26 stycznia, 2017

...

   Jakem na Nowy Rok Wam i sobie życzył, wielce ostrożnie, jeno tego, by ten rok nowy nie był dużo od poprzedniego gorszem, tom między inszemi i zdrowie wielce nadwątlone mego Pana Ojca miał na myśli... Ale żem i złudzeń w tejże materyi nie miał wielkich, a jeno nadzieję, wszelkiemu rozumowi przeciwną, to i owe życzenia były jakeście ich widzieli... Ano i idzie ten rok po nas jak walec, bez nijakiego ulitowania i mizerykordii...
Wczorajszego wieczora pomarł nam był Pan Ojciec, ucierpiawszy się przedtem nieskąpo, a nas osieroconych ostawiając w żalu i boleści. 
  Nie uwiadamiam ja Was o tem po temu, iżbym jakich tu słów pociechy czy współczucia szukał, bo mi ich nawet i czytać by było obmierźle, a responsować może i więcej jeszcze, tandem żem Wam nawet i tej możności, póki co, odebrał, a pewnie bym i tego nie pisał, gdybym nie mniemał, że Wam się jakie jednak wyjaśnienie należy, przecz tu nie wiedzieć ile czasu przeminie, nim znów będę w nastroju, by jakich nowych snuć opowieści, luboż gdzie po dawnemu do kogo z pozdrowieniem zawitam... 
     Kłaniam nisko

22 stycznia, 2017

O wyrazach przepomnianych...II

Kładę tę dwójkę po tytule bez przekonania wielkiego, bo chocieśmy formaliter ongi mięli notki tak już tytułowanej, aliści z oną themą zawżdy ta jest turbacja, że tak po prawdzie nie wiadomo często zali to tu się nie powinno naleźć słówko jakie, którego przywołuję w inszem cyklu, o wyrazach dawnych znaczeń pozbawionych (III, III, IV, V , VI, VII , VIII, IX , XI , XII , XIII, XIV. Przedziwne to czasem miszkulancje i człek w ustawicznej z temi słówkami rozterce... ale trudnoż, bieżmyż tam za tem, com latami nagromadził, a dziś fortuna nam akuratnie lwią część słówek na "L" przyniesła...

liżyobrazek - nie inaczej jako dzisiejszy by to był jaki dewot, bigot, czy świętoszek abo jaki inszy pobożniś, jeno, że w tem jeszcze idzie o ten akcent więcej na udawanie i pozorną religijność kładziony...

lokutarz - rozmównica, rozumiana jako klasztorna najczęściej, za oczywistym swym łacińskim źródłosłowem powzięta

losnik - ktoś, kto się losami zajmuje człowieczymi w rozumieniu uczynienia sobie professyi z tego, zatem wszelki wieszczbiarz i wróżbita, którzy, zdało się, byli już narodem ginącym, przecie dopadłszy nowinek technicznych w rodzaju telewizyi czy esemesów, nowych pokładów durniów ucha nachylających się dokopali...

lsnąć - piękne słówko, którego jedno z pobliskich pierwotnych znaczeń nam się przechowało w inszem: "olśnić". Tak właśnie, bo szło o to, że coś nam rozbłysło, rozjaśniło się (jako w Biblijej Leopolity z 1561 roku: "Alić nagle lsnęło jej lice")... Z przydaniem ~się czyniło się określeniem czegoś błyszczącego, święcącego w rozumieniu, że imponującego, jako u Piotra Kochanowskiego najdujemy w zwrocie "Puklerz rysztunkami się lsnął diamentowy." Aliści byłoż i jeszcze jedno znaczenie tego, już nie nazbyt miło, bo mówimy o ślepnięciu, które nawet jeśli przenośne jeno jako u Szymona Szymonowica ("Lsną ludzie w miłości") to przecie jednak kalectwo jakie znaczy...

lub - który dziś dla nas jest tylko spójnikiem używanym przy wyliczaniu jakichś możliwości czy alternatyw, przodkom naszym był pięknym i powszechnie używanym przymiotnikiem, oznaczającym kogoś miłego i przyjemnego, którego i dziś poniekąd znamy, ale już z przydaniem "y", jako luby, co najpewniej wymusiła konieczność wymowy dostatecznie wyrazistej... Kto inaczej mniema, niechaj się wymówić wyraźnie postara chociażby coś takiego, jak "Na lub Bóg!"... Insza, że dawniejsi autorowie sobie z tem nader przemyślnie radzili, luboż to słówek trudnych rozdzielając, luboż temu Bogu inszych najdując określeń, jako to : "Lub będzie Panu"(Psałterz Floriański), "Bych lub był przed Bogiem"(Psałterz Puławski) abo "Będzie lub braciej swej"(Biblia królowej Zofii).

przewrotliwy - określenie kogoś przewrotnego i zakłamanego, aliści tu jednak zważać pilnie na słowo potrzeba, bo znów przewrotny w dawniejszych czasach nie znaczył nic fałszywego czy zdradliwego, przynajmniej w odniesieniu do ludzi... Przewrotnym czyli skłonnym do wywrócenia się, wywrotnym mógł być okulały koń, źle bądź ponad miarę załadowany wóz, luboż niepodparty jaki spróchniały pień...
przęśleń - a tum Was czekał, niebożęta...:)) Objaśnię po swojemu: motowidło :) A kto nie zna, cóż jest motowidło, no to ma nieboraczek pracę domową do odrobienia...:)
   
   Kłaniam nisko:)

15 stycznia, 2017

O tem jako się nam królowa nieboraczka sama przechytrzyła...

