28 sierpnia, 2016

Cytat miesiąca, czyli z zabaw dawnych...

...ze "Skarbczyka" wielkiego staropolskich obyczajów znawcy, Zygmunta Glogera (było, nie było...autora "Encyklopedii Staropolskiej":) wypisanych:
                                                        K A R C Z M A
"Wszyscy siadają w koło i przybierają nazwy: karczmarz, karczmarka, owies, siano, wódka, piwo, miód, chleb, obwarzanek, kiełbasa... - słowem to wszystko, co w karczmie być powinno. Przybywa podróżny i wchodzi w rozmowę; a skoro wspomni karczmarza, karczmarkę, owies, wódkę i cokolwiek z rzeczy powyższych, osoba nosząca taką nazwę natychmiast wstać i wykręcić się powinna. Jeżeli przepomni, fant daje. Gdy podróżnemu rozmowa się sprzykrzy, zawoła wielkim głosem:
  - Karczma gore !
 Wtedy wszyscy zrywają się z miejsc swoich i siadają na inne, a kto zostanie bez miejsca, nowym jest podróżnym."

                ................

26 sierpnia, 2016

Święto 2 Pułku Ułanów Grochowskich imienia generała Józefa Dwernickiego...

...dziś akuratnie wypada, tandem poświętujmy, kto chce i może za ich pamięć czego tam stosownego przechylić, a kto by ich spomnieć chciał z dziejów, żurawiejek, obyczajów i tradycji, nawet jak na kawalerię niecodziennych, tego do dawniejszej o nich notki upraszam...

25 sierpnia, 2016

Europejski kogel-mogel, czyli rozważań o przetraconych szansach na rozbiorów uniknięcie ciąg dalszy jako tło dla żądanej przez Lectorów batalii pod Wyborgiem, alias cyklu o xiążęciu Denassów część siódma

   Cyklu poczętego (I, II, III, IV, V, VI), a w zamierzeniu być mającego niejakim wspomnieniem xiążęcia Karola de Nassau-Siegen, w Polszcze za Mickiewicza sprawą lepiej znanego jako "książę Denassów" i wiązanego z warszawskimi Dynasami, przyszło po części czwartej charakteru poniekąd odmienić, a to za sprawą wielkiej światowej polityki, w którą wdał się de Nassau niejako na uboczu naturalnych swych o karierę i apanaże starań. Postąpiliśmy bowiem w świat polityki tak wielkiej, że ponad zwykłego śmiertelnika wyobrażenie, choć "nasz" de Nassau stał się owej polityki przez jeden moment nawet i kreatorem, prawda, że więcej mimowolnym i raczej nie zamierzonym...
   Że się rzecz jednak po części pryncypalnej tyczy dziejów Rzeczpospolitej Obojga Narodów w ostatnich przed Jej zgonem latach, poświęcimy tym sprawom zatem czasu i myśli co więcej, za sposobnością rozmyszlając, zali nie udałoby się może statystom ówcześnym, rzeczy może inaczej wiodąc, roztropniej moderując, kierując się może więcej i wyobraźnią groźne skutki ukazującą luboż i ponad miłość własną się wzbijając, jako jednak grozy rozbiorowej zniweczyć i Ojczyzny Miłej ocalić... Przyjdzie nam się tutaj pomiędzy wszystkimi niemal potencyjami europejskiemi poruszać i śledzić meandry onych intencyj, zamierzeń i poruszeń, osobliwie aliansów, które po prawdzie wszytkie idzie skwitować Boy'owską fraszką, że "...w tem cały jest ambaras, żeby dwoje chciało naraz"...
   Oto ze sposobności uwikłania się Rossyi w wojnę z Turczynem, gdzie pierwotkiem Moskale z wielce zmiennym szczęściem wojowali, moc tracąc ludzi, rynsztunku i grosiwa, postanowił skorzystać król... nie, nie nasz Stanisław August, choć wielce by się to i może prosiło... szwedzki: Gustaw III. Czemuż to, zapytacie, a ja, by rzecz tę wyłożyć, cofnąć się muszę do roku 1743, kiedy to traktatem w Åbö pokończono wojny między Szwecją i Rosją uprzedniej, przez Szwedów zresztą poczętej, by Rossyi powstrzymać przed włączeniem się w wojnę o sukcesję austryjacką . Podług tegoż traktatu Rossyja zagarnęła Karelii, to jest ziem w południowej Finlandii, wtedy będącej we szwedzkim władaniu, aż po rzekę, która będzie dla nas w tej wojnie ważką, tandem godzi się słów o niej dwóch tu rzec. Po szwedzku zwała się ona Kymmene i ta bitwa morska de Nassaua, umownie zwana bitwą pod Wyborgiem, w rzeczywistości miała miejsce u ujścia tejże rzeki, stąd spotkać się można i z taką tejże batalii nazwą , choć częściej zwie się ją bitwą na wodach Svensksundu*, czyli cieśniny oddzielającej wyspy Kotka i Kuutsalo. Dziś zwie się ta rzeka po fińsku Kymijoki i jak kto jej zechce poszukać na mapie, obaczy że uchodzi do morza dobre czterdzieści kilometrów na zachód od dzisiejszej fińskiej z Rossyją granicy.
   Okrom ziem tych zaboru caryca Elżbieta osłabłej Szwecyi narzuciła niezadługo najpierw na następcę tronu, a potem po króla Fryderyka Heskiego bezpotomnym zejściu króla nowego (brzmi znajomo?), którym był... dotychczasowy książę-biskup Lubeki z dynastyi holsztyńsko-gottorpskiej i zarazem opiekun małoletniego księcia tejże dynastyi, Karola Piotra Ulryka, młodzieńca... hmm... dziwnego i żywy niepokój otoczenia budzącego. Tegoż młodzieńca niezadługo ciotunia rodzona, własnej progenitury nie mająca, naznaczyła na swego następcę i kazała przywieźć do Rosji, gdzie go tresowano na rosyjskiego cara. Choć znów, cokolwiek nielogicznie, wynalazła onemu małżonki z rodu ubogich książątek niemieckich, niejakich Anhalt-Zerbstów i jako ciotunia Elżbieta, przedostatnia, w której żyłach jeszcze jakaś krew Romanowów prawdziwych płynęła, pomarła, to owo stadło książątek niemieckich panować poczęło jako car Piotr III i małżonka onego, Katarzyna. 
   A nasz ex-biskup? Wrychle wszedł w parantele solidne, bo za małżonkę pojął siostrę samego Fryderyka Wielkiego i, zbrojny poparciem szwagra, począł we Szwecyi zaprowadzać porządków, by rządów parlamentarnych ukrócić, co się skończyło tem, że niemal całej władzy nie stracił, bezskutecznie wojując z prorosyjskim "stronnictwem czapek" (coś Wam to przypomina?). Szczęśliwie dlań, władzę przejęło "stronnictwo kapeluszy", co się więcej ku Francyi skłaniało i król szczęśliwie dokonał żywota, płodząc dzieci, fundując kościoły i obżerając się bez umiaru, co też go i koniec końców zabiło...
   Syn onegoż najstarszy, właśnie Gustaw III, począł od zrobienia porządku z czapkami i kapeluszami, czego dokonał przy pomocy szlacheckiego korpusu oficerskiego i poprzez swoisty zamach stanu, wymuszając na Riksdagu nową ustawę (coś Wam to przypomina?), cokolwiek absolutystyczną. Królem okazał się względnie zręcznym, ale przeprowadzane reformy, by najwięcej oświecone, zwykle to mają do siebie, że owoce przychodzą po latach, póki co zaś nie sposób tej czy inszej grupie na odcisk nie nadepnąć. Rosnącego niezadowolenia król umyślił, jak to często z władcami bywa, spacyfikować przez jakąś zgrabną zwycięską wojenkę i sukces w niej odniesiony. Pierwotkiem się na Danię szykował, ale świadom, że mu Jekatierina zanadto urosnąć nie dozwoli, próbował jej do swych planów pozyskać (brzmi znajomo?), a gdy owa się okazała niechętną, zrozumiał, że nie nad Sundem leży rozwiązanie jego problemów, a nad Newą i postanowił uderzyć na Rosję. 
   Moment został wybrany niezgorzej, właśnie dzięki Turczynowi wielce Rossyję absorbującemu, plan też był nie od macochy, bo się po raz pierwszy mogło zemścić na Rosjanach ulokowanie przez Piotra Wielkiego stolicy nad morzem samym, gdzie uderzenie z Finlandii i od desantów wysadzonych na południowym brzegu Zatoki Fińskiej mogło wziąć Petersburg w kleszcze i zaowocować zdobyciem go.  Gustaw III zadbał jeszcze i o to, by mieć poparcia dyplomatycznego Prus i Anglii, a także świeżo co spacyfikowanej przez Prusaków Holandii**. Przecie plan to jedno, a wykonanie rzecz druga...
   Flota szwedzka, pod wodzą królewskiego brata, Karola Sudermańskiego***, z desantem załadowanym, co miał wpodle Oranienbauma**** wylądować i w dni kilka w Peterburku stanąć, napotkała przecie po drodze Floty Bałtyckiej, którą kolejny cudzoziemiec w carskiej służbie, Angielczyk Samuel Greigh, dowodził i przyszło do bitwy koło Hoglandu, w której to batalii więcej było po prawdzie manewrowania i kombinowania jako tu się do wiatru lepiej ustawić, niźli wojowania szczerego, przecie każda ze stron jednak jednego okrętu liniowego przetraciła. Nibyż effecta niemal żadne, przecie był to jednak sukces rosyjski niemały, bo do desantu nie dopuszczono, a i małoż na tem, wrychle szwedzkiej floty, co do Sveaborga wpłynęła dla napraw dokonania, w porcie tem zablokowano. Zdałoby się, że cóż jest jedna nie rozstrzygnięta bitwa, a przecie całe tem zamysły króla szwedzkiego zniweczono, bo floty aż do listopada tkwiły w klinczu blokady, dopokąd Rossyjanie nie cofnęli się na zimę do Kronsztadu i Peterburka, zasię Szwedy do Karlskrony. Wojska lądowe we Finlandyi bez wsparcia zostawione i nie dość zaopatrywane, takoż niczego nie zwojowały, osobliwie, że między oficyjerami rosło niezadowolenie z króla poczynań, które też i koniec końców zaowocowało zawiązaniem prorosyjskiej konfederacyi w Anjala, która się dalszej wojnie przeciwiała (coś Wam to przypomina?:), a przed ostrzami której król ledwo z Finlandyi uciekł żywym, armii porzucając.
   Na domiar Gustawowych nieszczęść, przeciwko Szwecyi wystąpiła i Dania, by Rossyi wesprzeć, aliści paradoksalnie ta właśnie rzecz się Gustawowi na dobre obróciła, bo raz, że tego nie ścierpiały ani Anglia, ani Prusy i niedwuznacznie kazały Kopenhadze się wycofać, chyba że i z niemi chce Dania mieć do czynienia, a po wtóre duńskie wystąpienie spolaryzowało społeczeństwa szwedzkiego i jak król się przódzi nie nadto wielkim w swych działaniach poparciem mógł cieszyć, tak teraz stanęły za nim Szwedy murem, okrom, ma się rozumieć, zdradzieckich targowiczan separatystów z Doniecka anjalczyków...
   Tych ostatnich król jednak, mając teraz tęgie oparcie w narodzie, wyaresztował bez miłosierdzia (z pominięciem tych, co zdążyli dać drapaka) i z wiosną Roku Pańskiego 1789 stanął gotów do rozprawy z Moskalami nowej, przecie w tych najczarniejszych dla siebie godzinach szukał on przeciw potencyi moskiewskiej wszelkiego możebnego sojusznika, w tem i nas właśnie, o czem dziś już nam się tu pisać nie pomieści, ale noty nowej od tegoż właśnie, niedoszłego ze Szwedem aliansu, wieść gawędy naszej rozpoczniemy, a do stołu zasiądą także Austryjaki, Prusaki, Francuzy i wszelkie nasze partyjki rodzime...

