sama Jadwiga... Pomijając jej do Jogajły niechęć, czuła się zaślubioną austryjackiemu książątku Wilhelmowi, synowi Leopolda III, z którym wzięła ślub pro futuro w czerwcu 1378, gdy ów miał wszystkiego osiem lat a ona cztery. W tamtych czasach podobne praktyki rozumiano bardziej może jako coś więcej niż same zaręczyny, ale nie jako faktyczne małżeństwo, stąd liczne zazwyczaj obwarowania przy umowach ślubnych o odszkodowaniach za zerwanie takiego ślubu, co by miało strony poszkodowane zabezpieczać. Rzecz dość istotna w czasach, gdy nawet Kościół takiego zerwania nie uważał za grzech ciężki. W przypadku Jadwigi i Wilhelma szło o dwieście tysięcy florenów, sumę wówczas ogromną, ale Jogajła zobowiązał się ustami Skirgiełły, że ją sam wyłoży! Sęk jednak w tem, że Jadwiga rzecz całą traktuje śmiertelnie poważnie, a ponadto pamięta Wilusia jako miłego towarzysza dziecięcych zabaw. Nawiasem uważcież, że w historiografii naszej, ale i w ogólnej świadomości Polaków dominuje tu ciekawa sprzeczność pojmowania tej postaci: z jednej strony żałuje się biedaczki, której zmarnowano życie wymuszając ślub ze "starym" Litwinem z pogańskimi narowami, z drugiej wynosi się ją na ołtarze, ale z trzeciej, za to właśnie upieranie się przy dotrzymaniu danego słowa i zaciągniętych zobowiązaniach, czyli krótko mówiąc za próbę bycia uczciwą i przyzwoitą, odczuwamy do niej coś w rodzaju pretensji, czy może lepiej: zniecierpliwienia, że takie z tym robiła ceregiele...
  Jadwiga nie próbuje walczyć z otoczeniem, ani też niczego negocjować z posłami. Wymyśliła sobie przemowę, w której wyłożyła swoje racje, będąc przekonaną, że się całkiem sprytnie z obieży wywinęła... Otóż raz, że ona jest już poślubioną Wilhelmowi, co uważa za wiążące i święte, aleć i co gorzej jeszcze, nie może swej pani matki, Elżbiety, postawić w roli wiarołomcy, bo tak by niechybnie było, gdyby ona umowę ojców złamała. Tandem jeśli panowie litewscy mają jakieś w tejże materyi życzenie, to nie z nią gadać winni, bo nie jest ona panią losu swego, a z macierzą, Elżbietą Bośniaczką (nie mylić z teściową Bośniaczki i babcią Jadwigi, Łokietkówną)...  Najpewniej przez te wschodnie obyczaje z biciem czołem o pawimenta się udało Skirgielle ukryć, jak bardzo jest rad temuż niebacznemu responsowi. Może i co jeszcze mu tam zakołatało pod czaszką, jakaś refleksyja o tem, że to może i dobrze czasem uchodzić za dzikiego prostaka z boru, a w najlepszym razie z zadupia, gdzie niedźwiedzie chodzą między domami, a nocami to i wilki... Bo wtedy herbowe, okcydentalne jaśniepaństwo nie docenia elit takiego prostackiego ciemnogrodu, ich sprawności, operatywności i orientacji w zawiłościach tego świata, do którego dopieroż aspirują przecie... I tego, że te elity już dawno wiedzą, że między temi dopiero pretendującymi do swej przyszłej wielkości książątkami z tej, pożal się Boże, Austrii, a reprezentującą największy ród ówcześnej Europy:Andegawenów, Elżbietą, dobrze nie jest i że Elżbieta pogoniła z Węgier zaręczonego z drugą córką, Marią, Zygmunta Luksemburskiego a dla córki przemyśliwa o nowym jakim mężu, to i w kwestii Jadwigi nie będzie o Habsburga kruszyć kopii, a co najwyżej będzie się tęgo targować, jak tej swojej zgody przedać...
  Obydwoje nie wiedzą jeszcze, że niedoszły teść Jadwigi, Leopold, za rok zginie w bitwie pod Sempach z pobuntowanemi Helwetami, a turbacyje z onemi na lat wiele wyłączą Habsburgów z rozgrywek w europejskiej ekstraklasie i nie będzie się trzeba niemi przesadnie przejmować przez jakiś czas. Przy okazji niejako tejże batalii posłynie jeszcze jeden ze szwajcarskich wojowników, Arnold Winkelried, postać najpewniej mityczna, która nam jeszcze jednak i zaszkodzi wielce w przyszłości, odbijając się czkawką w porażających naiwnością mesjanistycznych konceptach Słowackiego wyłożonych w "Kordianie" ("Polska Winkelriedem narodów!")...

