10 grudnia, 2017

Święto 1 Pułku Szwoleżerów

Grudniową porą nam przyjdzie obchodzić ostatniego w tem roku pułkowego obchodzić święta, za to nie byle jakiego pułku, bo 1 Pułku Szwoleżerów Marszałka Józefa Piłsudskiego (i tylko taka pisownia jest prawidłową, a nie często, acz błędnie: imienia Marszałka etc.), których dzieje i cośkolwiek z tradycyj żem już tu był opisywał w trzech nawet dla ogromu materyi częściach: I, IIIII, tandem jako komu miło byłoby ich spomnieć wraz ze mną to i ku tamtym notkom upraszam, gdzie się cofniemy i do napoleońskich czasów, aliści nie pożałujemy czasu ani i na arcyosobliwe Kijowa zdobywanie w dziewiętnastym roku, a i o Wieniawie słów parę...:) A w kropeczkach możecie sobie między inszemi aż w czterech zupełnie różnych utworach posłuchać nutek tych samych, ze szwoleżerami u nas kojarzonych...:) Ostatnia zaś jest fragmentem "Popiołów" w wersji Wajdowskiej, o której w ostatniej z tych części wspominam słowami Daniela Olbrychskiego, który opisywał tragiczny wypadek przy kręceniu tej sceny zdarzony, który żywota pozbawił filmowego konsultanta, legendę naszego jeździectwa, oficera szwoleżerów i olimpijczyka, majora Adama Królikiewicza...

Cytat miesiąca, czyli niejakie post scriptum do notki "O niegodziwościach listopadowych"

  Po prawdzie to już grudzień, aliści zawszeć ta choć ostaje pociecha, żeśmy części pierwszej choć w listopadzie zaczęli...:)
   Zełgalibyśmy okrutnie, gdybyśmy nie wspomnieli, że Bonaparta przed tą eskapadą nie przestrzegano... Gdy w przeddzień inwazji umyślił własną osobą się na brzeg Niemna wybrać, by przepraw obejrzeć, zdarzyło się, że szarak jaki koniowi spod kopyt nieledwie pyrgnął, a wierzchowiec nowinom takim niezwyczajny, przeląkł się tego okrutnie, jako to u koni zwyczajnie, że ich byle co płoszy. Napoleon nigdy jakim jeźdźcem nie był szczególnym, co i widać po tym, że zawszeć w długich podróżach wolał swojej berliny*, niż siodła. Ano i co tu będziem wokół prawdy kołować: zleciał nieborak i stłukł sempiterny, co świta onego za zły znak przyjęła i sam Berthier począł go namawiać na odstąpienie od zamysłów, a i insi przyklasnęli, wodzów rzymskich pamięć przywołując, co przed batalijami wróżyć kazali i dla drobniejszych znaków przeciwnych potrafili się cofnąć...
  Nikt jednak nie był więcej trafnym, jako własny cesarza posłaniec do służby dyplomatycznej w Rossyi, attache wojskowy przy francuskiej ambasadzie, pułkownik de Ponthon  , który uczynił to następującemi słowy:
"Ludy pod  Pańskim jarzmem, Sire, nigdy nie będą prawdziwymi sprzymierzeńcem. Pańska armia nie znajdzie ani żywności, ani furażu. Pierwsze deszcze spowodują, że teren będzie nie do przebycia**. A jeśli kampania przeciągnie się do zimy, jak Pańskie oddziały zniosą temperatury minus 20 czy 30 stopni?"
_____________________
* - wehikuł specjalnie dla cesarza skonstruowany, gdzie i może by rzec można, że jakich dzisiejszych kamperów pierwowzór. Okrom resorowania niezwyczajnie starannego, wyposażenie miała iście imponujące: miejsce do spania, podręczną bibliotekę, zestaw map sztabowych, serwis podróżny, utensylia toaletowe i kuchenne i wiele poręcznego drobiazgu. Jako jej przechwyciły Prusaki po bitwie pod Waterloo i królowi swemu odesłały, ten onej wyposażenia rozparcelował jenerałom swoim i faworytom na pamiątkę i tak książę Ferdynand Radziwiłł dostał z tegoż dostatku srebrnej szkandeli do ogrzewania pościeli, której, kto ciekaw, może i dziś podziwiać w zbiorach Muzeum Narodowego w Warszawie.
** - choć to powinien był Napoleon zrozumieć, skoro po kampanii na naszych ziemiach w 1807 roku stwierdził, że w Polsce spotkał się z piątym żywiołem: błotem. Wielkiej Armii wprawdzie roztopy nie dokuczyły tak, jak Wehrmachtowi w 1941

03 grudnia, 2017

Do noty o grochowiankach i "Zemsty" post scriptum czyli znów o wyrazach przepomnianych...

  Za sprawą noty ostatniej o grochowiankach, gdzieśmy się exemplum posłużyli fredrowskim wyszła i pobocznie kwestyja insza, a mianowicie młódź nam zbłądziła tegoż dzieła Imci Aleksandra inscenizacyję szkolną szykująca i z tekstem fredrowskim się biedząca... Ano i gdy mię zapytali jakąż to dywidendę Dyndalski w przywołanej scenie Milczkowi obiecuje, że by go z rąk Cześnika spotkać miała przy pojedynku sposobności, pojąłem jakem już z osłupienia był wyszedł, że siła nam tu tłomaczeń jeszcze nieraz czynić przyjdzie, by prosty, zdałoby się tekst sprzed ledwo dwóch stuleci, zrozumiałym uczynić. A że, jak mniemam, Lectorom Moim takoż tych objaśnień nie zawadzi, to i przywołuję, com szkolnikom tłomaczył, że w słowach
                   "Bo jak machnie po pętlicach,
                    Zdywiduje, jak Bóg Bogiem."  
nie idzie o żadną dywidendę, a o toż same słówko łacińskie znane z proverbium "Divide et impera"... Jeno,  że Dyndalskiemu nie idzie o żadne dzielenie metaforyczne, a najzupełniej konkretne. Inszemi słowy, znając przeszłość swego pana, a umiejętności szermiercze Rejenta mając widać za nieprzesadnie wielkie, prorokuje on Milczkowi, że go Cześnik potnie w kawały, czy jak kto woli poporcjuje... Nawiasem wskazuje też i zarazem, że to o korpus rejentowy idzie, bo "machać po pętlicach", czyli zapięciach szamerowanych, składających się ze zdobnego guza (dawniejszej hetki) i pętelki, można było w zasadzie tylko mierząc po tułowiu...
   Zaraz też nam wyszła do tłumaczenia i prezumpcyja ze sceny dziewiątej, gdzie Dyndalski się żali na spostponowanie go przez Cześnika przy pisaniu sławnego listu przez pana swego dyktowanego.
DYNDALSKI
(zbierając kawałki swojego pisma)

Jak co sobie ubrda w głowie,
To i klinem nie wybije.
Żebym pisał co się zowie,
Jak już długo z Bogiem żyję,
Tegom jeszcze nie powiedział -
Grzechem prezumpcyja taka,
Ale jednak rad bym wiedział,
Czemum dzisiaj zszedł na żaka?...
Co on sobie, tylko proszę,
Mógł do tego B upatrzyć?
Co nie staje tej literze?
Czy brak w kształcie, czy brak w mierze?"

     Ano najprościej by rzec, że to pomiędzy kilkudziesięcioma znaczeniami bym tu najcelniej widział zadufanie jakie, wyniosłość, zarozumiałość czy wręcz pychę. Nawiasem z tamtej znów sceny problemem się okazał "hebes" ("Z tym hebesem nie pomoże"). Ano, paru żeśmy tu mięli w niedawnym czasie z wizytą, nawiasem gdyby dziś zajrzeli najpewniej by Fredrze udowadniali, że nie ma wyrazu prezumpcyja, tylko presumpcja, bo taka tylko jest w słowniku PAN-u...:)
   Ale hebes nie tylko abderytę znaczył, także nicponia, czego exemplum mamy w jednej z nowel Reymontowych ("zaprowadzę pana do kawiarni, gdzie pan zobaczy kolonie nadzwyczajnych hebesów! Malarze, muzycy, poeci, rzeźbiarze, prorocy, matołki i geniusze, jednym słowem, całą menażerię artystyczno-intelektualną").
  Byłaż i jeszcze insza tłomaczenia potrzeba, gdzie wprowadzają Cześnikowi porwanego Wacława, a ten się raduje słowami: "Objechałem jak bartnika" (nie wiedzieć czemu, mnie w wymowie Imci Gajosa, aktora skądinąd przewybornego, wciąż się zdaje, że tam słyszę "warchlika"). Idzie o niedźwiedzia, przez myśliwych przy barci osaczonego i w zasadzkę pochwyconego, zatem rzec by można, że owe myśliwskie Raptusiewicza metafory, to i poniekąd kompliment dla Wacława, którego z pewnością nie można uważać za jakiegoś szczególnie trudnego przeciwnika, a przecie go Cześnik porównuje do nie byle kogo, bo spotkanie z niedźwiedziem w borze zawszeć były i są do przeżycia spotykającemu ciężkim, a pojedynki z niemi to w naszej literaturze jedne z najwięcej emocjonujących kart...  




25 listopada, 2017

O grochowiankach...

