14 stycznia, 2018

Do sprawy "złotego czółna" uwag Wachmistrzowych kilka...

Dobra to sposobność, by niedowiarstwo moje tą właśnie historią, w nocie uprzedniej opisanej,  zilustrować. Oto ludzie czytają tąż samą relacyję za „Geschichte von wegen eines Bundes” anonimowego XV-wiecznego kronikarza przytoczoną, zasię przez W. Długokęckiego opracowanej i omówionej w artykule "Misja Hinka z Ledecza. Przyczynek do sprzedaży Malborka przez zaciężnych w czasie wojny trzynastoletniej" i czytają to, co tam napisane, czyli " że w sobotę przed świętem narodzin Najświętszej Marii Panny, to znaczy 4 IX, między 5 a 6 rano przybyły do Malborka z Torunia dwie łodzie. W jednej znajdował się Hinko z Ledecza, kuzyn Oldrzycha Czerwonki, którego tenże miał wysłać po odbiór pieniędzy. Doszło do zderzenia łodzi z przęsłem zniszczonego mostu na Nogacie naprzeciw Malborka, w wyniku czego łódź się przewróciła, a Hinko z sześcioma ludźmi utopił się. Przepadły także pieniądze. Oldrzych Czerwonka nakazał poszukiwania, ale niczego nie znaleziono. Dopiero dwa lata później, gdy zamek był w rękach króla polskiego, chłopi z Żuław znaleźli ciało Hinki i pieniądze. Nie zatrzymali pieniędzy, ale zwrócili je Oldrzychowi Czerwonce i Andrzejowi Gewaltowi, jednemu z ważniejszych rotmistrzów" *.
   Ja zaś, tegoż samego przecie czytając, z punktu znajduję tu mnóstwo niejasności i powodów do wątpień kolejnych... Ano i teraz popróbuję ja Lectorom Miłym tegoż mojego myślenia pokrótce wyłożyć. Pierwsza tu rzecz to ów grosz, przez Hinka wieziony, którego być miało 25 tysięcy guldenów węgierskich, aliści dodaje autor, że w walucie pruskiej, czyli miejscowej. Przywoływałem w nocie uprzedniej takiego guldena, a ściślej florena i ów, w swej złotej wersji, ważył jakie 3,5 grama złota. 25 tysięcy takich monet waży już 82,5 kilograma i to już nie jest parę mieszków, jeno rzemykiem zaciągniętych, ale co najmniej skrzynia tęga, a najpewniej dwie, bo jednej takiej by nieść musiało ludzi ze czterech, albo dwóch, co parę kroków przystając... Jeśli to jeszcze w zamiennikach śrybnych, czy i miedzianych, a najpewniej tak właśnie było, znając, ze skrobano tego pieniądza skądkolwiek i jakiegokolwiek się dało, to rośnie nam ilość tych monet, a i waga całości. 
   Myślę, że bez ryzyka jakiego błędu dużego, możem śmiało przyjąć najmniej dwie tęgie jakie skrzynie z zawartością samą bliską stu kilogramom, a i same pewnie jeszcze najmniej dziesięć same ważyć będą. To już nie jest ładunek na czółno, takie jakim je sobie pierwotkiem wyobrażałem, przydawszy jeszcze i owych sześciu ludzi (rozumiem, że Hinko był siódmym), którzy jeśli być mieli ochroną, to każdy miał na sobie, za pasem i przy pasie żelastwa niemało, a jeszcze i pewnie czego pod ręką.
Summa summarum rachuję ja siedmiu tych potopionych, każdego po najmniej sto kilogramów kolejnych (pomimo tego, że owi z pewnością drobniejsi i szczuplejsi, niźli my dziś) plus owe 110-120 kilogramów cennego ładunku. Do tego jakie zapasy na drogę dla onych ludzi, boć to przecie trasa po Nogacie i Wiśle jakie dwieście kilometrów licząca, z czego jeno dziesiąta część to Nogat. A skoro płynęli najpierw Nogatem z nurtem, zasię Wisłą pod prąd, a wracali odwrotnie, to dni parę zejść im na tym musiało**, czego trudno przypuścić, by czynili na głodno i o suchym pysku...
  Robi się z tego zatem jakie 850-900 kilogramów do udźwignięcia przez ową łódź i wygląda na to, że z pewnością nie było to czółno. Raczej bym tego widział  bliższego jakiemu lichtanowi, korabiowi czy i szkucie małej, choć jeno rozmiarem w podobie tego, co ostatnio jacy zapaleńcy zwodowali w Porcie Czerniakowskim i ochrzcili "Darem Mazowsza". Owi to nazywają szkutą, a szkuty przecie brały i po 50-54 łaszty zboża (z górą 100 ton!), zatem tejże jednostki raczej bym widział bliższej jakiemu prymitywnemu jachtowi, niźli statkowi towarowemu. I z całą pewnością łódź Hinki mieć nie mogła niczego, co moglibyśmy uznać za kabinę, czy zamkniętą ładownię. 
   Czemu ? Ano bo nam przecie napisał kronikarz, że łódź się przewróciła, a nie że zatonęła, zatem wypadło z niej wszystko co było na pokładzie luźne i nie przywiązane nijak, w tem i złoto. Gdyby była jaka kabina, czy zamykana ładownia, skrzynie przecie by do nich schowano, już choćby po to, by ich nie musieć ustawicznie mieć na postojach na oku. Insza, że jeśli tych skrzyń nie przywiązano, to nie najlepiej to o roztropności Hinki świadczy...
   Z punktu się tutaj kolejne rodzą pytania; co z wioślarzami i czemu nie podróżowano lądem? Jeśli o to drugie idzie, to widać Czerwonka rozważył plusy i minusy i uznał, że możność przejazdu grupki konnych drogą prostą jak z bicza strzelił i krótszą od wiślanej od kilkadziesiąt kilometrów, nie rekompensuje zapewne bezpieczeństwa transportu, osobliwie w czasie wojennym, gdzie nie jeno z wojskiem, ale i z jakiemi grasantami przyszłoby się liczyć po drodze. Choć podróż pewnie by ledwo tydzień w obie strony zajęła... Jeśli o wioślarzy idzie, to nic o nich nie wiemy, aliści jeśli przyjąć, że owych sześciu i do wioseł się brało, a Hinko przy sterze siedział, to w praktyce to żadna dla ładunku ochrona, bo gdyby przyszło co do czego, to zanim by owi od tych wioseł wstali i po cokolwiek sięgnęli, byłoby najpewniej po harapie... Ochrony ja miarkuję, że to najmniej ze dwóch czas cały oba brzegi miało w baczeniu, a kuszę w dłoni, a znów jeśli nie masz wioślarzy inszych, to znaczyć by musiało, że płynęli na dwie pary wioseł, czyli wolniej nawet, niż zakładałem pierwotkiem. Pewno, że coś w rodzaju mikroszkuty mieć mogło i masztu z żaglem i czasem się nim posiłkować, jeśli wiatr akuratnie sprzyjał, ale z pewnością  nie mógł być to napęd łodzi główny.
   Jest i możliwe,  że byli wioślarze odrębni, już nie z zaciężnych, a z miejscowych włościan, czy i rybaków najęci. To by znaczyło i znów ciężar większy, zapasów więcej, ergo i łódź całkiem sporą. Nie wymieniał ich między potopionymi autor kroniki, bo albo dlań nie byli istotnymi, albo też owi, nie przytłoczeni orężem, kolczugami, hełmami etc.etc, wcale się nie potopili. Pewno, że powszechność sztuki pływackiej ówcześnie była rzadką i nie umieli tego nawet marynarze w znakomitej większości, aliści owi mogli być z rzeką za pan brat i nieraz już przewrócenia łodzi doświadczając, znali, że starczy się owej łodzi przewróconej złapać, boć ona przecie nie utonie.  Natenczas jednak miejsce zderzenia byłoby znakomicie znanem. Jest tu jeszcze arcydziwna rola drugiej łodzi, w opisie wspominanej. Na cóż ona, skoro cały ładunek i zapewne cała ochrona na pierwszej siedziała? 
   Jako ratunkowa? To by znaczyło, że Hinko się z wypadkiem liczył i jeśli ładunku mimo to nie umocował, to w rzeczy samej musiał być nieprzesadnie bystrym. Być też i może, że go Czerwonka wybierał dla pokrewieństwa i związanej z tym wiary, że to człek zaufany, a nie dla bystrości, co się zemściło okrutnie. Rozumiem, że ta łódź wtóra być musiała znakomicie mniejszą, inaczej sam rozum dyktuje, by ładunku dla bezpieczeństwa podzielić. Chyba, że się tej drugiej obsadzie nie ufa...
   Jeśli zatem nie była owa czymś na kształt pomocniczej szalupy, to jakaż jej rola? Zwiadowcza? Chyba też nie, czego najlepszy dowód, że nie płynęli przodem i nie oni się na te podwodne resztki mostu nadziali, tylko łódź pryncypalna. Zatem na cóż ona tam i ludzie na niej byli potrzebni?
   Ano i tutaj Wam rzekę kilku teoryj mojch, z których nie wiem, która więcej by się może zdawała prawdziwą, choć wszystkie, podług mnie, więcej się kupy trzymają, niźli ta wersja oficjalna.
   Pierwsza, że to nie zadatek był dla całego zaciężnego żołnierstwa, a jeno grosz sekretnie dla Czerwonki słany, czyli mówiąc brutalnie: łapówka. Nie pierwsza zresztą i nie ostatnia... Tęższe od mojej głowy już tego domniemywały, że musiał być Imć Oldrzich na królewskiej sekretnej pensyi, bo niejednokrotnie w ciągu tego roku, gdy pertraktacje szły i grosz był zbierany, torpedował ów insze krzyżackie starania, by do ugody dojść. Pewno, że to idzie wciąż jeszcze tłomaczyć, że mimo iż na stole leżała lepsza od polskiej oferta, ale oferent czeguś niewiarygodny, bo już łgał tyle razy, że mu dowierzać nie sposób i że lepszy wróbel w garści, niźli cietrzew na sęku. Wiemy też, dzięki Długokęckiemu, że w maju 1456 padła w rokowaniach myśl, by okrom summy dla zaciężnych wspólnej, osobno jeszcze płacić Szumborskiego i Czerwonkę, przy czym ten pierwszy miał dostać 19 tysięcy guldenów, a ten drugi siedem i pół, co nawiasem znakomicie oddaje wartość tak jednego, jak i drugiego z najemniczych wodzów. Potem już tego nie masz konceptu, aliści gdzieś tam jednak Gdańsk wypłaca onemu w połowie czerwca 400 florenów, a do 24 lipca jeszcze 1 600. I wówczas misja Hinki się jawi jeszczeć i więcej sekretną, bo nie tylko o bezpieczeństwo ładunku idzie, ale i o tym, by się o tem nie wywiedzieli podkomendni pana Oldrzicha insi. Przeczy temu przecie to, że post factum Czerwonka nie nabrał wody w gębę, jako powinien byłby może uczynić, a oficjalnie nad stratą lamentował, a i nawet do Gdańska pisał, by mu przysłali jakiego fachowca, co by umiał ładunku pod wodą naleźć i wydobyć.
   Ale jeśli te łzy czemu inszemu służyć miały? Jeśli iście na łodzi było tylko owych siedmiu z Hinką, w rzecz wtajemniczonych, którzy łodzi przewrócili, narobili plusku i wrzawy, zasię cichcem ze skrzyniami na tej drugiej łodzi zemknęli?  Luboż owa łódź płynęła daleko z tyłu, nibyż jako ubezpieczenie, a tak po prawdzie to na to, by świadkowie zdarzenia byli nibyż naoczni, ale w sumie tacy, co nie nadto wiele widzieli. Przemawia mi za tym i pora onej katastrofy i miejsce naprzeciw Malborka. Piąta-szósta poranna godzina, nawiasem sugerująca, że owi płynęli i w nocy, już bez popasów, najpewniej rzeka spowita jaką poranną mgłą w całości lub choćby jeno kłębami, raz rzadszymi, raz gęstsztmi, ale przecie wciąż w zasięgu głosu i choć częścią widoczna z zamkowych murów. Mogli przecie owi przybić w tej mgle sekretnie do brzegu, wyładować czego trzeba i zemknąć na koniach przez wspólnika doprowadzonych, a łodzią na nurt wróciło ze dwóch umiejących pływać, co narobili wrzasku, hałasu, przewrócili łódź i takoż cichcem zemknęli... 
   Być i może, że sam Czerwonka na oną "tragedię" z murów patrzył... Być i może, że nie nazbyt temu, co "widział", dowierzał, stąd i owo do gdańszczan pisanie. Ale i na użytek własnych podkomendnych, którym wolał pokazać, że w wersję katastrofy wierzy, niźli podsuwać pomysł, że można Oldrzicha Jegomości bezkarnie oszwabić i okraść, nawet i bliskim krewnym onego będąc... W tej (i w drugiej jeszcze) wersji kupy się trzyma to, że ponoś we dwa lata później miejscowi kmiotkowie ładunku znaleźli i wydobyli, z ciałem Hinki pospołu. Ano potwierdzałoby to skrzynie, dodatkiem najmniej żeleźne, nie drewniane, skoro po dwóch latach nadal były w kupie i ładunku można było w całości wydobyć. Nie bardzo jednak wierę ja w ową całość Czerwonce przekazaną. Jeśli to on tych poszukiwań zorganizował i stał kmiotkom nieledwie nad głową, to tylko wówczas chyba można by było być efektu pewnym. Z tekstu jednak wynikałoby chyba raczej, że znaleźli sami, może przypadkiem, może skutkiem jakiej sieci rybackiej o coś zahaczonej, w każdym razie decyzja przekazania skarbu Czerwonce i rotmistrzowi Gewaltowi byłaby rzeczą wtórną.  
   Ale jeśli żadnych poszukiwań na dnie Nogatu nie było, tylko Czerwonki tropiciele wreszcie gdzie dopadli ukrywającego się Hińczę, onego ubili i ciało do Malborka przywieźli wraz ze skarbem, przódzi gdzie onych namoczywszy, by pozór z rzeki wydobytych czyniły ? 
   I podobna może, choć odwrotnie uknuta intryga... Że to Czerwonki ludzie na tej wtórej łodzi siedzieli, nibyż dla wzmocnienia ochrony przydani, atoli to owi, w owej mgle przed samym podróży finałem, wystrzelali z kusz załogi Hinkowej, a woda skryła ciała i dowody zbrodni? A grosz, pierwotkiem dla siebie jeno i współsprawców  przez Czerwonkę zamierzony, w dla lata później tylko ujawniony, nibyż jako świeżo wydobyty, przecie w cyrkumstancyjach zupełnie inszych, gdzie w Malborka załodze niemal już nie masz tych zaciężnych, co by się o prawdę i równy udział upomnieli? I całość niemal, okrom ochłapów dla zatkania gąb kilkunastu, idzie dla pana starosty królewskiego w Malborku, Imci Oldrzicha Czerwonki?

