27 listopada, 2016

O prawie do bywania na kongresach czyli o urządzaniu Niepodległej cześć XVII

      Czy ktokolwiek z Was, Mili Moi, kiedykolwiek zastanawiał się choć przez chwilę nad tem, skąd myśmy się na tej paryskiej konferencji pokojowej w dziewiętnastym roku w ogóle wzięli? Jakiem prawem właściwie, skoro to kongres był dla jednej jedynej strony w tej wojnie kończonej zwołany ? Zapowiedzieli (i dotrzymali tego) najpryncypalniejsi gracze Ententy, że nawet nie poproszą tam do stołu przedstawicieli przegrywających Państw Centralnych, czyli właśnie się rozpadających Austro-Węgier i rewoltujących Niemiec. Oni dostali później tylko do podpisania traktat wersalski (w przypadku Austrii traktat z Saint-Germain-en-Laye krzynę później, bo 10.IX.1919r) a nie dostali prawa do żadnych negocjacji wyszykowanych tego traktatu warunków i w tym sensie przyszłe słowa Hitlera o "dyktacie wersalskim" były, niestety, jak najbardziej prawdziwe. Nawiasem kwestia tegoż traktatu podpisania stała się w Niemczech przyczyną dymisji rządowej... Pokój zresztą zawierano z każdym z byłych Państw Centralnych z osobna, a nawet z państwami, które na gruzach Austro-Węgier powstawały, przy czym los poszczególnych tych krajów jest wymownym świadectwem tego, jak wiele zależało od dobrej (lub złej woli) przywódców Ententy. 
  Pomijając ekstremalnie zredukowaną traktatem pokojowym z Saint-Germain-en-Laye  Austrię, państwem, które najbardziej zostało "ukarane" stratami terytorialnymi na rzecz sąsiadów były nowo powstające Węgry (traktat w Trianon 10.VI.1920r), z których została zaledwie trzecia część dawnych historycznych Węgier i który to traktat po dziś dzień każdy Madziar uważa za krzywdzącą niesprawiedliwość i hańbę dla Europy (czyli coś, jak my Jałtę). I rodzi się tu, moim zdaniem, wielce zasadne pytanie dlaczego, skoro tak potraktowano Węgrów, to czemu Czesi i Słowacy, również przecie będący znakomitą cesarstwa habsburskiego podporą, zostali potraktowani inaczej? Że monarchia austro-węgierska była dualistyczna i Węgrzy byli równoprawnymi jej gospodarzami? Dyskusyjna dla mnie ta równoprawność byłaby... Królem czeskim też się kajzer tytułował, a Czesi od klęski pod Białą Górą w 1620 roku już się więcej przeciw Wiedniowi nie buntowali, a Madziarzy owszem, wielokrotnie, z czego ostatni raz ledwo dwa pokolenia wcześniej... 
   Odpowiem Wam zatem, czym się te dwa różniły narody w końcówce tejże wojny: otóż Madziarzy stali przy swem cesarzu i królu do końca, by się po jego upadku niemal natychmiast zrewoltować bolszewicko, za to Czesi mieli Tomáša Garrigue Masaryka, człowieka, który był w swoim czasie lojalnym poddanym kajzera i nawet posłem do wiedeńskiego parlamentu, ale w czas wojny swe poglądy odmienił (co mu się zresztą w wielu kwestiach zdarzało i nie zawsze była to dobra zmiana) i począł po świecie jeździć i kołatać za niepodległością dla kraju swego. Daleko prościej mu było, niźli politykom naszym, wyjednać zgody na siły zbrojne u boku Rosji przeciw Austro-Węgrom walczące*, zasię na uznanie ich przez Ententę za siły sojusznicze. Stąd już tylko krok do proklamowania niepodległości Czechosłowacji (nawiasem: na schodach amerykańskiego Kapitolu:) i do udziału w tejże paryskiej konferencji. I, powiedzmy sobie szczerze, że gdyby Masaryka nie stało i te czechosłowackie wojska by w Rosji nie powstały, to najpewniej spotkałoby Czechów to samo, co Węgrów...
  No dobrze, rzekniecie, ale przecie i myśmy mięli przywódcę wielkiego formatu, a nawet dwóch i wojska, co przeciw Niemiaszkom i Austryjakom walczyły... Ano właśnie w tem sęk, że z tych przywódców jeden, świeżo co wprawdzie z niemieckiego więzienia zwolniony, dla przywódców Ententy był tylko "byłym austriackim generałem" z niejasnymi planami na przyszłość. Gdyby któryś z nich zażądał od swoich wywiadów jakiegoś dokładniejszego dossier pana Piłsudskiego, a te by porządnie odrobiły lekcyj i takie dossier dostarczyły, to zapewne żądający wykształciłby sobie jeszcze gorszego jego obrazu: jakiś socjalista z terrorystyczną przeszłością (dla Anglików z pewnością by się kojarzył natychmiast z Michaelem Collinsem, jednym z głośniejszych dowódców IRA), z niejasnymi powiązaniami z wywiadem austriackim, człowiek traktujący religię instrumentalnie i nader łatwo zmieniający wyznania, w dodatku jakiś libertyn, żyjący bez ślubu z byłą terrorystką, nareszcie świeżo co przez Niemców z więzienia uwolniony w nader dziwacznych okolicznościach, przecie dowodnie ukazujących, że Niemcom czeguś na tem człeku okrutnie zależało... No i człowiek, który pierwsze czego uczynił po objęciu władzy w Warszawie, to zadeklarował neutralność swego kraju w dogasającej wojnie, czyli niejako ex definitione postawił siebie i kraj poza tym podstawowym kryterium udziału w konferencji pokojowej, którego jeno dla aliantów zawarowano... Że uczynić inaczej było nie sposób, tegośmy w  cześciach czwartej i piątej tegoż cyklu naszego tłomaczyli IIIIIIIVVVIVIIVIIIIXXXIXIIXIIIXIV , XV, XVI ),
co nie zmienia faktu, że dla decydentów Ententy nie musiała ta okoliczność być za zaufaniem wobec osoby i władzy Piłsudskiego przemawiającą... 
    Za to autorytetem dla tych panów był Dmowski... tenże sam Dmowski, którego w ojczyźnie mało kto poważał, dopóki się nie okazało, że na Zachodzie go poważają. Ale trzeba tej prawdy powiedzieć, że to, żeśmy się w Paryżu znaleźli przy stole, tak jak Czesi Masaryka, a nie jak Węgrzy, to właśnie zasługa Dmowskiego i Paderewskiego, którzy od dawna, podobnie jak Masaryk, o uznanie zabiegali, o czem zresztą żeśmy już w uprzednich częściach tegoż (od IX do XII) cyklu naszego pisali. Zasługa ich, oraz jednej jeszcze postaci, kilkakroć wprawdzie wspominanej w kontekstach przeróżnych, choć nigdy jeszcze z dobitnym podkreśleniem tych zasług, które Dmowskiemu umożliwiły wprowadzenie nas w grono sojuszników. Mowa o jenerale Józefie Hallerze, późniejszym bożyszczu endeckich polityków i wyznawców, gęsto przeciwstawianym przy najrozmaitszych okazjach Piłsudskiemu, z którym nawiasem dość zgodnie przez długi czas współpracowali w Legionach. 