   Za dni dosłownie kilka przyjdzie nam rocznica, po prawdzie ani równa, ani i jakoś szczególnie świętowana, czy wyróżniana, przecie zdarzenia, co całą naszą zakręciło historią i to na pół tysiąclecia, a pokłosia owoce być i może że dziś jeszcze dostrzec idzie...
  Oto nam ośmnastego stycznia Roku Pańskiego 1385 zjechało do stolicy, czyli do Krakowa, co objaśniam dla tych, co mniemają stan dzisiejszy mieć jakim porządkiem nieledwie od Boga uświęconym, poselstwo nie lada jakie, a to mianowicie kniaź trocki Skirgiełło, występujący tu jako dziewosłąb brata swego, wielkiego kniazia litewskiego, Jogajły. Przyjdzie tu słów parę rzec o tych parantelach Jogajły familijnych, bo znam ja, że to Czytelnikom dżungla nieledwie już choćby przez ten prosty fakt, że ociec obydwu, Olgierd Giedyminowic widać lubił tę robotę, bo zmachał tych dzietcysków wszystkiego dwadzieścioro i troje, a to dopiero zawiłości początek, bo nie dość, że z jedną żoną, Anną, siedmioro, a z wtórą, Julianną twerską, szesnaścioro, to jeszcze współrządząc z bratem, Kiejstutem, przypuścił niejako i onego potomstwo do pretensyj i aspiracyj ku władzy...*
   Jest potężna zawiłość z datą porodzenia Jogajły, którą drzewiej przyjmowano gdzieści na okolice roku 1352, aliści że diabeł nie usiedzi spokojnie, jak czegoś nie zamąci, to się ostatniemi czasy modna stała teoryja, że to jednak dopieroż w 1362 się narodził. Pomijając, że Jogajła wówczas porodzony, w 1385 byłby w kwiecie lat młodzieńczych i nie mógłby się wydać Jadwidze starcem nieledwie nad grobem stojącym, to jeszcze dochodziłyby tu potężne wątpliwości wokół tego, czemuż to miałby Olgierd swemu ósmemu w kolejności synowi władztwo przeznaczyć, z pominięciem starszych braci. Nawet, jeśli przyjąć, że to za poduszczeniem Julianny, swoje potomstwo forytującej, co wcale nierzadkie było w rodzinach monarszych, to i tutaj Jagiełło byłby synem dopiero czwartym po inszych, jak choćby Skirgiełło właśnie, nie gorzej się przecie zapowiadających... Pewno, że by tu można spekulować o przenikliwości ojcowego oka, co dojrzał w młodzieńcu ten format przyszłej wielkości, ale przecie i Olgierd nie kiep, jeno władca prawdziwie na ówcześną, co najmniej europejską miarę i znać musiał, że takiem wyborem szykuje księstwu turbacyj co niemiara, a może i wojnę domową w czasach, gdy absolutnie nie tego owo wielkie z nazwy, aliści kaducznie słabe księstwo potrzebowało... Tem więcej znać tego musiał, że sam przecie władztwo obejmował w wyniku takiegoż właśnie spisku z Kiejstutem, gdzie pospołu Jawnutę obalili i przegnali...
  Zupełnie inaczej się te rzeczy mają, gdy po dawnemu przyjmiemy datacyją roku 1352, kiedy to Jogajła jest pierwszym synem Olgierda i Julianny, zasię Skirgiełło, Korybut, Lingwen, Korygiełło, nieżyjący już w 1385 Mingiełło, oraz małoletni jeszcze Wigunt i Świdrygiełło, byliby wszyscy braćmi młodszymi. Nawiasem trudno mi się tu refleksji oprzeć, że pomimo tego, że historia wszystkich w zasadzie Giedyminowiczów to nieustające pasmo wzajemnych uraz, żalów, knowań, spisków z potencjami obcemi, zdrad, buntów i rebelii, to przecie to zarazem nieustająca historia przebaczeń, pogodzeń, współpracy wcale zgodnej i owocnej... Oto obejmujący władzę Jogajła zdejmuje z władztwa nad Połockiem przyrodniego brata Andrzeja, zapamiętanego jako Garbatego i powierza je właśnie Skirgielle, bratu z którym nigdy mieć nie będzie konfliktów i który do swej śmierci będzie najzaufańszym Jogajły pomocnikiem i wsparciem. Połocczanom nie w smak poganin Skirgiełło, Garbaty mąci, jątrzy, spiskuje i ściąga na pomoc moskiewskiego Dymitra Dońskiego, aliści pokonany koniec końców przez Jagiełłę (tak go zwać będziem po 1385 roku), zostanie przez króla uwięziony w Chęcinach, a Połocczanie na powrót dostaną Skirgiełłę, choć ten się w międzyczasie ochrzcić każe i to w miłym Połocczanom obrządku wschodnim. A przecie uwolniony Andrzej Olgierdowic Garbaty z błogosławieństwem królewskim wróci na Litwę i wspomagać będzie Witołda, osobliwie w jego nieszczęśnej wyprawie przeciw Złotej Ordzie, gdzie pod Worsklą w 1399 sam głowy położy, nawiasem w doborowem towarzystwie inszego z braci rodzonych, Dymitra Starszego, kuzyna z Giedyminowiczów kolejnego Dymitra Koriatowicza Wołyńca, hospodara mołdawskiego Stefana I, komendującego krzyżackim kontyngentem posiłkowym komtura Tomasza Szurwiłły i dowodzącego Polakami Spytka z Melsztyna**
   Skirgielle w jego misji do Jadwigi i panów małopolskich towarzyszyli Iwan Olgimuntowic książę Holszański***, jeden z nielicznych na Litwie katolików i wielkorządca wileński Hanko, prawosławny. Zwraca uwagę niezwykle staranny dobór tejże deputacyi mającej na krakowskim dworze reprezentować poganina Jogajłę. Pomijając, że to sami najwierniejsi i najzaufańsi, to wyraźnie widać w tym staranie o to, by wykazać, że i sam Jogajła chrystianizacji Litwy przychylny, że się już otacza ludźmi krzyża i że ci będą tego procesu najgorętszymi stronnikami i obrońcami. Nie tylko zresztą w tem widać, jak okrutnie litewskiemu książątku na tem maryjażu zależy... Dary przez posłów przekazane olśniewają bogactwem i to bynajmniej nie futer tylko, ale i pięknem bizantyjskiej biżuterii i szlachetnych kamieni. Również niemałe wrażenie na wszystkich przytomnych (oprócz samej królowej Jadwigi) robi wschodni obyczaj padania przed władcą na kolana i czołobitność posłów. Jadwiga jednak (nie bez kozery przyszła święta:) do błyskotek nie przywiązuje wagi, za to sama robi piorunujące wrażenie na posłach. Mogę przyjąć, że była dziewczątkiem niezwykle urodziwym i zaczynała właśnie rozkwitać pięknem już nie dziecięcym, a zarysowującym się niewieścim, choć i to w wieku jedenastu lat wydaje się niezwykłe. Natomiast jest rzecz przedziwna z jej budową ciała, bo relacje dość zgodnie podkreślają, że mimo owych zaledwie jedenastu lat, była niezwykle smukła i wysoka, wyższa od posłów i towarzyszących im bojarów litewskich, w co mi uwierzyć trudno, przecie muszę, bo kłamu źródłom nie zadam...:) Pojmuję, że się musiała owym przybyszom zdać jakąś elfią zgoła pięknością...:)    Ona nie musiała wiedzieć pod jakiego rodzaju ścianą znajduje się Jogajła, który przed trzema laty zawrzeć musiał upokarzający pokój z Krzyżakami, oddający im część Żmudzi i zobowiązujący się do ochrzczenia się, co Krzyżacy interpretowali jako oczywiste, że z ich rąk i razem z czymś w rodzaju hołdu lennego. Do tego ustawicznie zagrożony od Tatarów ze Złotej Ordy i rosnącej w siłę Moskwy, wewnętrznych sił odśrodkowych już nie licząc... Jest faktem, że pojawiły się naówczas na LItwie koncepta, by dziedzinę przodków porzucić i ruszyć całym ludem na podobieństwo nomadów, by szukać gdzie we świecie szczęśliwszej siedziby... Dla Litwinów i Jogajły to jest gra o wszystko...
  Dla panów małopolskich, najwięcej na dworze znaczących**** może to nie aż tak gardłowa sprawa, ale Madziarów się tu nie kocha przesadnie*****, a mariaż Jadwigi oznaczałby usamodzielnienie się Polski, zarazem z niebywałem wzrostem prestiżu związanym z przyłączeniem tak rozległego księstwa******  , dodatkiem jeszczeć z zasługami ochrzczenia mieszkającego tam ludu... Plus, ma się rozumieć, widoki na liczne przecie w tym kraju nowym stanowiska, któremi by się władca wywdzięczyć za poparcie musiał...
   Turbacyja w zasadzie jest jedna: sama Jadwiga... Pomijając jej do Jogajły niechęć, czuła się zaślubioną austryjackiemu książątku Wilhelmowi, synowi Leopolda III, z którym wzięła ślub pro futuro w czerwcu 1378, gdy ów miał wszystkiego osiem lat a ona cztery. W tamtych czasach podobne praktyki rozumiano bardziej może jako coś więcej niż same zaręczyny, ale nie jako faktyczne małżeństwo, stąd liczne zazwyczaj obwarowania przy umowach ślubnych o odszkodowaniach za zerwanie takiego ślubu, co by miało strony poszkodowane zabezpieczać. Rzecz dość istotna w czasach, gdy nawet Kościół takiego zerwania nie uważał za grzech ciężki. W przypadku Jadwigi i Wilhelma szło o dwieście tysięcy florenów, sumę wówczas ogromną, ale Jogajła zobowiązał się ustami Skirgiełły, że ją sam wyłoży! Sęk jednak w tem, że Jadwiga rzecz całą traktuje śmiertelnie poważnie, a ponadto pamięta Wilusia jako miłego towarzysza dziecięcych zabaw. Nawiasem uważcież, że w historiografii naszej, ale i w ogólnej świadomości Polaków dominuje tu ciekawa sprzeczność pojmowania tej postaci: z jednej strony żałuje się biedaczki, której zmarnowano życie wymuszając ślub ze "starym" Litwinem z pogańskimi narowami, z drugiej wynosi się ją na ołtarze, ale z trzeciej, za to właśnie upieranie się przy dotrzymaniu danego słowa i zaciągniętych zobowiązaniach, czyli krótko mówiąc za próbę bycia uczciwą i przyzwoitą, odczuwamy do niej coś w rodzaju pretensji, czy może lepiej: zniecierpliwienia, że takie z tym robiła ceregiele...
  Jadwiga nie próbuje walczyć z otoczeniem, ani też niczego negocjować z posłami. Wymyśliła sobie przemowę, w której wyłożyła swoje racje, będąc przekonaną, że się całkiem sprytnie z obieży wywinęła... Otóż raz, że ona jest już poślubioną Wilhelmowi, co uważa za wiążące i święte, aleć i co gorzej jeszcze, nie może swej pani matki, Elżbiety, postawić w roli wiarołomcy, bo tak by niechybnie było, gdyby ona umowę ojców złamała. Tandem jeśli panowie litewscy mają jakieś w tejże materyi życzenie, to nie z nią gadać winni, bo nie jest ona panią losu swego, a z macierzą, Elżbietą Bośniaczką (nie mylić z teściową Bośniaczki i babcią Jadwigi, Łokietkówną)...  Najpewniej przez te wschodnie obyczaje z biciem czołem o pawimenta się udało Skirgielle ukryć, jak bardzo jest rad temuż niebacznemu responsowi. Może i co jeszcze mu tam zakołatało pod czaszką, jakaś refleksyja o tem, że to może i dobrze czasem uchodzić za dzikiego prostaka z boru, a w najlepszym razie z zadupia, gdzie niedźwiedzie chodzą między domami, a nocami to i wilki... Bo wtedy herbowe, okcydentalne jaśniepaństwo nie docenia elit takiego prostackiego ciemnogrodu, ich sprawności, operatywności i orientacji w zawiłościach tego świata, do którego dopieroż aspirują przecie... I tego, że te elity już dawno wiedzą, że między temi dopiero pretendującymi do swej przyszłej wielkości książątkami z tej, pożal się Boże, Austrii, a reprezentującą największy ród ówcześnej Europy:Andegawenów, Elżbietą, dobrze nie jest i że Elżbieta pogoniła z Węgier zaręczonego z drugą córką, Marią, Zygmunta Luksemburskiego a dla córki przemyśliwa o nowym jakim mężu, to i w kwestii Jadwigi nie będzie o Habsburga kruszyć kopii, a co najwyżej będzie się tęgo targować, jak tej swojej zgody przedać...
  Obydwoje nie wiedzą jeszcze, że niedoszły teść Jadwigi, Leopold, za rok zginie w bitwie pod Sempach z pobuntowanemi Helwetami, a turbacyje z onemi na lat wiele wyłączą Habsburgów z rozgrywek w europejskiej ekstraklasie i nie będzie się trzeba niemi przesadnie przejmować przez jakiś czas. Przy okazji niejako tejże batalii posłynie jeszcze jeden ze szwajcarskich wojowników, Arnold Winkelried, postać najpewniej mityczna, która nam jeszcze jednak i zaszkodzi wielce w przyszłości, odbijając się czkawką w porażających naiwnością mesjanistycznych konceptach Słowackiego wyłożonych w "Kordianie" ("Polska Winkelriedem narodów!")...