  Jest w narodzie za sprawą jenijuszu Wieszcza znana sprawa czarnej polewki, której epuzer niefortunny doświadczał w gościnie w znak nieprzychylnych onegoż zapałom rodzicielskich planów i chęci, słowem rzecz najprościej rzekłszy odmowna i ucinająca w zaraniu niezłożone jeszcze kawalera o rękę panny prośby... Znaną jest też i podobna w sensie i zamyśle formuła "kosz", luboż i "dostać kosza", a już mniej znaną "harbuz" (arbuz), co też sprawę odmowy załatwiał poprzez stół i talerze... Byłaż przecie jeszcze i insza, a któż wie, czy i nie powszechniejsza forma podziękowania kawalerowi za staranie jego, zwana "grochowianką", co znaczyło luboż samą słomę wymłóconą grochową, luboż i z tejże słomy sporządzony wianek... Czego w literaturze jeden jedyny bodaj unieśmiertelnił Fredro:

19 listopada, 2017

O niegodziwościach listopadowych... I

przez  które rozumieć będziem tak aury plugawość, jako i w ludziach się budzące upiory i podłość małości, prawda że zrodzonych w cyrkumstancyjach szczególnych, których nam przyjdzie umiejscowić w przestrzeni między Moskwą a Berezyną, a w czasie właśnie listopadowym roku 1812*, co, jak się zdaje, większości znakomicie umyka, że to bynajmniej nie były jakie srogie mięsiące prawdziwie zimowe, a zimy rosyjskiej dopieroż uwertura...
   Ową małość można było po prawdzie dostrzec już i wrychle po borodińskiej batalii, gdzie armia na Moskwę ciągnąca, bezdusznie mijała Monastyr Kołocki, gdzie zniesiono z pobojowiska dwadzieścia tysięcy rannych i gdzie naczelny chirurg Wielkiej Armii (obecnie już jeno jakie 140-150 tysiąców liczącej), jenerał Dominik Larrey z przygarścią chirurgów i sanitariuszy onym co dopomóc probował. Onże sam z wyrzutem wspomina: "[...]nikt nie zadał sobie trudu, aby korzystając z pięknej pogody ewakuować rannych. Tłoczyli się oni w cuchnącej, pełnej zarazy, ze wszystkich stron otoczonej trupami stodole, nie otrzymując prawie żadnej żywności, zmuszeni jeść głąby kapuściane gotowane z koniną, aby oddalić widmo głodu. Z powodu wielkiego niedostatku płótna ich rany rzadko kiedy były opatrzone. Chirurdzy sami musieli prać bandaże i kompresy."
    Napoleon po prawdzie wydał był ordonansu, by na każdy wóz taborowy wziąć jednego czy dwóch rannych, aliści po największej części przydał im jeno cierpień, bo motłoch taborowy, owi markietani jeno z wojny żyjący, owi wozacy więcej o swe konie dbający, niźli o poruczonych im nieszczęśników, pozbywali się niechcianego balastu za pierwszą po temu sposobnością, a już z pewnością w chwili, gdy stawali się oni ciężarem, tak dla koni, jak i dla mikrego jadła zasobu...
  Podłość z ludzi (i to ze stron obu) wylazła jeszczeć i większa, gdy przyszło Moskwy zająć nieledwie bezludnej, zasię nastało bezeceństwo rabunków domostw porzuconych, których czasem i jeszcze dla zatarcia śladów podpalano, przyłączając się mimo wolej i samobójczo do dzieła wszczętego przez Roztopczynowych agentów i uwolnionych przezeń z tiurm zbrodniarzy. Pomiędzy temi, co w Moskwie ostali niemało było Francuzów, a co i więcej Francuzek, bo teatr cały moskiewski przed wojną stał niemi. Los owych niewiast, które z lęku przed pomstą rosyjską, wolały z armią napoleońską odejść, jest dziś niemal zapomnianym. Czasem się spomni nazwisko dyrektorki tegoż teatru, Mme Aurory Bursay, jako jednej z tych arcydzielnych niewiast, co żołnierzów szły opatrywać, mimo rosyjskich kartaczy i kul, ale już mało kiedy o onej, często bezimiennych towarzyszkach. Sztabskapitan Eugene Labaume w swych memuarach zdań parę poświęcił "młodej, wzruszającej Fanni", której początkowo traktowano jak miłej podróży towarzyszki, a w miarę postępu w odwrocie spod Moskwy, przywiedziono jej "do stanu, w którym żebrze o najmniejszą przysługę. Za ten kawałek chleba, który dostaje, płaci zazwyczaj w najbardziej poniżający sposób. Szukała u nas pomocy, a my ją tak wykorzystaliśmy. Co noc należała do tego, który zdecydował się ją nakarmić." Podług relacyi sztabskapitana owa nieboraczka pomarła ostatecznie gdzie pod Smoleńskiem, dokąd się ostatkiem sił, uczepiona jakiego wozu, dowlokła...
   Groza tegoż odwrotu nieodłącznie się Francuzom z Kozakami kojarzy, którzy uchodzących ustawicznie szarpali i wykrwawiali**, a pochwyconych rozdziewali do naga i porzucali na mrozie, nie fatygując się nawet iżby im własną ręką śmierci zadać... Angielczyk, jenerał Wilson, co za oficyjera łącznikowego z rosyjską armią w tamtem czasie służył, spominał, jako to eskortujący go Kozacy, znaleźli dnia pewnego "na dnie wąwozu jakieś działo i kilka wózków, obok których leżą konie. Obejrzawszy nogi kilku zwierząt, kozacy zaczynają krzyczeć, podbiegają i całują kolana angielskiego generała oraz jego wierzchowca; tańczą i skaczą dookoła oraz czynią fantastyczne gesty, niczym wariaci. Gdy euforia nieco opadła, wskazują na podkowy martwych koni i mówią: Bóg sprawił, że Napoleon zapomniał, iż w naszym kraju jest zima"***  A skorośmy przy konikach, to inszych memuarów fragmentum, Henryka Dembińskiego, przyszłego jenerała powstania listopadowego i węgierskiego z 1848 roku, w owym czasie dopiero porucznika w 5 pułku strzelców konnych, który nad "straszliwie popsutemi" końmi biadał: "To popsucie tak było mocne, iż pomimo derek w 16 razy złożonych, te kompletnie przegniły, tak, że jeżeli zgnilizna i czaprak przegryza, można było wnętrzności konia, gdy żołnierz zsiadał z niego, z łatwością widzieć."
   Wirtenberczyk Jakob Walter spominał jako po drodze do najostatniejszych przyszło w armii rozwiązłości : "Jednostki są w większym lub mniejszym stopniu rozwiązane [nader elegancki eufemizm na faktyczny rozpad większości oddziałów - Wachm.]. Ze szczątków tych potworzyły się sześcio-, ośmio- lub dziesięcioosobowe korporacje, których członkowie wspólnie maszerowali, wspólnie też trzymali swoje rezerwy i odpychali wszelkich outsiderów
**** . Nieszczęśnicy ci maszerowali stłoczeni razem w kupie jak owce, zwracając najwyższą uwagę tylko na to, aby nie zaginąć w tłumie, z obawy przed utratą łączności ze swoją grupką i sponiewieraniem. A gdy ktoś się zgubił? W takim przypadku inna korporacja zabierała mu całe żarcie, jakie mógł mieć przy sobie, i niemiłosiernie odganiała go od ognisk - jeśli w ogóle wiatr pozwalał coś rozpalić - i z każdego miejsca, gdzie pragnąłby się schronić. Ludzie ci mijali generałów, a nawet samego cesarza, nie zwracając na nich większej uwagi niż na ostatniego ciurę w całej armii."
____________________________
* - Początek epopei odwrotowej wiąże się z rozkazem odwrotu i wymarszem z Moskwy 18-19 października oraz z klęską w bitwie pod Małojarosławcem 24 października, która uniemożliwiła odwrót przez Ukrainę i zmusiła do powrotu tą samą, ogołoconą już z żywności i paszy drogą na Smoleńsk i Wilno. Mrozy i zamiecie zaczęły się po 3 listopada, zaś bitwa nad Berezyną o ocalenie przepraw i umożliwienie odwrotu resztkom wojsk napoleońskich, umownie przyjmowana jako koniec wyprawy moskiewskiej, zakończyła się 29 listopada.
** - osobliwe, że owi nader niechętnie Polaków atakowali, znając, że niemal zawsze cięgi za to zbiorą. Są we wspominkach żołnierzów naszych relacyje o tem, jako to Francuzy, Sasi, Wirtenberczycy i inszy złotem płacić chcieli i płacili za jaki okazalszy polskości dowód, osobliwie czaka ułańskie nasze, które ubierano stojącym na widecie wartownikom, pozór czyniąc, że to Polacy obozują... Co się zaś pochodzenia owego złota tyczy, to owo przeróżnej, najwięcej grabieżczej było proweniencyi. Pułkownik Józef Szymanowski spomina epizod z grudnia już początków, gdy w podwileńskich Ponarach, gdy pod oblodzoną górę nijakie nie były w stanie wyjechać wozy i u podnóża tejże wysoczyny się zator poczynił niemożebny, w którym utknęły i cesarskie furgony z kasą Wielkiej Armii. Rabunek, który się tam wszczął, rzec by można, że pojednał wrogów: "Zaraz też odbito dna w kilku baryłkach i eskorta zaczęła wyładowywać złotem kieszenie, gdy wtem wpadają kozacy, a łapczywi na pieniądze jak na niewolnika, razem z Francuzami zabierają napoleondory z baryłek, ładując je w swoje bezdenne szarawary. Tak więc rzadkim, a pociesznym zarazem być musiał widok grenadiera francuskiego, wypróżniającego do spółki z kozuniem furgon skarbowy."
*** - Polacy, jako jedyni w Wielkiej Armii, mieli w zapasie, stosowane w tamtych czasach, tzw. zimowe podkowy, dzięki którym ocalili niemało swoich koni, a i dzięki nim, także większość armat. Poza niemi, cała Wielka Armia przeprowadziła przez Berezynę jedno działo... (http://starywww.up.wroc.pl/polish/struktura/wet/kkc/cwiczenia/podkowy_kopyta.html poz.22 i 23)
**** - okrutnie mi te formy (korporacja, outsider etc.) nie leżą, aliści wspomnienia Waltera znam jeno poprzez książkę Paula Britten Austina "Wielki odwrót", przełożonej przez Wojciecha i Klementynę Chrzanowskich i, jak mniemam, w owych dwukrotnych translacyjach, z niemieckiego na angielski i z owego na nasze, leży pies pogrzebiony...

11 listopada, 2017

O pianistach, kurach, hotelach i pałacach, czyli cyklu o urządzaniu Niepodległej część XVIII...