   Nie wiem dziś, czy dobrze pamiętam jak mnie w szkołach za nieboszczki Peerelki uczono, alem zakonotował w memoryi takie przekonanie, że to tam mi właśnie do łba wkładano, jako to endecy czyn legionowy w Galicyi Wschodniej (tzw.Legion Wschodni) spsowali i ów w rozsypkę poszedł, w czem miał palców właśnie Haller maczać. W rzeczywistości to on właśnie tych zebrał, co nadal przeciw Moskalowi wojować chcieli i z niemi do Piłsudskiego dołączył, tworząc w I Brygadzie 3 Pułku i dowódcą jego zostając. Później już tak zgodnie nie było, bo po miesiącach krwawych walk (ale i niemal rocznej rekonwalescencji po wypadku ciężkim), gdy ów do służby powrócił jako dowódca II Brygady Legionów, to ta właśnie brygada jedyną była jednostką, co wbrew zamierzeniom Komendanta, jednak przysięgi na wierność kajzerowi złożyła i poszła na front, a nie do obozów internowania w Beniaminowie czy Szczypiornie, czego przez lat wiele obóz Piłsudskiego wybaczyć Hallerowi nie umiał, zaś propaganda powojenna wystawiała tego jako akt nieledwie serwilizmu z jego strony.
   Kolejnej jednak niemieckiej niegodziwości w postaci brzeskiego traktatu pokojowego z Ukrainą, której w zamian za zboże dla wygłodzonych Niemiec ciepłą ręką dorzucono naszej Chełmszczyzny, to już nawet i Hallerowi było nadto, podobnie jak podkomendnym jego i większości Polaków, rozumiejących ten traktat czwartym rozbiorem Polski. W efekcie się II Brygada zbuntowała (niemała w tem robota inszego jej oficyjera, podpułkownika Michała Roli-Żymierskiego, przyszłego agenta NKWD, dowódcy Armii Ludowej i marszałka peerelowskiej armii) i przebiwszy się przez front pod Rarańczą 15-16 lutego 1918 roku, znalazła się po jego rosyjskiej stronie, by się niebawem złączyć z organizowanym II Korpusem Polskim w Rosji**, którego komendę właśnie Haller obejmie.  Wystawiano nam tejże batalii jako najostateczniejszej desperacji, z poczucia honoru zrodzonej i w gruncie rzeczy jałowej, a nawet żem się i z komentarzem jednego historyka był spotkał, że gdyby Haller się Piłsudskiemu w czasie "kryzysu przysięgowego" podporządkował, to by nasi żołnierze nie musieli pod Rarańczą ginąć bez potrzeby...
   Może i tak, jeno zważmy rzeczą właściwą miarą... Tych "poległych bez potrzeby" było wszystkiego... szesnastu, co pewnie że ich szkoda, jako i życia każdego, aliści ilość ta świadczy o tem, że się zrobiło, co można, by strat tych do minimum sprowadzić. Co jednak najważniejsze, to to, że ta właśnie nibyż nieduża batalijka, dla Historii naszej się okazała niezwykle cenną i to nie tylko dla pamięci jej sławy, ale temuż, że oto po raz pierwszy w tej wojnie zwarta formacja wojska, którego by można uznać za polskie, wystąpiła przeciwko Państwom Centralnym***, czyli zdobyła sobie prawo uważania się za sojusznika Ententy, a zatem i pierwszego stopnia na tych schodach do paryskiego stołu konferencyjnego!
   Jak już o tym pisaliśmy, i II Korpus długo nie pociągnął na terenie przez Niemców ogarniętym, gdzie owi nie chcieli ścierpieć zwartych i uzbrojonych formacyj polskich, których nie kontrolowali. I o ile I Korpus Dowbora-Muśnickiego się dozwolił w Bobrujsku rozbroić, a żołnierzy przewieziono do Warszawy, gdzie latem 1918 Polnische Wehrmacht mięli zasilić, przy czym przydali się akuratnie, jako w listopadzie przyszło Niemiaszków rozbrajać, tak II Korpus Hallera rozbroić się nie chciał, lękając się konsekwencyj dla wielu weteranów za bunt pod Rarańczą sprawiony. W efekcie czego przyszło do bitwy osaczonego i przypartego do Dniepru Korpusu z Niemcami pod Kaniowem 11.V.1918 roku, o czem żem za sposobnością święta pułkowego 6 Pułku Ułanów Kaniowskich był pisał****.
  Ano i ta właśnie batalia była wtórą, której nam policzono za dowód chęci walki wojsk naszych po Ententy stronie i dozwoliła Dmowskiemu wymienić francuskiego jenerała Armią Polską we Francji dowodzącego na Hallera właśnie, co spod Kaniowa zbiegłszy, się poprzez Moskwę i Murmańsk z Rossyi wydostał***** . Jeśli się to może co komu i mało zdaje, ot wszystkiego dwie batalijki nieduże, to rzeknę, że Japończycy, co się wszystkiego w tej wojnie wysilili na jednej niemieckiej fortalicji w Qingdao zdobycie i na zajęcie niemal bez walki paru jeszcze insuli na Pacyfiku, mniejsze w tej wojnie zaangażowali siły, a i Niemcom w ludziach mniejszych przyczynili strat, przecie w Paryżu liczyli się między najpryncypalniejszemi... Że zmilczę już o przewagach wojennych Gwatemali, Nikaragui, Kostaryki czy Brazylii, jednako przecie przy paryskim stole siedzących z nami... O inszych tam jednak dyplomatycznych przewagach naszych, osobliwie marynarzy naszych o podział flot zaborczych wojujących, o sukcesach ale i o klęskach naszych na zielonem stole ponoszonych pisać już będziem w nocie kolejnej...
________________________________
* - Po prawdzie to mnie ów Korpus Czechosłowacki po wsze czasy więcej się będzie kojarzył ze zdradą, której wynikiem bolszewicy dostali w swe ręce admirała Kołczaka, a nieco później i naszych żołnierzy z Dywizji Syberyjskiej... Nawiasem, to sądzę, że tragiczny los Eugeniusza Bodo to przede wszystkiem konsekwencja jego roli w poświęconym tym żołnierzom przedwojennym filmie "Bohaterowie Sybiru".
** - w czem najwięcej dopomógł Hallerowi i jego żołnierzom... przedstawiciel POW w Kamieńcu Podolskim, piłsudczyk Tadeusz Hołówko, wielce ciekawa persona, tragicznie zamordowana w Truskawcu(29.VIII.1931r) przez nacjonalistów ukraińskich z OUN
*** - tak konkretnie to, niestety, przeciwko Chorwatom z c.k.53 pułku piechoty...:((
**** - nie tylko ułani sobie wtedy na zaszczytne miano "Kaniowskich" zasłużyli... W wojsku II Rzeczpospolitej były jeszcze cztery pułki piechoty tak właśnie uhonorowane dla zasług swoich z dnia tego (28, 29, 30 i 31 Pułki Strzelców Kaniowskich)
***** - w trzeciej części cyklu Wieniawie-Długoszowskiemu poświęconemu żem opisywał, jako to Wieniawa wówczas, imieniem piłsudczyków z POW właśnie z Hallerem pertraktował o współpracy i o jakim sił i środków zjednoczeniu dla wspólnego celu. Takoż i o tem, jak całego peowiackiego aparatu konspiracyjnego użył, by ludzi Hallerowych z niewoli po kaniowskiej klęsce uwalniać i w ucieczkach dopomagać, a nawet jako i ów za samem Hallerem do murmańskiego pociągu gonił, by do jego z Rossyi wyjazdu nie dopuścić...