_____________________
* - z tegoż pnia właśnie Witołd się wiedzie
** - dokładniej to Spytka II. Przyszły przywódca husyckiej antyoleśnickiej opozycji w Polszcze to jego syn, Spytek III. 
*** - dziadek Sonki, przyszłej, ostatniej żony króla Jagiełły, matki Warneńczyka i Kazimierza Jagiellończyka
**** - okrom spominanego wojewody Spytka najpryncypalniejsi z nich to biskup krakowski Jan Radlica, kasztelan Dobiesław z Kurozwęk, podskarbi koronny Dymitr z Goraja i wielkorządca Sędziwój.
***** - może to się dziwne zda tym spośród Was, co to się na haśle "Polak - Węgier, dwa bratanki" wychowali, ale wówczas miano świeżo w pamięci panoszenie się Węgrów z otoczenia Elżbiety Łokietkówny, regentki w imieniu syna, Ludwika Węgierskiego, rządzącej. 7 grudnia 1376 wszczęła się błaha awantura o wóz z sianem do stajni marszałka Przedbora z Brzezia jadący, który rozswawolona jaka czeladź madziarska pochwycić chciała i zaciągnąć do swojej gospody. Któryś z Węgrów strzelił jeszcze niebacznie z łuku do interweniującego starosty Jaśka Kmity kładąc go trupem i rozpętało się piekło... Tego wieczora i nocy zginęło stu kilkudziesięciu Węgrów, a do historii przeszły panny i damy z fraucymeru królowej, które z wawelskich murów spuszczały drabiny i sznury, ratując nader wielu szukających ratunku Madziarów... 
******Skirgiełło w swej przemowie się, imieniem Jogajły, do tego zobowiązywał. Należy zatem rozumieć, że koncepcja unii pojawiła się później i po prawdzie to nieraz się ja nad tem zastanawiałem, co by to było, gdyby się ona nie pojawiła, a Jogajła się ze swoich zobowiązań wywiązał, bo innego wyjścia by zapewne nie miał... Proszę zrozumieć, że ja tego naprawdę nie piszę z pozycji nacjonalisty, jeno człeka boleśnie świadomego nieszczęść, które nam unia przyniosła...  Nie wiem czy by się udało całe Wielkie Księstwo przy Polsce utrzymać, być może rozpadło ono by się na szereg drobniejszych bytów, z których część byśmy posiedli, a o niektóre by pewnie przyszło toczyć boje, ale najpewniej uniknęlibyśmy sytuacji panoszenia się panów litewskich, ustawicznego szantażowania Korony przez Litwę czy też stawiania Korony przed faktem dokonanym, co stało się niejako normą dwieście i trzysta lat później...