_____________________________
* [w: Biskupi, lennicy, żeglarze, pod red. B. Śliwińskiego (Gdańskie Studia z Dziejów Średniowiecza, Nr 9), Gdańsk 2003, s. 363-367.] 
** - ostawię to zdolniejszym ode mnie, ale skoro prędkość średnia Wisły to jakie 3,2 km/h, to na wiosłach mogli, sądzę, płynąć z prędkością jakich pięciu kilometrów na godzinę z nurtem, ale przeciw niemu, to chyba najwyżej dwa ? Z czego znów by wychodziła droga z Malborka do Torunia na jakie dziewięćdziesiąt do stu godzin czystego wiosłowania, czyli dni w trasie, z postojami i noclegami licząc, z dziesięć... Plus z jakie pięć z powrotem...

09 stycznia, 2018

O przenosinach Wachmistrzowych, które jako to u Wachmistrza zwyczajnie, być nie mogą, jako u inszych, normalne...

  Przenosinach, ma się rozumieć, blogowych, które u Wachmistrza odbyły się cokolwiek na zasadzie "chłop śpi, a w polu mu rośnie". Jako Bywalcom wiedzieć moja w tem względzie potrzeba tyczyła się zaszłości moich, czyli bloga będącego poprzednikiem tego, a poczętego w czerwcu* 2009 i trwającego do wiosny 2012, kiedy to onet wykonał próbę generalną przed dzisiejszymi eksmisjami, wtedy jednak ograniczając się do gremialnego dręczenia blogerów niemożnością jakichkolwiek działań, najwidniej w nadziei, że wyniosą się sami. No cóż, ja tam zawżdy żem był tego zdania, że gdzie Cię nie proszą, tam kijem wynoszą i wolałem wyjść sam... Ale niebożątko zostało i teraz pospołu z inszymi przyszło się wpodle niego starać, by przenieść. 
   Przyznać się przyjdzie, że jakem się wyniósł był, tom postanowił trzech zaraz blogów założyć: niniejszego na Bloggerze, wtórego na bloxie i trzeciego na Łotrpressie właśnie, w naiwności swej zamiarując owych prowadzić czas jaki równolegle, zasię dwa porzucić, a skupić się na tym, który najwięcej się będzie zdawał obiecującym i, co nie najmniej ważne przez wzgląd na nikłe umiejętności moje, najłacniej w niem się poruszać mi przyjdzie. Po prawdzie to oleju do łba wróciło po tygodniu ze świadomością, że przecie nie poradzę, tandem owe porzucenie odbyło się w trybie zgoła extraordynaryjnie szybkim i tak skutecznym, że o istnieniu owych dwóch sierot żem niemal skutecznie zapomniał. Ściślej rzecz biorąc nie zapomnieć nie dozwalało mi każdorazowe komentowanie u Torlina i Celta, którzy blogów z dawna mieli na Łotrpressie i mię tam za każdym razem widziało jako "wachmistrzanadwachmistrze", co miało być w moim ówcześnym zamyśle dowcipnym wybrnięciem z patowej sytuacji, gdzie mi się Łotrpress w 2012 roku upierał, że jakiś Wachmistrz już jest i ja być nim nie mogę, a poniżej honoru mego było się pisać Wachmistrz2 albo 3, czy choćby i 44...
   Ano i tak szły rzeczy latami, nareście onet sobie o niechcianych blogerach przypomniał i terminu eksmisji bez prawa apelacji naznaczył, tandem, nolens volens, przyszło i samemu manatki pakować, nie tyle przez wzgląd na teksty, które w najcelniejszych częściach z dawna już funkcjonują tutaj, czy na Kneziowisku, co na pamięć komentatorów moich dawnych, między któremi już pewnie tylko matuzalemy w rodzaju Vulpiana pamiętać będą nie tylko wspominaną tu niedawno Babkę z Gdyni, ale i nieodżałowango Maćka zwanego Siwym, legendarnego Cypryjana de Vaxo, xiężnej Constancji czy inszych, których nie wymieniam nie z braku uważania, jeno dla memoryi braku...
   Ano tom i poczynił był jako insi, zapisałem plik ze starym blogiem pierwotkiem na dysku, podług instrukcyj wszelakich, po czym zaczęły się schody...  Łotrpress ostrzega że jeno pliki do 15 MB przyjmuje, alem ja nie bacząc na to,  począł swoich 25 mu wciskać w naiwnej wierze, że wprawdzie bez synowca na czele, ale jakoś to będzie... Zbrojny w Vulpianowy opis własnych w tej mierze dokonań odczekałem dwudziestu czterech godzin, w trakcie których nic widocznego się nie działo i nie stało, zatem przyszedłem ku konkluzyi (sam, bo Łotrpress uwiadamiać nie raczy), że się rzecz nie powiodła, czemu się i dziwić trudno, skorom się pchał ze słoniem we wrótnie dla koni...
   Porzuciłem zatem wszelką nadzieję i żem się począł po przyjaciołach i poradach rozglądać, z których co i rusz kolejna większego przerażenia budziła, osobliwie, że to jeszcze najsampierw było trzeba z informatyckiego przełożyć na ludzką mowę. Ano i tak sobie kombinowałem, przemyśliwałem (a u nienawykłego to wcale znów nie tak prosto i chyżo), a czas, ladaco, płynął... 
   Aliści dnia wczorajszego unieruchomiony na gościńcu na nieledwie godzinę, podczas której policmajstry i strażaki wydłubywały z automobilu resztek pewnego eksperymentatora, który badał, czy da się w biały dzień, przy zaledwie odrobinie śniegu postawić na środku Opolskiej ulicy (jedna z głównych arterii Miasta Królów Polskich) Opla Astrę na dachu i to tak, by nim za jednym zamachem wszystkie trzy zablokować pasy i i stworzyć korka z kosmosu widocznego (odpowiedź prawidłowa, choć zdałoby się, że niewiarygodna: da się!), począłem na telefonie przeglądać co tam gdzie u kogo co nowego i takem u Szczura Jegomości nalazł Onegoż responsu na mój komentarz, w którym to responsie Ów mi przenosin gratuluje, a w linkach Jego jest jak wół odniesienie do "Dawnych tekstów Imć Wachmistrza z Onetu" po prawdzie tom nie jest z Onetu, ale niech Mu tam  . 
   Przyznam, żem osłupiał, zasię zgadywać począłem, czy Ów się szaleju najadł, oczadział czy flasze pomylił? Aliści, zapalczywość swoją znając i onej straszne czasem konsekwencje, żem pierwotkiem do dziesięciu zrachował, zasię raz jeszcze do półtorasta, bo nie przeszło. Potem myśleć począłem i poszedłszy za tropem ujrzałem, że prawda to...! :) Stoją jak wół pogderanki na Łotrpressie:
           https://pogderankiwachmistrzowe.wordpress.com/

ale kiedy, co, jak ? Zabijcie, nie wiem... :) Szczur jest człek zacności wielkiej, osobnik talentów niepospolitych i rozlicznych krawaty wiąże, wykrywa ciąże, a i przy tem jedynym przedstawicielem rodzaju ludzkiego, który mnie zachęcił do udziału w pogrzebie, prawda, że swoim, co cokolwiek przyjemność psuje, aliści jeśli przebiegnie choć w części podług szykowanego przez Szczurka scenariusza, to i tak się zapowiada impreza stulecia chyba, że padnę przed Nim... Niemniej jednak nie zdawał mi być na tyle w tem biegłym, by mi bloga przenieść, przez wzgląd na litość nad ułomnościami memi... Wtórym z podejrzanych zdał mi się Tetryk, który z pewnością by temu poradził. Myśl mi się zdała tak trafną, żem nawet zadzwonił z podziękowaniem, aliści Ów się wszystkiego wyparł dobra: udajemy, że wierzymy, sugerując jednak zarazem jakże to się stać mogło: owoż najpewniej moja próba zaimportowania na Łotrpressa bynajmniej się nie zamknęła w owych 24 godzinach i trwała sobie i trwała, aż do skutku doszła, tyle że już bez mojej wiedzy, świadomości i przytomności, o czym uwiadamiam tych, co w podobnej potrzebie...
   Teksty przeszły wszystkie, a nawet zdaje się w nadmiarze, bo część się zdublowała, czcionka czasem pokraczna w rozmiarze i kolorze, no i szlag trafił wszystkie mapki, grafiki, konterfekta i pejzaże, ale nic to wszystko, jak mawiał Mały Rycerz: przepatrzymy, opatrzymy jeśli rzecz będzie tego warta, a póki co ostawiam Was z tą dobrą nowiną, że jeśli mnie się ta rzecz powiodła, to znak, że się powiedzie każdemu...:)

_____________________________
* - dawniej się upierałem, że w maju, bom wtedy pierwszej noty napisał, bloga założył i noty próbował upublicznić. Przy moich talentach z tem ostatnim zeszło trzy niedziele, nim się pokazać raczyła, zatem dzień rocznicowy to 18 czerwca...

07 stycznia, 2018

O "złotym czółnie", czyli dla "złotych pociągów" alternatywa...