                                                  ................

20 listopada, 2016

O tem, że wielkie sprawy czasem się o farsę ocierają, czyli cyklu o urządzaniu Niepodległej część XVI

  Podobno jesteśmy narodem wichrzycieli, buntowników, wiecznych konspiratorów, spiskowców i rebeliantów, co to półwiecza bez jakiej ruchawki solidnej nie usiedzą... No, może... ale jeśli wejrzeć na tych naszych powstań, buntów i przewrotów skuteczność, rozumianą jako osiągnięcie zamierzonych celów, no to...hmm... jakby to rzec? No, hit nasz eksportowy to to na pewno nie jest...
   Jeśli przez skuteczność rozumieć oddziaływanie na sposób myślenia, na kulturę, na rozumienie historii i roli  naszej we świecie, to tak, to owszem: toksyna jest zabójczo skuteczna jeszcze po latach...
  Ale mamy w swoich dziejach zamach stanu, a ściślej jego próbę, która się o dobrą komedię (choć może bardziej farsę) ociera. I o tej próbie, oraz o jej konsekwencjach sobie dzisiaj opowiemy w nocie o urządzaniu Niepodległej szesnastej  IIIIIIIVVVIVIIVIIIIXXXIXIIXIII,XIV , XV ), nocie wprawdzie długiej okrutnie, aliści mniemam, że jej ścierpicie, osobliwie, że nie zamęczam Was ostatnio częstością pisania swego...
    O tem, że prawica zamierza dokonać przewrotu, to wróble w Warszawie ćwierkały od dobrego miesiąca z okładem i prawdę rzekłszy pięciu groszy bym nie dał, czy aby te plotki nie były celowo rozpuszczanemi, trochę na zasadzie, by z bezsilności uczynić siłę i niechaj nas się choć trochę boją... Choć endecja wcale znów tak bezsilna nie była, bo miała własne bojówki, tzw.Straż Narodową, która nominalnie została powołana do ochrony mieszkańców Warszawy i okolic przed anarchią i pleniącą się w ostatnich miesiącach wojny zwykłą bandyterką, a w listopadzie nawet i chlubnie się zapisała przy rozbrajaniu Niemców, ale wrychle przyszło między jej przywódcami a władzami miejskimi i Milicją Miejską, której powinna podlegać i pomagać, do konfliktów. W efekcie tego liczebność Straży została odgórnie zmniejszona z sześciu do dwóch tysięcy, ale i tak na początku stycznia 1919 roku była to siła poważna*. Nie od rzeczy będzie dodać, że komendantem jednego z jej sześciu rejonów był niejaki Tadeusz Dymowski** , równocześnie prezes Towarzystwa Popierania Przemysłu i Handlu Polskiego "Rozwój".
   Ano i tenże właśnie człowiek uznał, że nie ma co czekać na zapowiedziane na 26 stycznia wybory i na nowy sejm, przed którym rząd Moraczewskiego zapowiedział złożenie dymisji po zakończeniu swej, ex definitione tymczasowej przecie, misji. Plan Dymowskiego zakładał porwanie najważniejszych ministrów i zmuszenie Piłsudskiego, w zamian za uwolnienie ich, do zdymisjonowania rządu Moraczewskiego i powołania nowego, prawicowego, czyli też bynajmniej nie w zamierzeniu było powoływanie Rządu Narodowego w kształcie, którego pragnęła i domagała się od Piłsudskiego ustępująca Rada Regencyjna, a który to zarzut był zamachu oficjalnie głoszoną przyczyną***
  W trakcie przygotowań do zamachu, podczas kiedy podwładni Dymowskiego śledzili Moraczewskiego, Wasilewskiego, Thugutta i innych ministrów, dość rychło zorientowali się, że nie robią tego sami... Skonfrontowawszy się z owymi "innymi", przekonali się, że pomysł nie był odosobniony i że niezależnie od Dymowskiego, inna grupa zmierza do podobnego celu. Ustalono zatem połączenie sił i wspólną realizację planu, z tem, że w owym nowym planie już nie zamierzano negocjować z Piłsudskim, bo i on miał być uwięzionym, zaś władza przejęta w imieniu Dmowskiego i generała Hallera. Od tejże chwili doszło też i do zmian w kierownictwie spisku i dalsze działania szykował i firmował pułkownik Marian Żegota-Januszajtis, przed wojną organizator i komendant Polskich Drużyn Strzeleckich****, zaś wspierali ich inni działacze prawicy: monarchista książę Eustachy Sapieha (były przewodniczący Rady Głównej Opiekuńczej, wielce zasłużonej i wciąż niedocenianej organizacji charytatywnej czasu wojny) oraz działacz endecki drugiego szeregu, Marian Zdziechowski.
  Najpryncypalniejszy spiskowców frasunek w tem był, że właśnie nikogo pomiędzy swemi na tyle wybitnego nie mięli, iżby można mu powierzyć rządu nowego ułożenie i żeby ogół społeczeństwa wiedział, któż zacz, czego dokonał i na wieleż wiarygodny... Lwia bowiem część wybitniejszych endeckich działaczy się wkoło Dmowskiego w Paryżu grupowała, a i to pytanie, czy na kraj dość byli wiarygodni i poważni. Ale ta się sytuacji zmieniła diametralnie, gdy Paderewski w Poznaniu na tyle ozdrowiał, że się mógł z łoża podnieść, a insurgenci tameczni wzięli Ostrów, ostatnie, nie będące w polskich rękach miasto i stację na trasie do Warszawy. 
  Wielki pianista znalazł się zatem 1 stycznia w Warszawie, podobnie entuzjastycznie witany, jak wszędzie po drodze, a nawet rzekłbym, że może i bardziej, bo Warszawa już wie, że Wielkopolska zwycięsko kruszy kajdany niewoli i wiąże to właśnie z jego, Paderewskiego, osobą, zatem wita go niczym wodza wracającego po wygranej bitwie. Może tylko pochodni nie potrzeba, bo w Warszawie nikt złośliwie nie wyłącza prądu, a poza tym wielki mistrz przybywa jeszcze w świetle dnia.
   Paderewski spędzi w stolicy wszystkiego trzy dni i odjedzie do Krakowa nocnym pociągiem jeszcze 4 stycznia. Na niecałe cztery godziny przed pierwszymi działaniami spiskowców... Byłoby ciekawym, a i poniekąd kluczowym dla rozważań naszych, mieć pełen przegląd jego spotkań w tych trzech dniach i słów wypowiedzianych. Wiemy niemal wszystko o najważniejszym z nich: z Piłsudskim. Tym, po którym Naczelnik Państwa podsumował gościa: "Kryształowa dusza, głowa dziecka"... Wiemy, że się nie dogadali i że wspólnego rządu raczej nie będzie... I oddalały się widoki na przyjazd do Polski Armii Hallera, jedynej naszej znaczącej siły zbrojnej, której kraj potrzebował jak kania dżdżu... 
  Dla mnie osobiście, ale i dla pamięci  (czy nawet i legendy) Paderewskiego istotnem byłoby móc wiedzieć, czy ów wiedział o szykowanym zamachu stanu. Podług mnie tenże wyjazd pospieszny do zapraszającego Krakowa, dowodziłby że tak... Uwiadomiono go o tem, nie wprowadzając rzecz jasna w szczegóły, choć zapewne daty mu podano i właśnie dlatego ów, protestując przeciw metodzie i nie zamierzając zamachu popierać, usuwał się z teatru możliwych zdarzeń, by z niemi powiązanym nie zostać. Pytanie jednak, czy gdyby zamach się powiódł, czy Wielki Pianista i gorący patriota nadal tkwiłby w pięknoduchostwie swojem i czy by aby z tego Krakowa nie wracał już na fotel kogoś w rodzaju tymczasowego prezydenta i premiera w jednym. Ma się rozumieć, dla dobra ukochanej Ojczyzny... Już wcześniej, w czasie wielkiej manifestacji w pięćsetlecie Grunwaldu, przy odsłanianiu pomnika, który ufundował, przyznał, że "poczuł się kimś w rodzaju wodza" i, zdaje się, że nie był od tego, by dać się tej myśli uwieść... 
  Pytanie kolejne: czy o zamachu wiedział Dmowski w Paryżu? Sądzę, że tak, choć też pewnie nie w szczegółach, których nie można było korespondecjom zawierzyć, ale wiedzieć musiał o nastrojach, a i pewnie o tem, że "coś" się szykuje. Sądzę nawet, że udzielił czegoś w rodzaju błogosławieństwa zwolennikom swoim. Natomiast nie miał on jak wiemy okazji się z Paderewskim spotkać, bo ten z Ameryki prosto do Londynu przecie jechał, a od Balfoura to już prosto: brytyjskim krążownikiem do Gdańska i do Warszawy prościuchno jak z bicza przez Poznań strzelił... Zapewne też nie powierzył tych wieści żadnym depeszom, co by gdzie mogły Paderewskiego dognać po drodze, a na wysłanników nie starczyło już czasu. Za to z pewnością rozmawiali z Paderewskim w Warszawie działacze miejscowi, zapewne Zdziechowski i być może Sapieha... Odmowa wsparcia ze strony Paderewskiego musiała niemi wstrząsnąć, ale zamiarów nie ukróciła...
   Trzeba przyznać, że spiskowcy rozpoznania dokonali niezgorszego i przeniknęli głęboko. Pierwszymi, których aresztowano, byli premier Moraczewski i minister spraw zagranicznych Leon Wasilewski, którzy po drugiej w nocy wracali z narady u Piłsudskiego. Zadzwonili z sekretariatu belwederskiego do garażu po samochód, a gdy doń wsiedli, to siedzący wpodle szofera oficer, po przejechaniu bramy zakomunikował im, że są aresztowani i zaskoczonych odwiózł do prywatnego mieszkania na ulicy Żurawiej, gdzie ich uwięziono.