Noty cokolwiek pokrewne:



07 stycznia, 2017

O tem, co pospólnego mieli Gauguin z Wyspiańskim...

Podług Leszka Mazana i współautorów zbiorku "Madame, wkładamy dziecko z powrotem"*  pracownię i kochankę... Owoż miałżeby Gauguin, wyjeżdżający grudniem 1894 roku do Belgii, ostawić "do dyspozycji swemu młodemu przyjacielowi Stanisławowi Wyspiańskiemu z Krakowa swą paryską pracownię przy ulicy Vercingetorix. Lokatorką pracowni jest - przywieziona przez Gauguine'a z ostatniej podróży na Jamajkę - dziewczyna, o ciele z bursztynu i szeroko rozstawionych piersi, Annah. Jest zarazem kochanką i modelką francuskiego, a wkrótce i polskiego artysty. Ubocznym, ale jakże istotnym rezultatem owej namiętności będzie - obok portretów Annah - również i nieuleczalna choroba weneryczna, z którą Wyspiański wróci do Krakowa i po czternastu latach umrze."
  Sęk w tem, że naszych autorów chyba jednak cokolwiek poniosła fantazja... Gauguin nigdy w życiu nie był na Jamajce; Annah, powszechnie zwano "La Javanaise", czyli Jawajka i podsunął ją Gauguine'owi marszand Ambroise Vollard, który "wszedł w posiadanie" dziewczyny w jakichś mocno niejasnych cyrkumstancyjach, gdzie miała ona zdaje się być sprowadzoną z Jawy przez śpiewaczkę operową Ninę Pack, jako coś w rodzaju egzotycznej służby domowej, ale została przez chlebodawczynię wyrzucona na bruk za jakiś wypadek przez nią niebacznie w domu sprawiony...
   Skąd się zjawiła naprawdę i kim była, dociec dziś już nie sposób, za to z pewnością służyła Gauguine'owi ciałem i jako miłośnica (mocno nawiasem nieletnia) i jako modelka... Wyspiański ją z pewnością poznał i także malował, ale historyjka o przekazywaniu pracowni z modelką się kupy nie trzyma także i z tego prostego powodu, że Wyspiański do Krakowa powrócił w sierpniu 1894 i to raczej definitywnie, zatem nie mógł od grudnia pomieszkiwać na rue Vercingetorix 6 z odziedziczoną po Gauguinie modelką... Ale zaprzeczyć nie sposób, że syfilisu się w Paryżu nabawił i że to on go zabił...
  Poniżej macie, Mili Moi, portrety Annah w wykonaniu Gauguine'a:

oraz Wyspiańskiego:
oraz fotografię przez Alfonsa Muchę uczynioną w pracowni, gdzie sam fotografik nam się pośrodku pokłada (ten w bieli), po swej prawicy (a naszej lewej) mając Gauguina, zasie Annah jest za Bretonkę przebrana po przeciwnej portretu stronie...

oraz przez tegoż samego artystę już sama, sportretowana jednak w pracowni przy rue De La Grande Chaumiere...

____________________________
* Katarzyna Siwiec, Mieczysław Czuma, Leszek Mazan "Madame, wkładamy dziecko z powrotem!" Kraków 2009 s.292 

02 stycznia, 2017

Cytaty miesiąca, czyli credo...

  Tem razem pluraris in titulo,  bo dwa Wam sobie pozwoliłem przytoczyć, choć najradziej bym Wam całego wstępu do "Zaginionych królestw" Normana Davies'a przepisał... A i słówko Wam od siebie winienem względem onegoż tytułowego credo... Owoż nader się to rzadko przydarza, aliści przecie się zdarza, Wam pewnie takoż, że oto czytacie czego i zda Wam się, jakoby ten piszący w Waszej głowie siedział, Wasze nawet jeszcze nie całkiem zebrane i powiązane myśli supłał, Wasze odczucia, Wasze widzenia świata Wam opowiadał, zgrabniej nawet niżlibyśmy tego poradzili uczynić sami, ale to on przecie od tegoż supłania jest, a my amatorzy najwyżej... Ale przecie współczucie jest tak zupełne, współrozumienie tak celne, jakoby iście to przez nas napisane zostało, gdyby kto przymusił się wypowiedzieć... Może nie tak pięknemi słowy, może nie tak składnie, ale przecie nie o to idzie, a o sens tejże myśli głęboki... Dlatego pod obiema temi cytatami (obiema, bo jedna bez drugiej nie wyrazi wszytkiego) jestżem się gotów podpisać rękami obiema, a bym jeno czem tam jeszcze umiał, to pewnie bym jeszcze i tego użył, a konika prosił by i on kopytami przybił...
"Historycy i ich wydawcy spędzają zbyt wiele czasu na sprzedawaniu czytelnikom historii wszystkiego, co uważają za potężne, wybitne, robiące wrażenie, i tracą na to zbyt wiele energii. Zalewają rynek oraz umysły swoich czytelników powodzią opowieści o wielkich mocarstwach, wielkich osiągnięciach, wielkich nikczemnościach, wielkich ludziach, zwycięstwach, bohaterach i wojnach - zwłaszcza tych, o których sądzimy, żeśmy je wygrali.* Motto tych działań mogłoby brzmieć, jeśli już nie "Siła to racja", to przynajmniej "Nic nie odnosi takiego sukcesu jak sukces". Ma się czasem wrażenie, jakby treść książek historycznych, podobnie jak ich sprzedaż, przejęły działy marketingu." **
  "Zadaniem historyka jest zatem coś więcej niż tylko obowiązek dbania o zbiorową pamięć. Garść wydarzeń z przeszłości zapamiętaliśmy aż za dobrze, kosztem innych, równie wartych zapamiętania. Bogaci i potężni mają aż za wiele możliwości uprawiania swoich własnych ogrodów pamięci i odgradzania ich wysokimi parkanami. Naprawdę potrzebni są oddani sprawie podróżnicy zapuszczający się w dzikie ostępy, aby odkrywać na nowo miejsca, o których niemodnie jest pamiętać. Jest to trud podobny do pracy ekologów i obrońców naturalnego środowiska, którzy otaczają opieką ginące gatunki, a badając ptaki dodo i dinozaury, tworzą obraz zarówno obecnej kondycji naszej planety, jak i jej perspektyw na przyszłość. Inspirację dla niniejszych badań nad dziejami niegdysiejszych królestw stanowił taki właśnie rodzaj ciekawości. Historyk, który idzie po śladach [tu padają tytuły dwóch rozdziałów będących i zarazem autorskimi nazwami dla dwóch różnych omawianych w książce "zaginionych królestw"-Wachm.], doznaje takich samych emocji jak ci, którzy tropią ślady pantery śnieżnej lub tygrysa syberyjskiego."
_______________________
* to nie Davies'a podkreślenie, a moje, bom się nadzwyczajnej mądrości tych słów kilku oprzeć nie umiał, by ich i Waszej uwadze jeszcze dobitniej polecić...
** Davies'a ta obserwacja nader dla całego, głównie cudzoziemskiego historycznego światka nader trafną, aliści my się, niestety, zmagamy jeszcze i z przypadłością wtórą, która przeciwnie: nie sukcesy dawne, dla ich braku, gloryfikuje, a klęski przez przodków naszych ponoszone i każe nam czcić najtragiczniejsze durności, zamiast kazać z nich roztropne wyciągać konkluzyje...