  Odstąpim Szweda na krzynę, za sprawą niepodległościowej rocznicy, przecie że my w opowieści naszej o tych sprawach ( I, II, III, IV, V, VI, VII, VIII, IX, X, XI, XII, XIII, XIV , XV, XVI , XVII), już daleko dalej żeśmy zaszli i w części XVII żeśmy nasze prawa do udziału w konferencji paryskiej (rozpoczynającej się 19 stycznia 1919) wystawili, a w XVI-tej, na gruncie krajowem, żeśmy operetkowego zamachu Januszajtisa z 4/5 stycznia pod lupę wzięli...
  Pisaliśmy tam o wielkim naszym pianiście i patriocie, Ignacym Paderewskim, który świeżo co brytyjskim krążownikiem do Gdańska przybył, zasię poprzez Poznań, ku Warszawie, mimochodem (?) po drodze wielkopolskiej wywołując insurekcji. W Warszawie zaś ów się zdążył spotkać z politykami miejscowymi, najwięcej z endeckimi, po czym pospiesznie do Krakowa ujechał, co mnie w przekonaniu utwierdza,  że się o szykowanym przewrocie dowiedział i czym rychlej się usuwał ze sceny, by być poza podejrzeniem o onego inspirację czy sprawstwo. Nic go przecie aż tak pilnego do Krakowa nie wzywało, by to ponad istotne o przyszłości kraju rozmowy z Piłsudskim w Warszawie przedkładać... Chyba, że... chyba, że się czekało na wynik tych januszajtisowych rebelii, by albo wrócić w roli męża opatrznościowego, co walk jakich może bratobójczych uśmierza i władzy obejmuje jako symbol zgody narodowej, abo też by władzy przejąć z rąk insurgentów zwycięskich, a w razie onych niepowodzenia móc właśnie tą nieobecność swoją za dowód niewinności wystawiać...
   Czy się na to Piłsudski dał nabrać, szczerze powątpiewam... Z nich dwóch, to właśnie wileński milczek-konspirator miał wielekroć więcej politycznej experiencji a i prawdziwego politycznego instynktu; Paderewskiego sam zaś po pierwszym spotkaniu określił wielkiego pianistę, moim zdaniem, i najlepiej i, na swój sposób, najpiękniej: "Kryształowa dusza, głowa dziecka!" Aliści, com o zamachu Januszajtisa pisał w części XVI, przyjdzie zweryfikować krzynę, bo to, że pucz, dzięki determinacji i lojalności jenerała Szeptyckiego i stanowczości innych, na panewce spalił, nie znaczy, że paradoksalnie sukcesu pewnego nie odniósł, jeśli przyjąć, że jego celem była rekonstrukcja władzy. Piłsudski zrozumiał, że prawica nie cofnie się przed niczym i musiał, po prostu musiał, następną taką próbę uprzedzić jakimś politycznym ruchem i jej zneutralizować w zarodku. Dodatkiem, co już podnosił Torlin, miał zupełnie inne priorytety od swych socjalistycznych współpracowników i podkomendnych, którym rzecz wyłożył co prawda obcesowo, ale nadzwyczaj celnie: "Nic nie rozumiecie. Nie chodzi o lewicę czy prawicę, mam to w dupie. Jestem dla całości. Chodzi o wojsko, którego nie ma. Do dupy z waszymi radami, do dupy. Potrzebuję żołnierza! Paderewski dogada się i z Fochem, z kim trzeba, i będzie moderował Dmowskiego."
    Bunt Januszajtisa dowodnie wykazał, że pójście dalej drogą reform socjalnych Daszyńskiego i Moraczewskiego jest drogą do wojny domowej. Nawet zakładając całkowitą w tej sprawie lojalność tworzącego się Wojska Polskiego, to tego wojska było zdecydowanie za mało nawet do stłumienia grożącej rewolucji i spacyfikowania kraju, a gdzież jeszcze potrzeby zarysowujących się frontów na wschodzie, gdzie do Wilna zbliżali się bolszewicy, rewoltowały się całe połacie kresowe, a z Ukraińcami przyszło toczyć krwawe boje o Lwów, którego pierwsza odsiecz swą liczebnością* znakomicie ilustrowała możliwości państwa polskiego na tym etapie. Że nie wspomnę o wsparciu Wielkopolan, Ślązaków, Orawian etc.etc.  Po prawdzie dane liczbowe z połowy stycznia 1919 podają stan armii na jakie 110 tysięcy żołnierza, ale trzeba przy tem dodać, że 15 stycznia dopiero ruszył zadekretowany przez Naczelnika Państwa pobór, tak więc w owych 110 tysiącach, obok wiarusów z Legionów czy armij zaborczych, niemało było takich, co to się właśnie dowiadywali z której strony karabin ma lufę... A we Francyi stała niemal tak samo liczna** "Błękitna Armia" Hallera,  bajecznie (jak na nasze możliwości) wyekwipowana i uzbrojona(między inszemi batalion czołgów i kilka eskadr lotniczych) i zależna w zasadzie jedynie od Dmowskiego i jego Komitetu. A Piłsudski czuł, że Paderewski i Dmowski, to wprawdzie dwa wspaniałe konie ciągnące ten komitetowy powóz, ale nie bez szarpnięć i wierzgnięć i bynajmniej nie jest to para zgodnie pociągowa, bo to że powóz jedzie, jest raczej wypadkową ich osi, niż efektem zgodnej współpracy...
 Odgadł też trafnie, czy wyczuł może, że Paderwski jest swoistym zwierzęciem scenicznym, potrzebuje aplauzu, świateł, powszechnej adoracji... I, dogadawszy się z nim co do konieczności utworzenia rządu swoistej zgody narodowej, dał mu te pięć minut w blasku fleszy i przy uwielbiających go tłumach, równocześnie światu szląc sygnał o konkordii polskich aspirantów do władzy, czego Dmowski, choćby nie wiem jak mu to było nie w smak, spsować nie mógł i ścierpieć musiał.
   Rząd ten, w którym wprawdzie kilkoro pozostało ministrów z rządu Moraczewskiego, a większość powołał nowy premier z kół prawicowych, można jednak uznać za rząd bezpartyjny i dość ściśle trzymający się środka. W sensie reform społecznych oznaczało to stan zaniechania, podobnie jak w wielu istotnych kwestiach krajowych, bo też i sam chyba Paderewski doskonale rozumiał, że jest powołanym do działań na arenie międzynarodowej, ze szczególnym naciskiem na konferencję pokojową w Paryżu. W sprawach krajowych rychło też rząd ten zaczął być tęgo krytykowanym, tak z prawa zresztą, jak i z lewa... 
   Za tego też rządu przyszło do wykrystalizowania się, przynajmniej chwilowego, miejsca urzędowania gabinetu, z czym jak się okazało wcale nie było tak prosto. To, co dziś warszawiacy rozumieją jako Pałac Rady Ministrów, to dawne koszary carskiego Korpusu Kadetów, w czas I wojny odmienione na gigantyczny lazaret, którego przekazania wypertraktowali w listopadzie 1918 oficyjerowie Szkoły Podchorążych Piechoty z Ostrowi Mazowieckiej, obiecawszy trzymającym go Niemiaszkom zadbać o godziwy transport rannych i chorych do Niemiec. Szkoła Podchorążych jednak tam miejsca nie zagrzała, bo opowiedziawszy się w maju 1926 po stronie rządowej, po przejęciu władzy przez zwolenników Piłsudskiego, ciupasem ich nazad do Ostrowi wyekspediowano. Gmach potem zajęły pospołu Generalny Inspektorat Sił Zbrojnych i Centralna Biblioteka Wojskowa wzbogacona zbiorami Muzeum Polskiego z Rapperswilu***, ale nie zmienia to faktu, że Paderewski w 1919 korzystać z niego nie mógł. 
   Istniał wprawdzie Pałac Namiestnikowski, czyli dzisiejszy Prezydencki, wcześniej zwany kolejno Pałacem Koniecpolskich, Radziwiłłów i Lubomirskich, którego tak naprawdę gospodarzem i mieszkańcem był jeden jedyny namiestnik carski, generał Józef Zajączek w latach 1818-1826 (późniejsi namiestnicy urzędowali w Zamku Królewskim), a który w czasie wojny światowej służył niemieckiemu generał-gubernatorowi****, tyle że jego wrychle po przejęciu remontować poczęto i nim się rządowi do użytku nadał, czasu minęło niemało.
   Paderewski urzędować zatem począł w jego sąsiedztwie, postawionym tam hotelu "Bristol", którego był właściwie właścicielem i którego nienawidził serdecznie. Rzecz sięgała jeszcze lat z przełomu wieków, gdy pianista, mając pieniądze niemałe, chciał je jakoś zainwestować roztropnie, a że sam głowy po temu nie miał, to zawierzył swej wówczas jeszcze przyszłej, wtórej żonie, Helenie Górskiej, która mu naraiła swego kuzyna, Stanisława Roszkowskiego. Tenże, mając plenipotencję Paderewskiego rozhulał najpierw zakup gruntów, zasię budowę ekskluzywnego hotelu na skalę, która oszołomiła warszawiaków. Prawda, że nie było to przedsięwzięcie zupełnie sensu pozbawione, bo hotel po paru latach funkcjonowania zaczął przynosić ogromne zyski, ale Paderewski spodziewał się ich i wcześniej i może nawet większych, zaś z pewnością nie spodziewał się aż takich kosztów (zamierzone półtora milijona rubli grubo przerosło dwa miliony) i powolnego (w proporcji do amerykańskiego) tempa budowy. W listach do przyjaciół w latach 1899-1901 wielokrotnie nazywał "interes hotelowy" workiem bez dna i dawał upust swemu rozgoryczeniu. Nie był na otwarciu, a nawet kiedy wrychle potem odwiedził Warszawę i dawał koncert na otwarcie filharmonii*****, to nie zwiedził Bristolu, nie chciał się spotkać z dyrekcją i pozostałymi udziałowcami. 
   W styczniu 1919 jednak zamieszkał w Bristolu (sprzeda go dopiero po 1926 poznańskiemu Bankowi Cukrownictwa) i tam też odbywały się pierwotkiem posiedzenia jego rządu. Dodajmy od razu, że z nieoczekiwanymi turbacjami sprawionemi przez małżonkę pianisty... Drugą, albowiem pierwsza, Antonina Korsak, zmarła w 1880 roku, wrychle po urodzeniu syna, najpewniej w gorączce popołogowej. Syn pianisty urodzony już z chorobą Heinego-Medina, od początku wymagał stałej i troskliwej opieki, której pianista w swoim cygańskim życiu zapewnić mu nie mógł i tu się okazała wielce pomocna żona jego ówcześnego przyjaciela, skrzypka Władysława Górskiego, która prawdziwie troskliwie to sparaliżowane dziecię piastowała******, za sposobnością też i zajmując się wszechstronnie i samym pianistą, którego omotała w sposób zgoła zdumiewający. Aż dziw, że rozchwytywany i uwielbiany przez niewiasty, wielki artysta, związał się z kimś tak nieprzystającym do jego świata. Horyzonty pani Heleny nigdy do najrozglejszych nie należały (gdy Paderewscy zamieszkali już na stałe w szwajcarskim Morges, cały jej tamtejszy świat wypełniły... kury rasowe, które z upodobaniem hodowała), była przy tym potwornie zaborcza i despotyczna, co pan Ignacy potulnie znosił.  Rzec, że się wtrącała do wszystkiego, to być arcysubtelnym w tej mierze... Ona się po prostu panoszyła, dodatkiem wyjątkowo gruboskórnie i nieraz grubiańsko. Po Warszawie legendy krążyły o tym, jak potrafiła wtargnąć na posiedzenie rządu i pogonić ministrów, bo "męczą Ignasia", który musi natychmiast zjeść obiad! Gdy się gdzieś coś, nawet drobnego, zepsuło czy zaginęło, potrafiła przerwać dyplomatyczne spotkania i zagonić premiera do poszukiwań, czy też do załatwienia jakiegoś drobiazgu, w jej pojęciu natychmiast koniecznego... Przy tym wszystkim otwieranie każdej korespondencji, nawet służbowej czy dyplomatycznej, to właściwie już drobiazg, nawet jeśli ta czasem ginęła i dobrze jeśli jej przynieśli z hotelowej pralni, znalezionej między prześcieradłami... To o niej napisał Lechoń:
     "Ona Naczelnika Państwa, sejm i ministrów w kupie,
       Za nic ma, kręcąc Polską, niczym łyżką w zupie."
  To ona stała się definitywną przyczyną ostatecznego poróżnienia się Paderewskiego z Dmowskim, który na sondujące pytanie pianisty o możliwość pogodzenia się, odparł, że owszem, jak najchętniej, ale dopiero po tem, jak Paderewski otruje panią Helenę. Można uznać, że przeniesienie obrad rządu do Zamku Królewskiego przez Paderewskiego to nieznaczna próba wydobycia się spod zbyt zaborczej kurateli, a może przynajmniej ukrócenia najgroźniejszych skandali i komentarzy.
  Nie zdało się to na wiele, bo opinii już się naprawić nie dało, nawet naprawdę wielkimi sukcesami na arenie międzynarodowej. Do tego doszło rzecz wtóra; brak tak naprawdę zdolności Paderewskiego do pełnienia sprawowanego urzędu. Byłby zapewne znakomitym prezydentem, ale premier to inna para kaloszy i codzienny mozół papierowy, którego pianista nie znosił (ćwiczyć na pianinie potrafił i dwanaście godzin dziennie). Ze swą prostolinijnością kompletnie się nie nadawał do żadnych gierek, tak gabinetowych, jak parlamentarnych, przy tem tak naprawdę, przy całym swym gorącym patriotyźmie, zwyczajnie nie znał kraju, z którego wyjechał ponad trzydzieści lat temu, i nie bardzo czuł jego problemy. Sprawy społeczne to była dla niego prawdziwa abstrakcja, podobnie jak militarne, a oddawszy te kwestie fachowcom i tak brał cięgi za każde na tem polu błędy, czy niepowodzenia.
  A krytykę Paderewski znosił wyjątkowo źle; nawykły do hołdów, aplauzów, adoracji z prawdziwym zdumieniem odkrył inny świat, w którym nie znaczyło to nic i byle żurnalista uważał się za władnego poniewierać jego imieniem bez miłosierdzia. Dal wielkiego pianisty było to coś niepojętego i w jego rozumieniu absolutnie niezasłużonego; reagował po trosze jak skrzywdzone ciężko dziecko, które nie umie wyciągnąć z krytyki innego wniosku, niż ten, że ktoś go prześladuje...
  W Qui Pro Quo jego odejście po niespełna rocznych rządach (następcą Paderewskiego został farmaceuta z zawodu, Leopold Skulski)  skwitowano kupletem:
     "Wszystko mi jedno, pianista czy aptekarz, 
       Nigdy się, bracie, porządku nie doczekasz"
________________________________
* - 40 oficerów, 1228 żołnierzy i osiem dział, dowodził podpułkownik Michał Karaszewicz-Tokarzewski, nawiasem arcyciekawa postać, wolnomularz, teozof, duchowny Kościoła Liberalnokatolickiego.
** - Przyjmuje się, że stutysięczna... Ale tak naprawdę to te sto tysięcy stanie się prawdą, gdy doliczymy uznające jej zwierzchność oddziały polskie walczące na terenie Rosji z bolszewikami: w pierwszym rzędzie dywizję Żeligowskiego, walczącego u boku Denikina na Kubaniu i dywizję strzelców syberyjskich Waleriana Czumy, walczącej w siłach wojsk admirała Kołczaka, a potem osłaniającej odwrót wojsk interwencyjnych i haniebnie zdradzonej przez dowództwo Korpusu Czechosłowackiego, którzy wydali naszych bolszewikom.
*** - w znacznej części księgozbiór obu bibliotek spłonął we wrześniu 1939
**** - w 1917 zdemontowano stojący przed pałacem pomnik Paskiewicza, jako symbol carskiej władzy, którego przecie nie uchodziło tolerować w zamierzonym, proniemieckim Królestwie Polskim, tworzonym na bazie Aktu 5 Listopada. Ostał się postument z szarego fińskiego granitu, który się nadał akuratnie pod rewindykowany z Homla (siedziba Paskiewiczów) na mocy traktatu ryskiego, pomnik księcia Józefa Poniatowskiego, którego po prawdzie podług projektu Thorvaldsena wykonano, ale nigdy go w Warszawie poddanej carskiej władzy, nie postawiono.
***** - na otwarciu Filharmonii koncertował też Edward Grieg, który wcześniej wysłał do dyrekcji hotelu telegram z zapowiedzią przyjazdu i poleceniem wyszukania mu pokoju bez pluskiew. Oprowadzony po przyjeździe przez dyrektora Rajchmana po wnętrzach z marmurowymi podłogami, perskimi dywanami, angielskimi meblami, kryształowymi żyrandolami i przewieziony kryształową windą, przepraszał za ten telegram bez końca.
****** syn Paderewskiego, Alfred, zmarł w 1901 roku, na skutek dodatkowych komplikacji z układem krążenia.