_____________________
* - a ściślej jeszcze to mówimy o tzw. drugiej bitwie na wodach Svensksundu
** - Władysław Konopczyński ten alians nazwał "trójprzymierzem z Loo", co jest o tyle nieścisłe, że to nie jeden je traktat stanowił, a raczej summa kilku i dodatkiem Holandia była w tem związku wyraźnie nierównoprawnym partnerem.
*** - U Szwedów to tradycyjne dla brata królewskiego miano (jako u Francuzów Orleański), a że imię Karol takoż u nich częste, to i nie udziwiłbym się, że Wam się owi mylić będą, bo historia zna kilku Karolów Sudermańskich. Ten będzie więcej znany, gdy najpierw zostanie regentem, zasię i królem jako Karol XIII
**** - dziś miasto Łomonosow, do którego podmiejska kolejka petersburska dochodzi, w schyłku XVIII wieku to jakie 50 kilometrów od ówcześnego Peterburka było... 

                        ................



21 sierpnia, 2016

Prolegomeny continuum, tło odmalowującej, dla żądanej przez Lectorów batalii pod Wyborgiem, ergo część cyklu o xiążęciu Denassów szósta...

   Z samego titulum wnosząc, którego widzę niejakim dowodem na to, że nam się sprawy cokolwiek komplikują i plączą, czuję się zobligowanym Lectorom Miłym przypomnieć jako się nam tenże cykl (IIIIIIIV, V)rozwijał, osobliwie że w czasu ustawicznym niedostatku pauzy pomiędzy onegoż częściami niebezpiecznie się przedłużają ponad drobne okresy półroczne, które to, jako to Vulpian Jegomość powiada, w klatce z jeżami idzie wysiedzieć...:)
    Byłoż w zamierzeniu naszem wystawić bohatera naszego, xiążęcia  Karola von Nassau-Siegen, rodu dla nas egzotycznie niemieckiego, przecie sfrancuziałego ze szczętem, który to xiążę, nim się w naszej literaturze śladem odcisnął* i warszawskich urządził Dynasów, w rozlicznych żywota swego kolejach i po tahityjskich insulach się błąkał, najazdów na Dahomej szykował, zasię  Gibraltaru na Brytach dobywać probował, nareście się z księżną Karoliną Sanguszkową pożeniwszy, na nasze ziemie zawitał. Uzyskawszy indygenatu polskiego, osiadł był w żony swej na Podolu włościach i tu z  czasem natrafił na tąż samą trudność, co i insi nasi ówcześni ziemianie po I rozbiorze, mianowicie niemożność przedawania zboża swego przez Gdańsk.  Turbacyja ta zaskutkowała próbami podobnego eksportu poprzez Dniestr ku Turcyi, jeno że Dniestr, dla porohów słynnych swoich, niespławnym będąc, dodatkiem w zarządzie krajów pogranicznych kilku, niemałych tu sprawiał turbacyj i de Nassau właśnie jednej z pierwszych wiódł expedycyj, co tych możności przepatrzyć i uskutecznić miała.
   Ano i kiedym tam tych kolejów żywota onego wykładał, niebacznie żem wspomniał, że ów się i w służby wojennomorskie dla carycy Jekatieriny był wdał, wojując i na Oczakowskim Limanie z Turczynem, a pod Wyborgiem ze Szwedem, którego to wątku Lectorowie rozwinięcia zażądali gremialnie i tak go oto, ze zmiennym szczęściem i porażającą zwłoką, rozwijam...:) Nim przecie do samej owej ze Szwedem batalii przyjdziem, refleksyj inszych się tu nasunęła moc niemała na marginesie niejakim owych de Nassaua awanturek, bo spraw najżywotniejszych dla Ojczyzny się naszej tamtego czasu tyczących. Uznałem wówczas, że się cyklowi należy niejakie interludium w postaci tła tamtych zdarzeń pełniejszego, czyli niejaka do tejże ze Szwedem wojenki i interesującej nas bitwy prolegomena. A że znów owo tło korzeniami głęboko wstecz się ciągnie, przyszło sięgnąć i do czasów konfederacyi naszej barskiej i uprzedniej jeszcze Moskala z Turczynem wojny, czegośmy uczynili w niejakim do tejże prolegomeny wstępie, czyli w części cyklu, nominalnie de Nassauowi poświęconemu, piątej, której pokończylim westchnieniem nad przetraconą dla Rzeczpospolitej szansą na może jakie się wyłabudanie z opresji i szponów rosyjskich... 
   Jeżeli to się wszytko komu wielce skomplikowane wydaje, to nie pocieszę pewnie, ale najgorsze dopiero przed nami... Zatem nie zwłócząc już dłużej, siodłajmy i w drogę!
  Opisaliśmy warunków pokoju lipcem 1774 roku zawartego w Küczük Kajnardży, który krwawą i ciężką wojnę kończył wielkiem dla Rossyi tryumfem, a dla Porty sromotą okrutną, osobliwie temuż, że Krymu tam i Tatarów tamecznych tam im spod władzy ujęto, której sułtani nad chanami mięli "od zawsze"** . To, więcej może niż przetracone ziemie insze, bolało Turków okrutnie, bo nie dość, że upokorzenie, to i sojusznika "odwiecznego" pozbawienie. Czuli zatem byli na tąż kwestyję okrutnie, po przeciwnej zaś stronie judził Jekatierinę do kroków dalszych kochanek jej dawniejszy, ongiś kapral lejbgwardii, ninie do rangi xiążęcia wyniesiony, Grigorij Potiomkin. A właśnie ten tytuł Xiążęcia Taurydzkiego (czyli Krymskiego, bo Krymu w Rossyi ówcześnej zwali Taurydą) dobitnie apetytów Potiomkina dowodzi, który zamyślił własnego prawdziwego dochrapać się księstwa. Mając już powierzone władztwo nad guberniami: noworosyjską, azowską i astrachańską, spacyfikowawszy Kozaków jaickich (uralskich), dońskich, nadwołżańskich i najwięcej niepokornych, starych naszych dobrych znajomych i onegdajszych poddanych, Kozaków zaporoskich, miał po temu solidne podstawy. Mniemam, że i z tą myślą zapewnił sobie polskiego szlachectwa (1775) i skupywał dobra ziemskie na Kijowszczyźnie i Bracławszczyźnie, których znów pragnąc mieć od Rzeczpospolitej niezależnemi, stał się z czasem największym orędownikiem jak najrychlejszego kolejnego rozbioru, a znów pożądając Krymu, wojny z Turczynem kolejnej zwolennikiem.
   Niechybnie pod jego to naciskiem caryca kwietniem 1783 roku wydała manifestu ogłaszającego wcielenie Krymu do Rosji, co traktatu z Küczük Kajnardży pogwałceniem było oczywistem. Turcja jednak tegoż policzka ścierpiała, podobnie jak kolejnych, gdy nominowany wówczas właśnie Księciem Taurydzkim, Potiomkin, począł na Krymie potężnej akcji osadniczej i na gwałt nowych czynił portów i miast. Czego by o niem nie mówić, dzięki niemu powstały Sewastopol, Chersoń, Jekaterynosław, Mikołajów i Odessa, zaś niewielkie twierdze jako Bałakława, Jenikale, Teodozja i Kercz przekształciły się we wcale poważne miasta. On też jest ojcem-założycielem rosyjskiej floty czarnomorskiej, zaś naszego cyklu bohater, książę de Nassau-Siegen, jako swej peregrynacyi po Dniestrze pokończył był z lata 1784 roku początkiem, wracał nie wiedzieć czemu przez Krym i okrutnie długo tam wpodle wybrzeży tamecznych żeglował, o czem żem w części czwartej pisał, konkludując: " Nad miarę, myślę ja, spekulacyje czynić, że ów już w 1784 rekonesansów tam czynił zamierzonych". Dziś myślę przeciwnie: że jak najbardziej zamierzonych... Że de Nassau na Krym jechał rozmyślnie, by się z Potiomkinem spotkać i skamracić, na to rachując, że ów mu jakiej godnej posady i rangi wyjedna i że już wówczas kniaź rosyjski międzynarodowemu awanturnikowi się z części najmniej swoich zamysłów zwierzył, a ten ich musiał entuzjastycznie popierać, widząc w tem i dla siebie szansy, by w łaski kolejnej się wkupić władczyni i ustawicznie fatalne finanse swoje poprawić. Nie byłbym ja i od tego, by go nie podejrzewać, że wobec świeżości sił morskich rosyjskich na Morzu Czarnem i własnej w żegludze experiencyi, może się i sam widział onych przyszłym admirałem.  Jeśli tak rachował, to się z czasem musiał zawieźć srodze, bo przecie mięli Rossyjanie swego Fiodora Uszakowa, prawdziwie wielkiego wodza morskiego, co już się wpodle Floty Czarnomorskiej krzątał.