31 grudnia, 2016

O nikłości sylwestrowych tradycyj w Polszcze...

Podług powszechnego pojmowania tej rzeczy antecessores naszy siła mięli wielkich a pradawnych obyczajów, by roku nowego nadejście uczcić należycie... Tem zaś czasem lud prosty wiekami całemi nie znał, co jest sylwestrowa zabawa i ta jest rzecz w Polszcze tak świeżego chowu, że w skali historycznej, gdzie stulecie jest chwilą, nawet i rozpatrywania niegodną... Ot, skakały sobie Rzymiany z radości w dzień pierwszy tysięcznego roku, że się świat jeszcze nie skończył, jako powszechnie wierzono, osobliwie, że w 999 roku nowy papież imienia przybrał Sylwestra II, a przecie wszytcy znali proroctwa Sybilli, podług których miał smok straszny, Lewiatan, totus mundi spopielić akuratnie z nastaniem tysięcznego roku... Wszytcy też znali opowieści o tem, jako to onego potworu okiełznał i zamknął w watykańskich lochach papież Sylwester w IV po Chrystusie wieku, aliści jako nowy tegoż samego przybrał miana, rozumiano pospolicie, że to już jest papież ostatni... Ano i jako się nie sprawdziło, to z tejże radości dalejże ucztować i pląsać, zasię papa dla nastrojów tych uwiętszenia jeszczeć i arcyszczególnego ogłosił błogosławieństwa, którego po nim już i wszyscy następni papieże powtarzali i pewnie powtarzać będą owe urbi et orbi po kres swój, który znów niekoniecznie być musi z kresem świata powiązanym...
   Nam, na wioszczynach odległych naszych, nawet i echa dalekie nie dotarły na ślad tej radości, a że lud prosty przez wieki pospolicie roku koniec rozumiał z przesileniem zimowem, na który kler cależ udatnie nowego w pobliżu święta Bożego Narodzenia wprowadziwszy, związał jedno z drugim i tak oto już to w tradycji ostało, gdzie dla włościan naszych dzień ostatni roku starego niczym nie był szczególnym i właściwie obrzędowość onego powtórzeniem było niejakiem obrzędów wigilijnych i świątecznych, z wróżeniem sobie przez ołów czy wosk lany o zamążpójściach, urodzajach i temu podobnych sprawach, z tą jedną różnicą, że wieczerza dnia tego być miała jak najwięcej sutą i tłustą, a i od napitków bogatą, bo rozumiano naiwnie, że tako będzie i przez rok cały... Przez wieki raczej obchodzono ciągu dni dwunastu całego, aż do Trzech Króli, zowąc ich Godami, co dziś się już jeno do Świąt Bożego Narodzenia skróciło, Dwunastnicą, Świętymi Dniami (czasem i Szczodrymi), luboż Koladką, co jeszcze gdzieniegdzie na wschodzie przetrwało, bo tam tak długo jeszcze na  pastorałki mówiono... Nawet dla kleru to długo była jeno oktawa Bożego Narodzenia, a nie jakiś tam Nowy Rok...
  I te dni właśnie, nieważne czy Szczodre, czy Święte, to był czas jasełek, kolędników, widowisk herodowych, a nie zabaw tanecznych z muzykantami... Te najpierwsze przyszły do wielkich miast, ale i tam jeszcze we wtórej połowie XIX wieku były rzadkością, osobliwie w Kongresówce, żałobę po insurgentach styczniowych i po Ojczyźnie w kajdanach noszącej jeszcze przez wiele, wiele lat... Dopieroż gdzie w ostatnich tegoż wieku dekadach zatryumfowały wieczory taneczne rozumiane jako rozpoczęcie karnawału, z wszelkiemi tegoż nieszczęścia atrybutami, których niezadługo Kazimierz Bartoszewicz w swoim "Słowniku prawdy i zdrowego rozsądku" podsumuje:
"Bale - przeziębienia, odciski na nogach, niezapłacone rachunki u krawców, schadzki miłosne, pożyczki u lichwiarzy, szampan krymski lub węgierski, wystawa golizny..."
    Wam, Mili Moi, z podziękowaniem za wierność, na którą tego roku z pewnością nie zasłużyłem, życzę byście tej nocy przepędzili na takiej zabawie, jaka każdej i każdemu się uda i na jaką go stać, byście się oderwać choć na chwilę od codzienności mogli, osobliwie zaś by nie myśleć o nadchodzącym, co do którego nie mam złudzeń, że za szczęście sobie poczytam za rok, jeśli rzec o niem mógł będę, że nie był wiele od poprzedniego gorszym... Ale nie bronię nikomu wierzyć, że będzie dobrym, a nawet i lepszym i, jeśli w błędzie, to pierwszym będę, który się uraduje z tego...
     Za zdrowie i pomyślność Waszą przepijając, kłaniam Wam Wszystkim Nisko :)
            Wachmistrz, Pan na Nalewkach, Nastojkach i Dwójniaczku, Dziedzic Miodu i Zarządca Węgrzyna"

24 grudnia, 2016

Z Wincentego Pola...