08 listopada, 2017

Nota. po prawdzie, to niemal o niczem, aliści kolejnych bez niej imaginować ciężko...:))

  W nocie uprzedniej (I , II , III) naszego, mimochodem rodzącego się, cyklu o Inflanciech sprzed wieków, żeśmy nie tyle wystawili dramatis personae, co je jeno z miana wspomnieli, zatem pora tegoż obrazu dopełnić, nakryślić oś sporu, a i naszych spraw krajowych co pojaśnić...
   Sporu ze stryjcem, Karolem Sudermańskim, odziedziczył poniekąd Zygmuś po tatusiu, który był wprawdzie przez krótki czas z Karolem dobrze, gdy oba się przeciw szalonemu Erykowi XIV (taka sama z tą czternastką prawda, jak z dziewiątką Karola) pobontowali, zasię przyszło między niemi do rozlicznych zatargów o przenajróżniejsze zresztą sprawy. Sudermania (Södermanland ) książęcia młodszego, której objaśnienia brak słusznie w komentarzach pod notką uprzednią wskazał Vulpian Dociekliwy, to samo jądro najbardziej szwedzkich ze szwedzkich ziem, ze Sztokholmem samym włącznie, tandem rozumiem ja brata starszego, że mu nie w smak było, że jeśli młodszy odrębność swego władztwa na każdym kroku zaznaczał i ostro o nie walczył, to że mu to przykrem było, bo pewnie gdzie by się za próg zamku królewskiego nie ruszył, musiał mieć poczucie, że nie jest u siebie. Osobliwie, że się zaraz na to nałożyły i spory o prawo do powoływania sędziów, zwoływania wojska, podatki, cła czy może i gdzie w tle o jaką zawiść o niezgorzej administrowane i dochodowe bratowe włości. Do tego jeszcze się bracia ze sobą poróżnili o coś, co zawsze ludzi skłóca najwięcej, jeśli niewiast i pieniądza nie liczyć: o religię...
   Tutaj sobie na refleksyję ogólniejszej natury dozwolę; owoż w całej okcydentalnej Europie stara wiara krześcijańska, odtąd katolicką zwana, się brała z nowemi, reformowanemi, za łby i luboż się to kończyło arcykrwawo jako u Niemiaszków wojnami religijnemi całą gębą, podobnie jak i u Francuza, abo też i pozornie rzecz bez wojny przeszła jedną władcy decyzją, jako u Angielczyków czy u dawnych Krzyżaków, zasię Prusaków, tyle że to morze krwi, co by spłynęło w bitwach i rzeziach jakich ( u Angielczyków i tak spłynęło raz jeszcze, jeno o wiek później za Cromwella czasów) popłynęło z szafotów, gdzie odmiennie wierzących jedni drugich ścinali, wieszali, łamali czy co tam jeszcze poradzili wymyśleć... Czasem się na to jeszcze narodowe nałożyły sprawy jako między Niderlandczykami, co o swoją wolność się od Hiszpana upomnieli, abo pomiędzy Irlandczykami i Anglikami...
   Tem zaś czasem u Szweda, dopotąd się te sprawy miały wcale nie tak znowu najgorzej, może i temuż, że między czarnym i białym sporo tam było próbowania jakich odcieni szarości, tandem dopiero "naszą" ( bo tak prawdziwie to Zygmunta III ze stryjcem i onego poplecznikami) wojnę ze Szwedem przyjdzie uznać za ten moment, gdzie się u nich już rzeczy całkiem spolaryzowały i konflikt nabrał też religijnego wymiaru. Tatuś bowiem Zygmuntowy, Jan III, probował bowiem zaprowadzić w tamecznym kościele liturgii wcale znów tak nieodległej od katolickiej, a znów brat jego więcej zdawał się ku kalwinom zerkać, co obu ich lokowało niejako na przeciwnie skrajnych skrzydłach reformacyi szwedzkiej. A i mam ja czeguś takiego podejrzenia, że Carolus miał jaką ustawiczną w sercu do braciszka ansę, że nie jest dostatecznie za wywojowany dlań tron wdzięcznym, a i że on sam pewnie (trochę i nie bez racji) byłby władcą lepszym.
   Obaj bracia królestwa brali z dobrodziejstwem inwentarza, zatem i ze wszytkiemi zadawnionemi sporami i wojnami. W tem i z nami o zagarniętą w I wojnie północnej Estonię, którejśmy nijakim nie pokończyli pokojem, jeno armistycjum zawarto i tak trwał stan, ni to wojny, ni pokoju między nami. Podobnie i z Moskwicinem, póki co szczęśnie zajętym wewnętrznymi własnymi turbacyjami, gdzie się państwo podnieść nie umiało po rządach Iwana Groźnego, a i po wojnach z nami, gdzie im Batory pokazał, co jest z Rzeczpospolitą zadzierać. Szwedy jednakowoż się nie czuły dość nawet z osłabłym Moskalem bezpiecznie, tandem łakomie pozierały na tron polski, co i rusz wakujący, niegłupio i może rachując, że potencyje państw obu złączone, zdolne by były moskiewskiego niedźwiedzia obalić raz na zawsze. Ociec Zygmunta, tąż myślą natchniony, zgłosił swej kandydatury tak do elekcyi pierwszej, jako i wtórej, ale za każdem razem przegrywał. Dopieroż po Batorego śmierci, w arcyzawiłościach naszego interregnum i podziałów, przy których dzisiejsze prawdziwie są błahostką, pojawił się cień szansy na władztwo Szweda w Polszcze, ale o tem to już szerzej w nocie następnej opowiem...:)

