29 września, 2016

Declaratio Wachmistri...

Oświadcza się niniejszym dla wszytkich pospołu i każdemu z osobna, iże rzeczony produkt:

https://www.alma24.pl/swieze/wedliny-na-wage-sr/kielbasa-wachmistrza-wieprzowodrobiowa

nic pospólnego ni z Osobą, ni z czemkolwiek, co by się Wachmistrzowej mogło tyczyć własności, konceptu czy roboty... NIE MA! Tandem każden jako pożywać pragnie, na własne tegoż hazardu będzie czynił ryzyko i wszelkie szarganie Wachmistrzowego imienia luboż i zamysły o pozywaniu Go przed sądy w skutku jakich nieszczęść może i w następstwie spożycia zdarzonych, z godziwą się spotka odpłatą... Jakem Wachmistrz...

25 września, 2016

O inszych bohaterach szlaku dniestrowego...III

  Nim przecie do przygód dalszych Waleriana Dzieduszyckiego przejdziemy
godzi się za pamięć  5 Pułku Ułanów Zasławskich w rocznicę ich niebywałej
 zgoła pod Zasławiem szarży, która słusznie do legend jazdy naszej już przeszła...:))

 W nocie tegoż cyklu naszego dniestrowego poprzedniej (I, II,) ostawilim naszego Waleriana Dzieduszyckiego, jak pomyślnie porohy sforsował dniestrowe, ani się komarom zjeść dając, ani rzece potopić, aliści to przedsmak był dopiero turbacyj, które podróżników czekały. Wiele frasunku przysporzyła zaraza morowa, czyli epidemija choleryczna na obydwu dniestrowych brzegach rozpanoszona. Nawiasem tom nad tem rozmyszlając, że Dzieduszycki tak przecie akuratny i zawżdy ku wszystkiemu starającym się być asekurowanym, na toż nie miał ni medyka, ni medykamentów nijakich, w Opatrzności jeno Bożej ufność pokładając, to mi się niepodobieństwem widzi. Prędzej w to uwierzę, że ów o zarazie nie wiedział nic, ergo dowód to pośredni jak dzikie to okolice być musiały, skoro wieści o zdarzeniach tak przykrych roznieść nie było komu... Opatrzność jednak się wywiązała i nikt z podróżników nie uległ był chorobie, choć kwarantannami straszono...
   Aliści przeszkód najpryncypalniejszych przyszło mieć Imci Walerianowi od lokalnych wielkorządców tureckich. Obligiem bowiem było w Osmańskiem Imperium podróżnemu cudzoziemskiemu mieć stosownego paszportu fermanem zwanego. Obligiem kupcom inszym, nie zaś naszym, których rzeczy inaczej się miały...
    "My jednak, zafundowani na traktatach, najprzód żurawińskim*, potem karłowickim**, w których handel dniestrowy oraz Czarnego Morza jest nam jak najuroczyściej zabezpieczony, bez żadnego warunku wyjednywania przez handlujących takowych fermanów, nie chcieliśmy w tych początkowych handlu dniestrowego doświadczeniach, stanowić takowych prejudykatów"***
     Prawdę rzekłszy, to nie wiem zali Walerian był tu w prawie, choć się za będącego w niem uważał. Traktat karłowicki regulował te sprawy między Rzecząpospolitą a Turkami, ów zaś w 1785 wyruszał jako poddany austriacki i z ziem cesarzowi podległych... Mogli się Turczynowie tu chyba wykręcać, że go te traktaty nie tyczą, bo choć Austria była stroną traktatu w Karłowicach zawartego, przecie któż by wówczas na lat niemal sto przódzi same rozbiory przewidział, a jeszczeć i przy tem jakiż teren Austryi przypadnie...
    Ale dosyć tych rozważań jałowych! Dość rzec będzie, że pohańcy szkodzili Dzieduszyckiemu, jak umieli. Szczęściem ów przed w podróż wyruszeniem uwiadomił o swem zamiarze Szczęsnego Potockiego, który to targowiczanin przyszły naówczas komendę miał nad wojskami Rzeczypospolitej w województwach podolskim i bracławskim stojącemi, takoż i zapobiegliwie miał skrytego fermanu jednego, którego za jakiem zapewne bakszyszem niemałem miał wypisanego in blanco.
    Kajmakana w Dubassarach Dzieduszycki przełamał groźbą skargi do Istambułu samego, aliści Arslan pasza, pan na Benderach już tak lękliwy nie był... Fortalicyje po prawdzie w Benderach carski jenerał Panin lat kilkanaście przódzi z ziemią zrównał, ale by expedycyi zatrzymać dniestrowej starczała jedna harmata na brzegu stojąca... Przy tem Imć Walerian przecie nie na wojnę się wyprawiał, a na handel!
    Targ w targ, stanęło na tem, że pasza podróży dalszej zezwolił, aliści Dzieduszycki przyjąć musiał narzuconego mu umyślnego, który był w podróży dalszej oczami i uszami Arslana, a jeszcze ścierpieć musiał, że mu szkut przeszukano pod pozorem, że może broni i prochów dla wojsk rosyjskich wiezie.
      Cios jednak prawdziwy czekał w Tudorze, gdzie wyprawa 9 Iulii dobrnęła, a gdzie "kończy się Dniestr, a zaczyna wylew czyli odnoga morska Limanem zwana, około dwóch mil szerokości a półszósta długości mająca, nad którą po prawym brzegu leży Akierman". Pokazało się bowiem, że statek z Chersonu od Prota Potockiego przysłany, który miał dalszej po morzu poruczonej żeglugi ze zbożem, nie czekał, a odpłynął już do Oczakowa za sprawą załogi zarazą morową przelęknionej...
    Pokazało się też, że i za sprawą wiatrów fale od morza w Liman tłoczących, ani galary Protowe, ani szkuty bezpiecznie po Limanie pływać nie mogą, bowiem ich burty niziutkie falom nijaką nie były obroną. Jedynie owe kaiki dwa Walerianowe, przez spominanych szkutników z Anatolijej zdarzone, dzielnością swą morską oparły się fali. Po deliberacyjach niemałych uradzono płynąć jednak pomaleńku Limanem ku Akermanowi, jeno przy brzegu samem, by w razie nieszczęścia większej mieć do salwowania się sposobności.
   Akermanu, mieściny wielce starożytnej, Polacy najwięcej znają z nieśmiertelnych "Sonetów krymskich" wieszcza naszego, a i onemu jak mniemam miano jeno samo za egzotyki podkreślenie potrzebnem było. Ano i jeśli to prawda, to niejaka to i metafora losów tego grodu, któremu założenie Odessy wszelkich na rozwój odebrało prospektów. Mickiewicz bawił tam lat po Dzieduszyckim niemal trzydzieści, gdy już Odessa się miała niezgorzej, zatem rzec by można, że Imć Walerian nawiedził Akerman w szczycie onegoż prosperity... Ano to obaczmyż, jakoż ta prosperita wyglądała...
   "Miasto Akierman opisać dosyć będzie [...], gdy w samej rzeczy nie ma nic szczególnego, coby opisania czyniło to miasto godnym; wcale nie znać pośrodku miasta, że to jest port morski. Dla szczupłego tamże handlu nie masz żadnego kupca bogatego, ani nawet takowego, któryby na jeden raz 1000 florenów wyliczyć potrafił.**** Okręty wszystkie w tymże porcie są bardzo małe. [...] Akierman jest w takowym zakącie, że przywiezionych towarów tureckich tamże nie byłoby komu kupić, a stąd często trafia się, że przez tydzień cały cukru ani cytryny w całym mieście nie dostanie. Jest mieszkających kilkadziesiąt Greków, którzy bławatami handlują i szynkami wina zatrudniają się, ale ci są w tak wielkiem uciemiężeniu, a nawet w ustawnej bojaźni śmierci, przez swawolę i rozpustę Turków tamtejszych, iż ustawnie przy podanej okazji do Chersonu wynoszą się, a wszyscy pragną dostać się w panowanie moskiewskie. Mają cerkiew starą murowaną, opustoszałą, w której jednak nabożeństwa nie wolno im odprawiać[...] Żyda żadnego tamże nie masz."
   Co gorsza dla podróżników naszych, pasza Akermanu zarządzeń paszy na Benderach podważył i Dzieduszyckiemu przyszło krążyć między jednem a drugiem, pertraktując o dalszej podróży kondycyje. Póki co zaś, zboża nakazano w składy depozytem złożyć i najwidniej obaj dygnitarze niemałej mieli chrapki na profit z niego, bo niedogodności podróży dalszej wystawiając, przy tem morowem strasząc powietrzem i kwarantannami usiłowali oba pana Waleriana przymusić, by zboża tego za leda jaki grosz im przedał, a gdy skargą do sułtana straszył, owi onego straszyli aresztem-kwarantanną do zarazy wygaśnięcia... Tak jakby trzeba ich było jeszcze czem straszyć...
   "Wyprzątnięto dla nas stancyją, w której dwoma niedzielami pierwej wszyscy mieszkający co do nogi na powietrze (morowe - Wachm.) pomarli, o czym jednak dopiero 3-go dnia po przyjeździe naszym do Akiermanu dowiedzieliśmy się..."
   Mało kto by się może i nie ugiął w cyrkumstancyjach tak przykrych, przecie nie Dzieduszycki. Posłał umyślnych do Szczęsnego Potockiego, do komendanta Kamieńca jenerała Witta
***** , jeszczeć do konsula mołdawskiego, którzy z kolei sprawili interwencyi konsula rosyjskiego. Ten zaś, nie bawiąc się w ceregiele, zakomunikował paszy, że żąda "niezwłocznego wypuszczenia więźnia, gdyż konsul cesarzowej Wszech Rosji nie zwykł rekwizycyj swych powtarzać; jeśli więc obecne jego wstawienie się za poddanym sprzymierzonego państwa i chrześcijaninem skutku nie przyniesie, to będzie żądał w Stambule głośnego z samego baszy zadośćuczynienia..."
   Trudnoż się dziwić, że po dictum takowem uwolniono Imci Waleriana, który gdy zgodził statku do Stambułu, zboża plenipotentom poruczył, sam zaś lądem powrócił do włości swoich, z roku następnego początkiem wieści odebrawszy, że zboża z intratą niemałą w Stambule przedano tamecznemu cechowi piekarzów.
    Czemuż my tej wyprawie tak szczególnego przypisujemy znaczenia? Ano bo de Nassau rzeczy dokazał niemałej, przecie więcej w naukowem niźli handlowem sensie, a dzielność Dzieduszyckiego, co się Turczynów nie uląkł, przetarła drogi następcom onego. Docenił to i król jegomość Stanisław August nadając mu (obywatelowi państwa ościennego przecie!) w rok później orderu Św. Stanisława.
   Sam zaś pan Walerian na tem swej działalności pro publico bono czynionej nie zaprzestał, choć niemało i około spraw swoich majątków chodził, winnic urządzając, a i nawet jedwabnika hodować próbując. W Jaryszowie własnem okrom szkoły jeszcze i drukarni założył, wydatnie tem dzieło reformatorów wspomagając
****** . Poznawszy Kościuszkę wielce się z niem zaprzyjaźnił, co w czas insurekcyi tem zaowocowało, że nie dość że organizował transporty żywności dla wojska powstańczego, gotowizną wspierał to i synów obu do wojska posłał kościuszkowego. Po rozbiorze ostatnim był jednym z tych, co się rozpaczy nie poddali i w spiski się wdawszy tak tęgiej rozszerzył konspiracyi, że go powszechnie widziano naczelnikiem cywilnym powstania szykowanego.
    Austryjaki tego prześlepić nie prześlepiły, tak się tedy znalazł był pan Walerian pod kluczem w maju 1797 roku, a w śledztwie i po wyroku siedział w twierdzy aż do 1800 roku. Raz jeszcze go widzimy publicznie, jak powitawszy w 1809 roku wojsk polskich we Lwowie, zasiadał w tamecznych prowizoriach władzy cywilnej. Pomarł w roku 1832, jeszcze jednego zdążywszy powstania wesprzeć pieniędzmi i zbożem...
   Korci mię, by się ode Dniestru odstrychnąć i wieść tejże familiej dzieje, a przynajmniej kilku najcelniejszych jej wystawić przedstawicieli, jako Juliusz Dzieduszycki, Waleriana bratanek stryjeczny, co do Arabijej za końmi jeździł i po prawdzie to wszystkie dzisiejsze w Polszcze araby, ze stadniną przesławną (choć ostatnio więcej osławioną niźli sławną:((...) w Janowie Podlaskim na czele, od tych przezeń przywiezionych się wzięły... Ach, cóż to był za pan wspaniały!:) Któż by inszy miał (może okrom Wieniawy:)) fantazyi tak górnej, by koniom urządzić stajni w marmurach i lustrach, pawimenta tam dywanami perskiemi ścielić, na których sam się po obiedzie sutem Imć Dzieduszycki wykładał na sjestę, w czas której leżąc i fajki ćmiąc, w głos swoim klaczkom i ogierom czytywał ody Horacego... :)
    Dziw może komu, że do pana tak pysznie fantazyjnego i do stadniny tak cudnej malarz znamienity, Juliusz Kossak, jak "wpadł" na dni kilka z wizytą, tak wyjechał po... latach pięciu?:) Ale dosyć póki co z dygresyjami o Dzieduszyckich, osobliwie, że jeszcze jak o Wojciechu pisać pocznę, to już temu końca nie będzie...:) Pokończmyż, póki co, nasze z Dniestrem handlowe i spławne mitręgi...
   Na jedno jeszcze tło szersze podróży Dzieduszyckiego bym wskazać pragnął. Owóż mówimy o roku 1785 i 1786, zaś w 1783 po latach roboty kilkunastu pokończył był Kazimierz Ogiński kanału, co Niemen poprzez Szczarę i Jasiołdę połączył z Dnieprem, ergo dał możność towarów i ludzi transportu z dorzecza Morza Bałtyckiego w dorzecze Morza Czarnego! Od 1775, za staraniem samego króla jegomości poczęto budowy Kanału Królewskiego, który koniec końców dopieroż w 1848 złączył Dniepr poprzez Pinę i Prypeć z Bugiem. W 1774 roku pokończono budowy Kanału Bydgoskiego, co złączył Odrę z Wisłą poprzez Noteć i Brdę. Kanału Augustowskiego, co złączyć miał Wisłę z Niemnem poprzez Narew pobudowano po prawdzie lat później parę dziesiątków, aliści plany tegoż najpierwsze się w tej właśnie rodziły epoce... Zaiste okrutnie by trzeba mieć dużo woli złej, by w tem zrębów zamysłu ogólniejszego nie dojrzeć wyprowadzenia handlu polskiego z niemocy zaborem Gdańska sprawionej! I w temże kontekście upraszam na wyprawy de Nassau i Dzieduszyckiego baczyć...
    W ośmnastym stuleciu tych śmiałków-naśladowców już nadto dużo nie było, choć i między niemi warto odnotować arcyosobliwej wyprawy Marianny z Ossolińskich Mniszchowej, żony chorążego wielkiego koronnego, która nie handlu miała na celu, a jakobyśmy to dziś rzekli; rekreacyi czystej... Jaśnie Wielmożna Pani chorążyna przyjaciółek swoich zebrawszy ruszyła Dniestrem i nie oparła się aż w Stambule, po drodze tęgo w muzykantów, spyżę i namioty opatrzona, co i rusz przystając na biesiady i tańcowanie...:)
    Wiemyż i o tem, że jacy kupczykowie zboże spławiali dla rosyjskiego korpusu pod Oczakowem stojącego, w tem jeden z tych transportów zimą z 1789 na 1790 utknął w zmarzłej rzece i wiosny czekał, by dalej móc ruszyć. Niejakiego renesansu ta żegluga doczekała po 1804 roku za sprawą kupca lwowskiego Franciszka Bauera, który do tradycyj Dzieduszyckiego nawrócił a i w prasie za tegoż szlaku podniesieniem nagardłował niemało... Polityka znów na zawadzie stanęła, a i kapitału niedostatek i do podróży następnych, w tem Artura Gołuchowskiego (brata Agenora, późniejszego c.k. namiestnika Galicyi), zasię Antoniego Mysłowskiego przyszło w latach czterdziestych dopiero XIX stulecia.
    W lat sto po Imci Walerianowej podróży powstało "Towarzystwo Żeglugi Parowej na Dniestrze", które o dotacyje w Sejmie Krajowem (galicyjskiem) starając się, w suplice swojej właśnie na dokonania Dzieduszyckiego sielnie się powoływało, ale że z tego znów nic nie wyszło, tedy za motto do całych tych dziejów żeglugi niechaj posłużą słowa A.Janowskiego, który przed samą jeszcze wojną światową, co jeszcze numeru nie miała
*******  ze smutkiem konstatował, że się od podróży de Nassau'a i Dzieduszyckiego nic niemal nie zmieniło, a co ja dziś jeszcze w lat później kolejnych niemal sto powtórzę: "duch nad brzegiem Dniestru unosi się ten sam obojętny, podejrzliwy, hamujący wszelkie przejawy życia"...
_____________________________________
* z 1676 zawarty po bezskutecznym oblężeniu obozu wojsk Sobieskiego.
** z 1699 kończący wojny Rzeczypospolitej z Turcją, rozpoczęte odsieczą wiedeńską.
*** precedensów. Cytat jak i inne ze wspominanej już w notach poprzednich "Kroniki domowej Dzieduszyckich..."
****nawiasem słowa te to przyczynek wielce interesujący do pomiarkowania do jakiej skali interesów był nawykł Imć Walerian Dzieduszycki. Ale że to Prota Potockiego bliski, tedy mniemam, że się rzeczy oczywistemi staną, jako o Procie Potockim popiszę.
***** tego od "pięknej Bitynki":)