   Lectorów mam ja nad podziwienie grzecznych i 'kulturnych", tedy nie sarkają owi, nawet gdy ich odgrzewanemi kotletami karmić, aliści przecie byłoby nieludzkiem z czasu do czasu świeżego mięsiwa nie podać, tandem nie mieszkając bierzmy się do pracy, bo siła nam tu opowiedzieć przyjdzie, a więcej jeszcze pewnie pojaśnić, bo wojna, której się tkniemy, do najosobliwszych w dziejach naszych liczona być winna...
   Czemuż to tak, zapytacie...? No cóż mi rzec; że takiego nagromadzenia przypadków zgoła niezwyczajnych, paradoksów i absurdów, to nam się prawdziwie rzadko udało w jednej zmieścić wojnie. Weźmyż oto, że za sam fakt z Zakonem krzyżackim wojowania, króla naszego, Kazimierza Jagiellończyka, trzykrotnie interdyktem obłożono (razem ze wszystkimi poddanymi i Związkiem Pruskim, czyli antykrzyżackim ruchem oporu samych mieszkańców onych Prus, w znakomitej części już wówczas bynajmniej nie Prusów, a Niemców z urodzenia, bądź pochodzenia...)* .  Duchowieństwo nasze stanęło w swoistym rozkroku, podczas gdy prymas z jego częścią był za wsparciem Związku Pruskiego, a w konsekwencji i za wojną, przecie naówczas już kardynał (i z tego tytułu mający się za nad prymasa wyższego) Zbigniew Oleśnicki stanął temu naprzeciw i bruździł sielnie, szczęśliwie nie pożywszy nadto długo, by i może w czasie wojennym nie posunąć się do jakich działań, które by już i może się i o zdradę ocierały...
   Równocześnie po krzyżackiej stronie siła było zaciężnych czeskich, co krucjatowe krzyże na tuniki sobie naszywali tak, iżby widniejące na nich przódzi husyckie, ergo heretyckie przecie w oczach papieża i katolików prawowiernych, kielichy pozakrywać!
   Byłaż to i wojna, w której najwięcej sprawne działania wojenne toczone były... na morzu, o czem nam jeszcze siła tu pisać przyjdzie, mimo żeśmy przecie floty nie mieli, a Krzyżacy w wojowaniu morskiem z dawna do niemałej doszli experiencyi. W inszych wojnach naszych wodzowie i hetmani nasi sarkali nieraz, że się wróg tchórzliwie od stanięcia w polu uchyla, za murami fortalicyj i miast się chroniąc, znając, że nam w polu nie dostoją, a tu akuratnie jak nic, to myśmy w polu w d... wzięli jak mało kiedy w historyi naszej... Zamki dobywać zawszeć to nasza była Achillowa pięta, a tu przecie żeśmy ich nabrali nieskąpo, insza, że nie sztuką szturmową, czy oblężniczą, a może i mało honornie, przecie skutecznie: kupiecką...
   I o tem właśnie targowaniu nam dziś opowiedzieć przyjdzie, nim do owego właściwego czółna dojdziemy...
   Jakem w nocie sprzed lat  był pisał o bogactwie Zakonu przed Wielką Wojną z królem Jagiełłą i kniaziem Witołdem, któremu naówczas lekką ręką przyszło sypnąć 340 tysięcy dukatów Zygmuntowi Luksemburskiemu za to jedynie by ów w tej wojnie nam niejako "drugi front" otworzył, najeżdżając od południa, to w dziś opisywanej, wojnie trzynastoletniej, finanse Zakonu leżały właściwie w gruzach... I to pomimo posiadania przez nich pełnej kontroli nad całością handlu zbożem i wszytkiem, co spławiano tak Wisłą, jak i Niemnem! A to przecie bogactwo było niemałe, skoro mieszczaństwo pruskie o udział w tem, całej tej wojny rozpętało, jeśli pominąć kwestię swobód niejakich, co jednak zdaje mi się w tem całkiem drugorzędnem... Gdzież zatem owe przetracone grosiwo, zapytacie... Najprościej by rzec, że u tych, co najwięcej płakali po jego stracie, owe klątwy nam fundując, aliści takoż i u tych, których Krzyżaki najmowali do wojowania przeciw nam, a choćby tylko i do tego, by stali załogą w miastach i zamkach. Nigdyż przecie sami bracia nie byli w takiej liczbie, by samemu wojować, bez wsparcia najpierw "gości" z okcydentalnych krain, wojujących nominalnie za wiarę, choć więcej dla sławy i łupu, co się z punktu skończyło, gdy wyszło, że łatwiej tu samemu w niewolę popaść i grosz na wykup przetracić. Jako "gości" nie stało, przyszło najemnych zaciągać, a ci zawsze kosztowali fortunę... Ano i wyszło na to, że Jagiełło, zasię Jagiellończyk, wykończyli krzyżowych tą samą metodą, co Reagan Sowietów, przymuszając ich do niekończącego się finansowania armii, aż owa padając i państwo zawaliła...
   Z wojny samej początkiem, zaciągnęli Krzyżacy na załogi w zamkach pryncypalnych najemnych z Niemiec, tradycyjnie z Helwecyi, najwięcej zasię w Czechach, skąd pod dowództwem Bernarda Szumborskiego (to ten, co nam kota pod Chojnicami pogonił) i Oldrzicha Czerwonki z Ledecza, częstokroć zwanego w naszej historiografii z niemiecka Ulrykiem, przybyło ich jakie dwa i pół do trzech tysięcy chłopa...  Pierwotkiem rzeczy szły po krzyżackiej myśli, czego wiktoryja Szumborskiego pod Chojnicami najlepszym dowodem, aliści rychło sakiewka krzyżacka ukazała dno, a zaciężni się poczęli zaległego żołdu domagać coraz i więcej natarczywie, poczynając sobie z Krzyżakami bezceremonialnie, jako wówczas gdy Konrad Nostitz wielkiego mistrza Ludwiga von Erlichshausena za brodę wytargał w przytomności swoich żołdaków i braci zakonnych, wygrażając onemu, że jak grosza nie znajdzie, to go osobiście żywota pozbawi. Krzyżak się uląkł i, aby jakoś najemnych udobruchać, dokonał rzeczy niesłychanej: podpisał onym pergamina, podług których owi mogli dysponować bronionymi zamkami i miastami podług woli, jeżeliby dług zapłaconym nie został. I tak w maju 1455 roku Oldrzich Czerwonka stał się właściwie dysponentem zamku w Malborku, podobnie jak mniejszymi w Sztumie, Tczewie i Gniewie. 
    Krzyżowi na głowie stawali, by jakichbądź pozyskać pieniędzy, a póki co obiecywali Czechom zapłatę w coraz to nowych i więcej odwlekanych terminach. Zaciężni jednak wrychle się między sobą podzielili na dwa obozy, z których jeden, z Szumborskim na czele, skłonny był na krzyżacki grosz czekać i póki co, nadal z Polską wojować, jednak zdobywane zamki i miasta (Chełmno, Brodnica, Golub**) zajmował dla siebie, a nie dla zakonu; wtórzy zaś, Czerwonki za wodza mający, umyślili owych zamków królowi przedać polskiemu, jeno że zażądali tak wiele, że strona polsko-pruska rychło od pertraktacyj odstąpiła, widząc je niemożliwemi do sfinalizowania...
   Rok z okładem owe targi trwały (między latem 1455 a sierpniem 1456) i bynajmniej się z niemi nie kryto; Czerwonka nawet na sejm do Piotrkowa jeździł, by tam być wysłuchanym. Wielki mistrz miał zresztą coraz mniej do powiedzenia; w Malborku był de facto więźniem we własnej sypialni, choć i tej mu żołdacy przetrząsneli, szukając, czy w pościeli jakiego grosiwa nie skrywa... Osobna to niemal epopeja, jak król tych pieniędzy żebrał, zbierał, prosił i kombinował... Od biskupa krakowskiego "ze łzami w oczach" wybłagał sreber kościelnych jako zastawu pożyczki, której nawiasem nigdy nie spłacił, własnych przedał wszelkich drogocenności, od szlachty wydusił sporo za cenę przywilejów cerekwicko-nieszawskich, od Gdańska najwięcej, a i to jako pożyczki za "Wielki Przywilej", który de facto przyszłą tego miasta potęgę i niezależność zbudował, od mieszczan norymberskich, którzy przedali (jak rozumiem okazyjnie) sukno wartości ośmiu tysięcy grzywien polskich, które poszło w poczet należności (w umowie stało, że czwarta część kwoty być może w towarze wypłaconą).
   Pisał o tej sprawie Torlin ongi, którego najwięcej jednak zajmowało, czy miał król nasz do tryumfalnego do Malborka wjazdu moralne prawo, skoro go nie zdobył; pisali i inszy... Mnie w tem zaś najwięcej kwestie zajmują pieniężne, o czem jeszcze pisał będę, ale i epizodzik drobny, z owym czółnem tytułowym związany. Otóż w porozumieniu zawartym 15-16 sierpnia 1456 roku w Toruniu, jedną ze spraw kluczowej wagi było przekazanie najpóźniej do 7 września zaliczki w wysokości 25 tysięcy "guldenów" węgierskich***.   I po tą zaliczkę 4 września przybył do Torunia przedstawiciel Czerwonki, niejaki Hinko z Ledecza, pobrał onych i do Malborka wracał dwoma czółnami najsampierw Wisłą, zasię Nogatem. Pochodzenie onego nieprzypadkowe, bo to Oldrzicha był kuzyn, najwidniej zaufany, skoro do tejże misji posłany... 
   I ów Hinko wracać wracał, aliści nigdy nie wrócił... Już pod Malborkiem jego czółno się zderzyło z przęsłem starego mostu, co rozumiem, że jako jakiej jego podwodnej części i niewidocznej. Piszą****, że się czółno wywróciło i potopiło się sześciu ludzi z Hinkiem na czele i całym pobranym złotem... Imaginujcież sobie, jako się w Malborku na to zaciężnie wściec musieli... Że szukali, to pewna; pewne że i nie znaleźli, boć w dni niewiele potem pisał Czerwonka do Gdańska, że jakoby mięli tam kogo w odnajdywaniu pod wodą potopionych ładunków, to za sowitą nagrodą niechaj takiego do Malborka przyszlą... Czy Gdańsk kogo posłał, nie wiemy, ale nawet jeżeli, to i ten ktoś nic nie wskórał. 
   Ponoś dwa lata później kmiotkowie tameczni złota (i ciała Hinka z Ledecza) znaleźli i Czerwonce, natenczas już staroście malborskiemu z nadania Jagiellończyka, oddali, aliści nie sposób tej historii potwierdzić, a mnie się owa zda nader mało wiarygodną, czego zapewne w części kolejnej wyłuszczę...
   Podług mnie, skarb ów, a przynajmniej jaka jego lwia część w mulistościach Nogatu nadal zalega i jak komu nadto fatygi i kosztu gór i tuneli wpodle Wałbrzycha rozkopywać, może na brzegach Nogatu z łopatką urlop przepędzić, a jak ma jakiego jeszcze i do nurkowania apparatu, a i wykrywacza metali pod wodą działającego, to onego szanse na to, by takowych "goldguldenów" naleźć, wielce rosną:

których, jeśli  tej paginie: https://wcn.pl/eauctions/161124/details/64623
wierzyć, po półczwarta tysiąców złotych polskich spółcześnych onegdaj przedawano...