05 listopada, 2017

O szwedzkich numerkach...

  Zmierzając, po prawdzie nierychliwie, przecie ustawicznie ku kircholmskiej potrzebie, którego to miana zasadność, żeśmy w pierwszej nocie (I , II ) tworzącego się mimo może i autorowej wolej, przecie w sposób niezaprzeczony, nowego cyklu o inflanckich sprawach wieków dawniejszych, zaszłościach i zawiłościach, nie sposób nam się przecie dalej posunąć, nim nie objaśnim relacyj osobliwych króla naszego elekcyjnego trzeciego ze stryjcem jego, pierwotkiem zwanym Karolem Sudermańskim, zasię Karolem IX Wazą.
    Tak jedno miano, jako i wtóre dwóch słów objaśnienia wymaga. Primo, że Sudermańskim to od tamtego czasu u Szweda zwykle zowią królewskiego brata, który czasem jest i przy tem aktualnem tronu następcą, jeśli panujący się swego męskiego potomka nie dochował. Cosi w podobie, jako u Angielczyków funkcjonuje książę Windsoru, a u Francuza bywał ongi książę Orleański, choć owi i Burbona miano praktykowali...  Tandem nie dziwcie się, że Wam wujek G. kilkoro najmniej Karolów Sudermańskich wyszuka i każdy z nich w prawie będzie się tak zwać na utrapienie Wasze... 
    Secundo, co zadziwia, to ta cyfra przy imieniu niemała, niejaką odwieczność i ciągłość nieustanną dynastii sugerująca ( Karol obecny, jak by się kto pytał, ma numer XVI). No i tu jest z tem ambaras niemały, bo przed Karolem IX jeno dwóch szwedzkich władców znamy, co to miano nosili, a rachunek zamącił człek, którego brata jużeśmy tu nawet w komentarzach pod notką poprzednią przywołali, jako tego arcybiskupa Uppsali, który jeszcze w 1550 roku wierzył w jedzenie zajęczego mięsa przez brzemienną, jako przyczynę rodzenia się dzieci z zajęczą wargą. Brat onego, Johannes, po Olausie (wprawdzie niebezpośrednio, przecie jednak) postąpił na arcybiskupi stolec w Uppsali i w historię się wpisał jako ostatni onej katolicki arcybiskup, którego cokolwiek niefortunnie z misyją posłali do Moskwicina, a w międzyczasie luterany we Szwecyi wzięły górę i Johannesowi nie było już do czego wracać. Swego wygnańczego arcybiskupstwa dożył Johannes w Wenecyi i w Rzymie, gdzie dziełka spłodził historycznego sub titulo "Historia de omnibus Gothorum Sveonumque regibus", przy którym to dziele skromność naszego Kadłubka podziwiać należy, że naszym przodkom "tylko" się kazał z Juliuszem Cezarem potykać, bo przecie mógłby i z Aleksandrem Macedońskim, czy z Sardanapalem... Johannes Magnus wywiódł bowiem panujących w Szwecji od biblijnego Magoga, syna Noego, po drodze tam władców brakujących imaginacyją nadrabiając, a że Szwedom to widać w niczem nie przeszkadza, to i mają władców, których niezadługo będą tuzinami kolanem dopychać do wywodów genealogicznych swoich...
   

31 października, 2017

O bezdyskusyjnym w medycynie przełomie notka extraordynaryjnie krótka...

  Bo też i nie ma się nad czem rozpisywać... Oczywistą oczywistością jest, że po odkryciu, upublicznionym przez jegomości Jehana Ypermana gdzie w XIII luboż i z XiV stulecia początkiem, świat nie mógł być nadal takim samym. Szkoda jedynie, że ów swej metody badawczej nie podał, ale i tak wiedza, że dziecię z zajęczą wargą rodzi się wtedy, gdy onego macierz się podczas cielesnego spółkowania fantazmatom oddaje, a nie jak powszechnie przódzi mniemano, że to następstwo jest spożywania przez brzemienną króliczego mięsa, z pewnością była dla świata bezcenną... Choć pewnie króliki Ypermana nie pokochały...

27 października, 2017

O siostrach króla Sigismunda młodszego...