  W temże samem mniej więcej czasie, wpodle trzeciej nocnej godziny, na plac Saski, pod Komendę Miasta wmaszerowywuje kompania piechoty z bardzo specyficznej jednostki, która później zasłynie jako 21 Warszawski Pułk Piechoty "Dzieci Warszawy". Na razie jest to 1 Okręgowy Warszawski Pułk, złożony z sporej części z ochotników Legii Akademickiej i młodych warszawiaków z przeróżnych środowisk, przecie jednak głównie kupieckich i rzemieślniczych, tradycyjnego narodowców zaplecza. Oficerami przeważnie są byli "dowborczycy" z 1 Korpusu Polskiego w Rosji, których przecie rozbrojono w Bobrujsku i przywieziono latem 1918 roku do Warszawy. Kompanią dowodzi porucznik Wiesław Januszajtis, brat Mariana, zaś trzeci z braci, Andrzej jest w tejże kompanii sierżantem i dowodzi jednym z plutonów... Familijnego charakteru przedsięwzięcia dopełnia adiutant przywódcy zamachowców, podchorąży Dąbrowski, prywatnie szwagier Januszajtisów.
   Żołnierze obsadzają Komendę, a pułkownik Januszajtis przemawia do rozbrojonych oficerów Komendy i własnych podkomendnych płomiennymi słowy, w których komunikuje im o obaleniu rządu Moraczewskiego i o powołaniu nowego rządu Romana Dmowskiego oraz o objęciu dowództwa nad wojskiem przez generała Hallera. Pomijając takie drobiazgi jak to, że obydwaj są cały czas w Paryżu i raczej w Warszawie prędko nie będą, uderza pominięcie w tym przemówieniu Paderewskiego, z czego właśnie wnoszę, że ten im swej zgody na zamach nie dał. Póki co jednak zasłuchani spiskowcy popełniają kardynalne błędy jeden za drugim, w tym taki, że nie pilnują zatrzymanych, skutkiem czego komendant garnizonu, pułkownik Zawadzki, cichcem się ku jakim bocznym drzwiom pokwapił i dał drapaka, do świtu niemało wiernych rządowi oddziałów alarmując i zbierając.
   Bojówkarze ze Straży Narodowej neutralizują, początkowo dość skutecznie zarówno rządowe siły policyjne, czyli Milicję Ludową, poprzez aresztowenie jej komendanta, kapitana Ignacego Boernera. Temu podesłano przebierańca w mundurze oficera z rzekomym wezwaniem do Komendy Miasta, gdzie go rozbrojono i przewieziono do garażu w Alejach Jerozolimskich pod 79-tym. 
   Milicją Miejską dowodził człowiek-legenda, pułkownik Jan "Jur" Gorzechowski, dowódca jednej z najsłynniejszych akcji bojowców PPS w rewolucji 1905 roku: uwolnienia 24 kwietnia 1906 dziesięciu więźniów zagrożonych najwyższymi wyrokami z więzienia na Pawiaku***** . Tego nachodzą w domu i gdy "Jur" otwiera im drzwi, pierwszy wdziera się do środka z rewolwerem, ale Gorzechowski nie poddaje się bez walki, wybija napastnikowi broń i powala go jednym ciosem, niestety, wdzierający się w międzyczasie pozostali biją go kolbami karabinów, a uczciwiej rzec będzie, że rozjuszeni oporem, masakrują pepeesowskiego bohatera. "Jur" będzie bodaj najpoważniej w tym zamachu poranionym i najdłużej się leczącą ofiarą...
  Insi zachodzą po ministra spraw wewnętrznych, Stanisława Thugutta. Jeden ze spiskowców głosi się być listonoszem z jakim telegramem ważnym, ale gdy Thugutt otwiera drzwi, strzela doń dwukrotnie z rewolweru i... ucieka... Szczęśliwie strzela z taką samą skutecznością z jaką działa większość zamachowców, ale symptomatyczne jest to, że jak się zdaje, Thugutta, jako jednego jedynego naprawdę zamierzano zabić, najpewniej dlatego, że to on, jako minister spraw wewnętrznych, firmował działania komisarzy w terenie, a będąc "de facto" zastępcą Daszyńskiego w rządzie lubelskim, działał tam i wydawał akty, sygnowane imieniem Daszyńskiego, jeszcze wtedy, gdy ten, wezwany przez Piłsudskiego do Warszawy, właściwie już skapitulował i z rządu ustąpił.
   Zszokowany tą napaścią Thugutt dzwoni do Komendy Miasta, żądając jakiejś ochrony, nieświadomy tego, że zamachowcy właśnie Komendę zajęli. Któryś z nich tak Thugutta zbałamucił, że ten przyrzekł czekać na patrol i się z mieszkania nie oddalać. Patrol z porucznikiem Mieczysławem Skrudlikiem, znanym później historykiem sztuki, dziennikarzem i publicystą, wojującym piórem z masonerią i wszelkim wolnomyślicielstwem równie gorliwie, jak teraz aresztuje Thugutta i odwozi do garażu w Alejach Jerozolimskich.
  Inna grupa, najwyraźniej wzorowana na spiskowcach z 1830, którzy po wielkiego księcia Konstantego również przyszli w składzie mieszanym, wojskowo-cywilnym, wybiera się do Belwederu po samego Piłsudskiego. Jakiś gołowąs-wartownik ich wpuszcza, bo dowodzący grupą rotmistrz w galowym mundurze go skonfundował, aliści z piętra, przez okno scenę tę widzi jeden z adiutantów Komendanta, ówcześny porucznik Kazimierz Stamirowski (na słynnym zdjęciu  Marszałka na moście Poniatowskiego w czasie przewrotu majowego-dzisiejsza pierwsza "zielona" kropka - pierwszy z lewej). Zaniepokojony uzbrojonymi cywilami, zbiega na dół i indaguje przybyłych kim są i czegóż chcą. Ci - przyznam, że nie umiem osądzić, czy tak głupi, czy tak bezczelni - oznajmiają, że właśnie przyszli aresztować Piłsudskiego. Gdyby Stamirowskiego przy tem z punktu sterroryzowali, ubili, czy choć ogłuszyli, to bym tego jeszcze jakoś rozumiał, jako działania względnie racjonalnego... Ale to oni się dali Stamirowskiego ogłuszyć...:) Ten bowiem rozdarł się na nich jak klasyczny zupak na rekrutów i, poniewierając najgorszemi słowy, aresztował całą grupę, w czem mu dopomogli nadbiegający i zwabieni jego krzykiem inni wartownicy******.
   Za ochronę Belwederu odpowiadał 7 Pułk Ułanów, jeszcze wtedy nie nazywanych Lubelskimi i pewnie jeszcze noszący numer "3", ale to ten sam pułk, z powodu którego rząd Daszyńskiego się instalował w Lublinie, mając oparcie w tej właśnie sile zbrojnej. Jego dowódcą był major Janusz Głuchowski, kolejna legenda: jeden ze słynnej "siódemki" Beliny-Prażmowskiego, która się przekradła do Kongresówki jeszcze przed wymarszem Pierwszej Kadrowej. I tenże właśnie człowiek, zaalarmowany przez podkomendnych wpada do Piłsudskiego po dalsze rozkazy, by zastać go nad układanym ze stoickim spokojem pasjansem. Zapytany, Komendant odpowiada: "Odbywa się zamach stanu, ale to szopka, nie zamach."
   Ma rację. Tak dalece, że z czasem pojawią się nawet głosy, że cała ta operetka została przezeń ułożona i ukartowana, by mieć alibi wobec swoich lewicowych zwolenników, że musi odwołać Moraczewskiego i poprzez nominację Paderewskiego na premiera szukać porozumienia z prawicą. Na razie do akcji wkracza kolejny tej nocy wielki bohater, paradoksalnie chętnie widziany przez spiskowców na ich wodza: generał Stanisław Szeptycki, postać równie nietuzinkowa jak większość tamtej nocy bohaterów. Austriacki jeszcze generał-artylerzysta, który na własną prośbę został do Legionów przeniesiony i których był ostatnim dowódcą. Piłsudskim rozczarowany, z czasem będzie jego jawnym opozycjonistą. Ziemianin z wielkiego rodu, hrabia, nienawidzący lewicy jak robactwa, ale człowiek dla którego honor, i to zarówno honor osobisty, jak i honor munduru, którego obrońcą się czuje, to są wartości najwyższe...
   Aresztowany (według jednej wersji*******) w hotelu Bristol, gdzie pomieszkiwał i prowadzony pod lufami do Komendy Miasta, na Krakowskim Przedmieściu spotyka jeden z tych patroli, które zdążył już zaalarmować zbiegły z Komendy Miasta pułkownik Zawadzki. Szczęśliwie jest to patrol silniejszy od tego, który prowadzi generała, zatem Szeptycki błyskawicznie przejmuje inicjatywę i aresztuje tych, którzy aresztowali jego. 
Oświadcza im przy tem, co z lubością przywoływał Torlin w komentarzu pod częścią VII: „Ja wam ten cały zamach zlikwiduję bez strzału”.
   Rzeczywiście, przybywszy do Komendy Miasta wzywa pułkownika Januszajtisa i zarządza zbiórkę znajdujących się tam oddziałów. Tym oświadcza, że przejmuje dowodzenie i żąda posłuszeństwa, zaś osłupiałego Januszajtisa z komiltonami jego każe aresztować.  I rzeczywiście, jak to wówczas Torlin określił: "było po buncie"... Prawie... 