pomocą dawniejszego znaczenia pustych krzeseł przy wigilijnej wieczerzy wpodle stoła stawianych bym dziś przypomnieć pragnął, co się to dzisiaj rozumie, że to nibyż dla nieznanego wędrowca, luboż i dla Boga samego osoby w nieznanej postaci... Otóż i wyimek z "Pieśni o domu naszym" z 1866 roku:
   "A trzy krzesła polskim strojem
    Koło stołu stoją próżne
    I z opłatkiem każdy swojem
    Idzie do nich składać dłużne,
    I pokłada na talerzu
    anielskiego chleba kruchy
    Bo w tych krzesłach siedzą duchy." 
Komu by jeszcze i czas posłużył, a miło byłoby inszych spomnieć tradycyj czy obyczajów, to ku dawniejszym się notom moim tejże materyi poświęconym pokwapić się może. I tak "O obyczajach wigilijnych" żem już ongi raz pisał, co dziś widzę, że jeno krótkiemi było do tematu wstępem, któregośmy rozszerzali tutaj, gdzieśmy między inszemi o psotach wigilijnych pisali i o ściganiu się włościan na pasterkę spieszących... Tutaj żesmy cytacikiem obszernem z JMci Xiędza Kitowicza się sparłszy, o jasełkach pisali, a własną ręką zaś kolędników dawniejszych żeśmy jeszcze i tutaj opisali, oryginalne przy tej wojnie klechów z kolędnikami kolędnicze podziękowanie z roku 1615 podając. Zasię żem Lectorom Miłym starodawnych góralskich składał życzeń "Na scynście, na zdrowie..."Tutaj zasię żem własnej był alteracyi swej dał upust na durnotę ogólnonarodową, mniemającą karpia na wigilijnym stole mieć za obyczaj staropolski... Za okazyją, jako komu tego karpia, ryby dawniej rzadkiej i jeno na pański stół dawanej, chcieć prawdziwie po staropolsku na stół serwować, nie zaś jak leda kotleta schabowego na patelniej osmażonego, to tu ma przepisu na "Karpia po polsku w sosie szarym"... Ongi żeśmy roku minionego notą "O kradzieżach noworocznych" kończyli, dawniejszego tam a dziś przepomnianego cale obyczaju opisanie po krótkości ująwszy...
   Nastroju odmieniwszy, bym jeszcze chciał wspomnieć przecudnej urody, choć smutną wielce "Kolędę ułańską" pióra Imci Minkiewicza.

   Was wszytkich przebaczenia proszę, żem dla turbacyj niezwyczajnych i czasu okrutnego niedostatku (tak wiem, że się tak nieledwie rokrocznie tłomaczę, aliści tego roku to nawet i jak na moje możności przycisnęło turbacyjami aż i nadto...), żem Was nie ponawiedzał z osobna i każdemu życzeń, choć w cząstce tak cudnych, jakich mi szlecie wszelkiemi sposobami, nie rewanżował... Póki co: niechaj Wam te Święta w rodzinnych, daj Boże, gronach spędzane, będą chwilą wytchnienia i spokoju... A jak się uda to i radości wszelkiej możebnej, a i we zdrowiu niechaj to wszytko się odprawuje... Czego Wam, jako i sobie samemu, życzy
              kłaniający się nisko
                                     Wachmistrz

17 grudnia, 2016

O wyższości jazdy naszej...

  Pisał był mi niedawnem czasem z Czytelników jeden, z dawna na Wyspach osiadły, co się wdał w jakieś przekomarzanki z tambylcami, przekonanymi wciąż o tem, że to ichnie wojsko było, jest i będzie tem, czego najlepszego w tej mierze się ludzkość dopracowała, z czego dorozumiałem, że nie tylko u nas wybiórcza polityka historyczna hula w najlepsze, a Dunkierka i Singapur to pewnie jakieś zjawy z bajek o złym wilku, Gallipoli to klęska Australijczyków i Nowozelandczyków, a nie organizującego wyprawę Churchilla, a Stany Zjednoczone wywalczyły swoję niepodległość walcząc zapewne z kosmitami... O Isandhlwanie , Kut-al-Amara, klęsce armii Elphinstone'a w Kabulu w 1841 i jego zimowym odwrocie przez afgańskie góry (przy którym odwrót Napoleona spod Moskwy to wielki sukces i szczyt organizacji oraz wzorowej dyscypliny) pewnie większość brytyjskich kolegów mojego Czytelnika ani nawet nie słyszała...
   Ale, że rzecz tam najwięcej o jazdę poszła, to i najwięcej w tejże materyjej szukał u mnie pomocy i argumentów nasz Rodak, tandem żem mu najsampierw doradził, by kolegom ukazał dwie najsłynniejsze i dwie najbardziej wariackie szarże w dziejach jednego i drugiego narodu oraz ich skutki: naszą pod Somosierrą i ichnią... pod Bałakławą...

  Aliści jest w dziejach narodów naszych batalija, która najdowodniej roztrzyga o wyższości jednej jazdy nad drugą... Bitwa gdzie przyszło nam ze sobą wprost skrzyżować szable.. A ściślej może lancę z szablą:) Mówię o Waterloo...:)
 W jednem z kulminacyjnych tejże bitwy momentów, dla powstrzymania desperackiego francuskiego ataku pchnął Wellington swoje gwardyjskie atuty: elitarną brygadę "Household" (11 szwadronów - 1319 szabel) jenerała Somerseta oraz brygadę "Union" (9 szwadronów - 1332 szable) jenerała Posonby'ego. Somerset ze swemi rozbił francuskich kirasjerów, zaś Posonby powstrzymał marsz I francuskiego korpusu, rozpraszając kolejne trzy dywizje i biorąc jakieś trzy tysiące jeńców... I na to rzucił był Napoleon... starych sprawdzonych polskich weteranów, czyli naszych niedawno tu przypominanych szwoleżerów... Tak, tych z tejże samej formacji, co to się pod Somosierrą zasłużyła, choć akurat żaden z tych żołnierzy pod Somosierrą nie walczył...
  Oni swej wielkiej chwały dosłużyli się w odwrocie Wielkiej Armii spod Moskwy, gdy słynna ariergarda Neya poszła w rozsypkę i Napoleon powierzył zadanie obrony tyłów cofającej się armii... Pawłowi Jerzmanowskiemu, postaci stokroć bardziej od Kozietulskiego zasłużonej, a niemal przepomnianej. To on z czterystu zdolnych do walki jeszcze szwoleżerów... przepraszam: wtedy już szwoleżerów-lansjerów* ...:) wybrał 118 najsilniejszych i z niemi przez trzy miesiące, aż do wkroczenia resztek Wielkiej Armii do Berlina osłaniał jej tyły... A czynił to tak, że wzbudził najwyższy podziw i szacunek u swoich, a strach wręcz paniczny wśród kozaków...
Kukiel: "Jerzmanowski, wiedząc jako weteran, iż żaden żołnierz, zwłaszcza kawalerzysta, nie może pełnić służby, jeśli dowódcy nie dają mu możliwości utrzymania sił fizycznych, przypisywał klęski WA niedbalstwu starszyzny o los podkomendnych, oszczędzał ów drogocenny szczątek, powierzony jego komendzie. Pośród chmar kozactwa każdą noc obozował w jakiejś wsi porządnej, starając się o strawę dla wierzchowców**, oraz posiłek i wypoczynek dla podkomendnych. Zatarasowywano przystępy do wsi, zaopatrując je w straże z karabinkami ; po takim noclegu z rana, sformowawszy oddział swój na koniu, wypadał Jerzmanowski ze wsi natarczywie na straż nieprzyjacielską, a przebiwszy się przez nią, cofał się za piechotę ariergardy, uwijając się na jej bokach i harcując z konnicą wroga".
Kapitan Józef Załuski, Jerzmanowskiego podkomendny:"Gorliwość Jerzmanowskiego do tego dochodziła stopnia, że jeżeli się zdarzyło, iż w tych codziennych utarczkach tylnej straży, szwoleżer jaki przedmiot mundurowy utracił, np. że mu czapka spadła, formowano szwadron i robiono szarżę dla odzyskania straconego przedmiotu, żeby się nieprzyjaciel tym jakoby trofeem poszczycić nie mógł. Ten sposób jędrnej rejterady taki miał skutek, że kozacy przestali dokuczać mężnym, od których zawsze bywali gromieni [...]".
Łysiak:  "To, co jego oddział podczas apokaliptycznego odwrotu Wielkiej Armii spod Moskwy w roku 1812 wyczyniał, przechodziło wszelkie wyobrażenie o męstwie - kozacy wprost panicznie bali się tego diabła". W kampanii 1813 roku walczył m.in. pod Lűtzen, Budziszynem i Lipskiem, pod Dreznem przeprowadził fenomenalną szarżę zakończoną wzięciem przeszło 1000 niewolnika. W 1814 roku wojował w niemal wszystkich batalijach, co się już na francuskiej rozegrały ziemi, a na koniec pospołu z Wincentym Krasińskim imieniem szwoleżerów zapewniał Napoleona, że oni go nie odstąpią, choć odstąpili go już wszyscy marszałkowie...
  Nie dziwota, że to jego właśnie, wreszcie docenionego *** , Napoleon poprosił o towarzyszenie mu na wygnaniu na Elbie. W tzw. "szwadronie Elby" służyło 106 szwoleżerów-lansjerów oraz dołączeni do nich (nieznani w ilości) lansjerzy kapitana Jana Schulza. I owi właśnie onemu dopomagali w powrocie z Elby i we wszytkiem, co się w tych "stu dniach" rozegrało. Szwadron przecie, nawet uwiększony do 225 ludzi, był nadto szczupłym, by samodzielnie w odtwarzanej armii występować, tandem złączono go z "czerwonemi lansjerami" jenerała Colberta w 2 (holenderskim) Pułku Szwoleżerów-Lansjerów Gwardii Cesarskiej. I tenże właśnie pułk Napoleon pchnął przeciw owym dwóm brytyjskim brygadom jazdy... W filmiku, który wynalazłem i z braku lepszego dołączam z całą pewnością macie wielce wykrzywiony obraz naszych szwoleżerów-lansjerów, a i to nie tylko idzie o jakby mało rycerski wojowania sposób... Z całą pewnością jako się w szczupłej garstce kilkakroć silniejszego atakuje przeciwnika, to nie stać by nas tam było, by w kilku nawet za jakiem uciekającem oficyjerem, nawet jenerałem, gonić, bo z pewnością nasi tam mieli dość zatrudnienia w tej ciżbie wrażej... Natomiast z pewnością prawdziwie ukazana jest panika, która w Brytyjczyków wstąpiła, gdy obaczyli, że przeciw lansjerom i to polskim mają mieć sprawę...**** 