   Wystawiliśmy w nocie sprzed roku zawiłości niemało względem dziejów ziem i kolejnych księstw i księstewek inflanckich, które sprawiły, że w Roku Pańskim 1600, gdy do wojny ze Szwedem przyszło, to toczyła się ona na ziemiach nam dziś jeno może jakiemi egzotycznemi się wydających, przecie naówczas  był to pełnoprawny (obok Korony i Litwy) trzeci człon Rzeczpospolitą Obojga Narodów składający... Z kronikarskiego obowiązku wskazać sobie też i pozwolę cykl trzyczęściowy (I, II, III ) o hetmanie polnym litewskim, Romanie Sanguszce, co w tych wojnach z Moskwą za Iwana Groźnego, które się przecie także za inflancką sprawę toczyły, sławy zyszczeł niemałej, a Moskalom, nim młodo pomarł, krwie napsował, jak mało kto przed nim i niewielu po nim...
   By pomiarkować te zawiłości późniejsze, przyjdzie nam się cofnąć krzynę, ku czasom, gdy Zygmunt August się w Barbarze Radziwiłłównie rozmiłował, a macierz onego, królowa Bona, na Mazowszu, będącym onej oprawą wdowią, siedziała, mając ku synowi anse rozliczne, a i on do niej nie mniejsze. Nim Zygmunt Stary pomarł, zdolił był spłodzić z Boną Augustowi rodzeństwo rozliczne, które się miało okazać przyczyną niemałych turbacyj, choć póki co głównie Bony... Jedynym niedoszłym bratem Zygmunta Augusta być mogło to nieszczęśne dziecię, którego Bona poroniła za sprawą niewcześnej zabawy w polowania z niedźwiedziem w Niepołomskiej Puszczy. Pozostała progenitura to w całości dziewczęta, z których jeno Izabeli oboje królestwo jeszcze za żywota króla starego za mąż wydali, wielce nawiasem roztropnie za króla madziarskiegoJana Zápolyę, którego po prawdzie przymuszono, by się z Habsburgiem nie nadto korzystnie ułożył, tak że przyszłe dzieci onego by praw do tronu madziarskiego nie miały*. Aliści w polityce nieraz już bywało, że się układy zawarte pokazywały nazajutrz nieważnemi, to i o to na razie mniejsza, ważne, że ruch pierwszy w czymś, co moglibyśmy nazwać niespełnioną polityką dynastyczną ostatnich Jagiellonów, dokonanym został. 
   Niestety, to Austria i Habsburgowie mięli posłynąć jako nader sprawni w maryjażach politycy i władcy, podług dewizy jednego z ważniejszych swoich cesarzy, Zygmuntowi Staremu równocześnego, Maksymiliana I : „Bella gerant alii, tu, felix Austria, nube” (Niech inni prowadzą wojny, ty, szczęśliwa Austrio, zaślubiaj). Trzy pozostałe siostry Zygmunta Augusta, nieszczęśne zakładniczki onego z panią matką sporów i swarów, niejako uwięzione na prowincjonalnym dworze w Płocku i bez wsparcia królewskiego, nie mogły liczyć na przebicie się do pierwszej ligi i najważniejszych ówcześnie liderów na matrymonialnym rynku Europy...
   Najstarsza z trzech sióstr (i pono najwięcej roztropna:), Zofija, dopiero lat mając trzydzieści i cztery, poszła za xiążęcia brunświckiego, Henryka, którego pochowała po dwunastu kolejnych latach bezdzietnego małżeństwa, a sama uwikłała się w konflikt z pasierbem o władztwo w swej oprawie wdowiej. Z całą pewnością można i ten mariaż, a i szczęście osobiste xiężnej uznać za zmarnowane z punktu widzenia interesów tak Rzeczypospolitej, jak i samych Jagiellonów...
   Wtóra z sióstr, Anna, osobą swoją w historii naszej się odcisnęła znacznie, choć raczej biernie, jako historii nieledwie przedmiot, nie podmiot... Oto, po bezpotomnej śmierci Zygmunta Augusta, ona właśnie, podstarzała i zgorzkniała panna, stała się korony i dynastii sukcesorem i nominalnie króle obieralni na tron wchodzić mięli poprzez matrimonium z Anną i poprzez onej łożnicę... Pierwszy, Francuzik Walezy, niczego w tej mierze nie dopełnił, szczęśliwie zostawiając Batoremu ów "przysmak" nietkniętym...:) Xiążę siedmiogrodzki wprawdzie się ze swych powinności wywiązać wywiązał, aliści nic ponadto...
   Trzecia, najwięcej nas zajmująca za przyczyną przyszłej ze Szwedem wojny, najwięcej w Inflanciech się toczącej, Katarzyna, także narzeczonego znalazła, będąc już raczej dalej od młodości, niż bliżej, w wieku lat trzydziestu sześciu poślubiła xiążęcia Finlandii, Jana, który w normalnych cyrkumstancyjach raczej widoków na tron szwedzki nie miał i zapewne by go nigdy nie objął, gdyby nie szaleństwo zasiadającego na nim przyrodniego brata Eryka... Eryk najsamprzód uroił sobie, że Jan z Katarzyną go obalić pragną i są z Rzeczpospolitą tu w zmowie, skutkiem czego napadł był na dwór xiążęcy w Turku i obydwoje małżonków uwięził na gripsholmskim zamku wpodle Sztokholmu. Tam też Katarzyna dziecię powiła, syna Sigismundem nazwanego po ojcu Jagiellonki i tam też przeżyli trzy lata pełni trwogi i żywota każdej chwili niepewni, zali ich obłąkaniec zarezać nie każe... Fortunnie uwolnieni i przez panów szwedzkich wsparci, króla, którego szaleństwo jawnie już się stało widomem, obalili i sami postąpili na tron. Jan radził sobie jako władca wcale niezgorzej, kończąc wojny rozpętanej z Danią, a i z Moskalem sobie poczynając wcale śmiele, między inszemi dobywając Narwy. Czuł przecie, że go Moskal potencją przerasta i temuż widział szansę we wzmocnieniu się poprzez władztwo i w Polszcze. Dwukrotnie stawał w elekcyjne nasze szranki, przegrywając tak z Walezym, jako i z Batorym, aliści trzeciej dojrzał szansy, gdy już Batorego nie stało. Roztropniej jednak, nie sam już tu stawał, co syna, "ostatniego z  Horeszków ... wrróć...Jagiellonów, chociaż po kądzieli":)) wystawiając... Ano i tego to syna, wspartego przez kanclerza Zamoyskiego przeciw Habsburgom, szlachta łyknęła jako gęś śliwkę na początek wszystkich naszych przyszłych wojen i nieszczęść w siedemnastem stuleciu zdarzonych...:((
___________________________
* - co nie przeszkodziło panom węgierskim na wiecu w Rákos właśnie syna maluteńkiego Izabeli i Jana wybrać na króla jako Jana II Zygmunta, a Izabelę postawić w cyrkumstancyjach doprawdy nie do pozazdroszczenia, bo jako regentki tegoż synaczka maluśkiego, o onego władztwo wojującej z potencjami, z których każda ją przerastała po wielekroć: z Sulejmanem Wspaniałym oraz z Habsburgami... Insza, że Izabela umiała się w tem jednak jakoś nie tylko znaleźć, ale i zyszczeć aliantkę prawdziwie potężną: ulubienicę Sulejmanową, Roksolanę...

22 października, 2017

Suplika Lectorom Miłym korna, jako i hetmana wielkiego niejakie odmalowanie...

iżby, zrozumieć zechciawszy, iże niesporo do pisania, gdy człek się cieszy z przyjacioły onych bytnością arcyrzadką, tandem chwilki każdej smakować jest głodnym i ku pisaniu nieskorym, zechcieć raczyli się do dawniejszej noty pokwapić i cyrkumstancyje inflanckie odświeżyć, jako że w kolejnych tu spotkaniach naszych wieść będziem gędźbę naówczas zarzuconą:
O potrzebach i zasadności tegoż miana, takoż o Inflanciech co nieco, czyli do kircholmskiej potrzeby prolegomena nieduża 
  Iżby zaść nie ze szczętem dzisiaj zawiedzionych bez pociechy ostawić, dykteryjka krótka o hetmanie Chodkiewiczu, która charakteru jego zapalczywego wystawia, co nie bez znaczenia będzie w continuum tamtej themy. Oto z pamiętnikarzy ówcześnych jeden tak tegoż spomina: "Doniesiono raz Chodkiewiczowi, że nieprzeliczone mnóstwo nieprzyjaciół nadchodziło. A lubo bohatyr ten garstkę tylko wojska z sobą prowadził, wziął się jednak zaraz do odebranej tej wiadomości za szablę i rzekł: "To ja szablą ich policzę"."
  I wtóra, za relacyją Jerzego Ossolińskiego, której mam w podejrzeniu cokolwiek, że za drugimi powtórzoną to i może cokolwiek wysadzoną, boć w 1612 roku kanclerz przyszły i marszałek, gołowąsem na naukach w kolegium jezuickim będąc w Grazu, na chwilę jeno do ojczyzny zjechał i na powrót na nauki wybył, tem razem do niderlandzkiego Lowanium, a nie z wyprawą Chodkiewicza ku Moskwie...
   "6 iulii ruszyło się wojsko spod Krzemieńca ku Borysowu; tam, gdy już wozy, jako zwyczaj, wprzód ze strażą wyszły, uderzono w kotły na samo wojsko. Szły pułki według ordynacyjej hetmańskiej, naprzód Kiszki, starosty pernawskiego, potem Zieniewicza, kasztelana połockiego; za tym Opalińskiego, starosty śremskiego, w których, gdy hetman nie obaczył kilku naznaczonych chorągwi, z gniewem począł się o nie pytać. Powiedzą, że p.Marcin Kazanowski nie dopuścił im z swego pułku ( z którym też już stał w pogotowiu jako do ciągnienia). Skoczy ku niemu z okrutną zapalczywością hetman z buzdyganem, którym nań cisnąwszy, po czapce go zajął i wielkim krzykiem mu od matki łając, dalej go gonił, aż mu między chorągwiami zniknął; chorągwie zaś owe, o które się frasował, już dalej nie czekając rozkazania, jakoby ich piorun wytrzasł, z pułku do pułku przypadły. Patrzał na tę tragedyją królewic [przyszły Władysław IV- Wachm.] tak strwożony, żeby się w nim ledwo mógł krwi dorzezać."


15 października, 2017

O tem, że czasem życzliwy neutralny sąsiad od niechętnego alianta jest lepszym...

...czyli ex libris Wachmistri kolejne: broszureńka niewielka, ledwo kart parę licząca o relacyjach z Madziarami nas łączących w czas bolszewickiej wojny dwudziestego roku... Thema mało znana, półgębkiem czasem wspominana i czeguś jakby niechętnie przez historyków i polityków stron obu... Nawet do napisania tejże broszureńki z początkiem lat trzydziestych potrzeba nam było... Francuza...
   By Lectorowie sobie własnej w tem względzie mogli wystawić opinii, umyśliłem onej dać tu in extenso, osobliwie, że rzecz jest naprawdę niewielka... A szczególnej Lectorów uwadze przedkładam myśli osobiste autora, w dwóch ostatnich akapitach zawarte...















08 października, 2017

O drobnowidle, czyli Stowarzyszenia Zapomnianych Wynalazców continuum...

   Drobnowidło, czyli po dzisiejszemu mówiąc: mikroskop... Pomieszczam tę notkę w kategorii "zapomnianych wynalazców", aliści nie dlatego iżbyśmy ich miana nie znali... Przeciwnie: jak rzadko kiedy przy wynalazkach, nader dokładnie znamy i twórców, a i czas, jako i mieśćce, gdzież tego dokonano. Znamy, że - pominąwszy dawniejsze faraonów zabawki z kryształami uwiększającemi i opisywane tu ongi soczewki dawnej Babilonii - owego urządzenia pierwsi zmajstrowali Niderlandczykowie Zacharias Janssen z oćcem swem Hansem pospołu, zasię stało się to gdzieści około 1590 roku po narodzeniu Chrysta Pana. Od nich to powziął swego konceptu Italczyk Galileo, aliści onemu owe soczewki w tubie posłużyły do pozierania na niebiosa i ów z ich pomocą ordynku szukał pomiędzy gwiazdami, nie zaś między drobniuchnemi istotkami na ziemi, czy nawet i na ciałach naszych...
   Dzieło Janssenowe w swej pierwotnej idei podjął Olęder inszy, Anton van Leeuwenhoek z górą pół wieku później i to onemu przyszło najpierwszemu oglądać ameby, bakterie, plemniki i to jakaż kości naszych i krwie konstrukcyja... Aliści w tem właśnie, że ów był w tem dziele sam i to, że ja ów wynalazek mam za przepomniany, tego się właśnie czasu tyczy po onegoż odkryciach, gdy zdało by się, że oto przed medycyną i naukami przyrodniczemi się świat bez mała cały otworzył, dopotąd nieznany... 
   A jednak nie... O wieleż teleskopy i onych pochodne w rodzaju lunet i późniejszych lornet i lornetek poczęły swego tryumfalnego pochodu, powszechnie przez podróżników, żeglarzy i żołnierzy używane, tak odwrotność onegoż - nasze drobnowidło poszło niemal w zapomnienie... Dopieroż w Roku Pańskim 1687 cośkolwiek tam drgnęło za sprawą Givanniego Bonomo, italskiego medyka, co się kmiotkom drapiącym przypatrywał i wpadł na to, by takowego nakłuć dla próbki i onej pod drobnowidłem przepatrzeć, tem sposobem stając się odkrywcą "żyjącego stworzenia, kształtem przypominającego żółwia, lecz zwinnego, o sześciu odnóżach, szpiczasto zakończonym łebku i dwóch małych rogach na końcu", czyli świerzbowca... Przy sposobności też odkrył na własnym, cokolwiek bolesnym przykładzie, że się toto cholerstwo z człeka na człeka arcyzgrabnie przenosi...
   A mimo to drobnowidło z górą stulecia czekało kolejnego na udoskonaloną soczewkę Stanhope'a i krzynę większą ilość zwolenników tegoż utensylium, a potem wiek znów kolejny niemal cały na usunięcie z zakrzywionych kształtów aberracyj niechcianych przez Zeissa i kolejnego mikroskopów pioniera Ernesta Abbego, których znów przyrządy dopomogły  Santiago Ramón y Cajalowi w dostrzeżeniu neuronów tkanki nerwowej naszej. Ale czyż mogło być inaczej, skoro szarlatani medycy ówcześni za nic te odkrycia mięli? Pisał pod rokiem 1685 Robert Hooke: "Mikroskop ma obecnie tylko jednego wielbiciela, którym jest pan Leeuwenhoek; poza nim nie słyszyłem o nikim [po prawdzie mógł tam wymienić siebie -przyp.Wachm.], kto używałby tego przyrządu do czegoś innego niż do zabawy albo dla rozrywki..."
   Thomas Sydenham, sam lekarz z prawdziwie najwybitniejszych, dla zasług swych zwany angielskim Hipokratesem, był wielce wobec mikroskopu sceptycznym i głosił, że badania medyczne należy ograniczyć do "zewnętrznej powłoki rzeczy". Kolejny z wielkich, Niderlandczyk Jan Swammerdam, pomimo tego, że pół żywota bez mała nad mikroskopem prześlęczał, przyszedł był na koniec do konkluzyi, że przyglądanie się dziełom Boga ze zbyt bliskiej odległości doprowadziłoby do osłabienia wiary i dla tej przyczyny dalszych swych badań poniechał...
   I ta jest prawdziwa przyczyna, dla której postęp medycyny się najmniej o lat dwieście opóźnił, nie zaś, jak jeszcze i pewnie dziś możecie poczytać w księgach i portalach przeróżnych, że dawniejszym mikroskopom daleko było do doskonałości... Cależ niedawnem czasem, bo w 1989 roku wzięły się optyki  z najznamienitszych laboratoriów za przetestowanie kilku zachowanych mikroskopów Leeuwenhoeka i zdumieni byli ich znakomitemi możliwościami, bynajmniej nie gorszemi od większości drobnowideł z ery przedelektronowej...



01 października, 2017

Cytat miesiąca...

tem razem z Jarosława Iwaszkiewicza:
"Wielu ma rywalów książka w naszych czasach - i przez to staje się niemodna. Radio, telewizja, kino - lwią część zabrały te wynalazki z uroku książki. Jednej rzeczy nie mogą jej zabrać: jej ciszy, jej milczenia... Milczenie to - to jest czara, którą możemy napełnić własną treścią, własną wyobraźnią."

22 września, 2017

Sprawa Teofila Kupki czyli o śląskości słów kilka...

Nim przecie do spraw dalszych, naszego, poniekąd i mimo wolej powstającego
cyklu o powstaniach śląskich przejdziemy, godzi się co godnego wypić za pamięć 
 5 Pułku Ułanów Zasławskich w przeddzień rocznicy ich niebywałej zgoła pod
 Zasławiem szarży, która słusznie do legend jazdy naszej już przeszła...:))

   Być to nie może, iżbyśmy się jeno naszemi wiktoryjami zachwycali dawnemi, luboż inszemi dokonaniami, w podziwieniu dla samych siebie trwając niekoniecznie zasadnym, a poniechali spraw, co się cieniem na obrazie naszym kładą, osobliwie, że co i rusz to chcemy, by to insi za swoje względem nas dawniejsze przewiny nas przepraszali i głów popiołem posypywali... Pewno, że są tacy, co to wierzą, że my Polacy, złote ptacy i że to wszyscy jeno zawsze nas gnębili i prześladowali, a my nigdy nikogo, a polski żołnierz nawet jeśli kogoś zamordował, zgwałcił czy ograbił, to po pierwsze niechcący, albo w stanie wyższej konieczności i z najwyższą niechęcią, a po wtóre temu komuś się to właściwie należało... Jeśli owi w dodatku z tych, co za nic sobie tejże wiary odebrać nie pozwolą, tandem niechaj ciągu dalszego poniechają, bo im tego kaducznie przykro czytać przyjdzie...
   Nim jednak do rzeczy właściwej przejdę, jednego, mniemam, powiedzieć będzie potrzeba koniecznie... Idzie o coś, co dawniejszej Rzeczypospolitej było i niejako sednem, a dzisiejsza bodaj z jednymi Ślązakami ma z tem problem niejaki. Owoż, podług mnie, w Rzeczpospolitej Obojga Narodów, co stała Polakami, Litwinami, Rusinami, Niemcami, Prusakami (rozumianymi jako mieszkańcy Prus tak Książęcych, jako i Królewskich), Żydowinami, Ormianami, Tatarami, że nacyje wyliczę najpryncypalniejsze, drobniejszych, osobliwie przyjezdnych Olędrów, Szkotów, Italczyków, Wołoszan et caetera, et caetera... niechając, byłoż wszytkim oczywiste, że to jednego króla poddani, ergo nawet jako nie rodacy i jednowiercy, przecie swoi... I tem to bogactwem różnorodności ta Rzeczpospolita stała, nawet jeśli się tam czasem jedni z drugimi poszturkali, a i może łeb spadł jaki, co i tak na tle tamtocześnej Europy oazą było tolerancji i spokoju, a psować się poczęło za jezuitów i państw ościennych sprawą... Nikt nikomu nie kazał się określać, że on nie Żyd, luboż nie Niemiec, jeno Polak, jeśli przeciw władzy króla nie wstawał i podatków płacił!  Z czasem za nacjonalizmów narodzinami, a u nas jeszczeć i za doświadczeniami smutnemi, gdzie owi "obcy" najczęściej, choć liczne przecie dowody zupełnie temu przeciwne, byli w pierwszych szeregach lojalności nowych za zaborców nastaniem, przyszło k'temu, że się na obcego baczyło nieufnie i z podejrzliwością, a najtrudniej z tem było na okrainach ziem naszych, osobliwie tych, które z dawną "polskością" jeno jaki krótszy lub dłuższy łączył przed wiekami epizod. 
    Jakoś tak się utarło rozumieć, że wszystkie te ziemie to nasze dawne polskie i piastowskie, a to, że w skład Korony nie wchodziły od dobrych siedmiu stuleci, to i tak podświadomie uważamy, że przechowanie przez tamecznych polskości było niejako ich powinnością, którą oczywiście cenimy i doceniamy, ale jeśli który tam jednak, nie daj Bóg, nie był z nami, to zaraz zdrajca i przeniewierca, folksdojcz i szubrawiec... I nie dociera, że takie myślenie jest z gruntu ahistoryczne, bo sądzić kogoś najwłaściwiej, to sądzić kryteriami moralnemi jego własnej epoki. I jeśli w tej epoce nie rozumowano kategoriami narodowości, tylko lojalności wobec tego, czy innego panującego, to trudno mówić o patriotyzmie takim, jakim dziś go chcemy pojmować. 
   Jest w niemczyźnie znakomite rozróżnienie, którego polszczyźnie, podług mnie, brakuje: Ojczyzna, rozumiana jako ta wielka, ta za którą się idzie walczyć, gdy trzeba; ta z hymnem i flagą, to Vaterland, ale jest i ta mała, Heimat, ta sercu najbliższa, która przemawia do każdego, bo w niej są wszyscy ci bliscy, jest i dom rodzinny, i rzeczka, w której się człek kąpał, czy ryb łowił, jest i to drzewo, pod którem się poznało smak pocałunków... słowem coś rzeczywistego, istniejącego i naznaczonego własnymi śladami emocyj... Mam wrażenie, że Ślązakom nie dozwolono, by ich Heimat przerodził się w Vaterland i że zarówno Niemcy, jak i my, postawiliśmy ich niejako pod ścianą konieczności uznania, że ten Heimat to cząstka albo Ojczyzny, albo Vaterlandu... Tertium non datur?
   Otóż datur, choć owe pierwociny czegoś, co można by dziś interpretować jako próbę wykreowania śląskiej tożsamości narodowej, okrutnie były mizerne... Być może i temuż, że nie stały za nimi rządy, ani żadne potęgi, groszem sypnąć gotowe, a być może i temuż, że to chyba jednak było trochę uświadamianie sobie swej tożsamości przez przekorę: nie czuję się Niemcem, ale i Polakiem też nie, zatem cóż mi zostaje?
  Teofil Kupka urodził się w Marklowicach pod Wodzisławiem w 1885 roku, czyli w 1920, gdy Korfanty organizował Polskiego Komisariatu Plebiscytowego z siedzibą w bytomskim hotelu "Lomnitz", miał lat 35. Z pewnością zatem to już mężczyzna dojrzały, o skrystalizowanych poglądach... Korfantemu zapewne przedstawiano go jako znanego działacza Towarzystwa Polsko-Katolickiego, człowieka wykształconego i względnie sprawnego zarządcę pracy wielu podległych mu ludzi, przynajmniej tak to sobie wyobrażam, wnosząc z charakteru wcześniejszej pracy Kupki, jako urzędnika w kopalni. Kupka objął kierownictwo Wydziału Organizacyjnego, jednego z wielu wydziałów Komisariatu, ale mniemam, że bodaj czy i nie najważniejszego: to Kupce podlegały setki agitatorów działających w terenie...
   W ciągu kilku miesięcy jednak stosunki pomiędzy Kupką i Korfantym się mocno pogorszyły i to tak dalece, że Kupka wręcz postawił Korfantemu warunki dalszej współpracy. Miały nimi być: zmiana sposobów działania w kampanii plebiscytowej, w tym przede wszystkim zaniechanie terroru wobec górnośląskich Niemców, w samym Komisariacie coś, co dziś byśmy może nazwali śląskim parytetem, czyli równość Ślązaków i ludzi napływowych, głównie Wielkopolan. Trzeba przyznać, że Korfanty, sam Wielkopolanin, faktycznie otoczył się głównie swoimi krajanami, co zresztą żeśmy mogli na przykładzie Mielżyńskiego prześledzić. Kupce szło zresztą nie o ilość, ale i o rangę zajmowanych stanowisk... No i zażądał gwarancji, że w przyszłym województwie śląskim, które Polska ustami działaczy plebiscytowych obiecywała Ślązakom, to oni sami obejmą najważniejsze urzędy, a nie, jak dziś byśmy powiedzieli: "spadochroniarze" z Warszawy czy Poznania... 
   Znamienna jest reakcja Korfantego, który nie podjął żadnych z Kupką rozmów, czy pertraktacji, a wręcz nakazał go usunąć z Komisariatu i odebrał wszelkie pełnomocnictwa do działania. Rezultat był łatwy do przewidzenia: za Kupką odeszło kilkudziesięciu mniej lub bardziej znanych działaczy śląskich, którzy wrześniem 1920 roku założyli Górnośląskiego Komitetu Plebiscytowego. Nawiasem też w Bytomiu, o parę ulic od hotelu "Lomnitz", co pewnie dodatkowo wzburzyło Korfantego.
  Kolejnem, co podrażnić mogło, to to, że się Kupka zbliżył do Związku Górnoślązaków(Bund der Oberschlesier), organizacji w podobnym duchu działającej i głoszącej potrzebę niepodległości Śląska już od roku 1919 co najmniej. Tęgo tę organizację wspierał, znany zapewne większości Lectorów z filmu Imci Bajona "Magnat", książę pszczyński Jan Henryk XV Hochberg von Pless, ale i ona sama była na scenie politycznej ewenementem prawdziwie na uwagę zasługującym. Już choćby dlatego, że była organizacją ponadpartyjną i skupiała poza niemieckimi komunistami i socjaldemokratami z niewielkiej, rozłamowej USPD oraz Polakami od Korfantego, WSZYSTKIE reprezentowane na Śląsku partie polityczne i ruchy, zarówno te, które uznawalibyśmy może i za polskie (katolicy Napieralskiego), jak i niemieckie... Kryterium porozumienia stanowiło przyjęcie stanowiska niewyobrażalnego dla nacjonalistów tak jednej, jak i drugiej strony: że istnieje naród górnośląski, posługujący się obydwoma językami i czerpiący z obydwu kultur, który nie chce być na siłę dzielony na Polaków i Niemców, oraz przekonanie, że największą dla Śląska tragedią będzie jego podział. Fakt, że ten związek, jako i poglądy ludzi w nim skupionych ewoluowały, czego najlepszym dowodem, że z trzech głównych przywódców do końca pozostanie na stanowisku swojem adwokat Ewald Latacz, a bracia Reginkowie (ksiądz Tomasz i doktor Jan) odejdą w końcu do Korfantego. Ale też faktem jest, że tą ideę popierały dziesiątki tysięcy ludzi, a z władzami Związku zupełnie poważnie pertraktowali zarówno alianci, jak i np. władze czechosłowackie, które uznały ten koncept za akceptowalny i zgłosiły (w razie jego realizacji) gotowość zrezygnowania z własnych roszczeń do południowych powiatów Śląska. Niemcy niemal do końca traktowali Związek dość neutralnie, za to Polacy przyjęli to jako sprytną dywersję niemiecką i od początku reagowali wrogo, rozbijając wiece Górnoślązaków i organizując pobicia ich działaczy.
   Teofil Kupka miał ambicję stać się ze swoim Górnośląskim Komitetem Plebiscytowym plebiscytowym reprezentantem Związku Górnoślązaków i pierwotkiem nawet przyjmował za swoje ich żądanie niepodległości dla Śląska, którą nazywał "wolnopaństwową autonomią". Zapewne myślał o tworze podobnym do Wolnego Miasta Gdańska, które się właśnie w tamtej jesieni 1920 roku wreszcie wykrystalizowało w twór, znany nam z lat Międzywojnia. Dość szybko jednak uznał to oczekiwanie za nierealne i nawiązał kontakty z niemieckim komisarzem plebiscytowym Kurtem Urbankiem. Jestem głęboko przekonany, że nie umknęło to uwagi polskim wywiadowcom, którzy z pewnością tak jednego, jak i drugiego śledzili. Zapewne powiązano to z początkiem wydawania własnego organu prasowego, dwujęzycznej „Woli Ludu – Der Wille des Volkes” i w otoczeniu Korfantego uznano, że to za niemieckie pieniądze, ergo że Kupka już "zdradził" definitywnie.
   W ogóle trzeba powiedzieć sobie, że ton ówczesnej prasy polskiej na Śląsku był niezwykle emocjonalny, by nie powiedzieć histerycznie egzaltowany (do czego jeszcze powrócę) i jeśli odzwierciedlał rzeczywiste nastroje i poglądy osób z polskiego kierownictwa, to przyznam, że nie jest mi lekko pisać te słowa, ale zdaje się, że tam wielokrotnie brały górę emocje nad rozsądkiem...
   Kupka został uznany za zdrajcę, tym niebezpieczniejszego, że znającego sekrety Polskiego Komisariatu Plebiscytowego i postanowiono go uciszyć. Tajemnicą nie dającą się rozstrzygnąć, pozostaje to, czy był w to zaangażowany Korfanty i co też przywódca obozu polskiego postanowił. Franciszek Lubos, szef personelu PKPleb relacjonował po latach, że od Korfantego osobiście dostał polecenie przekazania fotografii Kupki "pewnym mężczyznom". Tylko czy Korfanty naprawdę chciał Kupkę ubić, czy tylko urządzić mu, powszechnie praktykowane w tamtym czasie przez obie strony, kijobicie, tego się już pewnie nigdy nie dowiemy...
   W każdym razie 20 listopada 1920 do mieszkania Kupki, pod pozorem starania się o pracę w kopalni, w której Kupka pracował, wtargnęło dwóch polskich bojówkarzy, Henryk Myrcik i niejaki Jendrzej, którzy następnie, na oczach jego pięciorga dzieci i ciężarnej żony, go zastrzelili, ośmiokrotnie strzelając w głowę i w pierś.
   Powiedzieć, że się Śląsk wzburzył, to mało powiedzieć... Niemiecki komisarz plebiscytowy Kurt Urbanek domagał się od aliantów wydalenia Korfantego z obszaru plebiscytowego. Prasa szalała, zarówno w oskarżeniach wobec Korfantego, jak i w jego obronie, posuwając się nawet do sugestii, że Kupkę zabili... Niemcy, by oskarżyć o to Polaków. Ujętego jednego z morderców, Henryka Myrcika, postawiono przed sądem, ale do procesu nie doszło, bo w dziwnych okolicznościach sąd z Opola (siedziba rejencji, zatem zwierzchność jeszcze niemiecka) skonfiskował akta, a samego Myrcika z więzienia uwolnili żołnierze... francuscy... po czym ów przepadł, jak kamień w wodę. 
   Korfanty przez całe życie się od tej zbrodni odcinał, a w apogeum waśni z sanacyjnym wojewodą Śląska, Michałem Grażyńskim (w listopadzie 1920 zastępcą szefa sztabu Centrali Wychowania Fizycznego, następczyni POW Górnego Śląska) napisał w wydawanej przez siebie Polonii znamienne zdanie:  "Bojówki organizacji [wojskowej, za którą odpowiadał m.in.Grażyński-przyp.Wachm.] nie utrzymane w należytej dyscyplinie i działające na własną rękę wyrządzały nie tylko polityczną szkodę, ale hańbiły imię Polski. Przypomnę sprawę Kupki."


17 września, 2017

O tropieniu gaf...

... czem się z upodobaniem niejakiem zajmował ongi Stefan Garczyński, upubliczniwszy nawet dziełko sub titulo: "Gafy. Komizm mimowolny", gdzie za exemplum gafy z ignorancji popełnionej, wystawił następującą:
  "Savoir-vivre to znajomość towarzyskich form i obyczajów, a "savoir" znaczy wiedzieć. By nie uchybić dobrym manierom, trzeba wiedzieć nie tylko, co przyjęte jest, a co nie, ale także znać... okoliczności. Przez ich ignorancję skompromitował się kiedyś nie byle kto, bo sam szef protokołu dyplomatycznego, generał Wieniawa-Długoszowski [...] podejmując rumuńskich przemysłowców wzniósł toast za zdrowie króla, który od dwóch lat był w grobie. Tak, ignorancja jest najbardziej niebezpieczna, gdy nie podejrzewamy się o nią."
   Ano i cóż mi rzec...? Że kaducznie się tu z autorem zgodzę: ignorancja jest naprawdę niebezpieczna, osobliwie, gdy jej u siebie nie dostrzegamy i płodzimy z namaszczeniem bzdurstwa, inszych pouczając... Wieniawa nigdy nie był szefem protokołu dyplomatycznego, jedynym rumuńskim królem, który w latach Międzywojnia pomarł, był Ferdynand I Hohenzollern-Sigmaringen, a stało się to w lipcu 1927 roku, gdy Wieniawa był jeszcze pułkownikiem. Generałem został w 1932 roku. Tyle fakty... A od siebie dodam, że nie wyobrażam sobie, by Wieniawa, będąc mocno w sprawy rumuńskie zaangażowanym*, o śmierci króla Ferdynanda nie wiedział jako może i jeden z pierwszych w Polsce...
______________________________
* - był attaché wojskowym w Bukareszcie w latach 1922-23 i sporo pracował nad sprawą zawarcia sojuszu polsko-rumuńskiego, wspierając tu starania generała Tadeusza Rozwadowskiego, który był osobiście z królem rumuńskim zaprzyjaźniony. Wizytę królewskiego brata, księcia Michała w 1933, zaś nieomalże osobiście pilotował, poczynając od powitania na lotnisku, gdzie nawet na zdjęciach widać, że stoi bliżej księcia, niźli minister Beck.