_____________________
* - z tegoż pnia właśnie Witołd się wiedzie
** - dokładniej to Spytka II. Przyszły przywódca husyckiej antyoleśnickiej opozycji w Polszcze to jego syn, Spytek III. 
*** - dziadek Sonki, przyszłej, ostatniej żony króla Jagiełły, matki Warneńczyka i Kazimierza Jagiellończyka
**** - okrom spominanego wojewody Spytka najpryncypalniejsi z nich to biskup krakowski Jan Radlica, kasztelan Dobiesław z Kurozwęk, podskarbi koronny Dymitr z Goraja i wielkorządca Sędziwój.
***** - może to się dziwne zda tym spośród Was, co to się na haśle "Polak - Węgier, dwa bratanki" wychowali, ale wówczas miano świeżo w pamięci panoszenie się Węgrów z otoczenia Elżbiety Łokietkówny, regentki w imieniu syna, Ludwika Węgierskiego, rządzącej. 7 grudnia 1376 wszczęła się błaha awantura o wóz z sianem do stajni marszałka Przedbora z Brzezia jadący, który rozswawolona jaka czeladź madziarska pochwycić chciała i zaciągnąć do swojej gospody. Któryś z Węgrów strzelił jeszcze niebacznie z łuku do interweniującego starosty Jaśka Kmity kładąc go trupem i rozpętało się piekło... Tego wieczora i nocy zginęło stu kilkudziesięciu Węgrów, a do historii przeszły panny i damy z fraucymeru królowej, które z wawelskich murów spuszczały drabiny i sznury, ratując nader wielu szukających ratunku Madziarów... 
******Skirgiełło w swej przemowie się, imieniem Jogajły, do tego zobowiązywał. Należy zatem rozumieć, że koncepcja unii pojawiła się później i po prawdzie to nieraz się ja nad tem zastanawiałem, co by to było, gdyby się ona nie pojawiła, a Jogajła się ze swoich zobowiązań wywiązał, bo innego wyjścia by zapewne nie miał... Proszę zrozumieć, że ja tego naprawdę nie piszę z pozycji nacjonalisty, jeno człeka boleśnie świadomego nieszczęść, które nam unia przyniosła...  Nie wiem czy by się udało całe Wielkie Księstwo przy Polsce utrzymać, być może rozpadło ono by się na szereg drobniejszych bytów, z których część byśmy posiedli, a o niektóre by pewnie przyszło toczyć boje, ale najpewniej uniknęlibyśmy sytuacji panoszenia się panów litewskich, ustawicznego szantażowania Korony przez Litwę czy też stawiania Korony przed faktem dokonanym, co stało się niejako normą dwieście i trzysta lat później...




Noty cokolwiek pokrewne:



07 stycznia, 2017

O tem, co pospólnego mieli Gauguin z Wyspiańskim...

Podług Leszka Mazana i współautorów zbiorku "Madame, wkładamy dziecko z powrotem"*  pracownię i kochankę... Owoż miałżeby Gauguin, wyjeżdżający grudniem 1894 roku do Belgii, ostawić "do dyspozycji swemu młodemu przyjacielowi Stanisławowi Wyspiańskiemu z Krakowa swą paryską pracownię przy ulicy Vercingetorix. Lokatorką pracowni jest - przywieziona przez Gauguine'a z ostatniej podróży na Jamajkę - dziewczyna, o ciele z bursztynu i szeroko rozstawionych piersi, Annah. Jest zarazem kochanką i modelką francuskiego, a wkrótce i polskiego artysty. Ubocznym, ale jakże istotnym rezultatem owej namiętności będzie - obok portretów Annah - również i nieuleczalna choroba weneryczna, z którą Wyspiański wróci do Krakowa i po czternastu latach umrze."
  Sęk w tem, że naszych autorów chyba jednak cokolwiek poniosła fantazja... Gauguin nigdy w życiu nie był na Jamajce; Annah, powszechnie zwano "La Javanaise", czyli Jawajka i podsunął ją Gauguine'owi marszand Ambroise Vollard, który "wszedł w posiadanie" dziewczyny w jakichś mocno niejasnych cyrkumstancyjach, gdzie miała ona zdaje się być sprowadzoną z Jawy przez śpiewaczkę operową Ninę Pack, jako coś w rodzaju egzotycznej służby domowej, ale została przez chlebodawczynię wyrzucona na bruk za jakiś wypadek przez nią niebacznie w domu sprawiony...
   Skąd się zjawiła naprawdę i kim była, dociec dziś już nie sposób, za to z pewnością służyła Gauguine'owi ciałem i jako miłośnica (mocno nawiasem nieletnia) i jako modelka... Wyspiański ją z pewnością poznał i także malował, ale historyjka o przekazywaniu pracowni z modelką się kupy nie trzyma także i z tego prostego powodu, że Wyspiański do Krakowa powrócił w sierpniu 1894 i to raczej definitywnie, zatem nie mógł od grudnia pomieszkiwać na rue Vercingetorix 6 z odziedziczoną po Gauguinie modelką... Ale zaprzeczyć nie sposób, że syfilisu się w Paryżu nabawił i że to on go zabił...
  Poniżej macie, Mili Moi, portrety Annah w wykonaniu Gauguine'a:

oraz Wyspiańskiego:
oraz fotografię przez Alfonsa Muchę uczynioną w pracowni, gdzie sam fotografik nam się pośrodku pokłada (ten w bieli), po swej prawicy (a naszej lewej) mając Gauguina, zasie Annah jest za Bretonkę przebrana po przeciwnej portretu stronie...

oraz przez tegoż samego artystę już sama, sportretowana jednak w pracowni przy rue De La Grande Chaumiere...

____________________________
* Katarzyna Siwiec, Mieczysław Czuma, Leszek Mazan "Madame, wkładamy dziecko z powrotem!" Kraków 2009 s.292