   Piłsudski przyjeżdża do Komendy Miasta o siódmej rano i bez pardonu ruga zebranych zamachowców najgorszemi słowy, po czym... puszcza ich wolno, na słowo honoru, że się stawią na wezwanie. Z Januszajtisem i pułkownikiem Berbeckim wsiadają do samochodu i jadą do tego nieszczęsnego garażu w Alejach Jerozolimskich, by uwolnić uwięzionych ministrów, ale... garaż jest pusty, zaś Januszajtis nic nie wie o miejscu pobytu więźniów! Piłsudski zwalnia go do domu, zaś Berbeckiemu poleca wszcząć poszukiwania, które się kończą około południa, gdy ktoś dostrzega wartę Straży Narodowej przed jednym z lokali Towarzystwa "Rozwój" w Śródmieściu. Najpewniej to prezes Dymowski postanowił przenieść więźniów, mimochodem dając dowód jak to też sobie spiskowcy ufali nawzajem...
   Berbecki odwiózł uwolnionych, częściowo jeszcze w negliżu, ministrów i komendantów milicyj do Belwederu, gdzie jeszcze zdążył być świadkiem jak znów Komendant użył wysoce nieparlamentarnego języka... tym razem wobec swoich przyjaciół, za to, że się dali wyjąć jak ryby z saka tak beznadziejnym amatorom...
    Na zakończeniu trzeba nam jeszcze nawrócić do pretensyj licznych, w swoim czasie zgłaszanych, a nawet i tu, na naszych łamach, pod częścią VII przez Torlina, że Piłsudski sprawców nie ukarał. Stary to zarzut, jeszcze przedwojenny, dla niektórych zarazem będący i "dowodem", że to Naczelnik sam stał za tym puczem, który był mu na rękę. Odpisywałem wówczas, że dla mnie to była taka właśnie "gruba kreska" Mazowieckiego w wydaniu Anno Domini 1919!(co nawiasem kolejne wywołało dyskusje o "kresce Mazowieckiego":) Przedkładałem, że nawet nie było aktu prawnego, ani kodeksu, na podstawie którego można by ich było ukarać******** i że "zneutralizowanie przez ośmieszenie było zdecydowanie bardziej skuteczne,[...] że nikt nie mógł szat rozdzierać, że jest prześladowanym, ale dowództwo w Tarnopolu, to bardzo od Warszawy daleko i w zasadzie jest to zesłanie dla człowieka, który by miał jakieś ambicje większe" oraz, że "zamach, a ściślej jego próba, uzmysłowiły Piłsudskiemu, że gra na to, ile Moraczewski reform przeprowadzić zdąży, właśnie się skończyła... Że dalej, owszem, będzie można, ale za cenę eskalacji wrogich działań ze strony endecji, co się nieuchronnie musiałoby skończyć wojną domową, a tego, jak wiemy, Piłsudski lękał się najbardziej... Inszemi słowy, to był ostatni dzwonek, że czas na pokojowe się z endecją dogadanie bezpowrotnie przemija, a dogadanie to jest koniecznością dziejową" a "jakakolwiek poważniejsza kara wymierzona zamachowcom mogła zaciążyć na porozumieniu z Dmowskim".
   Dziś do tych słów dodałbym jeszcze, że Paderewskiego, zapewne wstrząśniętego samym faktem zamachu i jego okolicznościami, Piłsudski najpewniej przekonał, że jest jego obowiązkiem zapobiec dalszemu możliwemu rozlewowi krwi i wobec takiego dictum Paderewski urząd premiera przyjął. Nie jestem pewien, czy za pełną zgodą Dmowskiego, czy też się na niego nie oglądając, ale sądzą, że jeśli zgoda była, to taka raczej przez zaciśnięte zęby... Tym manewrem Piłsudski rozgrywał Dmowskiego wręcz kongenialnie i pozbawiał de facto wpływu na sprawy krajowe przynajmniej tak długo, jak długo będzie siedział w Paryżu. A siedzieć w Paryżu musiał, bo się właśnie miała zaczynać długo wyczekiwana konfencja pokojowa, która będzie tematem naszych not następnych i na którą to konferencję wrychle Paderewski też wrócił, ale już jako premier rządu prawdziwie narodowego, cieszącego się powszechnym uznaniem i poparciem... Zaś swoim postępowaniem po zamachu Piłsudski przesłał Dmowskiemu co najmniej dwa bardzo wyraźne sygnały: pierwszy, że siły endecji w Warszawie są tak niepoważne, że Piłsudski nawet nie uważa ich za groźne dla swojej w Warszawie władzy********* i drugi, że właśnie mu zabrał z talii atutowego asa: Paderewskiego....:)
_______________________________________
*- po opisywanej próbie zamachu stanu Straż Narodowa została całkowicie rozbrojona i zlikwidowana.
** - właśc. Tadeusz Mścisław Dymowski, co jest o tyle istotne, że można go łatwo pomylić z rówieśnym mu działaczem PPS o takim samym imieniu i nazwisku. Po opisywanych przez nas wydarzeniach styczniowych ów zostanie posłem endeckim, ale po 1927 roku, gdy sejm zostanie rozwiązany, a jego immunitet wygaśnie, zostanie aresztowany pod zarzutem malwersacyj bankowych. Ponieważ dość szybko go zwolniono, można domniemywać, że albo z dowodami było krucho, albo też cała sprawa była jaką piłsudczyków zemstą na przeciwniku. Po klęsce wrześniowej uciekł na Litwę, gdzie go w 1940 roku aresztowali Sowieci, jednak przeżył i wyszedł wraz z Armią Andersa. Po wojnie wrócił do Polski (1948), dając kolejny dowód na to, że narodowcy się dużo lepiej dogadywali z komunistami, niż przedstawiciele innych przedwojennych nurtów politycznych i przez kilka lat pracował jako główny księgowy wydawnictwa "Czytelnik".
***  Jeśli k'temu przydamy nadgorliwość wielu komisarzy tegoż rządu w terenie, wieszających ad hoc wykonane godła państwowe z orłem bez korony i odmawiających wieszania w budynkach państwowych krzyży, to zrozumiecie, że prawicy musiało się to widzieć zwycięstwem Antychrysta... Podobnie jak wcale nie takie rzadkie przypadki przejmowania prywatnej własności, w postaci fabryk fabrykantom, czy prób samowolnego parcelowania majątków ziemskich, na co zazwyczaj władze nie reagowały, lub reagowały, zdaniem pokrzywdzonych, zbyt pobłażliwie i opieszale...
**** - Druga z ważniejszych organizacji strzeleckich, które się w 1914 roku połączyły i wspólnie wykreowały Kompanię Kadrową i kolejne, stanowiące zalążek Legionów. To właśnie w przededniu wymarszu Kadrówki, doszło do oficjalnego złączenia Drużyn i Związku Strzeleckiego(Piłsudskiego) i to właśnie z Januszajtisem Komendant wymienił strzeleckiego orzełka na znak drużyniacki i nakazał symbolicznie dokonać tego samego wszystkim podkomendnym.
***** - Gorzechowski udawał w tej akcji carskiego rotmistrza von Budberga, który z asystą "żandarmów" przyjechał po "skazańców", żeby ich przewieźć do Cytadeli. W 1931 roku kinematografia polska zrealizowała o tej akcji film pt. "Dziesięciu z Pawiaka". W kontekście zamachu Januszajtisa nie od rzeczy będzie dodać, że Gorzechowski uwalniał w 1906 roku nie tylko swoich współtowarzyszy z PPS, ale też i zagrożonych wyrokami śmierci działaczy endeckiego Narodowego Związku Robotniczego.
****** - inna z wersji tych zdarzeń mówi o zepchnięciu (czy wmanewrowaniu) całej grupy do jakiegoś pomieszczenia, które następnie zamknięto na klucz...:)
******* - według innej: grzecznie obudzony, powiadomiony, że to "już" i że jest proszony do Komendy, by objąć dowództwo nad oddziałami zamachowców.
******** teoretycznie wojskowego Januszajtisa można by sądzić za złamanie przysięgi, ale to była niebezpieczna droga, bo rota przysięgi, ustanowionej jeszcze przez Radę Regencyjną (i formalnie zmienioną dopiero w...lipcu 1924 roku!) brzmiała tak:
„Przysięgam Panu Bogu Wszechmogącemu, że Ojczyźnie mojej, Państwu Polskiemu i Radzie Regencyjnej, jako tymczasowej zastępczyni przyszłej Władzy Zwierzchniej Państwa Polskiego, na lądzie i wodzie, i w powietrzu, i na każdym miejscu wiernie i uczciwie służyć będę, że będę przełożonych swych i dowódców słuchał, dawane mi rozkazy i przepisy wykonywał, i w ogóle tak się zachowywał, abym mógł żyć i umierać jako mężny i prawy żołnierz polski. Tak mi Panie Boże dopomóż”. Jak sami widzicie, szło tego na wszystkie strony wykręcać, łącznie z kwestionowaniem przed sądem i opinią publiczną, czy to aby sam Piłsudski Rady Regencyjnej nie oszukał. Ergo, postawienie Januszajtisa przed sądem mogło się skończyć kompromitacją państwa, zwłaszcza, że uderzająca byłaby wówczas bezkarność drugiego współsprawcy: cywila Sapiehy... 
********* - przekazać sygnał to jedno, ale rzeczy mieć na pieczy to wtóre: Straż Narodowa wrychle rozbrojoną i zupełnie zlikwidowaną została, zaś z 21 Pułku "Dzieci Warszawy" lwia część już sformowanych pododdziałów w dni nieledwie kilka wyjedzie pod Lwów, na front wojować z Ukraińcami.
                                        ................