_____________________
* - legat papieski, Hieronim Lando (autor jednej z tych klątw), nawet usiłował zmajstrować przeciw krajowi naszemu krucjaty!
** - Golub właśnie znakomicie ilustruje ów między Czechami rozłam: 19 września 1460 Szumborski zajął miasto, w znacznej mierze dzięki zdradzie części mieszczan, ale zamku, bronionego przez Andrzeja Puszkarza i podległą mu załogę, nie zdobył i taki stan trwał niemal dwa lata, gdy miasta nie odbił... Oldrzich Czerwonka, teraz już z ramienia króla polskiego, który mu tegoż Golubia nawiasem nadał wrychle po dobiciu targu w sprawie Malborka i inszych fortalicyj.
*** - dałem owe guldeny w cudzysłów, bo dla mnie to pomieszanie z poplątaniem. Wszyscy wprawdzie o owych guldenach piszą, ale przekonany jestem, że idzie o dukaty lub, jak kto woli, floreny. Floreny i dukaty narodziły się w Italii jako odpowiedź miast włoskich na pojawiającą się potrzebę obsłużenia coraz większych transakcji coraz i bardziej wartościowym (a więc złotym) pieniądzem. Zaczęła Florencja przepięknie grawerowanymi monetami z herbem miasta, czyli lilią, co prostaczkowie rozumieli jako kwiat (fiorino) i to dla tego elementu, a nie dla nazwy grodu, ów pieniądz został florenem. Dukaty bić zaczęła Wenecja po 1284 roku, czyli w jakieś półtora wieku po Florencji, ale podług tejże samej zasady, czyli że obie ważą po 3,5 grama złota i obie wartać miały tyle, co karoliński funt denarów srebrnych. Miano zaś dukata się powzięło z sentencji łacińskiej, którą Wenecjany tłoczyły na obwodzie: Sit tibi, Christe, datus, quem tu regis iste ducatus (Niechaj ci, Chryste, będzie oddane to księstwo, którym rządzisz).Obie monety przyjęły się w całej Europie i traktowano je wymiennie i obie się nawet mniej więcej równo deprecjonowały: w Polsce za Łokietka wartały po 14 groszy, a za Olbrachta już groszy 30 w zasadzie były już pieniądzem mitycznym, bo wyparł je, równowarty im, czerwony złoty polski, czy jak kto woli złoty lub czerwoniec.
Od nazwy florena pochodzą zarówno węgierskie forinty, jak i… gulden właśnie, tyle że holenderski…:) Pierwotnie bowiem w Niderlandach tą monetę zwano „Gouden Florijn” (Złoty Floren). Ale na Węgrzech operowano jeszcze długo, długo florenami i gulden tam jako jednostka monetarna pojawiła się dopiero z przejęciem ziem węgierskich we władztwo cesarzy, a i to dopiero jako następstwo talara (a pierwszego talara wybito bodaj w 1519 roku). Tak czy siak, zarówno talar jak i gulden austriacki, czy później austro-węgierski był pieniądzem SREBRNYM i już choćby z tej racji nie może być z florenem tożsamym (choć bijący je władcy bardzo by tego chcieli, czego dowodem są bite na guldenach austriackich literki FL).
   Jak dla mnie to najprawdopodobniejsze jest traktowanie w artykułach rzecz opisujących dość swobodnie przeliczenia wartości florenów via talar na znacznie późniejsze guldeny, zapewne dla zobrazowania czytelnikowi XIX-wiecznemu wielkości omawianej kwoty (podobnie jak się to dziś czyni, przeliczając dzisiejszemu widzowi, czy czytelnikowi, wartość antycznych czy średniowiecznych skarbów na współczesne dolary). 

**** - „Geschichte von wegen eines Bundes” anonimowego XV-wiecznego kronikarza.

01 stycznia, 2018

W remanentach siedząc...

  Ano, jako już i lwia część z Was wie, a część już i, nolens volens, się przeniosła w przyjaźniejsze od onetowych strony, tako i ja się k'temu powoli sposobię z mojem dawnym blogiem, na Onecie właśnie poczętym i tam okrzepłym, zanim nas owo ladaco nie przegnało przed laty... Sposobiąc się zaś, co i rusz odkrywam jakich drobinek, czy i całkiem poważnych kwestyj, których poniemału tutaj przywoływać przyjdzie, iżby nie przepadły ze szczętem. Tekstu, którego dziś przywołać pragnę, sprowokowało przed laty cosi na kształt ankiety, której onetowy redaktor rozesłał do nas, blogerów kilku, których złączył cokolwiek sztucznie w jaką grupę opisywaną i rekomendowaną jako "Współcześni Sarmaci". Linku z tem tytułem, w tekście mojem * zawartego, nie ma jednak po co używać, bo ów tekst już nie istnieje, a mnie jeno pożałować, żem go w swoim czasie nie skopiował...
   Do owej grupy ów redaktor policzył okrom mnie jeszczeć i Pana Brata, którego przedsięwzięcie, cięgiem jeszcze w linkach moich obecne, nieczynnem jest i porzuconem bez wieści od lat wielu, a że autor, ongi mi i druh, z którym żeśmy siła maili pomieniali, od lat na moje nie odpowiadał, to i po prawdzie lękam ja się tu najgorszego... Trzecim być miał Jmość Keraunos, którego przedsięwzięcie wciąż żyje i po dawnemu jest niezwyczajnie hermetyczne, chociaż Autor już z rzadka pisze tam łaciną czystą, a więcej jednak się mową nam bawi współcześną...
  "Najmniejszej w tej mierze przewiny nie zarzucam ja Redaktorowi Jegomości tegoż o nas (o Panu Bracie, Imci Keraunosie i mnie) artykułu, co się był onegdaj na paginie pryncypalnej (nie pryncypialnej!!!) Onetu pojawił sub titulo "Współcześni Sarmaci", że się rzecz nieuchronnemi skrótami skończyła, co i myśl może naszą wypacza niekiedy...
   Wdzięczny Onetowi za onąż promocyją, przecie na pytań Imci Redaktora, żem się wypisał niczem jaki skryba dawniejszy, za opłatą ludziom epistoły piszący i od wiersza liczący, z czego się może zdań trzech uchowało w całości. Furda tam kwestyje najprostsze, furda, że mię nie pytał o lata, a potem odmłodził sielnie, za cóż, jak słusznie Vulpian przedkłada, jenom wdzięczen być winien:)... Furda i że mię tam bakałarzem nominowano, którem już z lat będzie dwadzieścia, jak nie jestem... Gorzej już i krzynę, że artykuł celowi założonemu miał służyć, a ten jeno wkoło Sarmatów i szlachty krążył, temuż przepadło, com przedkładał, żem nieherbowy i że nie jeno nad dworem dawniejszym się pochylam, ale i nad kuźniami, warsztatami, browarami, a nade wszytko nad włościanami...
   Dwóch jednak kwestyj przez Imci Redaktora stawianych podarować nie podaruję, bo mi się te rzeczy nadto ważkie widzą, temuż na skromną swoją miarę umyśliłem tu i pytania przytoczyć, zasię responsu mojego...
 "Pytanie 7. Co jest pociągającego w kulturze staropolskiej w porównaniu z polską kulturą współczesną?"
"Ad.7 Ano rzecz najpierwsza to bogactwo niemałe onejże, a to za tąż przyczyną, żeśmy się w nijakich nie okopywali szańczykach wpodle polskości rzkomej, że to już co kto tam z obca zabałakał, tak my już i nos zatykaj, bo nam śmierdzi... Przeciwnie, przyszedł Turczyn z rzędem i strojem swojem, to się go i bijało, aliści strój się wydał foremny, to i bez pół będzie z Oryjentu wziętem, to co się do dziś strojem staropolskiem zdaje. Szable, karabele, karaceny wszytko to przecie z obcej ongi powzięte jest sztuki. Jeszczeć i tego najwięcej w mowie poznać, w języku tak bogatem, tak dźwięcznem, tak wymownem, że to i dziś urzeka muzyką swoją.. Znaszże, Acan, jaką nacyją inszą, co by się po dziś dzień pospolicie w tekstach lubowała, co ustawicznie w słowie pełną garścią o parę wieków wstecz sięgają? I nie o jednem ja Sienkiewiczu prawię, boć owego jeszcze i szkoły wymagają.... Ale przymusza kto Sapkowskiego czytać, Baniewicza wczesnego, Komudy, Forysia? Że o swoich Lectorów gromadce wiernej nie przepomnę... W czem tych autorów spomnianych ta siła, co Czytaczom każe grosza supłać z kalety niemałego na onych xięgi? Ano pewnie, że w koncepcie własnem, piórze zacnem i wymownem, aliści bez językowej, mniej lub więcej udatnej stylizacyi wszytko to by psu się nie zdało na budę! Pewno, że ten język o każdem niemal czasie miał i swoich Miodków, i Bralczyków, co o jego czystość stali upornie i łajali srodze za onegoż kalanie, przecie w tem, że tu co dźwięcznego się od Madziarów powzięło, ówdzie co od Niemiaszków, od Tatarów zasię luboż i Wołochów toć przecie, co po wiekach widzim, mowie nie szkodowało wcale, a owszem owa się cięgiem rodziła de novo... Cięgiem żywa, co obcości łykała jak Zagłoba kołduny i nijakiej to onej nie czyniło po kiszkach dystrakcji! Zdrowy to był organizm, bujny a krzepki, to cóż mu tam miało zaszkodzić parę łyków niemczyzny, czy łacińskiego dekoktu... To i dziś może otuchą napawa, że przełkniemy i my... i daruj Waszmość verbum niepolityczne: wysramy i my tych nowinek angielszczyzną podszytych... I jest rzecz dziś znamienna, że się mowy naszej ten jeno ninie z obcych uczy, co tu dla jakich zamyśla bywać interessów, luboż i za affektem miłośnem może... Na palcach tych zliczyć, co ich ta dzisiejsza polszczyzna urzekła i temuż onej się akomodują radzi. A dawniejszej? Słuchał jej i czytał każdy rad dla niezwyczajnej urody, o co przecie do dziś najsążnistsze Litwinów i Rusinów żale, żeśmy im całą szlachtę ichniejszą na swój przekabacili sznyt. A to się przecie działo nie pod szablą, czy pod groźbą jaką naszą, jeno owi więcej radzi byli polszczyzny, boć ona dla nich polor znaczyła... A w czas smutny, gdyśmy już i postradali ojczyzny, małoż to nasłanych od Wiednia i Berlina czynowników się w drugiem, czy trzeciem pokoleniu pisało Polakami? I przecie nie dla kariery, czy dla profitu jakiego... Ot, urzekła ich mowa, urzekli ludzie... więcej widać od swojaków milsi...
  Pytasz mię, Waszmość, w czem też owa nad naszą dziś by kulturą górowała może? Ano najwięcej w tem, że tamta czego by się nie jęła, wraz tego przetworzyła po swojemu i we wszytkiem swego nadała rytu, czegom na dzieła bacząc dzisiejsze cależ nie tak pewny. A i co mi się jeszczeć tego pryncypalniejszem zdaje, to to, że czego dziś nie baczę, wraz mam ja poczucia, że autorowie jakiemi kompleksami podszyci, ustawicznie dowodzić probują, żeśmy od reszty świata nie gorsi, aliści przez to właśnie ustawiczne tegoż dowodzenie, ustawicznie też i te kompleksa sami przytwierdzają i gruntują... A takież myślenie u Polaka XVI, XVII-wiecznego było zgoła nie do pojęcia! Ów się w niczem nie czuł gorszym od nacyj ościennych, ba!... częstokroć może i lepszym, tedy najmniejszego by nie miał powodu, by z jakiemi kompleksami wojować... Insza, czegom też i wielekroć dowodził, nie miał on po temu nijakiej przyczyny, by się miał stydać czego..." 
 "Pytanie 8. Czego możemy nauczyć się od szlachty polskiej?"
"Ad.8 Długom nad tem dumał pytaniem, bo najpierwszego by się prosiło dopytać: „A od której to szlachty?” Bo raz, że owa nigdy nie monolit jaki, to i od każdego by czego zapożyczył inszego, aleć co najpryncypalniejsze: przez tych wieków parę, co pokoleń kilka onej się odmieniały przecie i poglądy, i pryncypia... Wierę ja, że jeśli na to brać, to rówieśnikowi Reja i Kochanowskiego bliżej by może duchem było do ziemianina z Międzywojnia, niźli do prapraprapraprapraprawnuka własnego, co mu przyszło w czasach żyć saskich! I jakobyśmy tak dzielić mięli, to bym może rzekł, że od tych szesnastowiecznych nobiles iście byśmy się uczyć mogli poczucia za kraj odpowiedzialności i troski głębokiej o interes publiczny, gdzie statystom dzisiejszym nawet tego nie dostaje, boć onym ów Radziwiłł postaw sukna szarpiący bliższy...
  Ale żem się i zżymał krzynę, bom dzielić tak nie chciał, a universum żem nijakiego początkiem znaleźć dla epok tak różnych nie umiał, przy tem nie chciał żem ja komunałów pleść o patryjotyźmie, Bogu i Ojczyźnie, bo tem niech sobie tężsi w tem dziele gęby wycierają... Znam ja, że nie masz przecie pytań durnych, są jeno durne odpowiedzi, ale żem ja takowej dojrzeć nie umiał, to nie powiem, że tam i na Waści głowę jakie się nie posypały gromy, bo Wachmistrz gorączka...:))
   Aliści olśniło nareście, najpewniej za przyczyną dwójniaczku wielce grzecznego, co to na względzie mając modus Imci Onufrego, jakoż tego oleum do głowy nalewać wypadnie, pijam rad, jako kompanija i sakiewka pozwoli... I bym co miał mianownikiem oznaczyć prze te wieki pospólnym, to by to jedno było słowo: profesjonalizm!
    Tak, tak! Czego by przecie o tej nie rozpowiadać szlachcie, to czy się owi wpodle folwarków trudzili swoich, czy się najmowali do tejże u możniejszych roboty, starczy poradników ówcześnych gospodarskich przepatrzyć, Haura, Zawackiego czy inszych, by pomiarkować, jak wielkiej a obfitej wiedzy był tem, co tem wszystkiem zarządzał! Spraw polowych pewno, że i włościanin każdy się wyuczy z latami i experiencyi nabędzie, przecie sprawy folwarku to nie jeno kiedy siać, a żniwo czynić kiedy... To i o pszczołach wiedza, a i o stawach, to i o rynku, kiedy i jak przedawać, a kupować czego... Może nam się i zdawać, że Mistrz z Czarnolasu jeno pod lipą siedział, rymy składał i węgrzynem zapijał, aliści ów się niechybnie nieraz i do nocy za sprawami gospodarskiemi natrudził! Taki folwark to przecie nic inszego jeno firma niemała, gdzie fachowców jest wielu i gdzie się może oracz na swojej jeno wyznawać robocie, a smolarz na swojej, aleć ów jegomość nad niemi wszystkiemi i znać się winien na wszystkiem i wszystkiego umieć ogarnąć!
   Weźmyż, że onemu rola niemiła i jako to pisał Pasek nie od tego on, „żeby w domu kury sadził, a kanię od kurcząt odganiał” i jął się jaki taki wojskowego rzemiosła, to tu takoż nam najwięcej ich za profesyjonalizm cenić. Zachwycają się dziś liczni husaryją naszą, a jakież to wojsko cudne, niby malowane, a szum tych husarskich skrzydeł za całą wiedzę starczy, że już ani wnika w to, żeśmy bodaj najpierwsi tego dokonali, by wojska trzymać małego, aliści ono, że za wszystko nastarczyć musiało, tak się w tem rzemiośle edukowało pięknie, że śmiało byśmy owych towarzyszy mogli ze spółcześnemi równać komandosami! Któż wie o tem, wieleż pracy kosztowało takiej usarskiej chorągwi ćwiczenie? Któż wie o tem, że niektórych zwrotów szyku i fortelów przy szarży się okrom naszej, nijaka się nie wyuczyła we wszem świecie jazda aż do napoleońskiej doby, gdzie już po husarzach ani pył po gościńcach nie został? Któż wie, wieleż lat się konia husarskiego szkoliło? A przecie z usarzami to jako z ta górą lodową, co jej sądzimy jeno po tem co widzim, czyli tej co nad wodą części... Okrom usarzów byli i towarzysze pancerni, cależ tamtych nie gorsi, jeno mniej zasobni; byli nareście i służący w lekkiej jeździe jeno z miana wołoskiej, czy kozackiej i insi, co też nie sroce spod ogona... Słowem, by chcieć czego za wzór dawać, to właśnie owych, co to może i po karczmach popijali luboż i po dworach swoich, może i dziewki psowali folwarczne, może ta i jeden z drugim miał jeszcze i za co insze Boga przebaczenia prosić, aliści jako przyszło się każdemu brać do roboty i czynności swoich, to daj nam Boże i dziś mieć takich od wszystkiego fachowców..."
________________________________________
* - oryginalny ów tekst ukazał się na dawnem mem blogu sub die 27 Decembrii Anno Domini 2009, zatem jeśli komu ciekawo go czas jeszcze jaki móc ujrzeć z komentarzami pospołu, tutaj go najdzie:
zasię pars wtóra:

31 grudnia, 2017

Obyście...

Wszytcy w zdrowiu jak najlepszym tego roku odchodzącego żegnali, jedni z żalem i na rok nowy z nadzieją, insi, jako i ja nawet i może z myślą, by przepadł precz i oby się taki długo nie przydarzył... Ci, których stać jeszcze na jakie nadzieje in futuram pokładane, onym życzę by się ziściły... A wszytkim by ten nadchodzący nowy nie przycisnął nas tak, żebyśmy i za starym nie zatęsknili, jako za tym, co wcale nie był taki zły... I z tym optymistycznym akcentem etc.etc... kłaniam nisko, za zdrowie i pomyślność przepijając Waszą...

               

30 grudnia, 2017

O brnięciu przez wspominki...

które to dopadły mnie nieuchronnie, jakem brodził przez czeluści dawnego mego bloga, na onecie jeszcze tkwiącego, którego podobnie jak i niemałej części z Was, przychodzi ninie pora przenosić, by na zmarnowanie nie poszedł tak mój trud, jak i Waszych i Waszych poprzedników myśli i uwagi...
   A skorośmy przy tem, to słów paru bym poświęcić pragnął takim, co to już nie przeniosą, nie zadbają o swoje dawne blogi, czasem porzucone ze zniechęceniem, a czasem osierocone, jako te psiny nieszczęsne, co miesiącami swoich pań i panów odeszłych na niebiańskie spacerniki, wyglądają...
   Jednym z takich, ongi mi bliskich miejsc, a i dziś nostalgiję budzących był blog "Na padoku", przez dwie prowadzony niewiasty, młodszą Karminę, stajnię na Uznamie czy tam Wolinie prowadzącą i starszą, Panią Teresę Szydłowską, szerzej ongi znaną jako Babka z Gdyni, z którą mi się wielekroć więcej skamracić przyszło, nie jeno dla końskich zamiłowań, ale i dla mnóstwa pospólnych znajomych, podobnych experiencyj i zainteresowań, nareście dla Onej zasług w niepowszednim dziele odtwarzania przepadłych w zawierusze wojennej kopii dawniejszych krzyżackich chorągwi, pod Grunwaldem zdobytych, opisanych w "Banderia Prutenorum" i na Wawelu zawieszonych.
   Rozeszły się gdzie w zawierusze poprzedniej z Onetu emigracji drogi nasze i grubo po czasie żem wieści powziął, że Pani Teresy nie masz już wśród nas:

   A mnie, po niezapomnianej Babce z Gdyni pozostało jeszcze jedno, niezwykle osobiste wspomnienie: nota, której Ona mnie poświęciał, a której po niemałej rozterce, czy to aby nie nadmierna mną kieruje megalomania, umyśliłem tutaj wkleić, miarkując, że link będzie jeno chwilowy i że miejsce to całe zniknie niebawem, a ja stracę tą możność czytania tych słów, które w chwilach zwątpienia przywracają człekowi wiarę w sens tego, co czyni...

Wachmistrz

 czyli perły wydobyte z lamusa
Blogów mamy w sieci pod dostatkiem, politycznych, rozrywkowych, wyznaniowych, a nawet jak donosi prasa sponsorowanych przez rządy innych krajów. Jest to kopalnia wiedzy o ludziach, piszących i komentujących.
 Ale blog naszego Wachmistrza to perełka, wśród tych, które zdarzało mi się czytać (Jedne z uznaniem, inne ze wstrętem i te omijam szerokim łukiem, choćby tylko by autorowi, któremu jest wszystko jedno kto i co u niego pisze nie napędzać „statystyki”)
Wachmistrzowe pogderanki „to kopalnia wiedzy historycznej, okraszonej dowcipem i piękną, staropolską mową. Kryteria odwiedzania blogu są klarowne, toteż u Wachmistrza „bywają” koneserzy spragnieni poszerzenia swojej wiedzy historycznej, popartej solidną dokumentacją, ale i odbycia swoistego seansu, przyprawionego ze swadą odrobiną „pieprzu”.
Rychło dopytaliśmy się współznajomków, zarówno w okolicy, gdzie nasz Wachmistrz działa i pracuje, jak i nawet takich zabawnych wydarzeń, jak skrzyżowanie naszych dróg w Zimę stulecia, o czem pisałam, a Wachmistrz komentował.
Zdarzają nam się i spory, jak w wypadku słynnych „Organów” W. Hasiora na Snożce, ale i tak dobrze się porozumiewamy mimo różnicy zdań.
To Wachmistrz na naszej stronie Gth. prostował moje nieścisłości dotyczące Rtm. Wołoszowskiego, za co bardzo wdzięczna jestem, a Prezes osobiście dziękował.
Będąc z zamiłowania historykiem – Wachmistrz wydobędzie spod ziemi wszelką wiedzę na każdy podjęty temat. Jest rannym ptaszkiem z naturą skowronka.
Nie ruszy do pracy, nim nie odpowie na komentarze, dorzuci poszerzającego temat linka. Ma też rubrykę swoistego staropolskiego poradnictwa, z której przyznaję często korzystam.
Dowcip w postach Wachmistrza, aż się skrzy! Jak w opowiadaniu przedświątecznym, kiedy to nabyta na Gwiazdkę choinka nagle zmniejszyła obszerny dom Wachmistrza.
Jest też wiernym i lojalnym przyjacielem swoich gości, dość powiedzieć że i zmagania z nieuleczalną chorobą blogowemu przyjacielowi nie przeszkodziły w kontakcie z autorem do ostatniej chwili. Piękny to dowód, że Wachmistrz czule przyjaźnie pielęgnuje.
 T.Sz. 24.03.09








KATEGORIE: Na padoku

8 Komentarze

  1. wachmistrz@poczta.onet.pl
    27 marca 2009 o 12:02
    Toż to hagiografia jaka, nie recenzyja:))) Tylko patrzeć, jak poczną procesu beatyfikacyjnego, a wtedy tom przepadł, bo i słów grubych zaniechać wypadnie, do piwniczki się jeno po zmroku przekradać i o dzierlatkach przepomnieć…:)) Miłe Gospodynie, baczcież że nawet moja próżność ma swej miary:) Co bym jeno dopowiedzieć pragnął, to primo, żem nijakich nikomu nie naznaczał cenzusów ni kształcenia, ni inszych, temuż nic mi o żadnych nie wiadomo kryteryach, co bo komu wstępu do „Pogderanek” broniły… Nie masz tam tedy, że z szabliną jaką w progu stoję i przychodzących na zdrowiu, czy substancyjej szkoduję, jako jakich nie spełniają „kryteryjów”:))… Przeciwnie: rad żem każdemu, komu ochota owe pogderanki nawiedzić, tusząc, że każdy co dla siebie najdzie… Przestrzegam jedynie, że mowa moja nie jako apostolska „tak, tak, nie, nie”, a po sarmacku zakręcona i czasem iście wywinięta, że nie wiesz gdzie onemu smoku początek, gdzie koniec…:) Secundo, co prostować przyjdzie, to że choć iście ranne mi godziny najmilsze, to czem mi ostatnio później wracać przychodzi i łeb skołatany do podusi złożyć, tem rankiem wstać ciężej, temuż żem już nieraz przewinił srodze, bez onych tak wychwalanych responsów rankiem spraw ostawiwszy…:(( Domostwa też mi obszernego szukać na posesyi zeszło krzynę, nimem wymiarkował, że zapewne o chatynkę moją idzie, co sprostować się godzi, że obszerna ona jeno temu, kto sam w jakiem kurniku pomieszkuje, a sam znam moc domostw takich, przy których moje by za psią budę może się uchowało… Maćka Świętej Pamięci zaś, choć żem iście przez bloga poznał był, przecie insze też nas i złączyły sprawy, a że i ów w komitywie naszej widno nie same jeno widział przykrości, to i stąd ta nasza amicycja, co w tem przypadku się iście do grobowej okazała deski… Kłaniam nisko, raz jeszcze za słowa tak miłe obligowany:)
    • ~Babka z Gdyni
      27 marca 2009 o 14:59
      Prostoduszność moja, albo i naiwność- nie są to najgorsze cechy ludzkie Wachmistrzu! ;-)Tak opisałam, jak czytam i widzę na ekranie.Inny by może splendoru więcej dodał,albo rewerencji, ale Waść młody jesteś, to i psuć nie uchodzi,żeby z bombelkami nie uciekło co u Wachmistrza najwartościowsze.A pracy ponad miarę Wachmistrzowi życzę, póki ona jest lepiej, lub gorzej płatna zawszeć to wartość bezcenna.Nieraz się martwię o Waścinych rówieśników, czy też wszystkim tej pracy starcza.Serdecznie pozdrawiam z Gdyni.
  2. pinukel@op.pl
    28 marca 2009 o 13:36
    dzięki…weszłam sobie na bloga owego Waćpana….faktycznie przemiły blogas….ppozdrawiam serdeczniegramik
    • pinukel@op.pl
      28 marca 2009 o 13:50
      swoja droga dobrze by b ylo poczytac tego blogasa wiecej,…a nie tylko w Twoich komentarzach…..
    • ~Babka z Gdyni
      28 marca 2009 o 18:27
      Pinukel, to nie „blogasek” to porządny i bardzo dobrze merytorycznie przygotowany blog mówiący nie tylko o historii oręża, ale i o obyczajach naszych przodków, o czym, albo nie wiemy, albo nas nie uczono.Wypełnia tę lukę.Naturalnie dla miłośników historii.Pozdrawim wszystkich.
  3. Ekhm co ja widzę? Peon jakiś pochwalny czy mi się zdaje?;>;P
    • ~Babka z Gdyni
      28 marca 2009 o 18:22
      Zdarza się Pegaso, bo i jest to chwalebny wyjątek.Moze nie pean, ale wyraziłam swoje uwagi,a w dodatku Wachmistrz na koniach się zna, sam ma konia, już nie powiem,że w historii jeździectwa jest bardzo dobrze obeznany.Czytam Go zawsze z prawdziwą przyjemnością, bo o wielu sprawach nie wiedziałam.Nie zamierzam wykładać swoich racji, ale wydaje mi się,że człek całe życie się uczy, a w historii oręża polskiego (opócz czasów Króla Jagiełły) mam spore braki.



Treść komentarza *



   

23 grudnia, 2017

Wszytkim Wam Zdrowia i Spokoju w Bliskich najchętniej gronie...

  ...a komu by jeszcze i czas posłużył, a miło byłoby inszych spomnieć tradycyj czy obyczajów, to ku dawniejszym się notom moim tejże materyi poświęconym pokwapić się może. I tak "O obyczajach wigilijnych" żem już ongi raz pisał, co dziś widzę, że jeno krótkiemi było do tematu wstępem, któregośmy rozszerzali tutaj, gdzieśmy między inszemi o psotach wigilijnych pisali i o ściganiu się włościan na pasterkę spieszących... Tutaj żesmy cytacikiem obszernem z JMci Xiędza Kitowicza się sparłszy, o jasełkach pisali, a własną ręką zaś kolędników dawniejszych żeśmy jeszcze i tutaj opisali, oryginalne przy tej wojnie klechów z kolędnikami kolędnicze podziękowanie z roku 1615 podając. Zasię żem Lectorom Miłym starodawnych góralskich składał życzeń "Na scynście, na zdrowie..."Tutaj zasię żem własnej był alteracyi swej dał upust na durnotę ogólnonarodową, mniemającą karpia na wigilijnym stole mieć za obyczaj staropolski... Za okazyją, jako komu tego karpia, ryby dawniej rzadkiej i jeno na pański stół dawanej, chcieć prawdziwie po staropolsku na stół serwować, nie zaś jak leda kotleta schabowego na patelniej osmażonego, to tu ma przepisu na "Karpia po polsku w sosie szarym"... Ongi żeśmy roku minionego notą "O kradzieżach noworocznych" kończyli, dawniejszego tam a dziś przepomnianego cale obyczaju opisanie po krótkości ująwszy... Tutaj zasię, cytacikiem z Wincentego Pola się wsparłszy, żem prawdziwego znaczenia krzeseł pustych stawianych przy stole tłomaczył, tradycją dawniejszą i przedziwną mieszkulancją pogaństwa z krześcijaństwem będącą, aby onych mieć dla duchów...:)
   Nastroju odmieniwszy, bym jeszcze chciał wspomnieć przecudnej urody, choć smutną wielce "Kolędę ułańską" pióra Imci Minkiewicza.
   Was wszytkich przebaczenia proszę, żem dla turbacyj niezwyczajnych i czasu okrutnego niedostatku (tak wiem, że się tak nieledwie rokrocznie tłomaczę, aliści turbacyj los mi prawdziwie nie skąpi, a żem i nie coraz młodszy, to i może temuż z niemi coraz i gorzej sobie radzę...), żem Was nie ponawiedzał z osobna i każdemu życzeń, choć w cząstce tak cudnych, jakich mi szlecie wszelkiemi sposobami, nie rewanżował, w czem zresztą nie dopomagają coraz i liczniejsze, przez onet ladaco wymuszone, przeprowadzki Wasze... Póki co: niechaj Wam te Święta w rodzinnych, daj Boże, gronach spędzane, będą chwilą wytchnienia i spokoju... A jak się uda to i radości wszelkiej możebnej, a i we zdrowiu niechaj to wszytko się odprawuje... Czego Wam, jako i sobie samemu, życzy, nim pójdzie na te pokojowe święta mordować, kto co tam jest do zamordowania, siec, kto co jest do usieczenia, tłuc, kto co jest do utłuczenia i dusić, kto co tam jest do uduszenia...
              kłaniający się nisko
                                     Wachmistrz

17 grudnia, 2017

Jeszczeć o niegodziwościach listopadowych, czyli wielkiego odwrotu spod Moskwy szczegółów przygarstek...III

   Jakeśmy to w częściach uprzednich (I, II) wyłożyli, rzecz, choć wielce z zimą okrutną kojarzona, przecie od początku do niemal końca (czyli przekroczenia Berezyny)*, się w listopadzie zamknęła, miesiącu, który w Polszcze się więcej z pluchą niemiłą i wszystkich już liści opadem kojarzy, niźli z zamarzaniem na mrozie...
   Biograf marszałka Ney'a, Roman Bielecki, w odniesieniu do tego, co się przy przeprawach na Berezynie zdarzyło, napisał: "Nigdy jeszcze w jednym miejscu i czasie nie nagromadziło się tyle bohaterstwa i tchórzostwa, cierpień i poświęcenia, współczucia i dobroci dla bliźniego, a równocześnie podłości i samolubstwa." Pomijając moja ustawiczną skłonność do polemizowania, gdy słówko "nigdy" słyszę, to skłonny byłbym się z temi słowami zgodzić, ale i rozciągnąć je w czasie na cały ten nieszczęśny spod Moskwy odwrót...
  Historia adiutanta Davouta, pułkownika Kobylińskiego, rannego pod Małojarosławcem jest właśnie na istnienie tej pięknej strony ludzkiej natury dowodem. Marszałek poruczył rannego pewnej kompanii grenadierów z rozkazem zaopiekowania się nim, ale i z prośbą, by go, niezależnie od cyrkumstancyj, których im cierpieć przyjdzie, nie porzucali... Nieśli go na noszach, owiniętego kocami, zmieniając się w tem trudzie, na postojach zaś doglądając i karmiąc, choć sami ledwo co mieli do gęby włożyć. Ginęli i marli, ale wciąż nieśli rannego, nawet i wtedy, gdy ów sam ich błagał, by go porzucili i ratowali siebie... Ostatni żywy z tej kompanii grenadier samojeden owe nosze z cierpiącym pułkownikiem dociągnął do Wilna...
   A równocześnie działy się rzeczy, któreśmy już w części pierwszej za pamiętnikami Jakoba Walteran spominali, który pisał o potworzonych grupkach, które tylko o siebie dbały, walcząc w nieludzki sposób z innymi o byt i przetrwanie... Spominaliśmy los koni, które masowo ginąc, czas jakiś przedłużały jeszcze agonię ludzi, choć onych mięso częstokroć ciężko było uwarzyć, czy upiec, przy braku opału, lub odważnych do zbierania go wobec uwijających się wkoło Kozaków. Kapitan woltyżerów Charles Francois wspominał, że jadał "mięso końskie na wpół dogotowane, i to w taki sposób, że od brody po kolana bywałem ochlapany tłuszczem i krwią (...) Widziałem żołnierzy, jak klęcząc lub siedząc w pobliżu szałasów wgryzali się w końskie mięso niczym wygłodniałe wilki." Owo mięso, a po jego skończeniu się, powszechnie warzony "kleik Spartanina"** , zapijany wodą z topionego śniegu, nieuchronnie prowadził u wielu do dyzenterii, która zabijała żołnierzy Wielkiej Armii jeszcze bardziej skutecznie od kul i kartaczy, choć zapewne ustępowała w liczbie ofiar grypie, którą przywlekli służący w rosyjskich oddziałach Baszkirzy i Kałmucy. Dla osłabionych i wycieńczonych organizmów, dodatkiem zupełnie nieodpornych na nieznaną chorobę, skutki były takie, jak dla Indian amerykańskich zawleczenie im naszych chorób przez konkwistadorów...
  Choć znów przyznać przyjdzie, że owa grypa, czy kule nie odzierała tak bezlitośnie swych ofiar z godności. Kamerdyner Napoleona, Constant, wspomina widok całej kolumny takich nieszczęśników:
   "Jej [dyzenterii-Wachm.] ofiary obnosiły się ze swoimi straszliwymi szkieletami pokrytymi wysuszoną i siną skórą. Nagość tych nieszczęśników, którzy musieli zatrzymywać się co krok, była najbardziej przerażającym obrazem, jaki mogła nam ukazać śmierć. Inni, prawie sami kawalerzyści, zgubiwszy lub spaliwszy przy ogniskach buty***, szli teraz z gołymi nogami. Zamarznięta skóra i obumarłe mięśnie złuszczały się jak kolejne warstwy wosku. Kości były odsłonięte, a tymczasowy brak wrażliwości na jakikolwiek ból podtrzymywał w nich płonne nadzieje na ponowne zobaczenie domu rodzinnego."
  Inny oficer, major Leroy, wspominał "kilku żołnierzy i oficerów niezdolnych do zapięcia spodni. Ja sam pomogłem jednemu z tych nieszczęśników włożyć z powrotem jego przyrodzenie i zapiąć guziki. Płakał jak dziecko. Na własne oczy widziałem jak pewien major zrobił dziurę w siedzeniu spodni, żeby nie musiał się rozbierać, by sobie ulżyć. Nie był zresztą jedynym, który zastosował tak odrażające środki ostrożności."
 Roman Sołtyk, ongi bohater spod Raszyna, zanotował ze zgrozą, do czego żołnierzy doprowadzały warunki i cierpienia, które znosić musieli. Widział on "żołnierzy otumanionych, czy raczej upojonych panującym zimnem niczym alkoholem, jak rzucają się twarzą w ognisko i giną w płomieniach, podczas gdy ich kompanionom nawet nie przyjdzie do głowy, aby ich wyciągnąć." Inni strzelali sobie w głowę, lub prosili o to kolegów, a czasem ruszali do samotnej walki z Kozakami, by zginąć w boju, co nie zawsze było im dane, bo ci okrutnicy nie wojowali, jeśli naprawdę nie musieli, a pochwyconych najczęściej rozdziewali do goła i pozostawiali na mrozie.
   I tak ta, bardziej gromada nieszczęśnych potępieńców, niźli armia, dobrnęła do Berezyny, granicznej ówcześnie rzeczułki Wielkiego Księstwa Litewskiego, nawet i niegłębokiej, aliści w zwykłym czasie szerokiej okrutnie, a w tamtych dniach dodatkiem jeszcze, poprzez nagłą, a krótkotrwałą odwilż, więcej i jeszcze szkodą podtopieniami i połamaną w kry pokrywą lodową, po której przejść było nie sposób, a przepłynąć czy nawet i przejść po dnie, niepodobieństwem tak przez wodę zabójczo lodowatą, jak i przez owe kry na ludzi napierające, miażdżące ich i przytapiające... Miałżem ja w zamiarze onej przy Berezynie batalii, jako i samej przeprawy, opisać w części ostatniej, aliści zważywszy na okropieństwo i przykrość niewymowną, którą tym cyklem sprawiam Lectorom, nie wiem zali się na to odważę...
_______________________
* - do Wilna, co by można za kres tej wyprawy uznać, dobrnięto pod koniec pierwszej grudnia dekady. 
** - "Najpierw roztop trochę śniegu, pamiętając, że musisz zużyć go dość dużo, by uzyskać niewielką ilość wody; potem rozmieszaj w niej mąkę; następnie , wobec braku tłuszczu, wrzuć trochę smaru do osi, a wobec braku soli, odrobinę prochu. Podawaj na gorąco..."
*** - mechanizm takiego nieszczęścia był stosunkowo prosty; odmrażanie kończyn to efekt swoistego odcinania przez organizm krążenia krwi od części, które z punktu widzenia organizmu stają się nieefektywne i uciążliwe. W efekcie wielu żołnierzy usiłowały zagrzać zgrabiałe i zamarzające kończyny trzymając je możliwie najbliżej ognia, a gdy zasypiali lub tracili przytomność, nie kontrolowali tego, gdy zaczynały im się palić buty. W latach trzydziestych i czterdziestych we Francji weteranów spod Moskwy poznawano po charakterystycznym, kaczkowatym chodzie, którego nabywali po amputacji dużych palców u stóp, najczęściej padających pierwszą odmrożenia ofiarą.