******  spomnieć się godzi, że i sam pióra się nie lękał, a okrom spominanych w "Kronice domowej Dzieduszyckich..." fragmentów jakich spomnień mamyż zachowanych cależ poważnych publikacyj, które o niem jako o gospodarzu całą gębą świadczą:
"O Meiszwermerach czyli ogrzewaczach roboty gorzelnianej"("Pamiętnik Lwowski" 1818 z.6), "O ulach podwójnych" ("Pamiętnik Lwowski 1819 z.10, toż samo w "Pszczole Polskiej"1820 nr 10)

******* "Żegluga po Dniestrze" w "Ziemia" 1914 nr 32, 33,34 i 36-43



                                   ................



Noty cokolwiek pokrewne:

21 września, 2016

Z peregrynacyj Wachmistrzowych ostatnich...

 Bywalcom Tutecznym wiedzieć, że za sprawą tejże noty o notgeldach dawnych przyszło do współpracy Wachmistrza z rzeszowskiem Muzeum Etnograficznem, które na kanwie części tegoż, com na blogu ukazał, zamyśliło ogólniejszej w charakterze wystawy poczynić, sub titulo:
 
na którą żem już Towarzystwa upraszał był tutaj
    Zdarzyło się przecie, żeśmy i eksponatów użyczywszy, a nawet i na otwarcie proszeni, przecie dla zdrowotnych turbacyj Pana Ojca mego dwakroć już od wyjazdu odstąpili, tandem wystawa już i dobre pół roku czynną, a myśmy jej jeszcze ni razu nie widzieli...
   By zatem tegoż zaniedbania nadrobić, a i familijantów tamecznych, w których liczbie i z czasu niejakiego Wachmistrzowica liczyć potrzeba*, nawiedzić, puściliśmy się ostatniej niedzieli gościńcem ku wschodowi...
   Wystawę znaleźlim wielce zgrabnie zakomponowaną, z zamysłem widocznym ukazania tak sprzętów dawniejszych wiejskich, z których Kneziowi dedykuję maszyny bednarza do klepek beczkowych wyginania:



zasię Grażynie warsztatu tkackiego:) 



Zdjęć też upraszam jakości wybaczyć, bom nie pomyślił o tem przódzi, to się i jeno apparatem z telefonu salwować jako tam udało, nie nadto znów rewelacyjnie, a już zgoła tragicznie tam, gdzie do gablot przyszło...:((
Inszy znów zaułek miał fragmentum placu targowego wystawiać, gdzie kmiotkowie przeróżnych nawieźli rękodzieł...




zasię nareście w gablotach pomieszczono tego, co nas najwięcej zajmowało, jako to owe wypożyczone notgeldy, asygnaty, bony, banknoty, monety i dokumenta  z pieniężnemi dawnemi sprawami związane, jako to polisy, akty notarialne kontraktów przedślubnych, książeczki oszczędnościowe przedwojenne jeszcze i wiele, wiele inszych...
