  Wprzód wybiegając niejako, należy przecie objaśnić, że tak w tureckiej nadchodzącej wojnie, jako i we wtórej, ze Szwedem, na obu morzach do łask wróciły okręty o dawno już, zdałoby się, zapomnianej budowie i specyfice, a mianowicie galery. Owoż pokazało się, że osobliwie na wodach przybrzeżnych, z mnogością cieśnin, cieśninek, wysepek i półwyspów, co i rusz wiatr przesłaniających, gdzie okręt żaglowy też i dla bezwładności swojej nieraz się nie sprawdzi, osobliwie gdy mielizn i płycizn bogactwo, tam galera się więcej pokazała do manewrów zdolną, a niedostatek chyżości nie był tu aż tak doskwierającym. Przepiękne krajobrazowo w mnogości swych skalistych wysepek, zwanych szkierami, wybrzeża Wysp Alandzkich, Finlandii czy Szwecji wpodle Sztokholmu lub Göteborga, pokazały się zabójcze dla okrętów żaglowych, tandem tak w Szwecji, jako i w Rossyi potworzono tak zwane floty szkierowe, z galer się składające i jednostek pomniejszych, które tam właśnie radziły sobie niezgorzej. U Turczyna z galer tak naprawdę nigdy nie zrezygnowano, tandem rosyjska Flota Czarnomorska i tu się musiała niejako do przeciwnika akomodować i własnych galer budować. I tu wkracza na scenę nasz de Nassau, bo Potiomkin rzeczywiście go zatrudnił i tychże galer czarnomorskich dowództwa powierzył.
    Jak się zdaje, był też i de Nassau czynnym i w Potiomkinowskiej dyplomatyce. Kiedy bowiem kniaź nakłonił cesarzową do wielkiej inspekcji gospodarzonego przezeń Krymu i południowych guberni, z czego do historii przeszło pojęcie "wiosek potiomkinowskich", wojaż ten miał jeszcze i kilka inszych aspektów, wielce znamiennych dla ówczesnego układu sił, a więcej i może jeszcze: intencyj... Oto Jekatierina nie tylko na to jechała (a ściślej płynęła Dnieprem) do Chersonia, by się na potiomkinowskie napatrzeć makiety, ale przede wszytkiem na spotkanie z cesarzem austryjackim Józefem II, który się zdawał być najwięcej obiecującym przyszłym przeciw Turkom aliantem.  Po drodze zabawiła na ukrainnych ziemiach niedziel parę, spotykając się z tłumem przeróżnej klienteli, w tem i z naszemi magnatami na króla krzywemi, a i ten nieborak pędził ku dawnej kochanicy, licząc na jakie zrozumienie, wsparcie, może i na jakiego dawnego afektu nie tyle odświeżenie, co choćby właśnie przez sentyment dla chwil dawniejszych miłych, jakie przyjaźniejsze planów Stanisława Augusta potraktowanie. 
   Ciekawość, że jechał z planami, które w największem skrócie dałoby się streścić jako próbę wzmocnienia pozycji króla, wojska naszego i samej Rzeczpospolitej za sposobnością przedkładanego Katarzynie udziału naszego w wojnie z Turcją. Wojnie, której przecie jeszcze nie było i której przecie caryca z pewnością ze Stasiem nie konsultowała, a która wybuchnąć miała dopiero trzy miesiące później, gdy Turcy uznali fakt spotkania dwojga cesarstwa w Chersoniu, jako manifestację władania przez Rosję temi ziemiami, niezgodną przecie z zapisami traktatu wojnę poprzednią kończącego.
   Pytanie zatem zasadne, czy to o tej wojnie, jeszcze niezaczętej przecie, tak głośno ptaszki nad Wisłą ćwierkały ? A skoro nad Wisłą, to i w całej Europie zapewne...? Czy to była tamtym czasem taka oczywista oczywistość? Zapewne tak, a w każdem z podejmowanych tu działań znać palec Potiomkina, do wojny tej dążącego, w tem i w zabiegach de Nassaua, który królowi dopomagał tegoż spotkania w Kaniowie z carycą uskutecznić. Poniatowski tu raz jeszcze naiwność własną i mierność charakteru pokazał, gdy pomimo upokarzającego siedmiotygodniowego oczekiwania na audiencję u dawnej kochanki (kiedy miała czas między inszemi dla Szczęsnego Potockiego) planów swych nie odmieniał i zabiegał o nie upornie. Jekatierina nie zgodziła się na 45-tysięczny polski korpus posiłkowy i jedynym militarnym owocem kaniowskiego spotkania był, nigdy na front turecki nie wysłany, 12-tysięczny korpusik polsko-litewski pod hetmanem Branickim, nota bene żonatym od lat paru z siostrzenicą Potiomkiną, uchodzącą za córkę naturalną samej carycy, Aleksandrą von Engelhardt...
    Turcy, którzy tych dwunastu lat między wojnami nie zmarnowali i byli do kolejnej wielekroć lepiej przygotowanemi (zapewne i dlatego ścierpieli włączenia Krymu do Rossyi w 1783 roku), pozyskawszy jeszcze i poparcia angielskiego i francuskiego, w sierpniu 1787 rzeczywiście wypowiedzieli Moskalom wojny i pierwotkiem sobie radzili wcale, wcale... Potiomkin, który będąc nominalnie feldmarszałkiem i prezydentem Kolegium Wojskowego, został automatycznie naczelnym wodzem w tej wojnie, wyraźnie sobie nie radził, a co gorsza, załamywał się psychicznie przy każdym niepowodzeniu. Oto fragmentum jegoż listu do carycy  z tamtego czasu:"„Flota Czarnomorska rozbita przez burzę. Jej resztki schroniły się w Sewastopolu, ale to wszystko małe i można nawet powiedzieć, niepotrzebne okręty. Liniowe i wielkie fregaty przepadły. To nie Turcy nas pokonali, lecz – Bóg”. Caryca odpowiadając, pocieszała jak mogła i próbowała pobudzić w nim ducha walki ( „Daj Boże, aby nie utracić twierdzy kinburnskiej (…) Gdyby nawet jednak tak się stało, to proszę nie załamywać rąk i nie rozpaczać, lecz starać się pomścić stratę i wziąć rewanż na nieprzyjacielu. (…) Czy mało już twierdz zdobywaliśmy, aby je później stracić?”), ale chyba zrozumiała, że polegać na niem nie może... Dlatego zabiegała o włączenie się Austrii, która ostatecznie weszła do wojny w lutym 1788, a  z czasem ciężar dowodzenia w polu przerzuciła na lądzie na Suworowa, a na morzu na Uszakowa. Ale akurat jedno z ważniejszych pierwszych zwycięstw, zdobycie (a następnie rzeź obrońców, także niewiast i dzieci...) po półrocznym oblężeniu Oczakowa i jego wspaniałej, umocnionej przez francuskich inżynierów twierdzy, zostało wypracowane przez udane współdziałanie na lądzie Suworowa z flotą, gdzie eskadrą galer blokujących twierdzę od morza dowodził naszego cyklu bohater, książę Karol de Nassau-Siegen. I w trakcie tych zmagań przyszło w 1788 roku do bitwy na Oczakowskim Limanie, gdzie przódzi się z jedną z eskadr rosyjskich, dowodzonych przez kolejnego obieżyświata, wielce słynnego z czasów amerykańskiej o niepodległość wojny, "ojca" US Navy, Johna Paula Jonesa, Turcy starli, aliści Jones przed zagładą się wymanewrował, za sposobnością dwóch tureckich okrętów na mielizny wciągając. W kluczowym batalii tej momencie nadpłynęły mu z salwerunkiem galery de Nassaua i to na niego spłynął wiktoryi splendor, dodajmyż wiktoryi niemałej, bo nasz xiążę tam piętnastu łącznie tureckich poniszczył okrętów i z górą trzech tysięcy ludzi ubił, samemu jednej jedynej tracąc fregaty*** , kilkunastu zabitych i ponad dwudziestu mając rannych.
  Nie dziwota, że po tejże wiktoryi poczęto de Nassaua mniemać wielkim morskim wodzem, tandem gdy ów się z Potiomkinem poróżnił (ponoć o obsadę zdobytego Oczakowa), to pospieszył do Peterburka po sprawiedliwość swoją, ale że najpewniej caryca, nie chcąc z Potiomkinem zadrażnień w sprawach tak błahych, za to politycznych turbacyj mając moc, posłała xiążęcia z misją po Europie dyplomatyczną, w której ów nie wskórał zgoła nic, tandem po powrocie nominowano go dowódcą takiej samej galerniczej floty, jeno że Bałtyckiej, pod ogólniejszą, dowodzącego na Bałtyku,  Cziczagowa komendą... Ale o tychże turbacyjach carycy, osobliwie że w tem i naszych spraw niemało, to już opowiemy w nocie tegoż cyklu następnej, szczęśliwie, że już zaawansowanej znacznie, to i może nie będzie na nią potrzeby pół roku kolejnego czekać...:) 
   
______________________
* Adam Mickiewicz "Pan Tadeusz" księga V :
" Klucznik mówił, że tylko znał jednego człeka,
Co tak celnie jak Robak mógł strzelić z daleka;
Ja zaś znałem drugiego: równie trafnym strzałem
Ocalił on dwóch panów; sam ja to widziałem,
Kiedy do Nalibockich zaciągnęli lasów
Tadeusz Rejtan poseł i książę Denassów.
Nie zazdrościli sławie szlachcica panowie,
Owszem u stołu pierwsi wnieśli jego zdrowie,
Nadawali mu wielkich prezentów bez liku
I skórę zabitego dzika; o tym dziku
I o strzale, powiem wam jak naoczny świadek;
Bo to był dzisiejszemu podobny przypadek,
A zdarzył się największym strzelcom za mych czasów,
Posłowi Rejtanowi i księciu Denassów".
  Że się tam jednak w zamku wrychle za łby wzięto, to i z opowieści wyszły nici, zatym raz jeszcze o niem w xiędze ósmej Wojski rzec probował:
"W świcie Księcia był książę niemiecki Denassów,
O którym powiadano, że w libijskiej ziemi
Goszcząc, polował niegdyś z królmi murzyńskiemi
I tam tygrysa śpisą w ręcznym boju zwalił,
Z czego się bardzo książę ów Denassów chwalił."

** - a tak dokładniej to od 1475 roku.
*** - skoro fregaty, czyli średnio dużego okrętu żaglowego, to pewnie jednak z eskadry Jonesa, ale że de Nassauowi przypisano dowodzenie całością, to i straty idą na jego konto.


                        ................





14 sierpnia, 2016

Znaczniejsze wynalazki uczynione w Europie od kilku wieków...

...a zebrane przez autora noty w "Kalendarzyku warszawskim" na Rok Pański 1772, za sposobnością nam dziś dającą ciekawy prospekt na to, coż tamtocześni za prawdziwie ważkie widzieli (nawet jeśli to groch z kapustą a i nieraz błądzili, mylnie rzeczy starożytnym już znane, przypisując komu z nowożytnych), a co nas nieraz i zaskoczy prawdziwie... I pytanie do Lectorów Szanownych moje (a ściślej dwa): czy byście może tej listy odmienili jako, wczuwając się w człowieka w tamtych czasach żyjącego i na tyle wykształconego, by mieć przeglądu dokonań ludzkości do tegoż, 1772, roku ?  Wtóre zaś o tem, co by się na Waszej, całkowicie subiektywnej, dzisiaj pisanej takiej liście znalazło...?:) Nie wymagam szczegółów dotyczącących daty czy nazwiska wynalazcy czy twórcy, starczy sam przedmiot wynaleziony, odkrycie jakie czy idea jaka, Waszym zdaniem, do pryncypalnych dziś dla nas się licząca...
   
" Regiomontanus* pierwszy przydał obrot Słońca, Księżyca i planet do kalendarza, który przed tym same tylko święta kościelne i imiona świętych w sobie zawierał [...]
Krzysztof Kolumbus Genueńczyk w r.1492 odkrył czwartą część świata, która potem, od Ameryka Wespucjusza, Ameryką nazwana była [...]
Franciszek Viete, rodem Francuz, pierwszym był autorem zażycia liter do rachunku algebry.
Mikołaj Kopernik, kanonik warmiński rodem z Torunia w Prusiech, pierwszy wynalazca i autor astronomii niniejszej (czyli obecnej-Wachm.)[...]
P.Gerlach, profesor w Wiedniu, świeżo wynalazł wagę, za pomocą której należycie zmiarkować można moc wiatru najtęższego ** [...]
Zwyczaj golenia brody na początku wieku przeszłego przywrócony był.
Pierwsze pończochy jedwabne nosił we Francji Henryk II r.1547, a w Anglii królowa Elżbieta r.1561.
Filip Chiese, rodem z Arauzykanu, pierwszy architekt Fryderyka Gwilelma (Willhelma-Wachm.), elektora brandenburskiego, jest wynalazcą karety zwanej berlinką.
Kawa pierwszy raz przywieziona do Marsylii w r.1644.
Leibniz wynalazł rachunek nazwany dyferencjalny roku 1648.
Początek karet nie jest dawniejszy jak od czasów Karola VI, króla francuskiego.
Karty do grania wynalezione były we Francji na cztery lub pięć lat przed śmiercią Karola V, zmarłego r.1380. To jest jednak dziwna, że już w r.1387 gra w karty w Hiszpanii edyktem królewskim zakazana była.
Moda zażywania kapeluszów nie dawniej nastała, jak za panowania Karola VI króla francuskiego.
Chocolata najpierwej z Meksyku do Europy sprowadzona była od Hiszpanów w r.1520.
Cyrkulacja krwi odkryta jest r.1628 przez Gwilelma Harvey, doktora angielskiego.[...]
Pierwsze szpilki*** robione były w Anglii r.1543. Przedtem damy zażywały tylko z drewna zrobionych kolców.
Teofrast Renaudot, doktor francuski, pierwszy gazety pisał w r.1631.****
Sztuka solenia śledzi wynaleziona była w r.1416 od jednego rybaka Holendra imieniem Gwilelma Boeckel.
Wynalezienie sztuki drukarskiej przypisuje się r.1438 Janowi Gutenberg***** nazwanemu Gänsefleisch de Jorgenloch (właśc. Johannes Gensfleisch zur Laden zum Gutenberg - Wachm.) z Moguncji. Najprzód tedy drukowano w Strassburgu, a wydoskonalony jest ten druk w Moguncji.
Najpierwszy raz w r.1745 zaczęli w osiadłościach angielskich w Ameryce do zaszczepiania ospy zażywać merkuriuszu (autorowi o rtęć idzie - Wachm.)******
Co się tycze objaśnienia nauki względem światła i kolorów, Newtonowi to przypisać należy.
Holenderczyk pewny podłego urodzenia imieniem Corneille Drebbel pierwszy wynalazł microskopium, czyli drobnowidło o dwóch szkłach, które zaś jest tylko o jednym, to wynalazł Chrystian Huygens.
"Góra miłości", czyli "komora potrzebnych", to jest kupa pieniędzy na zastawy ludzi pieniędzy potrzebnych i na zabieżenie lichwom niesłusznym postanowiona, złożona jest najprzód w Peruzjum od pewnych miłosiernych obywatelów, a potem w Sawonie od papieża Sykstusa IV w r.1479.******* 
 Pierwszy Keplerus obserwował, że forma śniegu spadającego jest sześciograniasta.
Pierwsza Agnieszka Sorel w Francji zaczęła do ubioru swego używać klejnotów, druga po niej Anna, królowa Brytanii.
Puder do włosów wynaleziony jest XVI wieku; na końcu wieku przeszłego sami się tylko komedianci pudrowali, mając co grać w teatrach, a schodząc z nich puder z głowy wyczesywali.
Pewny Anglik, imieniem Rafeling, pierwszy nauczywszy się w Wirginii palić tytoń, innych młodych ludzi w Anglii tegoż nauczył. Ci, jeżdżac do Holandii na nauki, zwyczaj ten z sobą tam przywieźli.
Torricelli, doktor wielkiego księcia toskańskiego, pierwszy wynalazł w r.1643 barometrum.
Pijawki na wezykatorie wynalezione od Areteusza.
Thomazjusz******** pierwszy, który znosił zwyczaj zabobonów palenia czarownic.
Krystian Wolff, największy matematyk, ułożył nowe systema filozofii w r.1720 i za nadgrodę został baronem w krajach niemieckich.
________________________
    *  - właśc. Johannes Müller . Sporo o nim pisałem w cyklu poświęconym Kopernikowi i Retykowi.
   ** - Pierwszym zarejestrowanym wynalazcą anemometru był italski architekt Leon Battista Alberti w 1450 r.
  *** - Z kontekstu domyślam się, że o szpile do włosów idzie, które znane były już starożytnym, a nawet w paleolicie.
 **** - Renaudot owszem zaczął wtedy wydawać "La Gazette", najstarszą gazetę (a ściślej tygodnik) francuską, natomiast przed nim w 1609 roku wychodziła w Strasbourgu (nienależącym wówczas do Francji) "Relation" i "Aviso", drukowana w dolnosaksońskim Wolfenbüttel.
***** -  Tak naprawdę to jest to do dziś mocno sporna kwestia, bo poniechawszy nawet Kitajców, o palmę pierwszeństwa na europejskim gruncie walczą zwolennicy Niderlandczyka Laurensa Janszoona Costera z Haarlemu, który miałby ruchomej czcionki wynaleźć około 20 lat wcześniej niż Gutenberg. Insi pretendenci do miana jej wynalazcy to: Jan Brito (Brugia, Belgia), Pamphilo Castaldi (Feltre, Włochy) oraz Prokop Waldfogel – czeski złotnik działający w Awinionie.
****** - przyznam, że nic o takich zdarzeniach nie wiem, natomiast pierwsze w Europie szczepienia przeciw ospie zawdzięczamy Lady Montagu, żonie ambasadora brytyjskiego w Turcji, która przeniosła z Turcji i upowszechniła w Anglii sposób szczepień, praktykowanych w Turcji od setek lat.
******* - W Polsce instytucję, zwaną "Mons Pietatis" założył ksiądz Skarga, później zwano ją właśnie "komorą potrzebnych", a przekształciła się w Bank Pobożny. Zaś przypisywane Sykstusowi IV, jednemu z najgorszych papieży w dziejach, zasługi w tej mierze w rzeczywistości są dziełem Jana Kapistrana, Bernardyna ze Sieny i Bernardyna z Feltre   
********  - z Christianem Thomasiusem, rektorem uniwersytetu w Halle i filozofem sprawa nie taka prosta, jak się autorowi kalendarza wydawało. Po primo, że przed nim mnóstwo teologów i filozofów przeciw paleniu czarownic występowało, a po secundo, że i sam Thomasius w procesie koszalińskim w 1694 roku jeszcze ten proceder popierał.


                            ................






07 sierpnia, 2016

Okruchy niedawnej codzienności IV, czyli o całunkach publicznie odprawianych...

    Co się mego zdania w onej materyjej tyczy, tom zawsze całuśnikom był sympatyczny, dopokąd żem w tem afektów lubo też czystej sympatyi  dowód widział. Też i wielekroć mi się trafiło bronić onych młodzianków przed jakim zajadłym moherem, co to mnie się widzi, że bardziej niźli zgorszony, to zazdrością wobec świeżości afektu podrażniony był...
   Ostatniemi jednak czasy trudnoż mi się wrażeniu oprzeć, że coraz częściej owe całunki nader lubieżnemi się stając, są jakoby preludium jakowe do gry miłośnej dłuższej, a nam, postronnym, jeno jakoby prowokacyą ukazaną, by rozjątrzyć luboż też, by granice spolegliwości otoczenia przetestować...
   Że cale nie tak dawnemi czasy cale to inaczej wyglądało, upraszam na reklamę jedną sprzed lat pięćdziesięciu wejrzeć:
  



. 



03 sierpnia, 2016

O 3 Pułku Szwoleżerów Mazowieckich imienia Pułkownika Jana Kozietulskiego...

 ...którego to pułku dziś święto akurat wypada, żem ongi już pisał tutaj. Dziś Was znów do toastu zapraszam, osobliwie, że potem, aż do 18 sierpnia o suchem pysku siedzieć przyjdzie, a kielichy jeszcze tylko wszystkiego w tym roku sześć razy wznosić będziecie... :((

30 lipca, 2016

O szablach i szaszkach dwudziestego roku...

   Schodziło kaducznie, schodziło... odpokąd mię Kneź Okrutnik instancyjonował bym co pro publico bono popisał o tem, czemże owe szaszki rosyjskie były i czemże się toto ode szabliny ućciwej różniło... No ale, że i nawet na najdłużej się opierającą materyję przychodzi nareście pora, tandem po może jakim zwłoki ledwo roku, czy dwóch, przychodzim do rzeczy...:)
   Nim przecie do szaszek przejdziem, godzi się rzec, co jest szabla, bo to się tylko wydawa każdemu, że szabla jaka jest, każdy widzi...  Nie będziem tu nijakich wywodzić dysertacyj o częściach składowych, ani co jest pióro, czy struzina, wąsy luboż młotek tłomaczyć; my bowiem( najwięcej przez wzgląd na białe głowy blog ten nawiedzające:) skupimy się na najpryncypalniejszem...:)
 
  
   Otoż macie powyżej szabli, której sobie najprościej podzielim na tą część, którą dłoń ujmuje, czyli rękojeść oraz na część walczącą, czyli całą resztę, zwaną głownią. Obie je oddziela poprzeczny jelec, niezwykle dziś dla nas ważki, nie tylko temuż, że ów dłoń naszego husarza, pancernego, dragona, szasera, szwoleżera czy ułana ochrania, ale także i dlatego, że owa tak wyglądana przez Knezia szaszka tego właśnie elementu nie miała i po tem najprościej wszelkie szable od szaszek idzie odróżnić...
   Najprościej zatem jak można szabli charakteryzując nazwiemy ją bronią białą, której głownia jest zakrzywiona i najczęściej (choć są wyjątki) ma ona ostrze tylko po jednej stronie. Tąż definicyją właśnieśmy oddzielili szable od mieczy i wszelkich onych pochodnych w rodzaju okcydentalnych fikumiśności jako szpadki, rapiery i insze takie gówienka paradne, nijak się do prawdziwej broni mające...  Nawet jeżeli stać będzie za niemi prawdziwie wielka imaginacyja pisarzów pokroju Aleksandra Dumasa i milion wywijających tem czemś na niezliczonych filmach muszkieterów...
   Miecz zatem, w odróżnieniu od szabli będzie miał zawsze głownię prostą i krawędzie tnące po obu jej stronach. Czegobyście nie czytali, czy nie oglądali i ktokolwiek by Wam nie wiedzieć jakich głupot do głów wkładać próbował, to tego jednego zapamiętajcie i już nijakich z odróżnieniem turbacyj mieć nie będziecie, choćby Wam tysiąc sułtanów w tureckich serialach plotło bzdury o swoich mieczach, to Wy wiedzieć będziecie, że tam scenarzysta bądź tłumacz lekcji nie odrobił, bo każdy z serialowych bohaterów ma przy boku krzywą szablę!
   Taż sama jest sprawa z nieprawdopodobnie trwałą bzdurą nazywania japońskiego oręża samurajskimi mieczami, w czem tyle jest prawdy, co w tem jako się ślepy żebrak iskał i pcheł ponoć nie miał... :(( Primo, że owe japońskie wynalazki są zwykle trojakiego rodzaju, czyli katana, jako broń pryncypalna, wakizashi jako oręż nibyż pomocniczy, bo znakomicie krótszy, oraz tantō, będące de facto sztyletem, którem owi sobie brzuchy płatali w ceremonialnem seppuku, u nas harakiri zwanym... Sęk w tem, że wakizashi było bronią głównie wieśniaków, a nie samurajów!  Ma się rozumieć, tych kmiotków , których na nie stać było, ale idzie o to, że jak naszemu chłopu broni wzbraniano, to japońskemu przecie tegoż właśnie oręża dozwalano. Katany miał prawo mieć jeno samuraj szlachetnego rodu, aliści jeśli onemu fantazyja i sakiewka sprzyjały, mógł nosić i wakizashi (na tej samej zasadzie, na jakiej się w automobilu piąte koło wozi), nawet jeśli jej przez żywot cały w walce nie użył. Taki zestaw podwójny się zwał daisho i takich też dziś, na wspólnem stojaku, jakie sklepiki i warsztaciki w podróbkach pamiątek się specjalizujące najczęściej oferują turystom i łowcom pamiątek, co przecie nie zmienia tego, że tak katana, jak wakizashi są zakrzywione, z  ostrzem po jednej stronie się znajdującem, czyli szable, nawet jeśli cały świat profanów się uprze onych nazywać mieczami!
   Jednej Wam jeszcze rzeczy wiedzieć potrzeba szczególnie, jeśli o szable idzie... Nie masz w dziejach totus mundi przypadku, by się gdzie miecz dawny, luboż pochodne jego, obroniły przed wyparciem przez szablę, jeśli się z nią prawdziwie w boju zetknęły. Wszędy, jako i u nas w wieku XVI, w który jeszcześmy wkraczali z mieczem powszechnie zażywanem, gdy przyszło panom braciom na polu skonfrontować jednego z drugim, nieuchronnie się poczęto skłaniać ku szablom i ta dziś jest, zdałoby się, nasza broń narodowa, choć przecie z Orientu, przez Turków, Tatarów, a i Madziarów zapożyczona...
  Dodajmyż, że były po temu przeszkody niemałe, w tem i durniów w sutannach wywodzących, że miecz jedynie słuszny, bo ma kształt krzyża, a za szabliny krzywizną diabeł stoi, przecie praktyka lżejszej*, poręczniejszej i umożliwiającej cięcia i sztychy mieczowi nieznane szabli w ciągu dwóch, trzech pokoleń zwyciężyła...
   Różneśmy potem szable mięli, nie pora tu ich wyliczać i omawiać, tandem kurcgalopkiem przelecim przez wieki do tej naszej letniej pory Roku Pańskiego 1920, czasu, jak kto woli, "cudu nad Wisłą", czy jak wolą inszy, czasu, w którem swą wyższość pokazała ofiarność zagrożonego Narodu i żołnierzy Jego, umiejętności (niejednokrotnie więcej może z domu rodzinnego wyniesione, niźli z parodniowego szkolenia), znakomite dowodzenie i wyższość oręża, w tem i szabel naszych nad kozackimi szaszkami.
   Pora pokazać z czem to "poszli w boje chłopcy nasze"... Ano niemałośmy mięli szabel pruskich i to pewna, że miał ich 9 Pułk Ułanów Małopolskich, 14 Pułk Ułanów Jazłowieckich, 17 Pułk Ułanów Wielkopolskich (a podejrzewam, że właściwie wszystkie pułki wielkopolskie) i 9 Pułk Strzelców Konnych. Być i może takoż i insze, ale tu często danych brak... 