12 listopada, 2016

O znaczeniu niepozornych inżynierów z elektrowni dla urządzania Niepodległej, czyli cyklu naszego część XV

  Not tegoż cyklu* ostatnich żeśmy Wielkopolanom poświęcili walecznym i roztropnym, takoż i peregrynacyjom Pianisty Wielkiego, który cokolwiek dziwacznie i pokrętnie do Warszawy wojażował, wywołując po drodze liczne manifestacje, a nawet i jedno powstanie  IIIIIIIVVVIVIIVIIIIXXXIXIIXIII, XIV).  Dodamy jeszcze do tego jeden zamach stanu (nieudany), ale póki co, przyjdzie się cofnąć w czasie krzynę, do rządu utworzonego Moraczewskiego, którego pierwotkiem miał Piłsudski w zamyśle, jako ręki wyciągniętej do prawicy ku zgodzie i ku nadziei sformowania rządu prawdziwie wspólnego, Rządu Narodowego, do którego utworzenia się zresztą, wobec Rady Regencyjnej władzę mu przekazującej, zobowiązał i czego ślad jest zresztą na piśmie, w owym akcie przekazania władzy, dokonanym faktycznie 14 Listopada, a powszechnie, choć mylnie utożsamianym z datą 11 Listopada...
   Wrychle się pokazało, że prawica ani myśli Moraczewskiego popierać i zamysł cały na panewce spalił, zaś chwilowo w kraju nieobecni endecji przywódcy, z Romanem Dmowskim na czele, czuć się musieli w tej rozgrywce wyjątkowo silni uznaniem swojego Komitetu Narodowego Polskiego przez kluczowe mocarstwa Ententy za oficjalnego przedstawiciela Polski i namiastkę rządu na emigracji.
   Przypuszczam, że Piłsudskiemu by i tak bardzo zależało na dotarciu do przywódców Ententy i na możności bezpośredniego z niemi rozmawiania, ale fiasko w kraju zamysłów rządu z endekami wspólnego musiało w niem to pragnienie jeszcze i więcej wzmocnić, by starać się dotrzeć do wielkich rozgrywających niejako obok, czy ponad głowami Dmowskiego i komiltonów jego... 
    Ano i w tem się wielce pomocny okazał, pozornie nieznaczący wiele, inżynier z Elektrowni Warszawskiej, niejaki Lucjan Kaulek, którego gdzieści tam wyszperał (a może się już i znajomił z niem przódzi?) sekretarz Piłsudskiego, Michał Sokolnicki . Ówże Kaulek, Francuzik w czasie wojennym we Warszawie siedzący, okrom swej dla chleba czynności w elektrowni, pracował niemało w Biurze Prac Społecznych, tłomacząc tam dokumentów siła, takoż dla doraźnych onego Biura potrzeb, jako i na wyrost niejako, dla potrzeb przyszłej polskiej deputacyi, której udziału w przyszłej konferencji pokojowej się spodziewano. 
   Dygressyją czyniąc niedużą, godzi się tu spomnieć o tem Biurze co nieco, a ściślej może o ludziach wokoło niego czynnych... Owoż był to twór pod auspicjami Rady Regencyjnej powstały, a ściślej jedno z biur Towarzystwa Popierania Pracy Społecznej, którego jednym z najczynniejszych działaczy, a od 1917 roku honorowym prezesem był jeden z regentów z Rady Regencyjnej, Józef Ostrowski, któregośmy tu już i wspominali, jako to chorym w tych dniach listopadowych najważniejszych będąc, przy własnem łożu boleści skupił owe wszystkie narady z przekazaniem władzy Piłsudskiemu związane.
Postać to wielce ciekawa i nie zanadto znana, najwięcej jeno z tą rolą w Radzie Regencyjnej wiązana, a i tego zapewne nie nadto w pełni, boć ów z regentów najwięcej był politycznie doświadczonym i tego nauczonym, że się sprawy naprawdę ważkie załatwia w zaciszu gabinetów i kuluarów jakich, z czego niewielki nam tylko ślad pozostał. Pomarł też niezadługo (1923), a że i familii nigdy nie założył, to i czeguś mało śladów po niem. Przyjmuje się zazwyczaj, że był poglądów z większością ziemian tożsamych, zatem i konserwatysta, i katolik pełną gębą... I doprawdy ciekawe, że ludzie, których powołał do onegoż Biura, najwięcej zaś Kaulekowy zwierzchnik, Włodzimierz Wakar, wielce in futuram gorliwy ruchu prometejskiego działacz i admirator, przywiodą tegoż tworu do kształtu i dziś nam znanego jako Instytut Gospodarstwa Społecznego, w Międzywojniu instytucji jednoznacznie kojarzonej z socjalistycznymi myślicielami i ekonomistami w rodzaju Ludwika Krzywickiego czy Tadeusza Szturm de Sztrema** .     Jeszcze ciekawsze, że w instytucji będącej oczkiem w głowie jednego z tych rzekomych superserwilistów z Rady Regencyjnej, szykowano dokumenty na przyszłą konferencję pokojową, gdzie najwyraźniej zamierzano wystąpić, jak rozumiem, walcząc o jaki polski byt niepodległy i onego kształt oraz formę... Inszemi słowy, nie inaczej jeno konspirowano przed Niemiaszkami i nominalnymi Rady zwierzchnikami działania, które z punktu widzenia Berlina trudno nazwać inaczej jak zdradą stanu...:) Ale wracajmy do naszych baranów, w tem przypadku zatem inżyniera z elektrowni naszego...  
   Owóż jego najcenniejszą dla otoczenia Naczelnika Państwa wartością były nie jego zasługi w tem konspirowaniu, czy francuskiego narzecza naturalna znajomość, czy i może inżynierska wiedza i experiencyja, a kontakty przezeń posiadane we francuskiem Ministerium Spraw Zagranicznych, a to za sprawą oćca onegoż, Jeana-Baptiste'a Kauleka (Cauleca ?), w onym ministerium wieloletniego urzędnika i archiwisty. Temiż kontaktami właśnie zbrojny, a przez Sokolnickiego namówiony, Kaulek oto 17 Listopada wysmażył ni mniej, ni więcej... tylko osobisty list do premiera francuskiego, Georges'a Clemenceau ! I opisał w niem rozpaczliwe położenie Polski, jako i obawy przez otoczenie Piłsudskiego żywione:
  "Niech Pan zawiadomi swój rząd, że znajdujemy się w straszliwej sytuacji, która jutro może okazać się śmiertelną (...) Jeśli Ententa nie znajdzie energicznego sposobu, ażeby okiełznać ten [niemiecki] żywioł, który może doprowadzić jedynie do wybuchu strasznego pożaru sprzyjającego zwyciężonym Niemcom, to czekają nas straszne dni."  Wręcz Kaulek apelował imieniem władz polskich o pomoc i o jak najszybszy przyjazd "francuskiego agenta" rządowego...
  List ten***, o dziwo, dotarł do adresata ! Małoż na tem, zapoczątkowana niem wymiana korespondencyj przyszła do tego, że z końcem listopada zorganizowano wyjazd oficjalnego przedstawiciela Piłsudskiego do Paryża, Stanisława Hempla , z którem też i wyjechał wspomagający go Kaulek, jakkolwiek oficjalnie w skład delegacji nie wchodził. Ale to poprzez Kaulekowe kontakty dotarł Hempel do francuskiego premiera i przekonał go, że patrioci w Warszawie są równie oddani Polsce jak ci z komitetów paryskich i że w najlepszym polskim interesie jest złączyć wysiłki tych dwóch środowisk.
   Wrychle pokazało się, że i w tem duchu począł Clemenceau na Dmowskiego może nie tyle naciskać, co wpływać, a co w połączeniu z opisaną już w części XII, siurpryzą , jaką Dmowskiemu wywinął Paderewski, na własną rękę się dogadujący z Balfourem i w efekcie tego płynący w grudniu 1918 brytyjskim krążownikiem do Gdańska, a stamtąd jądący do Warszawy, z wiadomym skutkiem via Poznań, musiało wpłynąć na zmianę stanowiska przywódcy endecji wobec władz krajowych.    Ale o tem, a więcej może o jeszcze jednej próbie inszego tegoż konfliktu rozwiązania, która paradoksalnie się nie powiodła, ale na rzecz pomyślnego finału zadziałała skutecznie, napiszemy już w nocie kolejnej...:)
____________________________________

* -  inne moje teksty ze świętem 11 Listopada związane, to w pierwszej mierze próba opisania dnia tego nie w Warszawie radosnej i spokojnej, a we Lwowie walkami targanym ("O dniu rzekomo spokojnem") oraz próba pogodzenia wiecznie się o palmę pierwszeństwa w dniu tym swarzących Krakowa i Tarnowa poprzez oddanie jej...Zakopanemu:)  ("O Rzeczpospolitej Zakopiańskiej")
** - wspominaliśmy o niem w części VII, jako o jednym z przywódców wielkiej socjalistycznej "manifestacji gwiaździstej", która się w Warszawie w dniu 11 Listopada odbyła, dla poparcia rządu Daszyńskiego, który m.in. przyniósł Piłsudskiemu w darze czerwonego z tejże manifestacji sztandaru i probował od Naczelnika poparcia dla rządu lubelskiego uzyszczeć.
*** - zachował się odpis tego listu i znajduje się on w archiwach KNP, II, t. VI, 40 (jest to odpis z 2 Bureau, Mission Militaire Franco-Polonaise, gdzie został zarejestrowany pod nr 1832 i datą 3 grudnia 1918 roku) oraz KNP, VIII, t. II, 19).
                                 ................