____________________________
* Pierwotny etat pułku nie przewidywał lanc dla chevau-legers, aliści w bitwie pod Wagram (1809) rzuceni do szarży przeciw austriackim ułanom księcia Schwarzenberga, zagrażającym pospiesznie zbudowanym mostom pontonowym na Dunaju, jedynemu ratunkowi dla wycofującej się armii napoleońskiej, nie tylko, że ten pułk rozbili, ale odebrawszy ułanom Schwarzenberga lance, poczyniali sobie z niemi tak gracko, jakby się do nich urodzili i Napoleon nakazał onym tych lanc zostawić, a pułk przemianować na: 1er régiment de chevau-légers lanciers polonais de la Garde impériale. Po prawdzie to nie wyobrażam ja sobie jak można zabrać żywemu ułanowi lancę, samemu jedynie szablę mając, aliści tłomaczę to sobie tem, że w pułku Schwarzenberga większość rekruta stanowili Polacy z Galicyi, co po prostu z rodakami wojować nie chcieli... Ale Francuzy tego wiedzieć nie musieli i w ich oczach staliśmy się specjalistami od zadań niewykonalnych...
**  W jednej z relacyj rosyjskich jest opisana wielka radość kozaków, którzy znaleźli pierwszego trupa końskiego z Wielkiej Armii, a potem następne i skonstatowali, że te konie nie były podkute "na lód", tylko zwyczajnymi letnimi podkowami. Dla nich już wtedy było jasnem, że Francuzi są zgubieni. A w całej Wielkiej Armii jedynie Polacy byli przygotowani na zimowe kucie koni i też jako jedyni doprowadzili je (a dzięki nim też  i jako jedyni przywiedli ze sobą nazad swoje armaty) aż do Berezyny...
*** w "magnackim" pułku szwoleżerów Jerzmanowski nie był przesadnie rozpieszczany awansami i nagrodami. Bano się go i szanowano, podkomendni go zarazem uwielbiali, jak i nienawidzili dla pryncypialności w kwestii dyscypliny, ale trudno byłoby rzec, by go tak po prostu, po ludzku, lubiano...
****  O wyższości tej jazdy niechajże i jeszcze jedno zaświadczy: proporcja strat i skuteczność. Owe dwie brygady dragonów rozbiliśmy, zadając im potężnych strat i tracąc... pięciu zabitych! Rannych było kilkudziesięciu, w tem i sam Jerzmanowski...





14 grudnia, 2016

O zajadłości niewieściej

    Że się niefortunnie nam nota niegotowa ze smyczy zerwała i pognała we świat szeroki, to Was przepraszać znów muszę, aliści czas mi nastał wielce blogowemu życiu nieprzyjazny, co przecie sami widzicie, a raczej  nie widzicie... mianowicie mnie u Was wszytkich, tandem pewnie co bystrzejsi już pomiarkowali żem przytłoczony ponad miarę nawet i na mnie zwyczajną... Dodatkiem nam przykazano gdzie w jednem miejscu lustra tłuc, com to nawet przedkładał, że to siedem lat nieszczęścia, na co nam niewiasta rządząca w onym przybytku rzekła, że się to nie liczy, jako na jej rozkazanie czynione i że to ona na siebie bierze owo odium... 
  Ano może i bierze, ale to nie jej, a nam się już druga machineryja, bynajmniej nie tania, w ciągu owych dni czterech, co od tegoż czasu minęły, psowa... To nam, a konkretnie Wachmistrzowi się kluczyk w zamarzniętem zamku automobila w ręku przełamał... To nas, a ściślej Panią_Wachmistrzowego_Serca ciężkie zdrowotne termina dopadły, a Wachmistrzównie wiedza o kościach zwierzęcych się niedostateczną na kolokwium pokazała...:(( no a dzisiaj owa nota poszła tu w szkodę...
  Jako widzicie, próbuję ja (nie znając czem się to pokończy) onej pospiesznie charakteru odmienić z niedoszłego kircholmskiej batalii opisania na przypadki Wachmistrzowe dni ostatnich, w których dzisiejszy go niemałej zadumy nad charakterem niewieścim przymusił...
  Miałże bowiem co Wachmistrz uzgadniać z niewiestą pewną z pewnego oświaty przybytku, a nie nalazłszy jej w onej gabinetach, pokierowanym został do babińca edukacyjnego, gdzie też owe niewiasty w przerwach między dziatek prześladowaniem się chronią na ploteczki i kawę... Ano i jako tam Wachmistrz był zaszedł, tak trafił na koniec jakiego sporu arcygorącego, przez dwie tam nader krewkie niewiasty czynionego, przy żywem aplauzie pozostałych przytomnych.., Materyja sporu mi pozostała nieznaną, przecie nie słowa ostatnie, przez wychodzącą rzucone, przebijające dopotąd najwięcej znane Wachmistrzowi przekleństwo okrutne* , a mianowicie owa niewiasta życzyła swej przeciwniczce: "I żeby Ci się tak baterie skończyły w kulminacyjnym momencie, Ty... - i tu dorzuciła słów kilku z całą pewnością nadających się podstawę do pozwu o zniesławienie, które to słowa wielce rozbawiły kilka dzieweczek, które się tam za Wachmistrzem do tego przybytku wcisnęły... A może tylko one chyżej od Wachmistrza pojęły, w czemże się miały owe baterie tamtej niewieście skończyć...
 ___________________
"Żeby Ci tak wszystkie zęby wypadły, oprócz jednego, a ten jeden oby Cię bolał do końca życia!"