 Ta, tutaj, to tak zwana "mała", czyli cokolwiek skrócona wersja szabli pruskiej wz.1896, takoż i później stosowana, choć głównie w dywizjonach artyleryi konnej, a nie w kawalerii samej.
   Pułki kawaleryjskie, które z Armią Hallera przybyły, miały, ma się rozumieć, oręża francuskiego, czyli mocno już leciwej, ale wciąż znakomitej konstrukcji z 1822 roku:


Tu ciekawostka może dla zainteresowanych taka, że we francuskiej szabli rolę jelca pełni tarczka mała, iście niemal takaż sama, jak tzw. tsuba w japońskich katanach...
  Były, ma się rozumieć, i szable po dawnej armii cesarsko-królewskich Austro-Węgier, które wyglądały tak:

 Ta akurat, której powyżej widzicie, tem jest szczególna, że to szabla samego Komendanta (obecnie w Muzeum Wojska Polskiego), który jej więcej może nosił, niż używał aż do 1917 roku... A czemu akurat tylko do 1917 zapytacie ? A temu, że w 1917 roku dostał w prezencie od współpracowników i podkomendnych najbliższych nowej szabli polskiego wzoru, właśnie co świeżo wyprodukowanej w Warszawie (potem także we Lwowie i Krakowie):

I to ta właśnie szabla wz. 1917 , w zamyśle przeznaczona dla formowanej właśnie przez zaborców Polskiej Siły Zbrojnej (Polnische Wehrmacht), stała się najpowszechniejszą bronią naszych kawalerzystów przeciw następującym bolszewikom. Znakomita konstrukcja, łącząca zalety bojowe z wyrafinowaną nawet, rzekłbym, elegancją i motywami patriotycznymi  ( na tych zdjęciach akurat słabo widoczny orzeł w koronie na tarczy amazonek wieńczący rękojeść, podobnie jak i często drugi, tłoczony na głowni **) stała się swoistym symbolem walk kawaleryjskich 1920 roku, unieśmiertelniona zresztą na obrazach Kossaka...
   Czemuż Wam ich tak ukazuję wszytkich? Ano byście widzieli, że każda ma jelec, a nawet i kabłąk palce chroniący, a w przypadku "siedemnastki" i szabli francuskiej nawet i pełniejsze dłoni fechtującego osłony... A co przeciw niem przynieśli bolszewicy ?
  Znowuż się tu Wikipedyja poratujem dla rzeczy tej zilustrowania:

  Gołym widać okiem, że to bezeceństwo jelca nie ma, zatem i żadnej dłoni walczącego nią osłony. Widać też zrazu jakoweś mocowanie do rapci dziwaczne i tu Was oczy nie kłamią, bo iście szaszkę noszono odwrotnie jak szablę, czyli owym charakterystycznym wygięciem (zatem i ostrzem) ku górze. Trzecią charakterystyczną wizualną szaszki cechą będzie zakończenie rękojeści głowicą zakrzywioną, na którą z boku wejrzawszy, zda się głowę jakiego ptaka widzieć... Czemu zaś szaszki miłośnicy sobie akurat z ptakiem na wierzchu ulubili paradować, nie pytajcie mnie, bo zaiste nie wiem...
   Krzynę światła rzucić nam może nazwa, która z kabardyńskiego narzecza pochodzi ("saszchła") i w języku Kabardyńców tyleż znaczy, co "długi nóż". I to akurat wydaje się być znakomitym i utrafionym opisem, natomiast bez odpowiedzi pozostaje pytanie czem to Moskali, a głównie Kozaków, na Kaukazie w XIX stuleciu wojujących, owe długie noże tak urzekły, że je za swoje przyjęli i upowszechnili we wszystkich, jak Rossyja długa i szeroka, kawaleryjskich pułkach i wojskach kozackich ?
   Ludy kaukaskie, które tą broń wykoncypowały i używały, nim ich Mateczka Rossyja "ucywilizować" pod swoim, ma się rozumieć, władaniem, umyśliła, widziały w niej tegoż waloru, że można nią cięcia niespodziewanego zadać już przy samym z pochwy wyciąganiu, bez dodatkowego (dla nabrania zamachu) wznoszenia jej w górę. No cóż... jak się kto uprze, to i szablą tak można, jeno cięcie szablą iść będzie od dołu ku górze, a szaszką odwrotnie... Pytanie jest jednak poważniejszej natury: na co i komu jest potrzebne cięcie niespodziane, przeciwnika - rozumiem, że jeszcze do sparowania go niegotowego, czyli bezbronnego - zaskakujące?
   Podług mnie to jakiemu zbójcy, bandycie jakiemu, grasantowi szkodnemu, a nie żołnierzowi, tandem jeśli ta być miała przyczyna, dla której jej sobie Kozacy ulubili, to wiele nam mówi o nich właśnie, bo każda w polu batalia, czy choćby i pojedynek podług najmarniejszych reguł honorowych się odbywający przecie by cięcie takie wykluczał...
   Pozwoliłem sobie na żart niejaki z tem pojedynkiem, bo właśnie szaszka jest bronią absolutnie się do żadnego fechtowania nie nadającą. Jakakolwiek dłuższa wymiana ciosów i parowania cięć przeciwnika musi się skończyć choć jednym ześliźnięciem się klingi po klindze, gdzie człeka uzbrojonego w szablę przed obcięciem palców chroni właśnie jelec, zaś uzbrojonego w szaszkę nie chroni nic zgoła! Cóż nam z tego wynika?
Ano to właśnie, że szaszka się do żadnych fechtów i szermierek nie nadawała... Są, po prawdzie, onej obrońcy, co głoszą, że szaszka miała specyficznej szkoły fechtowania, która uczyła tak ciosy parować, by je przyjmować i pozwalać się ześlizgiwać wrogiemu ostrzu w jej drugą stronę, jeno jeśli to by być prawdą miało, to to by znaczyło opuszczenie szaszki w tym momencie ku dołowi, by się po niej to wrogie ostrze ześliznąć miało, a to oznacza odsłonięcie całej górnej części ciała szermierza bez jakiejkolwiek obrony. A co, jeśli przeciwnik, z takowych cyrkumstancyj wychodząc, zwyczajnie szybciej swego zdoła podźwignąć ostrza? Luboż, pomiarkowawszy się chyżo, nie da ześliznąć się ostrzu, a jeszcze i swoim ową opuszczoną ku dołowi szaszkę przytrzyma? Że już nie wspomnę o możności, że miałby i jakiego drugiego ostrza w ręce drugiej...
    W "Cichym Donie" jest scena dowodząca, że się Kozacy fechtować jednak od dziecka uczyli*** i jest też wskazówka, jakich to sztuczek. Oto Grigorij Melechow ma tam w jednem ze starć, przerzucić szabli (w polskim tłumaczeniu jest o szabli mowa, ale kasztany stawiam przeciw orzechom, że to o szaszkę szło) z prawej do lewej ręki i tą lewą zadać przeciwnikowi zaskakujący cios. Scena ta, jak mi się zdaje, zapewne i Jerzego Hoffmana urzekła, bo w swojej "Ogniem i mieczem" wersji każe tak właśnie przerzucać szablę Bohunowi, co przy "długim nożu" zapewne nie nastręczało jakich wielkich turbacyj, za to przy szabli węgierskiej, w którą Hoffman uzbroił Bohuna, z łańcuszkiem od jelca idącym i zabezpieczającym dłoń, bynajmniej już nie jest takie proste, a czego możecie pod pierwszą dzisiejszą (zieloną) kropką sami obaczyć...
   Jak zwał, tak zwał... Uważcież, że nadal poruszamy się w kręgu "zalet" tej broni, umożliwiających walkę zaskakującą, zdradziecką, nieledwie bandycką... U Kozaków można by i tego zrozumieć, ale czemu to spasowało oficyjerom Jewo Impieratorskowo Wieliczestwa? Jeśli nie przyjąć rozumowania, że się to z całym tegoż imperium charakterem zgadzało znakomicie, to ja inszego nie znajduję...
   Choć nie... zełgałem... wybaczcie... Jest jeszcze czynność jednak, do której szaszka się nadaje arcywybornie. Owoż jako przychodzi manifestacyje bezbronnych rozpędzać cywilów i onych płazować (bić płaską stroną ostrza), to szaszka jest rzeczywiście bezkonkurencyjna, bo bicie płazem wymaga przy szabli przekręcenia dłoni w nadgarstku, ergo łacno jej sobie przy silnym uderzeniu i nagłym zatrzymaniu wywichnąć, a szaszki idzie przy takim "wojowaniu" nadal trzymać i mocno, i płazującemu wygodnie... No i przepomniałem jeszcze o tem, że dla tej samej przyczyny się szaszka znakomicie nadaje do wszelkich "tańców z szablami":))
   Słynna Budionnego Konarmia, podobnie jak druga wielka bolszewicka formacja kawaleryjska,  z atakujących Polskę w dwudziestym roku, Korpus Konny Gaja, zwany przez naszych dla okrucieństw swoich i dzikości Złotą Ordą Gaj-Chana, stały głównie Kozakami, zatem to z niemi i ich szaszkami wojować naszym przyszło. Ano i wrychle pokazało się, że znakomici w mordowaniu jeńców, gwałceniu, rabowaniu oraz paleniu wsi i miasteczek, a także całkiem nieźli w gonieniu uciekających piechurów, których ścinano z konia jednym cięciem, nie bawiąc się w żadne fechty, czerwoni Kozacy, okazali się bezradni wszędzie tam, gdzie przyszło do starć z naszą jazdą, osobliwie jeśli na białą broń... Owszem, były w wojnie bolszewickiej starcia przez naszych przegrane, jeśli za takowe rozumieć przymuszenie do odwrotu, ale ten odwrót zazwyczaj przebiegał w jakim takim ordynku i dyscyplinie, a nie w panicznej ucieczce i zwykle był zarządzany, a nie wymuszany, zaś straty przeważnie wynikały z naprawdę dużej dysproporcji sił. Ale też i każde takie starcie uszczuplało bolszewickiej potencyi i gdy do finalnych przyszło bojów, w tem największej i ostatniej tak wielkiej w dziejach świata, bitwy kawalerii pod Komarowem**** , to wojujący tam Kozacy nie dość, że już przetrzebieni tęgo, to i znakomicie znali, czem się długotrwałe z naszemi starcie kończy...
   Podług mnie, niemała w tem rola szaszki właśnie, a ściślej pewnego mechanizmu psychicznego, którego się domyślam, z licznych rejterad kozackich wnosząc, gdy owi przed zwarciem z naszemi, luboż i z samego zwarcia dość rychle uciekali... Owoż, jak sądzę, człek co ma się zmierzyć z kimś, o kim wie już, że jest w szermierczem boju lepszym, dodatkiem zaś zna, że sam nie ma oręża dostatecznie go w takim starciu chroniącego, podświadomie takiego starcia unika... Nawet jeżeli ów osobiście jest dzielnym i kulom się nie kłania, przecie kule to kule, tej co ciebie zabije i tak już nie usłyszysz, za to imaginacyja dłoń bez palcy podsuwająca jest wyrazista i wielce przerażająca. Jeśli przydać k'temu, że dyscyplina nigdy nie była mocną stroną bolszewickiego wojska, to do panicznej ucieczki wystarczy ledwo kilku takich zbyt przerażonych perspektywą walki na szable z "polskimi panami"*****, by zainicjować odwrót i przyspieszyć klęskę...
________________________________
*- Wiem ja, że Wy wszyscy na Sienkiewiczu chowani, wraz Longinusa Podbipiętę z onegoż Zerwikapturem na myśl przywołacie i z tą sceną: 
"– Ale to sroga machina i ciężka musi być okrutnie – chyba do obu rąk ? – Można do obu, można i do jednej. – Pokaż wasze ! Litwin wydobył i podał, ale panu Skrzetuskiemu ręka zwisła od razu. Ni się złożyć, ni cięcia wymierzyć swobodnie. Na dwie ręce poradził, ale jeszcze było za ciężko …”  Przykro to może przeciw pisarzowi Noblem uhonorowanemu to rzec, ale sam chyba w ręku nie miał, luboż i może po jakiej chorobie, bo przecie cherlawy nie był... Miecz średniowieczny, w zależności od rodzaju i przeznaczenia, zazwyczaj mieścił się wagą gdzie między 1,1 - 1,8 kilograma, a ciężki dwuręczny miecz piechoty, jako rzecz ekstremalna, dochodził do 2,5 kilograma, z czego należałoby wnosić, że podług pana Henryka to pana Skrzetuskiego powaliłaby pierwsza lepsza niewiasta nasza siatką z zakupami, a niektóre (w tem i Pani_Wachmistrzowego_Serca:) to worem z domu połowy zawartością, zwaną przez nie, dla niepoznaki i zmylenia npla, "torebką"... Szable zazwyczaj nie dochodzą kilograma (jedna z uznawanych za najdoskonalsze, nasza szabla kawaleryjska wz.1934, waży 0,95 kg a przynajmniej tyle nominalnie powinna, z czego wynika, że albo mam kiepską wagę, albo mój egzemplarz się już cokolwiek utlenił...)
** - więcej zdjęć, a i bogatszych nawet, znajdzie Czytelnik Łaskawy tam, skąd żem i ja zapożyczył tych: na paginie www.szablapolska.com
*** - ciekawość, że ci, których nam przez lata wystawiano jako antyfeudalnych buntowników i prekursorów walki klas, tego akurat elementu od szlachty polskiej zapożyczyli, gdy już sami, za carów staraniem po połowie Rossyi poprzesiedlani, się za psy łańcuchowe imperium ostali...
**** - 31 sierpnia 1920 roku, gdzie przeciw resztkom (ale te "resztki" to nadal było 6 tysięcy szabel przeciw 1,5 tysiącowi naszych!) Konarmii stanęło (i wygrało!) naszych sześć, takoż tęgo przecie przetrzebionych, pułków: 1 Pułk Ułanów Krechowieckich pod pułkownikiem Sergiuszem Zahorskim, 2 Pułk Szwoleżerów Rokitniańskich rotmistrza Rudolfa Ruppa, 8 Pułk Ułanów Księcia Józefa Poniatowskiego pod rotmistrzem Krzeczunowiczem (którego to pułku ostatnia szarża definitywnie rozstrzygnęła ową potrzebę), 9 Pułk Ułanów Małopolskich pod majorem Stefanem Dembińskim, 12 Pułk Ułanów Podolskich z rotmistrzem Tadeuszem Komorowskim (przyszłym dowódcą Armii Krajowej) i 14 Pułk Ułanów Jazłowieckich pod rotmistrzem Michałem Beliną-Prażmowskim (bratem Władysława, słynnego dowódcy ułanów legionowych; poległ w niespełna dwa tygodnie po bitwie). Kawalerię w walkach wspierał m.in. pieszy Batalion Szturmowy dowodzony przez kapitana Stanisława Maczka (przyszłego generała i dowódcy naszych jednostek pancernych w kampanii wrześniowej, francuskiej 1940 roku i walczącej na froncie zachodnim 1 Dywizji Pancernej), za to niespecjalnie popisał się, dowodzący osłaniającą 2 Dywizją Piechoty Legionów, pułkownik Michał Żymierski (przyszły "Rola", dowódca Armii Ludowej i Ludowego Wojska Polskiego, marszałek Polski Ludowej).
***** - co nie przeszkodziło im w stworzeniu legendy o niepokonanej Konnej Armii, w której hymnie (druga, żółta kropka:) kłamliwie wyliczają "polskich panów", jako tych, którzy "pamniat krasnoarmiejskije naszy klingi", zupełnie ignorując taki drobiazg, że to właśnie "polskije pany" rozbiły ich w proch i w pył...


   
                                                  ................