Części z tego, jako to skarbonki, w inszych jeszcze i gablotach ugrupowane z osobna:


inszego kolekcjonera użyczającego już własnością, podobnie jak inszej jeszcze właścicielki banknoty ze świata całego, jakkolwiek swą grafiką do wsi luboż włościan czy ich zatrudnień nawiązujące:




i wielce melankolijnie nastrajający worek pieniędzy... niestety, już pomielonych...:((
  Wielce organizatorom obligowani, pożegnaliśmy ten kultury i wiedzy przybytek, by wstąpić po sąsiedzku do ... Českej Hospody :)) z zamiarem wzmocnienia nadwątlonych cokolwiek i wyposzczonych członków naszych...
   Nozdrza Wachmistrzowe zaraz za progiem znać dały, że się znalazł gdzie nieledwie raju blisko, skoro wyraźnie Rohozec czuje... Ano i faktycznie, jegomość zaraz za drzwiami siedzący się Dvanactką tegoż browaru, Wachmistrzową ulubioną, raczył i do tego się jeszcze, niech go kaci, oblizywał...:(( Kluczyki od automobilu poczęły Wachmistrza parzyć w kieszeni, osobliwie jako jeszcze następnego suszykufla, na jawne szyderstwo naprzeciwko Wachmistrza siedzącego nad Lobkovickim Ležakiem, ujrzał... :(( 
  Sami przyznacie, że podobne tortury powinny być jakiemi międzynarodowemi konwencjami srogo wzbronione...:( Ano i nie powiem, dawnom tak nie cierpiał na jadło obstalowane wyczekując, osobliwie, że choć inszym wielce podeszły tameczne gulasze i Marinovaná krkovička, przecie Wachmistrzowa golonka w piwie ponoć marynowana, z pewnością by mogła w niem co jeszcze i trochę poleżeć... Knedliki podobnie znalazł Wachmistrz rozczarowującemi, podobnie jak Wachmistrzówna, która orzekła, że Maminy smažaný syr wielekroć tamecznego smaczniejszy... Insze jednak specjały Wachmistrzowic, już tam parokroć bywały, chwalił, tandem jako komu droga wypadnie i popróbować sam zechce, polecam szczerze, choć niekoniecznie wszystkiego...
____________________________________________
* - jak to bowiem powiada Pismo: "...opuści człowiek ojca swego i matkę swoją...[Mk 10.28]", ale żeby od razu do Rzeszowa...? :((

18 września, 2016

O inszych bohaterach szlaku dniestrowego... II

    Zakończywszy dziejów opowiadać xiążęcia de Nassau, których dla barwności niezwykłej onej persony, prawdziwie nie sposób było pominąć, tedyśmy onych w osobnem ugrupowali cyklu (IIIIIIIVVVI , VII , VIIIIX, X ) , choć to rzecz była zamierzona niejako na poboczu wątku pryncypalnego, którem żem ongi widział handel i żeglugę dniestrową... Pisalim już ongi o znanych tej żeglugi za Jagiełły prapoczątkach (a przynajmniej prapoczątkach opisanych), tedy choć nas od Jagiełły do bohatera dzisiejszego naszego wieki całe dzielą, przecie że rzeka taż sama, a i zamysł tenże sam, tedy by rzeczom właściwej zachować kolei, nocie dzisiejszej cyfrę kładę drugą (I ).
   Walerian Dzieduszycki, bo o nim to będzie dziś mowa, familijej był naówczas szanowanej wielce, choć nie magnackiej może jeszcze, bo dopieroż Walerianowy ociec, Tadeusz, do znaczniejszych był przyszedł godności, a to mianowicie cześnika wielkiego koronnego, przódzi zaś posłował na sejm kilkakrotnie, gdzie się dał poznać reform stronnikiem. W czas Konfederacyi Barskiej króla aliant, tedy parokroć z konfederatami się ścinał, choć wbrew przypisanej mu opinijej podłej, nie splamił się jakiemi rzekomemi zdradzieckiemi na konfederatów napaściami, których mu przypisywano...* Ano i co może i dziwno krzynę, że persona tak nibyż Rzeczypospolitej i królowi oddana, nader rychło za pierwszym dokonanym rozbiorem, osiadłszy w Galicyjej, złożył cześnikostwo swoje i z rąk Marii Teresy jeden z pierwszych przyjął tytuł hrabiowski...
   Walerian zaś patriotyzmu swego miał jeszcze in futuram dopiero dać dowody niemałe, przecie póki co służby swej poczynał publicznej, po pokończeniu uniwersytetu we Wiedniu, od szambelaństwa na dworze wiedeńskiem, co więcej godnością było, jak zajęciem. Majątku własnego pomnożył przez ożenek, co chyba nie dla afektu był zawartem, skoro małżonka lat ośmnaście była od oblubieńca starszą, ale nie mnie o tem wyrokować... Dość, że od owej Józefy Ponińskiej, córki wojewody poznańskiego, w wianie więcej mu może jak i własnego jeszcze przybyło... Magnat zatem pełną gębą, przecie nie z tych, co im jeno karty w głowie, pijatyki i swawole... Majętnościami swemi rozporządzając roztropnie, wrychle stanął przed tymż samym problemem, co i reszta galicyjskiej szlachty, po pierwszem rozbiorze ze spławu swego zboża ku Wiśle i Wisłą do Gdańska, wykluczonej. O wyprawie własnej przemyśliwał zapewne i przódzi, nim się de Nassau w swoją puścił podróż, przy czem rzec się godzi, że się do niej szykował wielekroć staranniej, bo to i poznawszy, że tam nader wiele od przychylności bisurmanów zawisło, nie dosyć że tłomacza najął, to i sam się języka Turczynów uczyć począł... Szkuty, chcąc mieć zdarzone jak się patrzy, szkutników bliżej znaleźć nie umiejąc, aże z Anatolijej onych sprowadził i w majętnościach swoich w Ladawie[dziś Liadowa-Wachm] osadził. Nawiasem, to coby się tu może czytającemu zdało, że o jakiej tu rywalizacji z de Nassau'em rozprawiamy, to z punktu trza myszlenia takiego poniechać, boć że interes był pospólny, tak i pospólnie się tu wszytcy wspierali nawzajem. Dość rzec będzie, że Anno Domini 1786 de Nassau swej wyprawy sprzed dwóch lat ponowił, a szkuty na nią... od Dzieduszyckiego zakupił, też same, na których ów w opisywaną właśnie wypłynął był podróż...
   Mamyż do tej wyprawy źródła arcywybornego, a to mianowicie rzadko kiedy spotykane nawet i w magnackich domach opisanie dziejów familijnych, które sub titulo „Kronika domowa Dzieduszyckich, odbita w dwustu egzemplarzach nakładem familii dla własnego użytku” wydanem zostało we Lwowie Anno Domini 1865, a więc bez mała wiek później. Są w niej jednak fragmenta spore ręką samego Waleriana pisane, który sam o sobie, Cezarowym stylem, pisze w trzeciej osobie...:) Posłuchajmyż, co sam rzecze o tej wyprawy przyczynach:
  „Dla lepszego zrozumienia rzeczy muszę przypomnieć, że cała Rosja południowa Nową Rosją zwana, była jeszcze wtedy prawie pustynią, której kolonizacja po zdobyciu na Tatarach Perekopu i Krymu i założenia Chersonu w roku 1788 u ujścia Dniepru, pod okiem tamecznego wielkorządcy księcia Potemkina raźno postępowała, otwierając Rosji i południowym Polski prowincjom widoki na Czarne Morze. Ku Chersonowi więc zwróciły się wszystkich oczy, póki nie zastąpiła go, założona dopiero w roku 1792 Odessa.**. Tam też zawiązało się polskie Towarzystwo dla handlu wschodniego, którego głównym sprawcą był książę prymas Michał Poniatowski, brat królewski z Okęckim, kanclerzem wielkim koronnym. Cały zaś bezpośredni zarząd onego powierzono Protowi Potockiemu staroście guzowskiemu [...] Nie uszło baczności Waleriana, że większa część województwa podolskiego i bracławskiego aż nadto jest odległa od tegoż portu (czyli Chersonu, lub jak kto woli miana dzisiejszego: Chersonia – Wachm.), aby móc tam kołowy dowóz zboża, wosku, miodu ***itp. z zyskiem prowadzić, i rzucił okiem na Dniestr, ową od Opatrzności przyrodzoną drogę do Czarnego Morza, której wolne używanie było wprawdzie Polsce zaręczone od Porty traktatami w Żurawnie (w 1676 – Wachm.) i w Karłowicach (w 1699 - Wachm.) zawartymi, lecz co do praktycznej swej wykonalności różnym podlegało wątpliwościom”.
  "Różnym podlegało wątpliwościom...” Ano uroczy w ustach Imci Dzieduszyckiego ten eufemizm, ale same onegoż wyprawy dzieje dowiodą, co się za tem kryło. Rzecz się nam jednak nadto znów długą uczyni, tedy o peregrynacyi samej następnem opowiemy razem, aliści nim noty pokończym, na dwie bym tu jeszcze rzeczy uwagi chciał Czytelnika Łaskawego zwrócić... Pierwsza to osoba owego Prota Potockiego, a ściślej Antoniego Protazego Potockiego, herbu Pilawa, bez grama przesady jednego z najpryncypalniejszych tamtego czasu statystów gospodarczych, o którem wiedza śród narodu nader wątłą jest i dla tej przyczyny nieraz go tu pewnie jeszcze spomnieć nam przyjdzie... Rzecz wtóra, to słowa znamienne o prymasie Poniatowskim i biskupie poznańskim Okęckim, których Dzieduszycki tu za animatorów niemal tegoż przedsięwzięcia wystawia, obaj zasię jeno je wspierali łaskawym słowem i nadzieją na zyski pokaźne (choć prymas w rzeczy samej się na gospodarce rozumiał prawdziwie i siła dobrego w tem względzie uczynił, czego się i do dziś nie docenia) .
   Spiritus movens tegoż towarzystwa handlowego czynionego na wzór dawniejszych angielskich i niderlandzkich kompanij wschodnio i zachodnioindyjskich, był poza wszelkiem wątpieniem Prot Potocki, takie zaś przez Waleriana sformułowania użyte sądzić każą, że relacyja jego dość świeżo pisaną być musiała, a niechybnie przed 1794 rokiem, kiedy to xiądz prymas pomarł w niesławie w czas insurekcyi, może i tem salwując się od procesu o zdradę, a i może od szubienicy (której mu lud przed oknami pałacu wystawił) , co ówcześna ulica warszawska skwitowała szyderczym wierszykiem:
„Książę prymas zwąchał linę,
wolał proszek, niż drabinę”****
   I najpewniej relacyja owa była do jakiego druku powszechniejszego w zamyśle przeznaczoną, zaś takie protektorów wymienianie sądzić każe, że się na nich jeszcze liczyło niemało i stąd owe u Dzieduszyckiego prawdziwego obrazu spraw zafałszowania...

   Zatrzymawszy się chwilę nad temi szkutami przez Imci Waleriana na podróż anatolijską modą sposobionemi, opisania onych mamy szczęśliwie w tejże samej "Kronice domowej" Dzieduszyckich  „Były one daleko większe od wiślanych, bo do 26 calów z ładunkiem zagłębiały się, a pośrodku na 26 calów nad wodą sterczały, w sztabie zaś i przy rudlu, t.j. przy obu końcach, tak zadarte miały nosy, że na półtrzecia łokcia***** nad wodą górowały. Ładunku brały po 900 korcy****** , prócz wystarczającej na kilka miesięcy żywności. Razem [...] naładowano 2400 korcy pszenicy...” Tyleż „Kronika domowa Dzieduszyckich”, a ów obrachunek w zdaniu ostatnim objaśnień wymaga, bo owi szkutnicy jeno dwie takie szkuty, przez Dzieduszyskiego kaikami zwane, uczynili, tedy zdać by się mogło, że się rzecz zgodzić nie umie z cyfrą przezeń podaną. Dodać jednak wypadnie, że wziął jeszcze Walerian jednej szkuty wiślanej tradycyjnej, zasię od Prota Potockiego pożyczył czterech galarów mniejszych, a z piątym takimż do ekspedycyi dołączył sąsiad Walerianowy, cześnik Wilamowski. Godzi się też raz jeszcze onej „Kroniki” zacytować, gdzie Dzieduszycki kulisy wypraw objaśnia dawniejszych:
   „Pierwej puszczali się Dniestrem bądź w handlowem, bądź w badawczem celu Koziebrodzki, starosta olchowiecki, brygadier Dzierżak, na koniec sławny ów książę de Nassau-Sygen, pilnie wypracowaną mapą tej rzeki od Żwańca aż do Benderu zalecony. Głównym przedmiotem trwogi były zawsze owe skaliste progi pod Jampolem, gdyż wątpiono czy głębsze i ładowne statki bez szwanku przebyć je zdołają. Koziebrodzki bowiem spławił mąkę i inne legominy
*******  na wiązanym tylko drzewie. Dzierżek wyładował był tam zboże ze czterech swoich balów (z których każdy zresztą niósł tylko 50 korcy) i wozami za skaliste progi przewiózł, gdy statki lekko spływały; książę de Nassau na koniec szedł jednym galerem bez żadnego ładunku i zrażony ostrzeżeniem Turków, że galery takie nie dochodzą do Akermanu, przedsięwzięcia swego zaniechał i lądem puścił się do Izmaiłowa”.
    Niechybnie z tego zatem wyprawa Walerianowa największa, bo to i stateczków ośm, ludzi z górą setka, a widać, że i jakiej rozbójniczej się lękał Dzieduszycki napaści, bo na kaikach kazał dwóch wziąć i osadzić harmat niedużych. Armada owa z Ladawy
 ruszyła w połowie czerwca 1785 roku i z punktu też na pierwsze natrafiono przeciwności:
 "Od Ladawy aż do Michałówki bezpieczny jest spływ dniestrowy; dalej jednak idąc, to jest koło Flemendy, tak jest szeroki wylew dniestrowy, iż dla statków tak wielkiej głębokości potrzebujących [...] szczególniejszej przezorności potrzeba i wiadomości ludzi te okolice znających, żeby koło Flemendy na piasku czyli ryni nie zastrzegnąć..."
   Dość rzec, że na tej ryni dniestrowej postradali argonauci nasi jeden ze spomnianych galarów Protowych, a choć ładunku ocalono i na insze przełożono szkuty
******** , to zdarzenie tak przykre w samej peregrynacyi początku niefortunnym się widziało prognostykiem...:(  Turbacyje i z inszemi niemałe, bo choć ich na piasku nie rozbito, przecie nie raz przyszło zagrzęźniętej rozładowywać, by z mielizny uwolnić, zasię po ściągnięciu na wody głębsze, ładować ponownie, w których to czynnościach, jak się zdaje, po nieszczęściu takim wielokrotnym, załogi się wpraktykowały nad podziwienie, choć i tak mniemam, iże przekleństwa sążniste się tam nad temi wodami unosiły długo...
   Osobliwości tamecznej przyrody przyczyniały podróżnikom prospektów zgoła nadzwyczajnych jako to stada nieprzeszacowane kaczek i pelikanów, ponoć cależ się ludzi nie lękających, zapewne dla rzadkiego ich zwierzętom widoku. Podobnego zadziwienia doznali argonauci nasi dzików widząc na brzegach w nieprzebranej liczbie, czego tłomaczono sobie, że Tatarowie, jako to u muślimanów zwyczajnie, świńskiego wszelkiego zwierza za obrzydliwość mających, onym się do tak wielkiej liczby dozwolili rozmnożyć bezpiecznie. Plagą nad wszelkie spodziewanie przykrą się pokazały komary, których prawdziwie nie wiedzieć za jakie grzechy ludzkości Bóg Jegomość był stworzył, a Noe niebaczny czeguś nie przepomniał, jako na swoją arkę światową żywinę ładował...:((
   "Brzegi grubymi i nader wysokimi trzcinami najeżone, wylęgające chmury ogromnych komarów, co w nocy zwłaszcza niewypowiedzianie trapią i przeciw którym radzi miejscowym obyczajem ochraniać głowę drewnianymi ramkami na kształt skrzynki, płótnem obitymi. Komary te przyprawiałyby o zagładę bydło i konie, gdyby tych nie stawiano na noc nad kupami gnoju, który podpalony dymem swym owe [...] owady zraża"
  O dziwo, po tych turbacyjach przelicznych, ulitował się widać nad podróżnikami choć trochę Bóg Ojciec, bo porohy osławione pod Jahorlikiem przebyto bezpiecznie na żaglu i wiośle, bez nijakiej ładunkowi szkody, co celem przecie wyprawy było najpryncypalniejszym. Inszych przeszkód Dzieduszycki spomina tak:
  "Od kończącej się granicy naszej w Jahorliku, a zaczynającej się po obu stronach Dniestru tureckiej i tatarskiej granicy, dwie najszczególniejsze zawady spływu dniestrowego dały się nam poznać. Pierwsza: zacząwszy od Dubassar aż do Akiermanu samego, wielka krętość Dniestru[...] Krętość Dniestru lubo jest tak wielka, że czasem dwa dni koło jednego miejsca chodzić potrzeba, łatwo mogłaby być poprawioną, a kanały małym bardzo kosztem przekopane, dwudniową jazdę wodną w kilka godzin przemieniłyby przez połączenie kolan [...] Drugą zawadą liczyć można wielkie fale na Dniestrze panujące, zacząwszy od Dubassar, dla których osobliwie galery nie mające przodów i zadów zadartych, tudzież mając burty blisko przy wodzie, dla niebezpieczeństwa fali stać muszą przy brzegach, czasem kilka godzin na dzień przy najmniejszym wietrze" Jakoby się komu zdało może, że to już nadto wiele przeciwności losu, temu odpowiem żeśmy dopiero o natury samej przeciwnościach prawili, ani słówkiem jeszcze nic nie rzekłszy o tem, co ludzie na przekór Dzieduszyckiemu wymyślić potrafili, ani też o nieszczęściu morowej zarazy, akurat w tem czasie strony te pustoszącej... Aliści, że się nam znów nota kaducznie długą czyni, tegoż tego już do części dodamy następnej...:)

______________________________________________

* - między inszemi i Słowacki tym uległ był plotkom, czyniąc zeń w "Beniowskim" swoistego rywala bohatyrowi swemu i tak o niem pisząc nie nazbyt miło:
"Ów Dzieduszycki był to Regimentarz
Podolski, wielki wróg Konfederacji,
Z której niedawno chciał uczynić cmentarz,
Co do jednego wyciąć - niech go kaci!"
** - dumałżem o tem, czy tejże Dzieduszyckiego myłki nie wyżenąć, alem umyślił ostawić, a w tem przypisie naprostować, że ziem tamecznych Rossyja po prawdzie z rokiem 1791 zdobyła, aliści od zdobycia do miast zakładania daleka jeszcze droga... Najsamprzód tam twierdzy postawiono (1794), przy której począł gródek rosnąć, ale praw grodzkich ta mieścinka dopieroż Anno Domini 1803 doczekała...
*** - z zachowanych spisów z drugiej de Nassau'a podróży znamy, że ów prócz zboża, wosku i miodu wiózł jeszcze krochmal, puder, mydło, skóry, klepki dębowe, łój, len i konopie, najwyraźniej po pierwszej swej wyprawie znając, że na to by zbyt mógł mieć niezgorszy u celu...
**** - drabinę - tu w rozumieniu wstępowania na szubienicę. W podtekście czytelne domniemanie, że się brat królewski wolał otruć, niż rozwoju czekać zdarzeń, a nie brakło i głosów, że to brat sam mu tejże był podał trucizny w tabace...

*****  półtrzecia czegobądź to dwie tych jednostek całości i pół trzeciej, czyli w tem przypadku 2,5 łokcia. Mamyż tu i z miarami turbacyj poważniejszych, tedy już z łokciem się na azard spekulacyj puszczał nie będę, czy o warszawski szło Dzieduszyckiemu, krakowski czy lwowski, osobliwie że większość z nich się zgodzi koło 59,6 centymetrów. Półtrzecia łokcia zatem czyniłoby blisko 1,5 metra
****** Ano właśnie... będzie nam tu z tem bieda niemała:(( Byłoż bowiem korcy w dawnej Polszcze nad podziwienie bogato, a złośliwcy prawili, że tyle ich, ile dni w roku, co przesadą niechybną. Najpryncypalniejszych, najpowszechniej używanych byłoż kilkanaście, aliści zda mi się, że Walerian, słów tych w latach ośmdziesiątych XVIII stulecia piszący, najpewniej się już jednak ujednoliconym na sejmie 1764 roku korcem warszawskim posłużył, którego powszechnem przyjęto. Korzec ten jednak najobfitszym będąc, na 120,6 litrów liczony dałby nam tu zboża ilość w litrach ogromną, bo 289 440... Wydawca „Kroniki domowej...” nam tu nibyż „dopomógł” owe 2400 korcy na cetnary przeliczając i dodając, że ich 1700 było... Ano i tąż „pomocą” tak nam zamącił, że bodaj go kaci... Pisze szaławiła wyraźnie „cetnar”, nie „centnar”, a tak polskiego cetnara właśnie zwano. Przy tem, gdyby o „centnar” szło, to u Dzieduszyckiego najpewniej lwowski, a nie warszawski, ergo owe 1700 cetnarów po 51,84 kilograma przeliczając wychodziłoby ich 88 128 , czyli nieco ponad 88 ton zboża, co by nie było żadnem osiągnięciem szczególnem, jeśli przyjąć, że zwykłe szkuty wiślane po 40 ładowały łasztów, co by się na niemal sto ton przedkładało. Byle galar zabierał łasztów 30, czyli jakie 66 ton... Skoro zaś się Dzieduszycki tak temi kaikami swemi chełpił, różnic do wiślanych ukazując, tom rozumiał, że owe od tamtych wielekroć ładowniejsze. I tu by mi owe 290 hektolitrów pszenicy przeliczanej po 0, 72 litra na kilogram (a bywa w zależności od gatunku i zbiorów przecie nawet do 0,88!) się prędzej możebnem zdało, bo wyszło by nam z górą 208 ton pszenicy samej, a przecie ów brał jeszcze i towaru inszego...
  Chyba, że Dzieduszycki , choć w 1764 jeszcze koszulinę w zębach nosił., tak tem nasiąknął, że dwadzieścia lat jeszcze po reformie liczył korce po staremu... A taki krakowski ledwo trzecią częścią warszawskiego był i to by się może z owemi cetnarami zgodziło... Tyle że to znów wątpić, czy by się ów tem tak chełpił osiągnieciem, nawet i stu ton nie wioząc pszenicy?

******* z pewnością żem tu już znaczenia legumin tłomaczył, ale dla pewności powtórzę, że o wszelki produkty sypkie tu idzie jako kasze, groch, bób czy soczewicę, aleć i bywało, że i mąki w poczet legumin liczono...
*********  co by nawiasem dowodziło, że owe cależ jeszcze nie nadto obciążone w drogę ruszały...




                                   ................

16 września, 2016

Słówko cyklu o "xiążęciu Denassów" kończące...

   Pokończywszy dopisanych do wątku onegoż xiążęcia zawirowań wpodle jego służby admiralskiej dla carycy rosyjskiej, smutno klęską na wodach Svensksundu pokończoną, słów paru jeszcze co na pokończenie o xięciu relacyi ((IIIIIIIVVVI , VII , VIII, IX ) dodać trzeba koniecznie... O xięciu powiadam, bo o Polszcze z początkiem lat dziewięćdziesiątych XVIII wieku, jako i o Dniestrze i żegludze po niem jeszcze prawić będziem... 
  Po służbach, co ich xiążę Karol de Nassau-Siegen był dla carycy pełnił i niemałej się tam dobił na dworze pozycji, można by i mniemać, że za wojną z Polską w 1792 roku, zechce tam kto po tego, byłoż w końcu nie było: najemnika, sięgnąć, skoro ów i kraj zna i ludzi... Luboż jednak po klęsce od Szweda zadanej akcyje xiążęcia nie nadto tam wysoko stały, luboż jako chce i Rydel ów by się przeciw krajowi żony nie podjął służby, ale że i nie chciał przeciw przyjaciołom stawać moskiewskim, to i do polskiego się nie spieszył wojska. Nie znam ja, by go kto w tem wojsku pragnął, znając pewnie, że onegoż wojennika sława wielekroć większa, niźli zdolności prawdziwe, ale jak na niemieckiego przecie księcia, owa "neutralność" swoista, potrafi szacunku wzbudzić... osobliwie żeśmy renegatów mieli niemało i to własnego chowu...
     Osobliwe, że człek tak rzutki, tak świata ciekawy, tak na sławę wszelką zajadły, dni swych dożył w podolskich swych włościach, a ściślej w majątkach po żonie (zmarłej w 1800 roku)dziedziczonych, dwakroć jeszcze tylko na szersze się zapuszczając wody. Za razem pierwszem, gdy ponoć miał wodzostwo dostać nad wojskami Rzeczypospolitej Weneckiej, przeciw nie byle komu, bo... Napoleonowi samemu! Po raz wtóry zaś gdy być i może za owe dawniejsze swoje przeciw cesarzowi zasługi, a i inne może z emigrantami francuskiemi znoszenia się*, umyślił był się z Bonapartem spotykać i przywieść do skutku swej idee fixe, a to wielkiego przeciw Albionowi aliansu francusko-rosyjskiego, którego miał się widzieć kreatorem najpryncypalniejszym...
   To jeno pewna, że się z Bonapartem w Paryżu spotykał sekretnie, ale czy ów jeno przez de Nassaua intencyje sondował rosyjskie, pozwalając wierzyć książęciu, że pospołu świata porządek układają, czyli też ucha ku temu iście nakłaniał, orzec trudno, choć podług mnie więcej możebne to pierwsze... Tak czy siak, nie wyszło nic z tego, zamiast dyplomatów przemówiły pod Austerlitz i Frydlandem armaty i tyleż było z de Nassauowych konceptów.
   Pomarł był xiążę w Tynnej w roku 1809, licznych przy testamencie czyniąc zapisów, by choć grobowiec swój (i żony) od zapomnienia ocalić, aliści i tu potomność zadrwiła, bo przepadł ów między chwastami na podolskim stepie, a paradoksem jedyne co się po książęciu w Polszcze ostało, to nazwa, co po warszawskim dawnym żony pałacu przeszła na teren przyległy i na dzisiejsze Dynasy... No i owe w "Panu Tadeuszu" cytowane już parokroć Wojskiego spominki...
______________________________

* po zajęciu przez Napoleona Wenecji, gdzie osiadł był przyszły Ludwik XVIII, ów król wygnańczy tułał się od dworu do dworu, między inszemi i od rosyjskiego cara Pawła naznaczonych mając na siedzibę Kowla, Łucka i Włodzimierza! Trudnoż przypuścić, by się de Nassau w to nie wdał, gdy mu niemal po sąsiedzku książę Kondeusz pułków dla króla Francyi formować usiłował, luboż by się nie znaszał z dziesiątkami exulantów francuskich, od których się po 1794 zaroiły dwory i pałace na Ukrainie i na Podolu...




                                   ................

10 września, 2016

O batalii xiążęcia "Denassowa" dla Europy najważniejszej, choć onemu samemu przykrej wielce, czyli cyklu naszego część dziewiąta...

  Kończąc notę poprzednią, ósmą (IIIIIIIVVVI , VII , VIII) tego tu cyklu naszego w zamyśle poświęconego księciu Karolowi de Nassau-Siegen, XVIII-wiecznemu międzynarodowemu awanturnikowi, a coraz i bardziej się panoramą polityczną ówcześnej Europy stającego, zapowiedziałem opisanie batalii, dla której de Nassau-Siegen został najwięcej wsławionym, choć nie była to tego rodzaju sława, którą ów zapewne pragnąłby się cieszyć.
   Posłanym będąc za uchodzącą z Zatoki Wyborskiej szkierową flotą szwedzką*, gdzie Cziczagow w wielkiej bitwie 3 lipca 1790 roku nie zdołał zniszczyć zablokowanych sił szwedzkich, dotarł de Nassau w pobliże wód Svenksundu rankiem 9 lipca. Na wodach tych, na których rok wcześniej (24 sierpnia 1789) onże sam, we współpracy z flotyllą jednostek żaglowych admirała von Krusego, pognębił szwedzkiego admirała  Ehrensvärda i tęgo ówcześnej szwedzkiej floty szkierowej poszczerbił...
   Aliści szwedzka flota szkierowa z roku 1789 i ta z 1790, nawet mimo strat w Zatoce Wyborskiej poniesionych, to nie ta sama flota...  Ehrensvärd miał wszystkiego 48 jednostek, dowodzący zaś tą flotą teraz sam król szwedzki, Gustaw III, miał ich pod swemi rozkazami 195 (5 dużych galer, 16 średnich, 153 kanonierki wiosłowe i reszta w drobiazgu). Przede wszytkiem jednak nastąpiła niemała tu zmiana jakościowa, bo w Szwedów, co się dzięki królewskiemu dowodzeniu wyrwali z, pewnej niemal w Zatoce Wyborskiej, zagłady, nowy duch wstąpił... Secundo, że i król czasu nie mitrężąc, przeorganizował swej floty, grupując jej podług podobieństwa i siły jednostek w cztery "brygady", które nazwał, licząc od najsilniejszej: "szwedzką", "fińską", "bohuslandzką" i "niemiecką".
   Ustawiwszy w centrum południowego wejścia do Svenksundu brygadę szwedzką, przydał jej po swej lewicy, od strony insuli Kuutsalo, brygady fińskiej, zaś od strony insuli Mussalo, brygady bohuslandzkiej. Północnego wejścia strzegła samotnie najsłabsza brygada niemiecka, czego zresztą na poniższej mapce**  dostrzec możecie wyraźnie.

   Z ustawienia tego wynika wyraźnie, że się król szwedzki głównego ataku od południa spodziewał, co właściwie dziwne, bo wiedział przecie, że przed rokiem de Nassau właśnie mozolnym, acz skutecznym od północy atakiem sobie wiktoryi wywalczył. No i wiedział przecie, że z tem samem de Nassauem mieć sprawę będzie. Jakimikolwiek jednak meandrami by myśli królewskie nie chadzały, "Denassowa" wyczuł dobrze, niczem dobry bramkarz karnego broniący...:)
   Rosyjska flota szkierowa, mniej liczna, bo "jeno" 159 jednostek licząca, de facto była przez wielkość swych galer i wzmocnienie 10 dużymi okrętami żaglowymi (8 fregat, 2 brygi) od szwedzkiej znacznie silniejszą, co najlepiej proporcja harmat okrętowych oddaje: 850 przeciw 450... Również i w ludziach, przewaga była przy Rosjanach: 18, 5 tysiąca przeciw 14 tysiącom. Godzi się dodać, że to nie tylko załogi okrętów, czyli głównie wioślarze (ale przecie nie niewolnicy jacy, jeno ludzie, co przy abordażach jakich, czy obronie przeciw nim, sami z bronią stawali), ale i coś, co moglibyśmy w pełni zasadnie nazwać w tem starciu piechotą morską, choć byli to zwyczajni żołnierze z jednostek lądowych. Jednakowoż w starciach, gdzie się walczyło na naprawdę bliskich dystansach, ilość muszkietów na pokładach nie była bez znaczenia...
   Jedyne, co podług mnie przemawiałoby za tym, by od południa na Szweda, dobrze między mieliznami i wysepkami osadzonego, nacierać, to byłaby może obawa de Nassaua, że jako nie wybije szwedzkiej floty do nogi, to ci mu będą z pola walki uciekać, licząc na schronienie się w Sveaborgu i tejże zapewne drogi potencjalnego odwrotu chciał rosyjski admirał Szwedom zawczasu odjąć. Być i może też były jakie u "Denassowa" myśli o tem, że jeśli zwycięży, w co nie wątpił, to samego króla szwedzkiego w niewolę dostanie, ergo akcje jego u carycy niemożebnie wzrosną, a Jekatierina mając Gustawa w garści dowolnie mogła z niem o warunkach pokoju traktować... Któż wie? Może się i marzyło de Nassauowi zostać "Księciem Fińskim", jak mógł Potiomkin zostać "Taurydzkim"? 
   Tak czy siak, gdy podszedł 9 lipca*** rankiem pod czekające go brygady szwedzkie, zdziwił go wprawdzie Szweda animusz i do walki gotowość, widać czekał przeciwnika mieć zdemoralizowanego i nieledwie w rozsypce, ale przystąpił do walki nieledwie "z marszu", czyniąc to, co we wszelkich dotychczas bitwach robił zawsze: odważnie i uparcie parł do przodu, nie oglądając się na nic...
  Jeśli przypatrzycie się mapce uważniej dostrzeżecie być może, że król szwedzki swoich brygad ustawił w łuk, nieprzesadnie głęboki, ale jednak... Takie ustawienie zaowocowało tem, że de Nassau nie mógł swej przewagi wykorzystać liczebnej, bo nie miał dość miejsca na szyków rozwinięcie i jeno czołowe galery mogły się ze Szwedem bić prawdziwie. Inszemi słowy, król szwedzki już na samym batalii początku poradził "Denassowa" wmanewrować w cyrkumstancyje zwane w wojskowości "Kannami", a o które się modlą dowódcy wszystkich od Hannibala czasów... 
   Małoż na tem! Co się brał admirał rosyjski, by na czele silniejszych swych okrętów przeciw najsilniejszym szwedzkim postąpić, to dostawał i od boku ognia od szwedzkich okrętów, ale i od harmat, których Szwedzi przytomnie wysadzili na insulach niewielkich Varisari i Sandskeret, z których ta ostatnia się zwłaszcza znakomicie w szeregi szwedzkie wpisała... Może i te baterie tam nie były zbyt liczne, ale obsługi najwyraźniej wyborne, zaś wyższość harmaty strzelającej ze stabilnego lądu, a nie z kołyszącego się pokładu jest poza dyskursem. 
   Najgorzej radziło sobie lewe skrzydło Rosjan, mające przeciw sobie brygadę bohuslandzką, która czy to dla umiejętności większych swoich, czy też i może zapału większego, nieznacznie przecie jeno przez lądowe baterie wspierana, poradziła przecie Moskali przemóc i powoli ich spychać poczęła ku południowi, ku otwartym wodom, wzdłuż wschodniego wybrzeża wyspy Mussalo. Obaj dowódcy tegoż dostrzegli i pomiarkowali zagrożenia i możności z tem się wiążące. De Nassau, rozumiejąc, że jeśli mu lewe skrzydło zepchną, to sam z kolumną środkową zostanie ze wszech stron przez przeciwnika gnębionym i najpewniej pognębionym, jeśli temu wczas nie zaradzi. Król szwedzki podobnie zrozumiał i postawiwszy wszystkiego na jedną kartę, uznał, że mu żaden atak od północy nie grozi, zatem może wesprzeć brygadę bohuslandzką, stojącą dopotąd na północy bezczynnie brygadą niemiecką. Nim przecie owi sygnałów odebrali, szyków uformowali i te nieledwie dwie mile przeciw wiatrowi podeszli, zdążył de Nassau wesprzeć swoich tymi jednostkami z własnej kolumny środkowej co się właśnie pomieścić nie mogąc w pierwszem szeregu walczących, podobnie bezczynnie dopotąd czas marnowali.
  Przyszło do walk naprawdę morderczych, nieledwie pierś w pierś, jak rzadko kiedy na morzu... Pofortunniło się Moskalom tego zagrożenia odepchnąć i linię pierwotną przywrócić, aliści stało się to z takim załóg wysileniem i poszczerbieniem, że gdy wreszcie wpodle czwartej, popołudniowej godziny nadpłynęły szwedzkie kanonierki z brygady niemieckiej, ze świeżymi i żadnymi krwi siłami, wyczerpane całodziennym bojem  załogi rosyjskie, nie umiały im sprostać... Dodatkiem, owa odtworzona linia tegoż "frontu" na wodzie znalazła się w zasięgu szwedzkiej baterii z Varisari, strzelającej tego dnia jak natchniona...
  Ano i tak owo właśnie lewe skrzydło rosyjskie załamało się pierwsze i zepchnięte tym razem już na otwarte wody Zatoki Fińskiej, poszło w rozsypkę. Odsłonięte i na wpół okrążone rosyjskie centrum zaczęło się chwiać i de Nassau uznał, że pora na odwrót, ale czy wieść ta nie została przekazana skrzydłu prawemu, czy też walczący tam tegoż ordonansu nie dostrzegli, dość, że pozostali najdłużej osamotnieni na placu boju, ceny też i za to płacąc najstraszliwszej. 
  Nie dość było tejże Szwedom masakry i ruszyli za uchodzącymi w pościg, kończąc bitwy całej dopiero ze świtu 10 lipca nastaniem, już na wodach otwartych, gdzie pojedynczych nieraz doganiano galer i ich zdobywano, bądź niszczono.
   Ogółem stracił de Nassau 53 jednostki, czyli trzecią część swoich sił, w tem najwięcej właśnie największych, a z fregat nie dość, że dwóch z ośmiu mu zatopiono, to trzech kolejnych luboż zniszczono luboż zajęto, gdy na mieliznach osiadły. Ludzi przetracił blisko 10 tysięcy, z czego siedem tysięcy w niewolę poszło. Zaiste wziął król szwedzki pięknego rewanżu za wszystkie poprzednie porażki swoje, prawdziwej onym sprawiając fińskiej łaźni!
   Nie ta jednak rzecz była tejże batalii skutkiem najważniejszym... Straty w okrętach szło w rok, czy dwa, szkutników wysileniem niemałym, przecie odbudować, podobnie jak z załogami... Ale padł prestiż floty rosyjskiej i Jekatierina zrozumiała, że teraz już nie będzie mieć przeciw sobie króla z chwiejną i buntującą się armią, a przeciwnie: że naród murem stanie za królem i czort jeden wie, jak dalsze zmagania przebiegną. Nie wiemy też, jak wielkiego upadku ducha musiała ta klęska po rosyjskiej stronie przysporzyć, ale domniemywać możem, że niemałego... Na południe, do wojsk i flot z Turkiem walczących caryca w ogóle zabroniła tejże przekazać wieści, sama jedna jednemu Potiomkinowi jej obwieszczając pod najściślejszym sekretem, znać że się spodziewała, że wieść o tem mogłaby siła złego na południu poczynić...
    Rydel w swojej de Nassaua biografii przytacza pocieszający list od Jekatieriny, jakiego miał ów otrzymać. Jeśli ów szczery, to nawet i może by ładnie o niej świadczył, aliści rzeczywistość była taka, że po owej klęsce niezadługo wziął de Nassau dymissyi i nigdy już więcej we flocie czy armii rosyjskiej posady nie dostał, a pewnie i nawet nie szukał... Jekatierina tymczasem rozumiejąc, że wojna na dwa fronty okrutnie jest niebezpieczną i teraz, po szwedzkiej wiktoryi, stanie się nią jeszczeć i więcej azardowną, pomimo, że tam nigdy bodaj więcej niźli 40-50 tysiąców wojska nie było angażowanego, uznała, że czas na pokoju zawarcie, by móc się całą potencyją przeciw Turkowi obrócić.
Nie pisałem tu tego, ale dwukrotnie w tej wojnie zdarzało się, że eskadry z Kronsztadu słane wokół Europy przeciw Turczynowi, nawet i z Sundu zawracano wobec jakich nowych zagrożeń przez flotę szwedzką czynionych... 
   Przed ową batalią sondował król szwedzki możności traktatu pokojowego i dostał responsu takiego, że w zasadzie by się i może caryca godziła na powrót do stanu rzeczy wojnę poprzedzającego, czyli by każdy pozostał przy swojem, aliści żądała i amnestii dla uczestników niesławnej antykrólewskiej konfederacji z Anjala, czego Gustaw ścierpieć nie mógł. Przekazał jednak i od siebie, że iżby od tegoż jednego caryca odstąpić raczyła, ów pokoju podpisze z największą radością...
  Wygrana na wodach Svensksundu pozornie zmieniła w tym względzie niewiele, jeśli o dalsze rokowania idzie. Poparcie dla anjalczyków, ma się rozumieć, zniknęło z porządku obrad natychmiast, aliści prawdziwym króla sukcesem było coś zupełnie innego: oto doprowadził wiktorią swoją do cyrkumstancyj, w których niegłupia przecie Jekatierina pomiarkowawszy, że dwóch ciastek naraz jeść się nie da, od Szwecyi i spraw szwedzkich odstrychnąć się zgodziła, uroczyście w pokoju pospiesznie w Värälä zawartem przysięgając, że się we szwedzkie wewnętrzne sprawy odtąd już mięszać nie będzie... 
  O tem, jakże się cała ta sprawa dla nas na korzyść obrócić by mogła, pogdybamy sobie w nocie następnej...
_____________________
- czyli opartą na galerach, kanonierkach wiosłowych i drobniejszych, ale też wiosłowych jednostkach, flotą przybrzeżną, znakomitą w operowaniu pomiędzy szkierami, czyli wysepkami, skałami i mieliznami północnych i wschodnich wybrzeży Morza Bałtyckiego. Szybciej uchodząca flota żaglowa zdołała dotrzeć do Sveaborga, zwanego dziś Suomenlinna, Fortecą Finlandii, której powtórzony filmik pod pierwszą czerwoną kropką się skrywający, ukazuje.
**- mapka zapożyczona z książki Edmunda Kosiarza "Wojny na Bałtyku X-XIX w." wydanej przez Wydawnictwo Morskie Gdańsk 1978
*** - spotyka się w literaturze datę i o dzień wcześniejszą, widocznie niektórzy przyjmują za nią datę wyjścia floty rosyjskiej spod Fredrikshamnu.

             
                                   ................

03 września, 2016

Europejskiego kogla-mogla ciąg dalszy, czyli rozważań continuum o przetraconych możnościach rozbiorów uniknięcia, a zarazem cyklu naszego o "xiążęciu Denassów" część ósma...

   W nocie uprzedniej, siódmej (IIIIIIIVVVI , VII) tych tu rozważań naszych, coraz luźniej z zamierzonym cyklu bohaterem którym  być miał niemały schyłku XVIII wieku awanturnik, najemnik i aspirant do ról wielokrotnie zdolności przewyższających, xiążę Karol de Nassau-Siegen, w Polszcze za Mickiewiczowskiego "Pana Tadeusza" sprawą, gdzie go dwakroć Wojski spomina, lepiej znany jako "książę Denassów", zapowiadałem szerzej się zająć sprawą niedoszłego naszego ze Szwedem przeciw Rossyi aliansu.
  Po namyśle jednak uznałem, że pierwej potrzebne Wam będzie choć z grubsza owej szwedzko-rosyjskiej wojny przebiegu dalszego naszkicowanie, bo to wielce na kolejach tych pertraktacyj ważyło. Osobliwie ważnych jest tu batalij morskich kilka, bo to one o wyniku rozstrzygnęły, a za ich sposobnością do naszego bohatera pryncypalnego wrócimy:) Zaś ukazawszy Wam momentu tejże wojny zwrotnego, nawrócim do dyplomatyki, byście sami osądzić mogli możność jakich inszych działań statystów naszych, na względzie mając przede wszytkiem możliwe rozbiorów uniknięcie...
  Stary Bosman był nam łaskaw w komentarzu pod notą poprzednią przybliżyć części bitew stoczonych w kampanii 1789 i 90 roku, gdzie sprawy się przeważnie brakiem rozstrzygnięcia kończyły (co de facto oznaczało sukces Rosjan), luboż też i nieznacznym Moskali zwycięstwem. Ja zaś bym chciał dziś zwrócić uwagi Waszej na niewymienione przezeń bitwy u ujścia Kymmene (czy jak kto woli: na wodach Svensksundu) oraz bitwę w Zatoce Wyborskiej, nie temuż może nawet, że owe pryncypalne, bo iście nie wszystkie, aliści w tych wszystkich trzech wielce znacznego udziału miał nasz Karol de Nassau-Siegen, a przecie o niego w tem wszytkiem najwięcej szło...
   Pocznijmyż może chronologicznie od owej pierwszej bitwy u ujścia Kymmene, stoczonej 24 Augusta Roku Pańskiego 1789, czyli wtórego roku tej wojny. Rzecz się zdarzyła w czasie, gdy po wspomnianej przez Starego Bosmana nibyż nierozstrzygniętej "leniwej bitwie" u wybrzeży Olandii, szwedzka flota dała się rosyjskiej wymanewrować i zamknąć w zablokowanej Karlskronie, przez co armię szwedzką na fińskim lądzie i wspomagającą ją tam szwedzką flotę szkierową (przybrzeżną, głównie wiosłową) pozostawiono poniekąd własnemu losowi.
 Na mapce poniższej* macie ukazanego tegoż akwenu, a czego na niej nie widać, to tego, że na wschód (na prawo) od tych wód leżą północne zatoczki od Zatoki Fińskiej odchodzące, pierwsza jakie może mil morskich jakie dziesięć od Kotki, ówcześnie zwana ze szwedzka Fredrikshamnską od miasteczka i fortecy tam się znajdujących** , zasię znów ku wschodowi jakich mil czterdzieści, za obecną rosyjską granicą, zatoczka wtóra, Wyborską zwana. I tak prawdziwie to całość tejże wojny na lądzie się miała o te dwie twierdze, Fredrikshamn i Wyborg, rozstrzygać, bo to one były kluczem do panowania nad ziemiami temi i wybrzeżem, oraz znakomitym punktem wyjścia do ataku na Petersburg.
  Wiemy już, że się to Szwedom nie pofortunniło, ale póki co mamy sierpnia roku 1789, flota szwedzka z liniowców i fregat złożona, bezczynnie w Karlskronie dni pędzi, zaś admirał Carl Ehrensvärd, swej floty galer i kanonierek podzielił tak, by obu wejść (północnego i południowego) do Svensksundu zablokować i mieć w szachu każdą rosyjską próbę wpłynięcia na te wody i wysadzenia desantu na flance armii szwedzkiej nad rzeką Kymmene operującej.

  Małoż na tem, że tam przejść poblokował galerami swemi, to jeszczeć na południowych podejściach potopił szereg mniejszych statków, nie nadto widać zdatnych do wojaczki, by Moskalom jeszczeć i więcej żywota uprzykrzyć. Miał Ehrensvärd nibyż jeno 48 jednostek, aliści przez tą chytrość uszykowania, zdradliwość mielizn i wybrzeży, czuł się tam dość mocnym, by czoła stu z górą jednostkom rosyjskim móc stawić i wykurzyć się nie dać.
  Nie wiem zali plan tejże batalii był "Denassowa" autorstwa... Jeśli by tak było, to czoła wypadałoby pochylić, aliści z onego charakteru wnosząc i starć inszych, od podobnej finezji dalekich, wnoszę, że jednak chyba nie... Rosyjskie galery wzmocnił de Nassau leciwymi fregatami i brygami, co w Kronsztadzie stały bezużytecznie dla obaw o to, by się w jakiem sztormie nie rozsypały, aliści na przybrzeżnych wodach Zatoki Fińskiej pokazały się owe starocie wcale użytecznemi. Podzieliwszy floty na dwa zespoły, z których nad silniejszym (78 jednostek, w tym 5 owych fregat) sam objął komendy, ruszył de Nassau do przejścia północnego. Zespół wtóry, pod admirałem von Kruse, z 29 nibyż jedynie jednostek złożony, miał atakować od południa. W tem nibyż słabszym jednak zespole się największe znalazły okręty, w tem 10 fregat i 6 brygów, tak że miał von Kruse nawet i harmat więcej, niźli pozornie silniejszy de Nassau, jednak był on od szwedzkiej południowej bariery (34 jednostki) cokolwiek słabszym.
   Dzieła począł von Kruse, aliści manewrował tak jakoś niemrawo, tak dla wąskości przejścia, gdzie szyku pełnego rozwinąć nie mógł, że koniec końców część tylko jego okrętów brała w bitwie udział, przy czem tegoż starcia specyfiką to było, że obie floty właściwie wciąż na kotwicach stojąc, prażyły jedynie do siebie z harmat, przecie ten ogień był niemiłosierny... Wyczekawszy krzynę, aż się Szwedy tęgo w te zmagania zaangażowały, podszedł de Nassau od północy i począł Szwedów przeganiać, stosując taktyki takiej, że przódzi na łodziach na cypelkach wyspy Kuutsalo i drobniejszych, wysadzał oddziałki nieduże z harmatami, tych zaś ustawiwszy, brał szwedzkich pokotowiczonych galer w dwa ognie i przymuszał do odsunięcia się poza zasięg dział, co w praktyce oznaczało uwolnienie przejścia. Taktyka niebywale żmudna i czasochłonna, przecie skuteczna...
   Ehrensvärd na południu zaś dwóch już Moskalom okrętów zatopił, kilka inszych poszczerbił srodze, tandem jako się owi ku odwrotowi mięli, mniemał się już być zwycięzcą i z pozycji wybornie bronionej ruszył za von Krusem, by go przyszpilić. Powinno mu było dać do myślenia, że się Moskale może co i zanadto z tą rejteradą guzdrzą, ale że owi walki jakby nie podejmowali, jeno manewrami przed ogniem Szwedów się uchylając, to i pewnie mniemał, że pokąsani nadto srodze. Powinno go zdziwić, że fregaty największe do walki nie wchodzą, jeno się tam gdzie pętają w oddali, aliści rozgrzanemu powodzeniem Szwedowi to nawet nie postało w głowie... Zatopił kolejnej galery moskiewskiej, kolejnych poszkodował i zdało mu się, że pędzi przed sobą wroga, siedząc onemu na karku, z czem się spieszył tem więcej, że się ku wieczorowi miało... Tem zaś czasem wpodle siódmej wieczornej godziny to de Nassau właśnie dokonał przełomu, bo już całej swojej do Svenksundu wprowadził był floty i teraz on ku południowi gonił, pędząc przed sobą umykające ostatnie niedobite galery szwedzkie z rozbitej północnej bariery. Po godzinie niecałej sam już siedział maruderom Ehrensvärda na karku i gromił ich bez miłosierdzia. Do tego i von Kruse przestał nareście udawać baranka na rzeź wiedzionego i całą siłą się przeciw Szwedowi obrócił, dokazując, że owa przez dzień cały demonstrowana niemrawość była jedynie fortelem. Ehrensvärdowi było potrzeba godziny kolejnej, by się w cyrkumstancyjach zdarzonych zorientować i, ogarnąwszy paniki, usiłował już tylko ratować swej floty, uchodząc wzdłuż brzegu, ku zachodowi, do Sveaborga... W stratach bezwzględnych nibyż to nie było przytłaczające zwycięstwo, bo trzem zatopionym galerom rosyjskim jeno siedem szwedzkich idzie przeciwstawić, a tysiącowi poległych Moskali, tysiąc trzystu Szwedów, aliści największa tego dzieła doniosłość, że Szwedy znakomicie obronnej nie obronili pozycji i, uchodząc, na pastwę losu i desantów rosyjskich, pozostawili armii lądowej, zaś w dowództwie floty i w otoczeniu carycy gwiazda de Nassau'a musiała rozjarzyć się jeszcze większym blaskiem, do dawniejszej na Oczakowskim Limanie wiktorii, nowy wawrzyn dodając...
   Kampania roku 1789 pokończyła się podobnie jak i ubiegłoroczna, w praktyce na niczem, toteż obie strony w 1790 właściwie nie zmieniły tak celów, jak i sposobu wojowania. Dla Szwedów mocno ambarasujące to było, że się pełnomorska flota rosyjska podzieliła i częścią siedziała w Kronsztadzie, zaś częścią w Rewlu i tej wtórej Karol Sudermański umyślił wywabić na morze, napadając na mały port pod Rewlem (Raagervik), gdzie Rossyjanie moc nagromadzili zapasów, by móc jej przewagą na morzu pokonać, nim się owa z główną rosyjską złączy, luboż i co gorsza: wezmą Szwedów w kleszcze... Zamysł się nie powiódł, podobnie jak i otwarte wzięcie byka za rogi, czyli atak na Rewel (13 maja), który już tu parokrotnie żeśmy przypominali, przez niedoszłą analogię do Abukiru Nelsona. Właśnie pod Rewlem tak Moskwicini, jako i Szwedzi sobie poczynali klasycznie, ani myśląc o niekonwencjonalności Nelsona, szykiem idąc liniowym przeciw sobie i okładając się ogniem przy mijaniu, z czego znacznie więcej poharatanemi wyszli Szwedzi.
  W temże samem mniej więcej czasie król szwedzki osobą własną i korpusikiem jakich dziesięciu tysięcy żołnierza, dwakroć próbował na twierdzę Fredrikshamnską natrzeć i choć przepędził tam eskadry galer rosyjskich, a i desantu pod twierdzą wysadził, to czasu zmitrężył niemało*** i nie wskórał tam nadto wiele...
    Karol Sudermański z końcem maja poniechał eskadry rosyjskiej w Rewlu się chowającej i popłynął przeciw większej sile rosyjskiej, eskadrze z Kronsztadu, nadziei mając, że tej może pokona, nim się z rewelską nie złączy. Bitwy koło Krasnoj Gorki (1-4 czerwca) tu w szczegółach relacjonować nie będziem, starczy rzec, że i tej Szwedy wygrać nie poradziły, a co i gorsza to dowodzący Rosjanami von Kruse znów manewrował i zwłóczył tak długo, aż Cziczagow mu z rewelską w sukurs nie nadpłynął eskadrą i tak oba mięli Szweda nie dość, że na widelcu w kleszczach, to jeszczeć przewagi liczebnej pozbawionego. Brat króla szwedzkiego, choć się w bitwie nie popisał, wcale sprawnie ogarnął zamięszanie i ukrócił paniki na swoich okrętach i uszedł z pola bitwy do Zatoki Wyborskiej, gdzie wrychle przyszło do kolejnego z interesujących nas starć.
    Nim przecie do batalii przyszło, Moskale osaczyli Szwedów niczem ogary odyńca rannego, bo nie dosyć, że w Wyborskiej Zatoce Szwedy nijakiego nie miały oparcia w siłach lądowych, to jeszczeć od Wyborga strony mięli tamecznej flotylli przybrzeżnych galer i kanonierek, która podejść broniła, przecie jeszcze i potrafiła nocami wroga ambarasować i dokuczać sielnie. Byłoż oczywistem, że się tam Szwedy nie osiedzą, bo i jadła przecie nie na jakie oblężenie na morzu brali, aliści pierwotkiem Gustaw III, który tam wrychle na czele odnowionej szwedzkiej floty szkierowej,  wcale zuchowato jeszcze dążył k'temu, by nocami i przy samem brzegu na pokładach tejże właśnie floty posiłków naściągać i mieć dość żołnierza, by i samemu na Wyborg uderzyć. Koniec końców przyszło k'temu, że miał król szwedzki w Wyborskiej Zatoce czterdzieści tysięcy chłopa, 22 okręty liniowe, 13 fregat i drugie tyle mniejszego drobiazgu, zaś floty szkierowej na jakie 280 jednostek (galer, kanonierek i barkasów artyleryjskich) liczonej.
    Cziczagow przeciw temu ściągnął swoich 30 liniowców, 20 fregat i drobiazgu bez mała, zaś południowego wylotu cieśniny zwanej wówczas Björkösundem, oddzielającej wyspy Peisari, Torsari i Björkö**** od lądu stałego, zastawił "nasz" de Nassau ze swoją flotą wiosłowych galer i kanonierek i cąłe to towarzystwo przez cały czerwiec się co i po chwila tyrpało, szarpało i denerwowało wzajem, aliści do boju pryncypalnego nie przychodziło. Król szwedzki był w potrzasku, ale bynajmniej nie zamierzał kapitulować...
  Mapka ta już nie jest tak, jak poprzednia, przejrzystą, ale postaramy się rzeczy pojaśnić. Czarne strzałki to trzy główne ugrupowania szwedzkie: siły główne z liniowcami (1), pomocnicze z fregatami i innymi mniejszymi (2) i flota szkierowa (3), choć ich pozycja oddaje stan jakby z bitwy już zaczętej, gdy w rzeczywistości pierwotkiem były te siły stłoczonemi w północnej części zatoki, zaś blokada rosyjska stała w dwóch liniach nieco poniżej linii przylądek Krosserort-wyspa Peisari.  Mapa tego nie oddaje, aliści układ mielizn i szkierów tamecznych dzielił wyjście z Zatoki Wyborskiej na dwa jakby szlaki, z których pierwszy wiódł na pełne morze, czyli pod lufy czekających głównych sił rosyjskich (5), zaś drugi, niezwykle płytki i niebezpieczny, wzdłuż brzegu ku zachodowi i nadawał się właściwie wyłącznie dla jednostek floty szkierowej, która zresztą tamtędy właśnie przypłynęła do zablokowanej już pełnomorskiej floty żaglowej.
   Cziczagow nie wierzył w możliwość przedarcia się szwedzkich żaglowców tym szlakiem, ale od wszelkiego przypadku zablokował i tę drogę  eskadrą (6) pięciu liniowców i jednej fregaty. Na zachodzie, wpodle wyspy Pitkopas oczekiwała niewielka eskadra rezerwowa (trzy fregaty) bardziej obrachowywana tam na to, by dobić to, co by się może i przez blokadę przedarło. Że się Moskale będą brać wrychle za to by szwedzkie raki wybierać ze saka szło pomiarkować po tem, że z wieczora 29 czerwca się de Nassau ruszył i podszedł Björkösundem ku północy, spędzając szwedzkich czatów i osłon, aliści nie dobrnął dalej, jak na mil parę. Podobnie się awantażował dywizjon galer i kanonierek z twierdzy wyborskiej od północy, który jednak się Szwedom udało zatrzymać.
  Nocą z 2 na 3 lipca część szwedzkiej floty szkierowej ruszyła Björkösundem ku południowi, jakoby z zamiarem uderzenia na de Nassaua, aliści za wyspą Peisari skręciły owe galery na zachód i przechodząc między Björkö i Peisari uderzyły na flankę floty rosyjskiej. Prawda, że atak był nieledwie szaleństwem, prawda że po dwugodzinnej strzelaninie, gdy zaskoczeni pierwotkiem Moskale się już i wcelowywali lepiej, Szwedy przetraciwszy paru galer cofnęły się nazad, ku północy. Osiągnęli jednak coś znacznie ważniejszego niż gdyby coś istotnego Rosjanom zatopili; oto Cziczagow, który już i przódzi mniemał, że właśnie tamtędy będą Szwedy próbowały uchodzić, jeszcze się w tejże myśli utwierdził i nie uczynił nic zgoła, gdy ze świtu nastaniem pomiarkował, że szwedzka flota szkierowa wyszła za plecy własnej żaglowej, a ta podniósłszy kotwic, żegluje ku zachodowi.
   Nie wierząc w możliwość przedarcia się Szwedów przez szlak przybrzeżny, rozumiał on tegoż manewru za pozorowany i nie zmienił pozycji swych okrętów, jeno im kotwic podnieść kazał i dopiero gdy już starcie głównych sił szwedzkich z owemi sześcioma okrętami rosyjskiemi na tem szlaku postawionemi zdało się być nieuchronnem, nakazał trzem liniowcom z tych, co najbliżej Krosserortu stały, iść onym w sukurs. Nic to jednak nie zmieniło, bo raz, że ów ordonans był nadto późnym, dwa, że nim te liniowce podniosły kotwic i dokonały zwrotu na nowy kurs, nowych arcycennych minut przetracono, trzy, że wrychle jeden z nich się na mieliznę wpakował, a dwa pozostałe uznały, że ważniejsze nieszczęśnemu pomóc, niźli za Szwedem gonić...
  Owe pięć rosyjskich liniowców i fregata stały ku nadciągającym Szwedom burtami i prażyło do nadchodzących ze wszystkich luf, na co znów owi odpowiadać mogli jeno z dziobowych dział, tzw. pościgówek, ex definitione lżejszych od pozostałych. Prowadzącego "Dristigheten" zmasakrowano srodze, przecie wdarł się on w środek rosyjskiego szyku, a za niem kolejne szwedzkie liniowce i wtedy się sytuacja odwróciła: to one mogły wreszcie walić salwami z obu burt, a Rosjanie jeno z dziobowych i rufowych odpowiadać. Nolens volens, by móc znów strzelać burtami,  musięli Rossyjanie kotwic podnieść i własnych okrętów obrócić wzdłuż szlaku żeglownego, co w praktyce oznaczało blokady pierwszej przełamanie, bo Szwedy natychmiast w to wolne miejsce się wciśli i walka ogniowa szła na okrutnie bliskich dystansach.
  Druga linia rosyjska to już było tylko sześć fregat, bez liniowców, i choć poczęły one z dala strzelać do nibyż osłabionego przeciwnika, to i dział miały mniej, a i słabszych, przy tem we Szwedów za pierwszej linii przełamaniem nowy duch zgoła wstąpił i odpowiadali ciosem za cios. Trzecia linia, którą nieoczekiwanie dla samej siebie stały się trzy fregaty wpodle wyspy Pitkopas, co to miały dorżnąć watahę, wolały Szwedom zejść z drogi same i tak się te okręty nawet i bez strzału minęły.
   W tem entuzjazmie oswobodzonej floty żaglowej cokolwiek przepomniano o galerach i dopiero widząc, że nadto późno spuszczone ze smyczy przez Cziczagowa siły główne w pierwszej kolejności uderzyły na próbujące iść za liniowcami i fregatami szwedzkie galery, Karol Sudermański posłał im w sukurs dwie (!) fregaty. Do starcia nie doszło, bo ich dowódcy nie byli samobójcami i wrychle zawrócili, aliści i tego wystarczyło, by Rossyjanie niepewni, zali to poważniejsze nie wracają siły, szyków swoich ułożyli do starcia nowego dając galerom chwilę wytchnienia niewielką, aliści wystarczającą, by te umknęły na ów szlak przybrzeżny i trzymając się jak najbliżej brzegu, czego się lękały rosyjskie okręty o większym zanurzeniu, uszły ku zachodowi.
  Szwedzka flota żaglowa straciła liniowiec "Eningheten", na którem wybuchła prochownia, zasię cztery insze osiadły na mieliznach i przechwycili onych Rosjanie. Zatopiono też jednej fregaty, dwóch dalszych podobnie znów przetracono na mieliznach, podobnie jak trzy z galer floty szkierowej, która już i przódzi w starciu z rosyjskimi liniowcami straciła cztery insze galery i ponad czterdzieści inszego drobiazgu. Poległych i wziętych do niewoli na unieruchomionych jednostkach Szwedzi stracili ponad 7000 ludzi, zaś 3000 było rannych. Rosjanie nie stracili żadnego okrętu, ale pięć liniowców i sześć fregat z owych dwóch pierwszych linii blokadowych tak było poharatanych, że się ledwo do nieodległego przecie Kronsztadu na naprawy dowlokło, zaś ubitych i rannych było łącznie z 5000 ludzi.
  Zdałoby się, że Szwedzi ponieśli tam klęskę druzgocącą, bo trzeciej części floty żaglowej sięgającą, tymczasem owi uważali rzecz całą za sukces, bo się przódzi już i całkiem zgubionemi widzieli i tak owo przedarcie się floty żaglowej, mimo ogromnych strat, dodało ducha i animuszu nie tylko flocie, ale i wojskom lądowym, zaś król Gustaw III zyskał niemałego uznania dla swej odważnej decyzji, by się przez Moskali przebijać, jak i dla samego planu, jakże tego skutecznie dokonać.
  Poszczerbiona szwedzka flota szkierowa szans nie miała na to, by w ślad za żaglową, umknąć do Sveaborga, tandem dowodzący nią król Gustaw III umyślił się schronić z nią na owej znakomitej pozycji obronnej na wodach Svensksundu, tak niebacznie przez admirała Ehrensvärda w pierwszej bitwie u ujścia Kymmene opuszczonej.  Rossyjanie zaś uznali, że owa jest tak poszczerbioną, że do jej całkowitego pogromienia wystarczą ich własne galery i kanonierki, bez żaglowców, zwłaszcza, że dowodził niemi nie kto inszy, jak wsławiony wiktorią nad Ehrensvärdem na tychże samych przecie wodach... Karol de Nassau-Siegen!  I tak oto, w dni parę zaledwie później, doszło do drugiej bitwy u ujścia Kymmene, czasem dla odróżnienia zwanej bitwą na wodach Svensksundu, luboż i przez Finów pod Ruotsinalmi od nazwy fortalicji na wyspie Kotka się znajdującej, aliści o niej to już opowiemy w nocie kolejnej, iżby się nie okazało, że ta swą długością jakich rekordów nie pobiła...:)
  
_____________________
- podobnie jak i następne dwie, zapożyczone z książki Edmunda Kosiarza "Wojny na Bałtyku X-XIX w." wydanej przez Wydawnictwo Morskie Gdańsk 1978
** - dziś to fińskie miasteczko Hamina
*** - między innymi na zupełnie zbyteczne pertraktacje z załogą twierdzy o honorową onejże kapitulacyję, gdzie Moskale jeno szwedzkiego władcę zwodzili, by na czasie zyskać i odsieczy doczekać.
**** - nie mylić ze szwedzką wyspą Björkö nad Kattegatem, wpodle Göteborga.
             
                     ................