11 listopada, 2016

Suplika Lectorom pokorna...

   Święto nam znów Niepodległej świętować przychodzi, a u Wachmistrza cykle, jak zwykle, ciągną się latami, choć może (choć znów nie mnie to sądzić), nie nudzą jak flaki z olejem... Ten IIIIIIIVV , VI , VII , VIIIIX , X , XI , XIIXIII , XIV), któregom nazwał "O urządzaniu Niepodległej", pierwotkiem zamierzony niejako okolicznościowo (co wielce u Wachmistrza rzadkie), pospólnym wysileniem autora i Lectorów, ustawicznie nowe kwestyje podnoszących i do dygressyj przymuszających :)), rozrósł się ponad wszelkie wyobrażenie... 
  Co gorsza, przyszłości w tej mierze nawet i prognostykować nie zamierzam, bowiem  właśnie rocznicą dzisiejszą niejako moralnie przymuszony, żem umyślić do wątku przerwanego nawrócić i z Bożą pomocą, może przed weekendu końcem, jakiej nowej wyszykować noty, tom, przeszłe części przepatrując, nalazł był więcej może niźli z pięć, czy sześć własnych zarzekań moich, że to już jeno część jedna lub dwie popisaną zostanie, co z perspektywy dzisiejszej uciesznego o autorze daje prospektu...:)
  Tem niemniej, by rzeczom zamierzonym nie przydać efektu braku ciągłości i potrzeby ustawicznego się wstecz oglądania, moja i do Was dzisiaj suplika pokorna, by kto mieć będzie chęci i czasu, bodaj kilku ostatnich z tegoż cyklu not sobie odświeżył, ku nowym się szykując...
    Kłaniam WMPaństwu nisko:)

06 listopada, 2016

O tem, jak Fryzyjczyk pewien Mazowszan postrzegał...:)

  Siła na to nastawali swego czasu Francuzy, iżbyśmy tu za króla obranego mięli ichniego xiążęcia Kondeusza, jako to już ostatni z Wazów naszych, Jan Kazimierz, obmierziwszy sobie rządy i kraj, którem mu władać przyszło, abdykować umyślił i koronę polską pomieniać na sukienkę duchowną opata w Saint-Germain-des-Prés. Będziem jeszcze prawić o tem, a tu jeno tego spominamy, by cyrkumstancyje wystawić, w których pomiarkować Wam będzie łacniej przecz to w tem akuratnie czasie się taka mnogość francuskich tu pojawiła szpiegantów i, jako byśmy może i dziś rzekli: lobbystów...
   Jednem z nich był ksiądz Jean de Courthonne, opat Paulmiers, co to najpierw pomiędzy magnatami naszemi krążył, dla kandydatury Kondeusza onych kaptując, zasię, po elekcyi Michała Korybuta Wiśniowieckiego, frondę i spiski przeciw niemu montując i składając, przy niemałej nawiasem pomocy prymasa Prażmowskiego i marszałka koronnego, hetmana wielkiego, niejakiego Jana Sobieskiego...
  Dla nas zaś dziś najpryncypalniejsze to oto, że opat-Francuzik wojażował z sekretarzem, którego do konfidencyi przypuścił niemałej, tak że ów Fryzyjczyk, imieniem Ulryk Werdum, znał onegoż zamiary i sekrety, a przy tem diaryjusz tejże podróży prowadził, który się dla nas fortunnie zachował... Ano i z tegoż to diariusza wyimek dzisiejszy, którego ów Fryzyjczyk, gdzie grudniem Roku Pańskiego 1670 popisał:
"Mława jest starostwem. Warzą tu najlepsze piwo w całej Polsce, jasne i mocne. Wodę do niego biorą ze studni, które w mieście w górę wytryskają. Takiego piwa nie można warzyć z innej wody, choćby była blisko obok. Miejscowość ta należy do województwa płockiego, którego mieszkańców powszechne zowią dzikimi Mazurami, bo są w przecięciu barbarzyńscy i rozhukani, zwłaszcza ci, którzy mieszkają w okolicach Mławy, Ciechanowa i Janowa. Tych uważają za najgorszych, a inni Polacy zwą ich urodzonymi pod ciemną gwiazdą. Mieszkają tu całe szlacheckie rodziny, które  z klientami żyły z rozbojów na gościńcach. Niedawno o mało nie zamordowali zmarłego księcia Radziwiłła [...]* wraz z mniej więcej trzydziestu jego ludźmi, a to dlatego, że jako oddany reformowanej religii, w dzień postu kazał jeść mięso i przez to rozsierdził Mazurów, którzy są tak religijni, że za mniejszy grzech uważaliby sobie zamordować go wraz z jego towarzystwem, niż patrzeć na to, że jedzą mięso. Byliby go też w lesie schwytali, gdyby przestrzeżony nie był pojechał inną drogą.
   W Łowiczu wyklinali nas straszliwie ludzie domowi, kiedy widzieli, żeśmy w piątek jedli ser, tak że pan mój, abbé de Paulmiers, nie wiedział, jak burzę tę zażegnać. Kazał im przez tłumacza zaręczać uroczyście - i mógł to uczynić nie uchybiając prawdzie - że jako duchowny nie chciałby za nic w świecie łamać postów, tylko że w Niemczech - nie chciał bowiem powiedzieć, że jest Francuzem - potrawy takie nie są wzbronione. To ich znów nieco uspokoiło, bo rzecz taką przebaczają prędzej Niemcom niż swoim Polakom. Z tej samej przyczyny, że w Niemczech w dni postne jedzą ser, masło, jaja i mleko szydzą w swoim przysłowiu, nazywając łataniną i furdą polskie mosty, niemieckie posty, italskie czyli włoskie nabożeństwa: "Polski most, niemiecki post, włoskie nabożeństwo, wszystko to błazeństwo". Mosty w Polsce rzeczywiście nic niewarte, a włoskie nabożeństwo ganią dlatego, że Włosi wyśmiewają się z Polaków, kiedy Polacy przy swych mszach i modlitwach głową biją o mur, uderzają sami siebie w twarz, wyją i strasznie głośno chrapią, sądząc że na tych grymasach polega największe nabożeństwo, którego Włosi nie chcą objawiać ani chwalić, lecz msze swe i modlitwy odprawiają z milczącą dewocją."
_________________
* - znanego Wam znakomicie z sienkiewiczowskiego "Potopu", Bogusława


                              ................



28 października, 2016

Z zabaw dawnych, czyli o różnicy między ślepą babką i ciuciubabką...

..za "Skarbczykiem" wielkiego staropolskich obyczajów znawcy, Zygmunta Glogera (było, nie było...autora "Encyklopedii Staropolskiej":) :
                                                        
"Zawiązują jednemu oczy chustką lub nasuwają mu czapkę pod brodę, potem chodzą koło niego i śpiewają:
    Chodźmy wszyscy parami,
     bijmy wszyscy rączkami,
     ślepej babce zaśpiewajmy,
     i od babki uciekajmy.
Tu wszyscy uciekają, a ślepy goni, póki kogo nie złapie: wtedy zawiązują oczy złapanemu. Ostrzegać tylko należy ślepego, gdy mu grozi jakieś niebezpieczeństwo, żeby się nie rozbił.
   Ciuciubabka tym się różni, że zawiązują w niej nie oczy, ale ręce z tyłu, którymi ciuciubabka chwytać uciekających musi, co powoduje śmieszne skoki boczne i obracanie się tyłem."
                                              *    *    *
 Że mi się wyjazd parodniowy zdarzył, responsów moich do uwag Waszych upraszam przed poniedziałkowym wieczorem (a możebne, że i środowym) nie czekać, o czem obwieszczam, poniechawszy zamiaru początkowego zachowania się jako jedna sklepowa z mazurskiego sklepiku, z czasów skutowskich jeszcze wędrówek moich, co nam przed nosem na szybie kartki przykleiła z rozbrajającym napisem:
    "Nieczynne z powodu, że zamknięte"

                                 ................

23 października, 2016

O zawiłościach familijnych poety wielkiego...I

   Pisząc noty o siostrach Rzewuskich, z których jedna za Balzaka poszła, wtóra zasię kochanicą była i protektorką Mickiewiczową, rzekłem, że mało co o tem głębiej wiemy za sprawą syna poety, co listów Adama z Karoliną Sobańską popalił... Nie jedynych to zresztą i nie tylko tego związku w cień niepamięci usunąć próbując, nim jednak co o samem popiszę Władysławie, jegoż motywach i czynach, godzi się nam osoby dramatu wystawić, poczynając jako się należy, ab ovo... W tem zaś przypadku nawet nie od narodzin dziecięcia, jeno od mariażu rodzicieli jego, bo to właśnie dzieje tegoż związku, a ściślej niedostatków jego i powiązanych z tem inszych skłonności wieszcza, srodze in futuram zaważą na działaniach syna, aleć i na reputacyi jego, wielce przez Boya-Żeleńskiego najwięcej postponowanej...
    Prawdziwie bowiem nie znamy dla jakiej przyczyny był się Mickiewicz żenił z panną Celiną Szymanowską, której jeśli jakiem sentymentem darzył, to chyba przez wzgląd na matkę dawniej znajomą, niźli na porywy serca własnego. Z tem, że w salonie wielce w Peterburku znanem, cenionej pianistki, Marii Szymanowskiej mógł Mickiewicz bywać jeno w tem czasie, gdy go z Wilna w głąb Rosjii expediowano, a nim ku Odessie nie podążył, ergo w latach 1824-25. Celina miała wtedy lat ledwo dwanaście i jeno ci, co takie kozy w domu mają, znają cóż one sobie w głowie roić mogą...
   Maria Szymanowska pomarła w lipcu 1831 roku, a mąż jej rok później i tak pozostały po nich osierocone dzieci, po prawdzie już najmniej dwudziestoletnie. Celinie się ponoć jakowyś epuzer oświadczał, by za chwilę porzucić, ostawiając ją w stanie nieszczęśliwości zupełnej i smutku, o czem Mickiewiczowi zaraportował przybyły z Peterburka ku Paryżowi doktór Morawski, z lat dawnych z poetą znajomy. Jeśli Morawskiemu wierzyć, miałże mu Adam rzec, że „Jeśli Panna Celina przyjmie jego wezwanie, to ją do ołtarza poprowadzi.”
   Cokolwiek miał wtedy na myśli, dość że Morawski przekazał rzecz wiernie i Celina tego za oświadczyny przyjęła. Jeśli to być miał żart jaki zamierzony, to nader ze strony by to było Mickiewicza okrutnem... W afekt prawdziwy nie wierzę, bo cóż mógł nagle po latach dziesięciu odczuć nasz wieszcz, wspominając pannę mu znaną jako dzieweczka dwunastoletnia? Cóż zatem? Słowo niebaczne, co się z gęby niebacznie wypsnęło? Jakie pocieszenie może zamierzone, a nie nazbyt poważnie myślane? Z trzech najczęściej znanych małżeństwa powodów odrzucić możem wszystkie, bo ni o afekcie, ni o rozsądku, a już najmniej o majątku mówić tu możem. Litość jaka? A może jakie jednak poczucie w poecie wewnętrzne, że czas już się i ustatkować może, skoro czwarty krzyżyk niezadługo? Można by rzec, że choć się zachował honorowo, słowo dane szanując... choć znów krzywdę późniejszą Celiny wspominając, któż wie, czy by nie lepiej skończyła, szukając w Peterburku szczęścia między jakiemi kawalerami tamecznemi...
    Póki co, stanęła w Paryżu latem 1834 i po ślubie możebnie rychłym zamieszkali pospołu, w rzeczy samej początkiem się szczęściem swojem radując, o czem ona pisała do siostry, Heleny już wtedy Malewskiej, a on do Odyńca:„Życz mnie tylko, żeby tak zawsze było. Trzy tygodnie szczęśliwe: dobre i to na świecie!”
    Szczęście jednak nie potrwało długo. Samego tego, że nie jest kochaną i docenianą należycie może by i jeszcze pani Celina ścierpiała, jak przecie miliony niewiast po świecie w stadłach niedobranych żyjących... Pierwsze dziecko, czyli córka Maria nie przysporzyło większych trosk, przy drugim, czyli naszym Władysławie, coś się jednak stało... Dziś rzec doprawdy trudno, czy to porodu pokłosie i jakiej traumy poporodowej, czy jednak przyczyny były inne. Sama zresztą w okresach względnej "normalności" przyczyny swej umysłowej choroby upatrywała w "rzuceniu się mleka na mózg". Tyle, że nie wydaje się, aby ona owe porody znosiła jakoś szczególnie traumatycznie. Po latach, nie kto inny, jak sam Adam wspominając jej ostatnie chwile, gdy w straszliwych cierpieniach umierała na raka, pisał, że "Ona, która rodząc nigdy krzyku nie wydawała, jęczała czasem tak przeraźliwie, że ją z ulicy słyszano…”
    Trudno diagnozować po latach, tem więcej żem nie medyk, atoli obłęd pani Celiny przez wielu był wspominany. W powtarzających się napadach siebie rozumiała być Matką Boską Częstochowską powołaną do wskrzeszenia Polski i zbawienia Żydów*, zasię Adam być miał w tej Polsce królem...
    Wszyscy, co w tamtem czasie, co o domu Mickiewiczowem spominali, zgodnie arcyciężką i przykrą tamtejszą atmosferę spominają... Pomijam tu już zgryzotę i udręczenie wieszcza, który zamiast nadziei spełnionych na towarzyszkę życia otrzymał był brzemię straszliwe, którego wypadnie ućciwie przyznać, że udźwignąć nie poradził. Akuratnie jako się zdało, że finansowym niedostatkom może jaki kres będzie, bo posady był dostał profesora literatury łacińskiej w Lozannie i tamże za chlebem wyjechał, przyszedł ten cios, że go ku Paryżowi gwałtem przyzywali, bo przyjaciele i znajomkowie żony oszalałej dzień i noc pilnować musięli. Przyjechał... bodaj to wtedy być musiał w najczarniejszej swej rozpaczy i się z okna rzucał [17 lub 18 grudnia 1838 roku -Wachm.], dziatek maleńkich nie bacząc, nie poezyi swojej...
     Nibyż nadziei nie tracił, Celiny do zakładu w Vanves na leczenie oddawszy, przecie było jawnem, że to koniec... Czego koniec? Ano tu się muszę własnym nad wieszczem spekulacyjom poddać, a czego upraszam, to by mię tu rozumieć z intencyjami... Nie sensacyi ja szukam, nie osądzam, ani nie potępiam... Obce mi brązownicze skłonności, ani jakie odbrązowników radości, że się komu wielkiemu uczepili u portek... Ja go po prostu, zwyczajnie i po ludzku próbuję zrozumieć. O toż mi idzie, jakich niewiast nasz Adam wkoło siebie potrzebował najwięcej i czem o tem dumam więcej, to pominąwszy sprawy każdemu zdrowemu mężczyźnie właściwe, czy młodzieńcze zauroczenia jakiemiś Józiami i Anielami, to rzekłbym, że szukał jakoby między biegunami dwoma...
    Pierwszym byłaby jaka niewiasta przyjemna, niekoniecznie nawet urodna (a wiemy, że Maryli Wereszczakówny pięknością by zwać ciężko było), przecie mającej jaki powab w sobie, a przy tem oczytana, kształcona, rozumna, z którą pogwarzyć o niejednem można... I, jak się zdaje, taką znajdował Marylę, taką była Karolina Sobańska, takiej oczekiwał Celiny. Aleć byłby i biegun ten drugi, jakiej niewiasty więcej może statecznej, co by może i nie od tego była, by pomatkować odrobinę...:) Takiej, zda się, nalazł był w pani doktorowej Kowalskiej, u której się po zawodzie z Wereszczakówną pocieszał, takiej pewnie miał i nadziei mieć u Celiny i oto nagle ta, co może by i te oba bieguny pożądań połączyła w sobie, okazała się być ofiarą szaleństwa i tego, zda mi się, zawodu, mimo wszelkie nadzieje i deklaracyje, poeta żonie przebaczyć nie umiał...
     A przecie to on jej zgotował piekło na ziemi, jakiego mało która doświadczyła niewiasta: życie na co dzień z "tą trzecią", bo oto na horyzoncie pojawiła się osóbka, o której w na poły zniszczonym rękopisie wiersza napisał Słowacki:
"Nu a [niewielka]
Pani Dejbelka
Ta chodzi
i [uwodzi]
Bez [węża]
Gdy Pan Bóg spuści męża".
    Aliści o pannie Xawerze Dejbel i o tem, cóż owa zawikłać jeszcze zdołała w dość już pogmatwanym Mickiewiczowym domu, opowiemy następnym razem...
_______________

* nie od rzeczy tu dodać, że się macierz Celiny wiodła z rodziny frankistów, czyli starozakonnych podług programu Jakuba Franka żyjących, którzy na pewnym etapie uważali koniecznem się z krześcijanami łączyć. Właśnie Szymanowskich familija jest uważana za tą, co zerwała z tradycją żeniaczek frankistów jeno między swemi. Wejrzawszy zaś na to, że jeszcze Celina miała mieć jakie kompleksa swego żydowskiego pochodzenia, któż wie czy i to się do tego obłędu nie przyczyniło...





                                        ................