                                        ................



11 grudnia, 2016

O jajczakach i pedakach

Fragmentum pracy niezrównanego a przepomnianego badacza folkloru i tradycyj naszych, Bronisława Gustawicza, sub titulo: " O ludzie podduklańskim w ogólności, a o Iwoniczanach w szczególności" dan w Drukarni Polskiej we Lwowie Anno Domini 1901, nakładem Towarzystwa Ludoznawczego, jako XII tom prac tegoż właśnie Towarzystwa:
   "[...] Język jest także charakterystyczny. Język Iwoniczan, Klimkowczan, mieszkańców Miejsca [Piastowego-Wachm], Rogów, z wyjątkiem á pochylonego , jest zupełnie taki, jaki słyszymy u tak zwanej inteligencyi; przeciwnie mowa Lubatowczan, mieszkańców Jasionki i Równego trąci staropolszczyzną. Atoli w każdej z tych włości są pewne sposoby wyrażenia stałe, których indziej znaleźć nie można. Tak w Iwoniczu, Klimkówce i Miejscu jest w używaniu wiele słów niemieckich*  a spolszczonych mianowicie u rzemieślników.
  Do takich należą: rajbować obok pol. trzeć, wecować obok pol. toczyć (=ostrzyć), drekslować, szlichtować, drylować, rychtyk, sztyl obok toporzyska, rańtuch, zwędzić (=entweden, ukraść) i t.p. U Klimkowczan panuje oddawna rodzaj panoszenia się, które Iwoniczanie osobliwie przez wyraz "z pańska" nazywają. Klimkowczanie bowiem unikają pochylonego á i kładą czyste a nawet tam, gdzie o stać powinno, np. "pachwalany", nadto przeciągają zbytnie głoskę a, szczególnie aj; zamiast wykrzyknika podziwu oj, joj, gdzieindziej używanego, mówią: aj, jaj, jaaj: dlatego też Iwoniczanie dali im przydomek jajczaków; liczne im z tego powodu robią przycinki, czyli jak oni się wyrażają "idą zniemi na udry" i wielką ku nim czują apatyę do tego stopnia, że żeniący się w Klimkówce dostaje także przydomek jajczaka i w powszechną popada pogardę.
  W iwoniczu wykrzyknikiem podziwu jest: wej, wejno, potakującym przysłówkiem jest spójnik ale; spójnika albo nigdy nie używają, lecz staropolskiem abo, spójnika zaś a tylko w znaczeniu rozłącznem. Gdy jednak mówią z jakim "panem", to unikają wejno, wej i mówią dziwiąc się "ej"; kładą albo zamiast potocznego abo, używają więcej spolszczonych słów niemieckich i unikają pochylonego á . Tosamo mogę powiedzieć o mieszkańcach Miejsca Piastowego, lubo tu występuje ten objaw w mniejszym stopniu.
   W Lubatówce, Lubatowie, Równem i w Jasionce mówią - jak się Iwoniczanie wyrażają - rozlazło; szczególniejszą inklinacyę mają do brzmienia "ej", i te wyrazy, gdzie e przychodzi, podobnie jak w Klimkówce "aj" , zbyt przeciągają; głoskę e wymawiają jak niemcy ä, i po a i o wtrącają, jakby jakiś pogłos tego niemieckiego ä, co w wymawianiu np. słów: złoty, domie wyraźnie słyszeć można. Przymiotniki i zaimki nijakiego rodzaju kończą się na o, np. naszo pole, Stanisławowo ciele, zdrowo dziecko. Przy właściwych przymiotnikach atoli to o chwieje się między otwartem o a e lub á; gdy zaś obok rzeczownika r.n. z przymiotnikiem zejdzie się przymiotnik z z rzeczownikiem r.ż., wtedy słychać otwarte e w przymiotniku r.n. Nadto mówią oni pedziáł zamiast powiedział; pedáł, padáł zamiast opowiadał. Stąd osobliwie Lubatowczanie i Równianie mają u Iwoniczan nazwę pedaków, a nawet mianują ich Polakami, chociaż sami uważają się za Polaków; także zowią ich "z poza wody", chociaż ich góra oddziela i w pobliżu nie ma większej rzeki, ani też osobliwszego zbiornika wody. Przypuścić należy, że owi "Polacy" przybyli tu od Wisły, i tem tłómaczę sobie [pisownia oryginalna-Wachm.] nazwę "z poza wody" i "Polaków"; być też może, że nazwa "Polaków" sięga dawniejszych czasów, kiedy osada niemiecka Iwonicza jeszcze miała niezatartą cechę niemiecką."
______________________
* najpewniej ślad po nader licznym osadnictwie niemieckim pomiędzy Wisłoką a Sanem, którego sprawstwo jeszcze Marcin Bielski w 1551 piszący przypisał  Chrobremu:
„ A dlatego je (Niemców) Bolesław tam osadzał, aby bronili granic od Węgier i Rusi; ale że był lud gruby, niewaleczny, obrócono je do roli i do krów, bo sery dobrze czynią, zwłacza w Spiżu i na Pogórzu, drudzy też kądziel dobrze przędą i przetoż płócien z Pogórza u nas bywa najwięcej".
  W rzeczywistości osadnictwo to raczej należy wiązać z Kazimierzem Wielkim i do dziś są spory, czy aby nie było ono wtórnem z Węgier i Siedmiogrodu (duże podobieństwo dawnych ubiorów i obyczajów do Sasów w Siedmiogrodzie pomieszkujących). Dość, że jeszcze w początkach XX wieku można było się spotkać z określeniem tegoż terenu: "Na Głuchoniemcach".


                            ................




Noty cokolwiek pokrewne: