13 sierpnia, 2017

Sekretarz Polski czyli Ex Libris Wachmistrii kolejne...

... choć rzecz równie dobrze bym mógł w cyklu o okruchach niedawnej codzienności pomieścić... Idzie o dziełko nieduże i nieprzesadnie cenne* w sensie monety brzęczącej, choć nieocenione dla każdego, kto dawnych obyczajów śledzi. Zwie się toto zgoła barokowo, choć w 1947 roku wydane : "Sekretarz polski : praktyczne wzory podań do władz sądowych, skarbowych, wojskowych i administracyjnych, korespondencja handlowa, testamenty, umowy, korespondencja prywatna "/ pióra spółki autorskiej ichmościów Władysława Janusa i Karola Lipeckiego. Wydało tegoż dziełka Wydawnictwo Książek Popularnych, o której to oficynie nic więcej rzec nie mogę, zatem to jaka efemeryda pewnie. 
   Na stu kilkudziesięciu stronach jest w rzeczy samej wszystko, co tytuł zapowiadał i co z pewnością było przez lat wiele pomocnem ludziom prostym i bez wykształcenia w kleceniu własnych pism, podań, skarg i odwołań, natomiast swoistym curiosum jest dla mnie część poświęcona korespondencji prywatnej, gdzie autorzy, będąc najwyraźniej nader niskiego mniemania o zdolnościach swoich czytelników, podsuwają im teksty gotowe w sprawach już niemal intymnych...
   Poniżej próbka : "Zaproszenie do teatru niedawno poznanej panny" oraz dwa alternatywne możebne tejże panny responsy:
 "                                                                                        Kraków, dnia.................
     WIELCE SZANOWNA PANI !
  Jestem przekonany, że list ten bardzo Panią zdziwi. Ale ponieważ mam nadzieję, że przeczyta go Pani do końca i po namyśle wyświadczy mi tę łaskę, że spełni moją śmiałą prośbę, przeto odważam się skreślić tych kilku słów.
   Znamy się wprawdzie krótko, bo zaledwie kilka razy miałem możność i zaszczyt przebywać w Pani towarzystwie. Jednak tych kilka miłych uśmiechów, jakimi mnie Pani obdarzyła i tych kilka najmilszych słów, jakie Pani do mnie wypowiedziała, nasunęło mi właśnie śmiałą myśl, by zaproponować Pani spędzenie paru chwil w moim towarzystwie.
    Okazja ku temu - pozwolę sobie zaznaczyć - bardzo niewinna i jednocześnie wspaniała, właśnie się nadarzyła. Oto nasz teatr wystawia nową sztukę, doskonałą komedię. Czy nie zgodziła by się więc Pani wybrać ze mną na premierę, która odbędzie się w najbliższą sobotę? Przypuszczam, że gdybym ja okazał się nudny i nieciekawy, to i tak przyjemnie spędzi Pani ten wieczór, bowiem sztuka naprawdę bardzo wesoła.
   Bardzo proszę zastanowić się nad moją śmiałą propozycją i jeszcze goręcej proszę, wyrazić swą zgodę. Wyświadczy mi Pani w ten sposób naprawdę wielką łaskę.
   Jeszcze raz przepraszając za śmiałość, oczekuję przychylnej odpowiedzi i kreślę się                         z poważaniem
                                                    Adam Adamski                                          "

   "                                                                                        Kraków, dnia.................
       SZANOWNY PANIE !

   Nie pomylił się Pan, Panie Adamie, list Pański bardzo mnie zdziwił, gdyż propozycja w nim wyrażona była dla mnie wielką niespodzianką. Dla uspokojenia spieszę jednak dodać, że ta wielka niespodzianka była dla mnie jednocześnie bardzo przyjemna. Oceniam należycie Pańskie zaproszenie i wdzięczna jestem, że myśląc o rozrywce, nie zapomniał Pan o mnie.
   Na premierę zamierzałam pójść sama, względnie z koleżanką, bo słyszałam, że to naprawdę doskonała komedia. List Pana wybawił mnie z kłopotu szukania towarzyszki na ten wieczór. Jeszcze raz dziękując za zaproszenie, zasyłam pozdrowienia i pozostaję
                       z poważaniem
                                                     Anna Janicka                                                       "


 "                                                                                        Kraków, dnia.................
       SZANOWNY PANIE !

     List Pana wprawił mnie w zakłopotanie, gdyż nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek obdarzała Pana takimi uśmiechami i słówkami - jak to Pan pisze - że te upoważniły Pana do wystąpienia z tak nieoczekiwaną propozycją. Całą sprawę traktuję więc jako małe, a przeze mnie nie zawinione nieporozumienie.
    Do soboty jeszcze daleko, mam więc nadzieję, że mimo mojej odmownej odpowiedzi, zdoła Pan poszukać sobie milszej ode mnie towarzyszki na ten wieczór. Życzę w każdym bądź razie przyjemnej zabawy.
                      z poważaniem
                                                     Anna Janicka                                                        "


_____________________
* - komu ciekawo, może wpisać owo titulum i autorów w wyszukiwarkę i między inszemi znaleziskami znajdzie i z jakiej aukcyi domu aukcyjnego zapis, gdzie tejże pozycji ceni się współcześnie na 4 złote i groszy 44

07 sierpnia, 2017

O zawiłościach żywota wielkopolskiego hrabiego-mordercy, co śląskimi powstańcami komenderował... II

  W nocie poprzedniej, pomimo zamiaru szczerego by o właściwym ich bohaterze, Macieju hrabim Mielżyńskim pisać, więcej żeśmy przecie poświęcili uwagi bratu onegoż, Ignacemu, zatem pora nam do naszych baranów powrócić (revenons à nos moutons) ...
 Jako się czasem wejrzy na charaktery ludzkie poprzez pryzmat onych roli w familijej, osobliwie między rodzeństwem, to można czasem w ludziach już wielce dojrzałych dojrzeć, któż jest starszym bratem, a jeszczeć czy siostry młodszej, czy brata, czy i przeciwnie, która niewiasta była za młodu przez starszych braci rozpieszczaną i chronioną, a która właśnie młodszych w karbach utrzymywać musiała. Ów mechanizm, często wprawdzie dostrzegalny, rządzi się podobnemi prawami, co jednak stereotypy wszelkie i prosiłbym Lectorów, by nic z tego do siebie nie brali i swoich dziecięcych familijnych cyrkumstancyj, bo tu każdy przecie inszego przechodził  żywota kolein, a starczy choćby różnica wieku między rodzeństwem dość duża, choroba ciężka czy śmierć którego z rodzicieli przedwczesna, że o zamierzonym (lub nie) forytowaniu dziecięcia którego, by wszelkich tu zniweczyć prawideł rzekomych... 
   Studiując żywoty i postępki braci Mielżyńskich nie umiałem ja się pewnemu wrażeniu oprzeć, że w onych przypadku właśnie doszło jakoby do pewnej zamiany ról w tych starszeństwa relacjach i wynikłych z tegoż charakteru cechach... Owszem, młodszy Ignacy miał na sumieniu występek szkaradny, przecie żywotem swojem późniejszem poświadczał niemałej dojrzałości i odpowiedzialności, za to starszy Maciej był w nastrojach wielce chimerycznym, w postępkach nieodpowiedzialnym, zaś dzieje onegoż wielkiej niby miłości nieuchronnie mi na myśl przywodzą postępki rozkapryszonego przedszkolaka, nawykłego wymuszać łakocie i posłuch rzucaniem się na dywan i kopaniem wkoło nogami, tudzież lamentem pod niebiosa idącym... Tyle, że takim gówniarzom  przedszkolakom nikt do broni przystępu nie daje, a w każdem bądź razie nie powinien... :((
   Jako Ignacego wydziedziczono i familia na powrót swą przyszłość poczęła z Maciejem wiązać, ów uznając się za nie dość w rolniczych sprawach edukowanego, postąpił podług przyjętego wówczas we Wielgiej Polszcze, a zaszczepionego jeszcze za Dezyderego Chłapowskiego, obyczaju, iżby synowie właścicieli ziemskich podejmowali się praktyki w majątkach przodujących, iżby się z nowymi trendami, technikami i maszynami zapoznać mogli. Mielżyński poszedł się uczyć od Potockich, a ściślej do Bolesława Eligiusza Potockiego, gospodarującego w Będlewie. Tam onemu wpadła w oko i do serca córka gospodarska, ponoś wielce urodziwa, ale i cokolwiek trzpiotliwa, Felicja. Dla Potockich mariaż takowy był poza dyskursem, nie tylko za osławą na Mielżyńskich ciążącą za sprawą niedawnego skandalu z Ignacym w głównej roli. To byłby także mezalians w sensie majętności, ale i szło o absolutnie niezgodne charaktery; ponurzasty Maciej i pełna życia oraz wesołości Felicja raczej do siebie nie przystawali...
   Mielżyński jednak jakby sobie z tego wszystkiego nie zdając sprawy wybrał się do Potockiego z oficjalną prośbą o rękę córki, a gdy mu Potocki odmówił, ten poszedł tropem Wertera i usiłował się zabić. Ponoć ledwo go odratowano, aliści przyznam się, że zawsze gdy czytam o strzelających sobie w pierś z dubeltówki, to mam wątpliwości, co do prawdziwych intencyj strzelającego... Trudno, żeby oficer pruski i doświadczony myśliwy nie wiedział, że przy długiej broni jest to bardzo nieporęczny sposób, a konieczność dokonania sporej ekwilibrystyki przy naciskaniu spustu może w ostatniej chwili skrzywić tor lotu pocisku i efekt jest daleki od zamierzonego...* I jakoś nie wierzę, żeby to była jedyna dostępna broń w majątku wielkiego pana... I trochę mi też do tego pasuje zachowanie się panny, która pod groźbą kolejnej próby samobójczej godzi się poślubić desperata, wbrew nawet własnemu ojcu! Potocki wprawdzie się zarzekał, że zięć niczego po nim nie odziedziczy, ani nie dostanie, ale jednak przekazał majątek w Dakowach Mokrych w ręce Mielżyńskich, choć podobno idzie o Mielżyńskich z Iwna, czyli byłby to znów stryj Ignacego i Macieja, Józef**.    Jednak na stronie Dakowskiego dworu wyraźnie piszą, że obecny wygląd (z dobudowanym piętrem) dwór zawdzięcza Maciejowi, który go przebudował w latach 1912-1913, zatem musiał mieć tam prawo tem rozporządzać... Tak czy siak małżeństwo się trójki dzieci dochowało i to było bodaj jedyne, co ich łączyło, bo Mielżyński się wdał w politykę i trzykrotnie został posłem do Reichstagu, na zewnątrz wielkiego patrioty mając opinię***, w domu zaś małego tyrana, żony własnej każącego totumfackim pilnować. Ponoć rozprawiali i o rozwodzie i właśnie wzgląd na dzieci tym był, co ich przed tem krokiem wstrzymało... W fatalnym roku 1913 najstarsza Aniela miała lat szesnaście, młodsza Józefa trzynaście, a najmłodszy syn, Karol dopiero siedem. 
   W stadle tem jeszcze się jedna cecha Macieja z czasem ujawniła: chorobliwa zazdrość... I nie wdając się w to, czy zasadna, czy nie, ona właśnie do tragedii doprowadziła, gdy wkoło Felicji począł kręcić się syn jej przybranej siostry, Alfred hrabia Miączyński, młodzieniec, jak się zdaje, zainteresowany nie tyle wdziękami cioci, co onej pieniędzmi - tak w każdym razie zeznawała później dama do towarzystwa hrabiny. 19 grudnia hrabina wyjechała do Poznania na przedświąteczne zakupy, tyle że w onych trakcie miał się przyplątać młody Alfred, z którym razem spożyła obiad w znanej ówcześnie winiarni Hungaria. Podług jednej wersji ów obiad miał podłoże romansowe, podług innej siostrzeniec znów ciotkę molestował o pieniądze, a w każdym bądź razie wypił na tyle dużo, że szkaradnie pijanego owa zabrała do Dakowów, gdzie dotarli już głęboką nocą... I tu znów wersji jest kilka, że już tam na nich mąż czekał, insza, że dopiero po nich zjechał, najpewniej przez kogoś uwiadomiony...
   To, co jest pewnem, to to, że koło czwartej nad ranem godziny, Maciej Mielżyński światła pogasił w całym dworze, a potem stanął w drzwiach sypialni żony z latarką i nabitą dubeltówką... Cokolwiek ujrzał, uznał za zdradę, choć znów Felicji powiernica utrzymywała, że Alfred się znów tylko w finansowej materyi ciotce naprzykrzał.  Dwakroć z onej dwururki wypaliwszy, dwukrotnie się celnością popisał, żony prosto w serce trafiając, zaś onej epuzera w szyję, tętnic tamecznych rozszarpując, co nieboraka w parę pacierzy wykrwawiło... 
   Sądził Mielżyńskiego sąd wojskowy, który ...i tu się scandalum odsłona wtóra otwiera... Mielżyńskiego uniewinnił, uznając że ów działał w obronie honoru ! Szło tam jeszcze o to, że nibyż w afekcie, co mnie się nie zanadto zgadza z owym świateł gaszeniem i z latarką naszykowaną. Nie wiem, czy dwór był już zelektryfikowanym i hrabia korki wykręcał, czy też po całym domu chodził i lamp naftowych niezgaszonych gaszał, dość że mi to więcej pachnie premedytacyją, by nikt inszy w ciemnościach za świadka służyć nie mógł i by on był jedynym światłem rozporządzającym... 
   Po wyroku sądownem się opinia publiczna dość dokładnie podzieliła, przy czem podział szedł podług narodowości: niemiecka czyn hrabiego chwaliła, widząc w niem czyn świadczący "o tak szczytnym pojmowaniu małżeństwa, że należy sobie tylko życzyć, aby stało się ono ogólnym w naszym narodzie", zaś polska w hrabim widziała po prostu mordercę, który się wykpił od kary.  Ano i przed Mielżyńskim się zamknęła znakomita większość polskich drzwi, bojkotowano go powszechnie,  a nawet i demonstracyjnie wychodzono z lokali, w których się zjawiał... Dość, że Mielżyński dość szybko się z wszelkiego życia publicznego usunął, bratu przedał rodowych Chobienic i żył na uboczu. I najpewniej by tak trwało po żywota onego kres, gdyby nie to, że w odległym Sarajewie jeden wątły studencina paroma strzałami rozpętał burzy na skalę światową... Ale o tem, co hrabia w czasie wojny, a ściślej wojen i insurekcyj przyszłych czynił, to już opowiemy w nocie tego mimowolnego cyklu następnej...:)

_________________________________
* - wśród zwykłych żołnierzy, osobliwie w armii pruskiej, gdzie ich dręczono częstokroć i ponad miarę, spotykało się samobójstwa, gdzie nieszczęśnik zdejmował but i onucę, lufę karabinu wkładał w usta i naciskając dużym palcem u nogi spust, rozwalał sobie czaszkę i mózg... Tyle, że jakoś mi taki "nieelegancki" sposób plebejskiego samobójstwa nie pasuje do hrabiego i oficyjera...
** - jest i wersja, że to samej Felicji ociec onegoż majątku przekazał, jeno że naówczas dość dziwnem byłoby jego późniejsze "dziedziczenie" przez dalszych męża krewnych...
*** - zaprzyjaźniony m.in. z Korfantym, wspierał liczne polskie przedsięwzięcia i wydawnictwa, a oficynę Karola Miarki z Mikołowa, gdy jej groziło bankructwo, uratował, dokonując onej fikcyjnego zakupu i długi spłacając.

04 sierpnia, 2017

O zawiłościach żywota wielkopolskiego hrabiego-mordercy, co śląskimi powstańcami komenderował... I

  Napomniany przez Torlina, który się w zamierzchłościach not powtarzanych w związku ze świętem pułkowym 25 Pułku Ułanów Wielkopolskich, pułku Dziadka mego, doszukał niespełnionej obietnicy, że noty napiszę o pierwszym tegoż pułku(a ściślej onegoż protoplasty : 115 ochotniczego Pułku Ułanów Wielkopolskich) dowódcy, majorze Macieju Mielżyńskim, siadam zatem by błędu zapomnienia i zaniechania naprawić...
   Urodził się ów w Roku Pańskim 1869 w wielkopolskich Chobienicach, majętności swego ojca, Józefa, wywodząc się z familii o przepięknych tradycjach*  i o niemałej, nawet jak na Wielkopolskę, zamożności. Maciej po ukończeniu szkół średnich na studia prawnicze wypuścił się wcale daleko, bo aż do Monachium. Być może, że przyczyną była funkcjonująca tam szkoła malarska Józefa Brandta, gdzie Mielżyński studiował równolegle, a choć bez większych jednak sukcesów, to jednak owym studiom musiał się oddawać z na tyle dużym zapałem, że ojciec stracił nadziei na dziedzica w jego osobie i postanowił posiadłości rolne przekazać młodszemu z synów, Ignacemu. Ten jednak okazał się być nieodpowiedzialnym hazardzistą i powierzone mu w celu pomnożenia 250 tysięcy marek przyszłego posagu siostry Zofii przepuścił w ciągu kilku nocy w kasynie, o którym piszę w przypisie. 
   Skandal, szok i cios dla ojca, jakiem to się stało, zaowocowało wydziedziczeniem i wygnaniem Ignacego z domu, aliści przyszłe koleje onego żywota dowodzą, że mimo owego paskudnego postępku in futuram sprawował się niezgorzej. Być i może takoż temu, że w czasie dlań tragicznym miał kto mu ręki pomocnej podać, a tym kimś był stryj rodzony, Józef hrabia Mielżyński, co w bratanku, czy ściślej i po staropolsku właściwiej: w synowcu dostrzegł był to, czego widać ojciec nie umiał. Przyjąwszy go do administrowania majątkiem w Iwnie, nie zawiódł się, gdzie może to tyleż talentów Ignacego zasługa, może i wrodzona ku koniom miłość niemała, co zaowocowała założeniem w tam majątku, do dziś istniejącej, znanej i szanowanej (czego nie o wszystkich dziś naszych stadninach da się rzec...), stadniny koni specjalizującej się w koniach krwi angielskiej. Dość rzec będzie, że w Międzywojniu stadnina dla samego wojska dostarczała corocznie po jakie pół setki koni młodych, czyli remontowych, a to przecie nie był onej cel najpryncypalniejszy! 
   Stryj w czas jaki później przekonał się najwyraźniej, że i charakteru Ignacy był niepodłego, mimo plamy na honorze szkaradnej, dość, że dołożył i rękę córki, Seweryny**, która Ignacemu toż Iwno w wianie wniosła, a gdy ów po latach od brata odkupił jeszczeć i Chobienic, przy umiejętnym gospodarowaniu tak jednem, jak i wtórem majątkiem, na powrót między najznamienitszemi obywatelami Wielgiej Polski znów począł być liczonem, tęgo się zresztą udzielając i społecznie, a i w akcji wykupywania ziemi z rąk niemieckich. 
   W wielkiej wojnie, jak ją wówczas nazywano, wojował w pruskiej kawalerii a do insurgentów wielkopolskich przystał już 30 grudnia 1918 roku, pierwotkiem jako wolontarz i żołnierz zwyczajny, przecie wrychle go wyłuskano i przetłomaczono, że modestia modestią, ale oficyjerów brakuje powstańcom kaducznie, a ów przecie oficjalnie był nominowanym na niemieckiego porucznika. Dowodził przeróżnymi jednostkami, w tem i całym odcinkiem frontu północnego pod Łabiszynem, a posłynął jako ten, co własną osobą, z karabinem maszynowym w ręku, poprowadził wcale skuteczny atak na Rynarzewo. W lipcu 1919, że w Wielgiej Polszcze po rozejmie w Trewirze i rozpoczęciu prac przez Międzynarodową Komisję graniczną, było względnie spokojnie, zaś na nieodległym Śląsku się wzięli Ślązacy do broni, to Ignacy w spokoju usiedzieć nie umiejąc, poszedł z trzystoma ochotnikami przez Sosnowiec na Śląsk, by powstańców tamecznych wesprzeć. Powróciwszy w Poznańskie, zakrzątnął się wkoło utworzenia i wyekwipowania własnym sumptem pułku jazdy, co się na frontach Wielgiej Polski już nie przydał, ale że akuratnie szło w Polszcze na walną rozprawę z idącą na Warszawę czerwoną zarazą, poszedł był i Mielżyński w ten bój na czele niejako "swego" 215 Pułku Ochotniczego Jazdy Wielkopolskiej, a o którem to pułku pisałem tu już za sprawą onegoż święta pułkowego, co akuratnie na dniach nieledwie wypada, bo ośmnastego bieżącego miesiąca, w rocznicę bitwy pod Brodnicą, jeno żem tegoż pułku Wam opisywał jako 26 Pułku Ułanów Wielkopolskich imienia hetmana Jana Karola Chodkiewicza, bo pod takim numerem i nazwą ów po wojnie pozostanie w składzie Wojska Polskiego, co było honorem niemałem dla pułku przecie ochotniczego... Po wojnie Ignacy, z wojska wystąpiwszy, już jeno się gospodarowaniu, stadninie i polowaniom poświęcił, niemałej się doczekawszy popularności w Wielkopolsce, ale i szacunku, którym mniemam zmyte zostały dawniejsze jego młodzieńcze występki. A czemu ja tak wiele piszę o Ignacym, gdym o bracie jego, zbrodniarzu, tejże noty zamierzył ? Ano bo w owym komentarzu, gdzie się Torlin owej noty nienapisanej o Mielżyńskim domagał, napisał dokładnie tak:"(...)noty o Macieju Mielżyńskim, jednej z najwspanialszej postaci polskiego Międzywojnia. A godny jest upamiętnienia." na com responsował, cokolwiek zniesmaczony tem określeniem, że nie sądzę iżby Maciej był takiego miana godzien... Rzecz całą jednak poniewczasie przemyślawszy, mniemam, że Torlin zwyczajnie braci pomylił i o Ignacego mu szło... Co zaś się Macieja tyczy, to przyjdzie Wam się w pacjencji uzbroić krztynę, bo o niem opowiemy szerzej w części wtórej...:))
__________________________
* - dziadek naszego bohatera, również Maciej, wojował w powstaniu listopadowym w pułku jazdy przez inszego wielkiego Wielkopolanina, Dezyderego Chłapowskiego sformowanem i dowodzonem. Przesiedział za to później dziewięć miesięcy w pruskiej twierdzy, a po uwolnieniu, wzorem swego dawnego dowódcy jął się wojowania z zaborcą na ekonomicznem polu, znakomicie gospodarując, udzielając się społecznie i patronując licznym inicjatywom wielkopolskim. Był m.in. jednym z założycieli i udziałowców Spółki Akcyjnej Bazar, która najsławniejszego hotelu w stolicy Wielkopolski pobudowała ( to ten w którym mieszkał i z którego balkonu przemawiał w grudniu 1918 roku Paderewski), ale w temże budynku siedziby swej miały przeróżne inne instytucje, jak Bank Włościański, Centralne Towarzystwo Gospodarskie, Poznańskie Towarzystwo Przyjaciół Nauk (którym przez lata kierował brat Macieja, Seweryn), tamże miał swej siedziby w 1848 Komitet Narodowy, czyli przywódcy powstania, tamże miał swego "sklepu żelaznego" Hipolit Cegielski i tam też się mieściło Kasyno (później na Koło przemianowane:) Towarzyskie. Sam Maciej Mielżyński być winien jeszcze i w historii mody wymieniany, bo to jego pomysłu czapkę z daszkiem, której ów sobie obstalował i całe życie naszał, naśladowano najpierw we Wielgiej Polszcze, zasię i w całem kraju powszechnie, zwąc ją na pamiątkę Mielżyńskiego: "maciejówką".
** - małżeństwo pozostało bezdzietne i koniec końców dziedziczył owe majętności syn adoptowany Józef Mielżyński-Wichliński, choć genów Ignacego pewnie by się i dziś szło jeszcze w okolicy doszukać, bo ponoć namiętnością jego kolejną za końmi i polowaniami, na które zjeżdżała śmietanka europejskich arystokracji (w 1937 gościła w Iwnie holenderska królewna Julianna z księciem Bernardem świeżo poślubiona), były wiejskie dziewczęta, które bałamucił z upodobaniem, zasię je wydawał za mąż, zazwyczaj dokładając do posagu krowę, których pogłowie w okolicy wzrosło wydatnie:)

 

03 sierpnia, 2017

Za pamięć 3 Pułku Szwoleżerów Mazowieckich imienia Pułkownika Jana Kozietulskiego...

...którego to pułku dziś święto akurat wypada, żem ongi już pisał tutaj. Dziś Was znów do toastu zapraszam, osobliwie, że potem, aż do 18 sierpnia o suchem pysku siedzieć przyjdzie, a kielichy jeszcze tylko wszystkiego w tym roku sześć razy wznosić będziecie, chyba że nie za świąt pułkowych sprawą... :)

29 lipca, 2017

O zabawach kasynowych dawniejszych...

...niektórych ma się rozumieć :), opowiemy cytując z memuarów komandora Borysa Karnickiego, wojennego dowódcy naszego podwodnego okrętu ORP "Sokół"*:
   "Życie na Wybrzeżu i w Gdyni było latem bardzo ożywione. Letnicy z całej Polski roili się i każdy mundur marynarski był dla nich wielką atrakcją. Ale jesienią zimą i wiosną budująca się Gdynia nie była tak atrakcyjna, (...) najczęściej szło się do kasyna oficerskiego na Oksywiu. Grało się w bilard albo w brydża, a potem pan Józef robił kolację, przeważnie kaszankę z kiszoną kapustą. Jeśli do kolacji zasiadało nas mniej niż czterech, zapraszało się portret jednego z naszych przodków morskich z kolekcji wiszącej na sali balowej. A więc kapra Dickmana** albo dowódcę armady Krzysztofa Arciszewskiego. Popiersie zaproszonego gościa stawiało się na krześle i wtedy wyglądał on jak żywy. Myśmy do kolacji pili wódkę, a zaproszony dostawał kieliszek kolorowego likieru. Przyjemnie było patrzeć jak Krzysztofowi Arciszewskiemu likier skapywał z brody na dublet..."

________________________________

* -  W chwili wybuchu wojny zastępcy dowódcy ORP"Wilk", niemniej później wsławionego komandora Bolesława Romanowskiego, którego najsłynniejsze dokonania jednak przypadły na okres dowodzenia przez Romanowskiego ORP"Dzik". Po stracie ORP "Orzeł" Royal Navy postanowiła przekazać nam nowy okręt podwodny, właśnie ORP"Sokół" i powierzono go Karnickiemu. Obydwaj, i okręt i jego kapitan przeszli do legendy, a za atak na włoską bazę w Navarino Karnicki otrzymał Virtuti Militari (dekorujący go Sikorski uczynił to własnym krzyżem, z własnej piersi odpiętym).
** - (właśc.Dickmanna), uznawanego za dowódcę naszej floty w bitwie pod Oliwą w 1627 roku. 


26 lipca, 2017

U Wachmistrza kropek kilka...

Po największej części tym dedykowanych, którym ich brak w tegorocznych notach doskwiera...:))
.    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .   .     .    .    .    .        .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .   

24 lipca, 2017

Tradycyjny pięciopak ostatniej lipca dekady...:)

Ano pięciopak, bo piąci nam przyjdzie świąt pułkowych w kupie nieomal obchodzić. Primo: dzisiejszego 1 Pułku Ułanów Krechowieckich im. Pułkownika Bolesława Mościckiego (pierwszego "Krechowiaków" dowódcy, postaci zgoła legendarnej)... O pułku dziejach i tradycjach żem pisał już co więcej, tandem chętnych poczytać tam i też sobie odesłać pozwolę:)
   Secundo: jutrzejszego święta "tatarskiej jazdy", czyli 13 Pułku Ułanów Wileńskich , zasię pojutrze nam 16 Pułku Ułanów Wielkopolskich święto opijać wypadnie...:) Okrom linków podanych jest i o nich też przygarść w tejże pierwszej, "Krechowiakom" poświęconej nocie...
  Ano i quarto,  o 27 Pułku Ułanów imienia Króla Stefana Batoregoświętującego 27 Iunii, pamiętać wypadnie, a i wspomnieć godnie, chociażby dla tej przyczyny, że podług niektórych to temu pułkowi mielibyśmy wiktoryją w bitwie warszawskiej 1920 roku zawdzięczać...
   Quinto zaś czyni święto 7 Pułku Strzelców Konnych Wielkopolskich 29-go obchodzone. Dla mnie pułk tylęż szczególny, żem przez lat osiem czeguś notorycznie o niem przepominał, ni jednej im nie poświęciwszy notki, aż nareście przyszło na siwy łeb opamiętanie, a i teraz jeszcze to dla mnie niejaka sromota... Tandem do notki o owych poznańskich szaserach, równie dzielnych w boju, jako i (czego fotografie zachowane dowodzą:) i przy kopców sypaniu, czy w przewagach sportowych, upraszam...

23 lipca, 2017

O etymologii partacza...

  We średnich wiekach, gdy miastami prawdziwie cechy rzemieślnicze władały, ordonansami swemi i ukazami niemal całe życie cechowe regulując, cale ważkiem było równowagi zachowanie między podażą rękodzieł, a popytem na nie… Cechy dzierżyły k’temu kilka nawet kluczy: pozwoleństwami na wyzwolenie czeladnicze lubo na posiedlenie się z daleka przybyłego mistrza ilość rzemieślników w grodzie właściwą utrzymywano, cenami sprzedaży i cłami oraz rogatkowem ilość produktu na rynku… I wszytko by było ładnie, pięknie, a majsterkowie szczęśliwi, gdybyż nie odwieczny u ludzi grosiwa niedostatek*, przez którą to przypadłość lud prosty (aleć i całkiem pokręcony takoż:) nader niechętnie się z niem rozstaje i ustawicznie jakiej "Biedronki" szuka, by przecie taniej kupić...
  O wieleż na żywność sam rynek był mechanizmem znakomicie się regulującym, bo tu zazwyczaj prawa podaży i popytu robiły swoje, a włodarze miejscy starali się nie ingerować, znając, że droga żywność, to pierwszy do rozruchów przystępek, tak z wyrobem rzemieślniczym już było jakem we wstępie opisał, tandem ludek grodzki nie miał czego w mieście klemencji w cenach szukać, tandem nalazł go...  poza miasta bramą (łac.porta). Tam się gnieździli przybysze do miasta przez rajców nie wpuszczeni, tam czeladnicy zbuntowani, latami wyzwolin swych czekający… Obligiem cechu nie związani mogliż i tanio co tam uczynić i taniej przedać, co nie dziwne, że mało miłe się cechowym zdało… A że jurydycznie miasto onym „zabramnym” czyli portaczom niewieleż uczynić mogło… ostał się jeno osobliwy antymarketing:)), gdzie na wsze sposoby mieszczanom produkta konkurencyi zohydzić się starano! Oczywista; w pierwszej kolei lichość okrutną im wmawiając, za drugą koleią ukazując, że władzom cechu nie podlegając, portacze takoż prawideł, jako byśmy dziś rzekli gwarancji i rękojmi niezwyczajni byli…
   A prawda jakaż? Ano zapewne, jako pospolicie po świecie bywa: pośrzodku… aniż owe ciżmy, pasy, kaftany, beczki i garnce takie liche nie były, jako im wmawiano… ani też, dla taniości powabu, tak jednakie, jako te grodowe, co przysięgali drudzy…
  A nam po dziś dzień ono miano ostało…aleć i ta metoda konkurencyi zohydzania… I dziś nam hydraulik jaki:))))) mruczy o partactwie tego, co to przed nim tego czy owego podłączał...

__________________________
* - Marian Załucki: "I tylko w sercu pretensja gorzka do Fenicjan,
                                którym wynaleźć pieniądze niegdyś się udało; 
                                Wynaleźli, to dobrze,
                                ale czemu tak mało…"

20 lipca, 2017

O przebiegłości hospodarskiej...

  Jakem cyklu o Sarmackim Katyniu (IIIIIIIVV, VI ), czyli cyrkumstancyjach bitwę pod Batohem, samą bitwę i rzeź jeńców naszych rękami kozackiemi sprawioną spisywał, napatoczyła się i pewna poboczna historyjka, której tam mi wieść było niesporo, iżby wątku głównego nie rozpraszać, przecie zda mi się, że uwagi godna, tak dla person ją składających, jako i dla cyrkumstancyj tamtocześną rzeczywistość polityczną wystawiających...
   Rzecz się tyczy czasów o lat kilka wyprzedzających opisane zdarzenia, żyw jeszcze król jegomość Władysław IV i ów właśnie wielce nad konceptem wojny tureckiej miłej mu się biedzi i koalicyję przyszłą składać probuje... Znamy, że jedną z przyczyn tak masowego Kozaków poparcia dla buntu Chmielnickiego to było, że owa spodziewana wojna tajemnicą była poliszynela i nieledwie każdy wróbel nad Dniestrem ćwierkał o niej, to się i mołojcy i sposobili, a i radowali na nią niemało, znając że to Rzeczpospolita ich zaciągać będzie musiała, zatem płacić, a i jaka jeszcze może komu z tego przyjdzie sława, o łupach nie wspominając... Król zresztą, decyzji sejmowych nie czekając, pewne zaciągi już i był poczynił, do czego nie miał prawa... Zawód sprawiony  fiaskiem planów królewskich był im wszytkim okrutnie przykrym, gdy się wrześniem 1646 na sejmie w Krakowie pokazało, że szlachta ani myśli iść tą drogą i królowi przyszło nielegalnie poczynione zaciągi rozpuszczać i odszczekiwać, że nie to powiedział, co powiedział i nie to chciał napisać, co napisał...
   Ale do brzegu, jako Klarka prawi... Mamyż, póki co, wiosnę roku 1646, król do koalicyi przyszłej, okrom Wenecyi już z Osmanem wojującej, widzi jeszcze i południowych naszych sąsiadów, swoistą strefę buforową między nami a Turczynem czyniących, przy tem wszytko officialiter tureckich wasali... Poszły poselstwa i pisma sekretne, choć jak się później pokazało, wcale nie aż tak bardzo sekretne, do xiążęcia siedmiogrodzkiego Jerzego I Rakoczego, do hospodara wołoskiego Mateja Basaraba i mołdawskiego Bazylego Lupula, czyli tego, którego córy Rozandy zamęście nas tak bardzo w cyklu przywołanym zajmowało. Rakoczy był konceptem króla mocno przerażony, mniemając, że nie czas po temu, by przeciw Turczynowi wstawać, bo więcej się pewnie spodziewał zyszczeć Habsburga szarpiąc, a tego znów bez osmańskiego wsparcia mu czynić było niesporo. Najpewniej też owe przecieki do Stambułu o planowanej przez polskiego króla wojnie wyszły z Siedmiogrodu właśnie...
   Za to obaj hospodarowie wielce przychylnie ucha na plany Władysława nadstawili, a osobliwie Lupul, bohater dzisiejszej naszej opowieści, która i bez znanej nam Rozandy się nie obejdzie, bo ta właśnie wtedy w Stambule przebywała, w niewesołej roli zakładniczki lojalności oćcowej. Ano i gdy w osmańskiej stolicy pismo nosem zwąchali, to Turczyn wcale chytrze obmyślił lojalności hospodarów sprawdzić i posłano do nich żądanie wcześniejszego, niźli zwykle haraczu zapłacenia. Wiadomo, że do prowadzenia wojen potrzeba przede wszytkiem pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy, zatem jeśliby hospodarowie zapłacili, to by im samym zostało może i zbyt na wojnę skąpo, za to sułtanowi bogato, a jeśliby odmówili, to by się ze swem buntem przed czasem zdradzili i można by takiego jednego z drugim niegotowego jeszcze najechać karnie i do posłuchu przymusić, a może i, jeśli fantazja poniesie, ściąć czy na pal wsadzić, a choćby tylko oczu wyłupić, abo oskórować...
   Lupul faktycznie w pierwszem porywie agę po grosz przysłanego odprawił z kwitkiem, aliści mu wrychle jeden z przytomniejszych bojarów, Teodor Petriceicu, w Polszcze Petryczejką zwany*, rzekł iżby może roztropniej było póki co, póki się na własne oczy nie obaczy Polaków Dunaj przekraczających, sułtanowi płacić co sułtańskie i plackiem przed nim leżeć... Lupul nie był głupcem i rychło przyznał Petryczejce słuszność, po czem umyślni popędzili za agą, by go zawrócić i przetłumaczyć onemu, że nie to usłyszał, co usłyszał... Widać jednak, że ten cosi gdzie trzeba szepnął i nad Bosforem się wątpliwości nie wyzbyto, tandem dostał hospodar do wykonania testu swej lojalności kolejnego: miał oto sprawić ni mniej, ni więcej, iżby do Stambułu król polski przysłał posła, który imieniem królewskim potwierdzi pokój panujący i zadeklaruje, że go Rzeczpospolita dotrzyma...
   Lupulowi musiało być tej misyi okrutnie nie w smak, osobliwie, że znał, że "...Wprzódy słońce w miejscu stanie! Prędzej w morzu wyschnie woda...", nim on króla do takiego poselstwa nakłoni... Przecie stary hmm...młodszy ode mnie przechera umyślił jak tegoż rozegrać by wilk był syty i owca cała...
   Ruszyło poselstwo do króla (a do wielkich panów koronnych, osobliwie do hetmana Mikołaja Potockiego insze o poparcie tego pierwszego) instancyjonować go, by zechciał w łaskawości swojej iście wysłać nad Bosfor posła, by ... nie, nie... nie o pokoju prawić, bo to przecie niepodobieństwem było, jeno by się za uwięzioną Rozandą wstawić, iżby jej stęsknionemu oćcu odesłano do Jass. Król, może sam, może za hetmana iście wstawiennictwem, sam miarkował, że Lupul z córką doma pomieszkującą niechybnie będzie co względem Turka śmielszym, zatem gra jest świeczki warta, przy tem nawet jako się nie pofortunni, to ryzyko i tak nie nasze, a hospodarskie, a spróbować nie zawadzi.
   Ruszył zatem do Stambułu ekspediowany jako poseł niejaki Dziebałtowski, o którem nic więcej nie wiemy, tak widać nieznaczna była to figura, że się nawet imię onego czy urząd, jeśli takowy pełnił, nie przechowało. Prawdziwie nie mogła być taka misja nad Bosforem miarkowana jako poważna, osobliwie, że ów nawet i żadnych podarków, na dworze sułtańskim przecie oczywistych, nie wiózł... Rzekłby kto może wrednie podejrzliwy, jako na ten przykład Wachmistrz, że posłano Dziebałtowskiego więcej na to, by sułtana obraził i może wojny przez sejm niechcianej, sprowokował, niźli na to by hospodarowi córy do dom przywiózł. Zwłaszcza, że ów miał jeszcze w instrukcyi, by przeciw najazdom tatarskim protestacyi uczynić sążnistej, a pokojowych zamiarów potwierdzić, ale możliwie najwięcej oględnie i jeno na gębę.
   Lupul na samą wieść, że polski poseł jedzie, uwiadomił Stambuł o tem, jako o nie wiedzieć jakiem sukcesie swojem. Mina mu pewnie zrzedła, jak powitał posła 2 października w Jassach i obaczył z jak nikczemnym orszakiem ów jedzie i że z pustymi rękoma, aliści czem rychlej sam tego naprawił, przydając onemu eskorty stosownej do rangi posła rzekomo wysokiej, a i darów dla sułtana, wezyra i każdego tam znaczniejszego, którego obdarować mus było, jeśli się czego wskórać chciało... Najpewniej to wszystko Dziebałtowskiemu było w smak, skoro był pozycji mizernej, a chciał się wydać znacznem, być i może że sam co dostał do kalety wsunięte, bo w Stambule, jako z początkiem listopada zjechał, to gęba mu się nie zamykała, tyle o tem pokoju, przez Turka upragnionym, gadał...
   Turcy tego słuchali niczem najmilszej muzyki, posła wielce wdzięcznie przyjmując, obdarowywując i odprawiając z honorami. Bazyli tegoż podtrzymywał, znając że szpiedzy nie śpią i tak ponad miarę honorowany Dziebałtowski do ojczyzny powrócił, jeno jednego króla do białej gorączki przywodząc, jako się pokazało, cóż nad Bosforem czynił i gadał... Ale że się mleko rozlało, to już mu tylko dobrej miny przyszło co złej gry czynić. Lupul wprawdzie wtedy Rozandy nie dostał, zatem rzec by można, że nie wskórał wiele, aliści przede wszytkiem tron ocalił i gardło, co w cyrkumstancyjach tamtocześnych już samo w sobie wiele znaczyło... Rozandy zaś musiano mu przecie jakoś najpóźniej w lat trzy później, czy cztery odesłać, skoro mógł jej ręką tak frymarczyć, jakośmy tego w cyklu przywołanem opisali...
_______________
* - zapewne ociec przyszłego (1672-74 i 1684) hospodara Stefana



19 lipca, 2017

Najmilsze Wachmistrzowi święto...

...pułkowe, ma się rozumieć...:) Tegoż bowiem święta pułkowego, Wachmistrzowi najbliższego i najmilszego, mamy dla tej przyczyny, że 25 Pułk Ułanów Wielkopolskich to pułk Dziadka mego:) Tandem kto ze mną powspominać ochoczy, a przy tem za Pułk przewagami sławny, jako i za pamięć wachmistrza Wawrzyńca Ślązaka przepić gotów, do dawniejszej  o pułku tem noty upraszam...:)

14 lipca, 2017

Na paryskich tumultów rocznicę opowieść o dobywaniu Bastylii cokolwiek przydługa...

     Mimo wszelkiej turbacyi z czasu niedostatkiem, tuszę, że skoro mnie go nastarczyło, by co godnego przepić za pamięć
2 Pułku Strzelców Konnych, który Was ongi tak zauroczył zarękawkami i tańcami na rżyskach (choć powinien bitwą pod Mokrą i wypadem na Kamieńsk:),to i Wy go znajdziecie... :)) Zasię wyglądającym inszych postów okolicznościowych do noty dawniejszej odesłać sobie pozwolę gdziem garść o Grunwaldzie przemyśleń był spisał i not przywołał tejże themie pokrewnych... 


...której, jakem przepatrzył pogderanki i tutejsze, i onetowe dawniejsze, nie nazbyt żeśmy wiele poświęcali czasu i atencji, co może i dziwne, zważywszy jakem się studenckiemi czasami trudził, by subtelności tych wszytkich stronnictw pomiarkować... Najpewniej sam jednak ów zapał rewolucyjny mię tak zbrzydził, żem na lata się od rewolucyj odstrychnął, znajdując w nich osobliwy dowód zaprzeczenia rozumowi, choć ta francuska się do tegoż Rozumu odwoływała nader gęsto... Rzekłbym, że to z tem, jak to w tej o Wieniawie opowieści, w której ów pojmanego w I wojnie (gdy Legiony jeszcze się, przynajmniej nominalnie, za c.k.Austro-Węgry biły) oficyjera rosyjskiego przesłuchiwał. W rozmowie tamten nadziwić się nam nie umiał, za cóż to my wojujemy w tej wojnie, na co miał mu Wieniawa rzec, że za wolność. "A my za honor!" odpalił mu Rosjanin, co Wieniawa skwitował: "Zatem każdy wojuje za to, czego mu brak..."
  Nibyż miarkuję, że rewolucyje w Historii konieczne (sam sobie za honor poczytuję jakąś tam, może i nawet nie cegiełkę, ale choć okruch do tej cegły w naszej własnej, względnie bezkrwawej, z lat ośmdziesiątych), bo z dobrawoli mało kiedy rządzący odchodzą od władzy, a jeszcze mniej chętnie od dóbr dzięki niej nagromadzonych, najczęściej z krzywdą tych, któremi rządzili, przecie mię za każdem szkła powiększającego do oka podniesieniem nad temi ruchawkami przeraźliwa przejmuje abominacyja dla tegoż tryumfu głupoty, przypadkowości, prymitywności w najgorszym wydaniu, nareście zdziczenia i zobojętnienia na przymioty ludzkie...
   Ale do brzegu, jako Klarka mawia: w tym przypadku do tych dni, kiedy się elegancko ubrani panowie, przez króla nibyż rozpędzeni, zebrali w sali do gry w piłkę* (20 czerwca) i postanowili, że się nie rozejdą, dopokąd konstytucyi nie uchwalą, zasię król zamiast rozpędzić niesfornych bagnetami, luboż i może jeszcze kartaczować kazać, jako pewnie by jeszcze dziadek jego królewskiej mości uczynił był, dozwolił temu nieherbowemu tałatajstwu się tam złazić i perorować godzinami, słabości swej zarazem obnażając. Pewnie, że w dni parę dojrzał do decyzji, żeby jednak to tałatajstwo rozpędzić, Paryż zaś odciąć od dostaw chleba i mąki, głodem pochwycić za gardło i do spokoju przymusić... Tyle, że miast tego poczynić błyskawicznym jakim atakiem i ciosem, rozwleka działanie w nieskończoność, dając pole do okrzepnięcia przeciwnikom, ale i stugębnej plotce do straszenia nią ludu. 
   9 lipca zdymisjonował ministra finansów Neckera, którego nie cierpiał i za namową którego zwołał w ogóle te nieszczęsne Stany Generalne, a którego nie wiedzieć czemu uwielbiał lud, który na logikę nigdy i nigdzie żadnego ministra finansów kochać nie powinien. To była już druga dymisja Neckera, nawiasem dość miernego ekonomisty, który miał jednak szerokie między bankierami koneksje i umiał kolejnych pożyczek załatwiać, zatem wiódł króla dokładnie tą drogą, co doradcy naszego Gierka. Wiosną 1789 roku Necker został tylko po to przywrócony na urząd, by nastrojów spacyfikować i zapewnić nowego finansowania murszejącego i niewydolnego mechanizmu do trwonienia tychże pieniędzy. Skoro mu się to nie udało, a powołane za jego radą Stany same się zrewoltowały i stały nowym króla kłopotem, jest zrozumiałem, że misja jego się nie powiodła... Tyle, że dymisjonując Neckera król wrzucił płonącą pochodnię do prochowni...
   Lud paryski wyszedł na ulice,  najpierw z popiersiami Neckera i królewskiego kuzyna Ludwika Filipa, xiążęcia Orleańskiego, który dla potrzeb Zgromadzenia Narodowego, niemiło widzianego w Wersalu, własnych otworzył ogrodów i parku przed Palais-Royal, co wprawdzie przyniosło mu doraźnie niemałą popularność i przydomek "Filipa Égalité" , ale jakoś nie uchroniło przed gilotyną w cztery lata później... Wszędzie gdzie przychodzi do spotkania z jakimś oddziałkiem królewskiego wojska, policji czy choćby z celnikami, dochodzi do walk, pierwotkiem spontanicznych, zaś po 13 lipca, gdy konstytuuje się władza rewoltującego się Paryża w postaci Komitetu Stałego, niejako inspirowanych, co nie znaczy że mniej chaotycznych. Komitet z punktu powołuje gwardyi municypalnej własnej (którą nazajutrz przechrzci na Gwardię Narodową) i onej zbroić poczyna, pierwotkiem więcej w szarfy i kokardy, niźli w oręż prawdziwy. Tegoż samego dnia w ogrodach Palais-Royal pewien młodzieniaszek, co z pyskowania uczynił sposobu na życie, a radykalizmem młodości rychło zyszczeł sobie stronników wielu, niejaki Camille Desmoulins, wezwał paryżan do walki w obronie życia zagrożonego rzekomo przez oddziały najemników królewskich, co bzdura było wierutną, choć król wojsko iście do blokady Paryża gromadził. Rankiem dnia następnego tłumy paryżan uzbrojone w co tam kto miał, rożnów i pogrzebaczy nie wyłączając, ruszyły na... nie, nie... nie na Bastylię, tylko na arsenał na placu Inwalidów, którego zdobywają wrychle i tłum wzbogaca się o 32 tysiące karabinów i cztery armaty, do których nie tyle amunicji, jak podaje Wikipedia, co prochu było w arsenale arcyskąpo, bo właśnie na to by go paryżany nie dostały, dni może dwa, czy trzy przódzi, zwieziono 250 beczek do Bastylii, ongi słynnej królewskiej twierdzy i więzienia stanu, dziś więcej symbolu, najlepsze lata mającego już dawno za sobą, przecie to nadal twierdza, choć żałośnie skromnie obsadzona**... Pada zatem w tłum hasło kolejne: "Na Bastylię!", choć tam już od rana toczą się pertraktacje między gubernatorem a deputacyją milicji z przedmieścia świętego Antoniego, gdzie ani jedna, ani druga strona nie ma najmniejszej świadomości tego, co się w Paryżu dzieje. Nawet tłum deputacyję wspierający jest wcale grzeczny, bo jako się pierwotkiem za delegatami przez podniesioną kratę wcisło ich jakie parę secin, to na wezwanie urażonego gubernatora Bastylii, który ogłosił, że w takich warunkach pertraktować nie myśli, wyszli nazad przed zamek z czterema zakładnikami, podoficerami z inwalidów, załogę Bastylii składających. Ci ostatni zresztą wielce temu byli radzi, bo przez dni ostatnie gubernator przepustek skąpił, a tu zawszeć to jakaś odmiana i sposobność ze znajomkami z tegoż samego przecie przedmieścia poplotkować...
   Deputacyja milicyi miejscowej bynajmniej się nie przyszła upominać o więźniów jakich, czy o poddanie twierdzy, jeno im o armaty na murach stojące szło, które faktycznie gubernator de Launay kazał dni temu kilka odkurzyć, ochędożyć i wystawić na blankach, gdzieniegdzie dawno zamurowane ambrazury odkuwszy. De Launay zaprasza delegatów do własnego salonu, gdzie onych winem częstuje i pospołu dochodzą do kompromisu, że armat co prawda de Launay nie zdejmie, bo tego mu bez królewskiego ordonansu czynić niepodobna, przecie cofnie ich na blankach w tył na cztery stopy, to ich z dołu widzieć nie będą i mniemać będzie można, że ich nie masz wcale...
   Niewykluczone, że de Launay deputacyi przyjmując, myślał i może, że  to wszystko sprawka jednego więźnia utrapionego, co się 4 lipca wydzierał przez okno celi, że w Bastylii więźniów mordują i o pomoc wołał. Gubernator Bernard René Jourdan de Launay***  przezornie uznał wówczas za wskazane wystąpić do króla o przeniesienie kłopotliwego więźnia, czyli markiza de Sade, do zakładu dla obłąkanych w Charenton, czego się pofortunniło w przeddzień dokonać... Ale o perwersyjnym markizie nawet słówko nie pada i toczy się wcale miła rozmowa przy śniadaniu, dopóki pod twierdzę nie dociera ten uzbrojony tłum, co przyszedł tu za prochem do swoich świeżo zrabowanych karabinów... 
    Mieszczanie miejscowi są przerażeni, bo przybysze to zupełnie inni ludzie niż mieszkańcy spokojnego przedmieścia. Uzbrojeni, nabuzowani adrenaliną i sukcesem z arsenałem, lada moment ktoś wreszcie wypali, wznieci się tumult jaki, twierdza odpowie z armat i cała okolica stanie w ogniu... Czem prędzej rusza do de Launaya deputacyja wtóra, tem razem od lokalnej municypalności, przy czem na jej czele staje wyszczekany kuzyperda, niejaki Thuriot de la Rosiére, który tak przegadał inwalidów przy bramie, że ci go, oszołomieni, wpuścili do twierdzy, a i do onej zwierzchnika. Adwokacina zastaje go jeszcze przy stole pospołu z deputacyją pierwszą, aliści się do nich nie przyłącza, jeno swej znów wymowy na de Launayu ćwiczy, zyskując wprowadzenia do zamku wewnętrznego, zasię nawet i na życzenie swoje zwołania dlań zbiórki załogi. Tym dopiero wykłada z czem przybył, czyli ni mniej, ni więcej, z żądaniem kapitulacyi niezwłocznym, grożąc w razie oporu jakiemi potwornościami względem zatwardziałych...
   Osłupiały de Launay teraz dopiero zdobywa się na stanowczość i wyrzuca adwokatowi, że ten nadużywa pozycji parlamentariusza, na co jednak spotyka się z bezczelnymi pogróżkami w rodzaju obietnicy wyrzucenia przez mur do fosy... Tyle, że to czcza gadanina na razie, bo de la Rosiére nie ma żadnej siły zdolnej tych gróźb uskutecznić: jest sam w otoczeniu inwalidów, którzy się wprawdzie wahają, ale których też i nie przekonał, Szwajcarami nie ma się w ogóle co zajmować, bo ci z jego przemowy nie zrozumieli ani słowa i kończy się sprawa wyproszeniem obu deputacji za bramę, za co tłum przed bramą zgromadzony zwalnia czterech zakładników i wiwatuje, przekonany, że uzgodniono kapitulację twierdzy. De la Rosiére nie jest durniem, nie wyprowadza ich z błędu i czym prędzej znika, rzekomo do ratusza, za to członków pierwszej delegacji, gdy się przyznała, że wytargowała jedynie armat cofnięcie, przybyli spod arsenału roznamiętnieni "zdobywcy" niemal na nieprzytomności utłukli...
   Rozwścieczeni doznanym zawodem poczynają szturmować przedzamcza, wcale sprytnie komendowani przez kupca korzennego Pannetiera, który wykoncypował, że po dachach domostw i przyległej do samego muru perfumerii, można przedostać się na dach kordegardy, a stamtąd się spuścić na dziedziniec za murem. Śmiałkom co się tam przedostali kilkorgu nikt nie przeszkodził dobrać się do mechanizmów most zwodzony opuszczających, tandem owi łańcuchów przeciąwszy, onego opuścili i wrychle tłum cały runął na dziedziniec przedzamcza. De Launay zdołał jednak w porę nakazać ewakuację załogi do zamku wewnętrznego, wysokiego, tandem póki co owi, nie zanadto poszkodowani, pozierać sobie mogą z murów, jako tłuszcza rabuje co się da na przedzamczu, w tem i gubernatora domostwo. Miał tam de Launay pięknej pono kolekcji starych sztandarów i broni białej, którą teraz podziwiać może w pełnej krasie, jak mu tem pospólstwo wymachuje, ku mostom zwodzonym zamku wyższego się kwapiąc... Być i może tem poirytowany, choć pewnie więcej z chęci uśmierzenia zapałów tłumu, nakazuje paru inwalidom, by wystrzelili dla postrachu.
   Jedna z kul trafia żołnierza milicji i choć generalnie tłum się w rzeczy samej rozprasza, to dziesiątki napastników poczyna ostrzeliwać blanki zamkowe z pobliskich bram i okien, ktoś podpala wozy z sianem stojące przed zamkiem, by z dymu stworzyć jakiej dla atakujących zasłony. Największy śmiałek się wdrapał na jaki komin kamienicy na tyle wysokiej, że ma stamtąd prospektu na mury i kilku inwalidów pada ofiarą jego celnych strzałów. 
   W międzyczasie Thuriot de la Rosiére dociera do ratusza przedmieścia św.Antoniego, gdzie wbrew słyszalnym strzałom za oknem, opowiada członkom miejscowego komitetu, że Bastylia nie będzie stawiała oporu. Scena ocierająca się cokolwiek o farsę kończy się tem, że co rychlej rusza do twierdzy trzecia już deputacyja parlamentarzy z obietnicą pozostawienia w spokoju załogi, gubernatora i zapasów prochu, jeśli tylko de Launay zadeklaruje lojalność wobec komitetu. Tyle że deputacja bez dobosza i sztandaru ginie w tłumie i nikt na nią nie zwraca najmniejszej uwagi. Natychmiast po jej niepysznym powrocie wyrusza czwarta, tym razem wyekwipowana jak należy... Tej inwalidzi dostrzegają i podnoszą karabiny kolbami do góry na znak, że nie będą strzelać. Aliści przed mostem zwodzonym okrom deputacyi tłoczy się kilkudziesięciuosobowy tłum zbrojnych i złorzeczących, więc de Launay nakazuje strzelać, przekonany, że to podstęp jaki...
   Salwa kładzie paru napastników i rani jakiegoś parlamentariusza, zatem wszyscy znów uciekają pod osłonę jakich zabudowań, gdzie plebs najpierw... bije do nieprzytomności parlamentariuszy, oskarżając ich przy tem o zdradę, zasię w akcie zemsty demolują gubernatorowi dom. Znajdują przy tem córkę jednego z oficerów, którą uznawszy za córkę de Launaya, przywiązują do wozu z sianem i grożą, że ją spalą jeśli zamek się nie podda. Szczęśliwie komuś z posłuchem u niedoszłych morderców udaje się ich od tegoż zamiaru odwieść...
   Na przedzamcze dociera oddział gwardii przysłany przez komitet paryski. Komenduje nim porucznik Hulin z pomocą chorążego Elie, a oddziałek zbrojny jest nad podziwienie, bo przywlókł ze sobą pięć harmat starszych jeszcze chyba od tych, co na murach Bastylii stoją... W każdym razie od lat wielu już tylko do strzelania na wiwat służyły... Pierwotkiem by rzec można, że się nawet jaki ślad niejakiego ordynku wraz z tem wojskiem pojawia; Hulin z Eliem konfiskują krążące między tłumem butelki z winem, a najwięcej pijanych odsyłają do innych pseudozadań. Odtacza się płonące wozy z sianem, bo pożytek z nich jest więcej niż marny, a najwięcej dymu snuje się po przedzamczu, szczypiąc w oczy i przymuszając do kaszlu. Roboty siła, zatem do strzelania z armat się biorą cywile, co się kończy tem, że jednemu będzie trzeba stopy ująć po tem, jako mu po niej koledzy przejechali armatą, a insi znów dali się zmasakrować, nie znając, że się działo po wystrzale cofa w odrzucie... 
  Skutek jednak owego strzelania przechodzi wszelkie oczekiwanie. Wprawdzie żadna z kilkunastu kul wystrzelonych w bramę wjazdową z dystansu jakich sześćdziesięciu metrów nie trafia w nią, a niektóre to nawet i w zamek, ale inwalidzi na murach wpadają w panikę. Widząc absolutny upadek ducha swoich podkomendnych de Launay spieszy z płonącym lontem wyrwanym artylerzyście do bastionu, w którym beczki z prochem złożono, ale nie wpuszczają go tam jego właśni inwalidzi, wartę trzymający. Insi wołają z murów do tłuszczy, że się poddają...
   Ostatniej próby zapewnienia załodze bezpieczeństwa próbuje dowodzący Szwajcarami porucznik de Flue, który nim spuści mostu, domaga się gwarancji, że załoga odejdzie wolno, z bronią. Szturmujący się na to pierwotkiem nie godzą, aliści w końcu chorąży Elie daje na to oficerskie swoje słowo. Gdy most opada, okazuje się jednak że gwardziści Hulina i Eliego niczego nie są w stanie wyegzekwować od pijanego winem i tryumfem pospólstwa. Tłuszcza wpada na dziedziniec gdzie w dwóch szeregach stoją Szwajcarzy i inwalidzi, gotowi twierdzy przekazać...
    Plebs rozumie, że Szwajcarzy to więzieni w twierdzy, których właśnie uwalniają, zasię inwalidów rozumie ich oprawcami. W efekcie masakrują nieszczęśnych inwalidów, niektórych na śmierć... Becarda, co własnego dowódcy pozbawił możności wysadzenia twierdzy (i zarazem pewnie zrujnowania całej okolicy), ubijają i obcinają mu dłoń, z którą wrychle ktoś nabitą na szablę paradować będzie. Gdy tłum będzie później manifestował radość z tryumfu na ulicach Paryża, to już będzie "ręka, która targnęła się na lud"...
   Hulinowi i Eliemu udaje się jednak ocalić, przynajmniej na razie, de Launaya. Pod eskortą wysyłają go do ratusza, ale gdy eskorta wkracza w tłum na przedzamczu, który domaga się jego głowy, gubernatorowi puszczają nerwy... Histerycznie krzyczy by go dobić i skrócić jego mękę, szarpiąc się przy tem i wyrywając kopie w przyrodzenie niejakiego Desnotsa, kucharza w szturmie uczestniczącego. Ten wrzeszczy, że go zraniono i prowokuje tłum do linczu. De Launay otrzymuje kilkadziesiąt ciosów bagnetami i szablami, ale wciąż żyje, gdy Desnotsowi ktoś wciska szabli i domaga się, by uciął gubernatorowi głowy. Kucharz niespecjalnie sobie z tem radzi, nareście przechodzi od bezskutecznych cięć do pracowitego piłowania ostrzem, po czym oderżniętą głowę de Launaya nabija na podane mu widły i ta głowa będzie (obok dłoni Becarda) drugą główną atrakcją wieczornej manifestacji... W międzyczasie insi mordują oficyjerów tak Szwajcarów, jako i inwalidów...
  Zdobywcy uwalniają przetrzymywanych w Bastylii więźniów, cokolwiek się przy tem dziwiąc, że owi pomieszkują w pokojach, o jakich im się nie śniło i wyglądają na wcale niezgorzej odżywionych. Wrychle ktoś wpada na koncept, by uwolnionych zabrać na ratusz, od którego to zaszczytu czterech fałszerzy weksli wymawia się i wcale sprytnie niknie w tłumie, zatem tryumfatorzy doprowadzają do ratusza dwóch jakich niespełna rozumu obłąkańców, którzy w ogóle nie pojmują co się wkoło nich dzieje, ale miło im, że tylu ludzi wiwatuje na ich cześć... Nie mogę się oprzeć tej myśli, że gdyby de Sade'a nie wywieziono w przeddzień szturmu, ten zapewne by wielce był rad temu, a będąc przecie niegłupim, kto wie, czy by się nie umiał jako w tych nowych władzach choć na czas jaki urządzić... W zasadzie symbol sadyzmu na czele władz nadchodzącego terroru byłby jak najbardziej na miejscu, choć pewnie dość krótko, bo pewnie nie okazałby się dość radykalny, by za postępującym radykalizowaniem się rewolucji nadążyć...    Król dnia tego był łaskaw się polowaniem bawić w podparyskich lasach. Z wieczora mu o upadku Bastylii zakomunikowano, co przyjął dość obojętnie. W diariuszu, gdzie notował jakie ważkie danego dnia sprawy, jeśli takowe były, zapisał pod tą datą: "Rien"****...
___________________________________
* -  tak właściwie to do "Jeu de paume", w której bym bardziej pierwowzoru krytego kortu tenisowego widział, niźli inszej jakiej piłkarskiej dyscypliny...
** - 95 starych, przeważnie schorowanych lub kalekich inwalidów wojennych, do których gubernator de Launay dobłagał posiłków i dostał zawodowców prawdziwych, najemnych Szwajcarów, jeno że w liczbie całych 32... Przydajmyż temu 15 zabytkowych już armat z nieprzesadnie dużym pocisków zapasem. Jadła zapasów, by o jakimbądź dłuższym oblężeniu myśleć, nie było w twierdzy wcale...
*** - ja nie mam czasu się bawić, ale są między nami ludzie dociekliwi wielce, przy tem francuskim wybornie władający, to i może ustalą zali jest jakie powinowactwo między owym Bastylii gubernatorem a kochanką markiza i zarazem siostrą jego żony, Anne-Prospère de Launay, z domu de Montreuil...
**** - (fr.) Nic

12 lipca, 2017

O Katyniu Sarmackim opowieści continuum...

   Na uroczysko pod Batohem nie dotarły żadne nowo zaciągane wojska, bo sejm na nie nie uchwalił pieniędzy o czym żeśmy już w częściach uprzednich (IIIIIIIV , Vpisali. Nie stawiło się i wielu z tych, co pomimo braku żołdu się stawić winni, bo wciąż byli w służbie, ale też i - to już tylko domniemanie moje - i tacy co pozór choroby czyniąc, woleli pod Kalinowskim nie służyć... Nie chcę tu krzywdzić nikogo, dowodu najmniejszego nie mając, aliści prawdy się pewnie już nie dowiemy nigdy, czy przyszły Jan III iście był aż tak cierpiącym, że się stawić nie mógł, choć brat jego, Marek, mógł... 
   Summa summarum stanęło tam tego wojska jakie dwanaście tysiąców, w tem zadziwiająco dużo jak na stosunki nasze piechoty, głównie cudzoziemskiego autoramentu, co wynikało nie tyle z jakich szczególnie onej wielkich zaciągów, ile z tego, że nie przybyło sporo jazdy, za to piechota karnie niemal cała, bo owa cudzoziemskiego autoramentu... Nad nią komendy trzymał wojennik doświadczony i roztropny, jenerał Zygmunt Przyjemski, cóż z tego, gdy jako Kalinowskiego podkomendny, dodatkiem z autoramentu cudzoziemskiego, najdrobniejszego nawet nie mógł wydać ordonansu nikomu z towarzyszy wojsko narodowe składających.
   Mieśćca nad Bohem wpodle Batohu Kalinowski wybrał niegłupio, bo to raz, że się tam w starych obwałowaniach po dawnem obozie szło leżem rozłożyć, secundo, że dla mnogości brodów tamecznych byłoż to miłem wojsku każdemu, któremu mus się przeprawić wypadło to i pewnie Chmielnickiemu, tertio nareście, że po prostu tamtędy Chmielowi najkrótsza droga na Jassy hospodarskie wypaść musiała. Tyle, że na tym się roztropność hetmańska skończyła... Szańców stareńkich nie przepatrzył i wzmocnić nie kazał, podjazdów nie wysłał, okolicy nie przepatrzył, języka nijakiego nie wziął, to i nawet nie wiedział, że z Chmielem Tatarowie idą, a tych Chmielnicki do kompanii uprosił takoż i dla tej przyczyny, że owych już i ręce świerzbiały od chętki, by gdzie pohulać i połupić, tandem jakoby ich Chmiel nie uprosił do swego towarzystwa, poszliby najpewniej łupić na moskiewskie ziemie, a to akuratnie było Chmielowi potrzebne jak psu piąta noga, iżby mu sojusznik kruche i wątłe podstawy do zamierzonej gry politycznej rujnował...
   Ano i przyszli pierwsi Tatarowie, którym nikt drogi nie zabiegł, Bohu forsować nie przeszkodził i nagle oto się wojsko, samo nie wiedząc kiedy i jak, okrążonym zostało, ani znając jeszcze, że za Tatarami Chmiel idzie z ze swemi, tandem wrychle dwanaście tysiąców naszych sprawę miało z dwakroć liczniejszym przeciwnikiem, co samo w sobie nie było nijakim do trwogi powodem, bośmy przecie i na siedmiokroć liczniejszych nacierali udatnie, a i w obronie byli nie gorsi*... Tyle, że tym razem Kalinowski tak był własnym podkomendnym obmierzłym, że przyszło do rzeczy zgoła w wojsku naszem niesłychanej: że oto się w bitwie, w obliczu nieprzyjaciela część jazdy naszej po prostu zbuntowała i walki odmówiła! Pomimo tego pozostali poradzili Tatarów odeprzeć, choć trzy chorągwie przepadły, zapędziwszy się zanadto w pościgowej gorączce i w pułapkę wpadłszy... Być i może, że już wówczas od jakich brańców naszych wywiedzieli się wrogowie, wieluż nas i jakie w obozie nastroje, a i między wodzem a wojskiem relacyje...

   Nocą byłaż w obozie narada między starszyzną, gdzie jenerał Przyjemski Kalinowskiemu przedkładał, by na czele jazdy się przebił przez okrążenie, podczas gdy on z piechotą i z artylerią, z którą uważał, że długo bronić się może, poczeka aż hetman wróci z odsieczą. Rada była niegłupia, a przedkładając jej miał z pewnością Przyjemski w memoryi hetmana Chodkiewicza, co się w podobnych cyrkumstancyjach niemal miesiąc pod Chocimiem w 1621 roku bronił i upornością tej obrony wymusił na Turczynie odstąpienie. Profit z tegoż konceptu i ten był, że Chmiel by czas darmo pod Batohem (i ludzi) mitrężył, a miraż maryjażu z hospodarówną i sojuszu by się oddalał...
   Kalinowski przecie tejże myśli odrzucił, być i może temuż, że ta by chwały Przyjemskiemu przynosiła, nie jemu, a być i może się lękał, że nie sprosta zadaniu wojsk większych dla odsieczy zgromadzeniu. Przypomnę, że wszczynał całą zabawę po sejmie, co grosza na wojsko nie dał, przeciw wyraźnemu królewskiemu zakazowi, no i jeśli miał kiedykolwiek złudzenia, że go wojsko poważa i szanuje, to chyba się go dnia tego wyzbył ostatecznie.
  Nazajutrz, 2 czerwca stanęli do walki oba na czele swoich odddziałów, z tem że Przyjemski bronił obozu od tyłu, zaś Kalinowski od frontu. Kozacy jednak uznali, że dla nich ważniejszy ten odcinek, gdzie piechota stała, zaś Kalinowskiemu przyszło mieć z Tatarią sprawę. Chorągwie zaś, co walczyć nie chciały, postanowiły się z obozu wydostać i, sforsowawszy Boh, uchodzić co rychlej. Ano i tu znów się Kalinowski popisał, nakazując piechocie by do własnych jezdnych strzelała...
   Strzelali zatem, najwięcej Panu Bogu w okno, przecie tam kogo poranili i ubili, za coż się jazda zemściła, puściwszy na piechotę tabunem spłoszonym luzaki swoje. Nie wierę ja, by to choć na szyku spoistości nie zaważyło... Na piechotę Przyjemskiego przyszły ciężkie termina, tandem ów do hetmana o wsparcie słał, którego już jednak nie dostał, bo i sam hetman był zatrudniony srodze. Komunikacyja między niemi, jeśli była, i tak wrychle przerwaną została, bo Tatarowie strzałami ognistemi podpalili ogromne stogi siana, które dla koni nagromadzono. Stanęłaż między oddziałami ściana ognia, która Przyjemskiego odcięła... Kalinowski, sam już ranionym będąc, podobnoś jeszcze na koniec próbował się z częścią piechoty przy nim stojącej przebijać, ale zawrócił na wieść o pochwyceniu syna Samuela, którego jeszcze próbował salwować... Zginął podobno do końca nad podziwienie mężnie wojując, cóż na tem, gdy armii przetracił... Wziął po nim komendy Marek Sobieski i to pewnie jego była decyzja, przynajmniej wobec tych, z któremi walczył, by broni złożyć...
   Uszło z bitwy może jakie dwa tysiące jazdy, piechotę wybito do nogi, ale w niewoli się znalazło jakie trzy i pół tysiąca towarzystwa, którego na dzień następny po bitwie Chmielnicki kazał wymordować... Rzecz to nawet na tamte czasy była niesłychana, iżby brańców ścinać, co nie wynikało nawet z jakich konwencyj, bo tych przecie nie było, aliści primo, że niepisane prawo wojny zakładało odwet adekwatny do postępków własnych, secundo byłoż to, osobliwie dla Tatarów, najczystsze marnotrawstwo, bo za jeńców brano sowity okup od rodziny, czasem od przyjaciół, a czasem od czegoś, co bym pierwowzorem naszych fundacyj widział, gdzie się kto zaufany, najczęściej jaki duchowny,  tem trudnił, by grosz na wykup zebrać i na Krymie wykupić tych, za których nie miał kto zapłacić.
   Spór o to właśnie, między Chmielnickim a Tatarami, przywódca kozacki rozstrzygnął, płacąc Tatarom równowartość owych spodziewanych okupów, co go kosztować musiało niemało, ale i dowodziło jakiej był w tej myśli determinacyi! Pytanie: czemu?
   Pomijając własną jego do nas nienawiść, najmniej kilka tu by szło dostrzec powodów wcale pragmatycznych... Primo, że najpewniej Tatarowie obciążeni jeńcami by dalej już iść nie chcieli, a woleliby wracać z łupem na Krym, czemu tym sposobem zapobiegał, secundo, że czynił tym coś w rodzaju spalenia swoich okrętów przez Corteza po wylądowaniu w Meksyku: pozbawiał i siebie, i swoich ludzi możliwości odwrotu z obranej drogi... odtąd już tylko w krwawem zwarciu mogliśmy iść przeciw sobie, a każdy trzeźwiejszy polski głos bywał zakrzykiwany, że jest oto zdrajcą pamięci pomordowanych na Wołyniu pod Batohem... No i droga przez Chmielnickiego obrana tam właśnie, musiała go odtąd prosto prowadzić w ramiona moskiewskie, bo alternatywę właściwie jedyną właśnie zniszczył... Czego jakoś i dziś nawet historycy ukraińscy, a i ludzie zwyczajni tameczni przyznać nie za bardzo umieją...
   Mordu samego dokonywano na majdanie w obozie kozackim, wyprowadzając po kilku, by się jaka większa grupa w desperacji nie porwała do jakiej szaleńczej ostatniej walki. Mordowali Kozacy i Tatarzy Nogajscy, największa między Tartarią dzicz, przez inszych zwykle pogardzana, ergo więcej na komitywę z kozactwem podatna. Tatarzy w zbrodni, okrom tego, że brańców wydali, udziału brać nie chcieli, a co więcej niejeden "swego" Polaka w swem namiocie utaił, żywota mu w ten sposób ratując, czego exemplum najlepszem sam Stefan Czarniecki ** choć jeszcze i nazajutrz Chmiel kazał namioty tatarskie przepatrywać w poszukiwaniu niedobitków. 
  Kozacy wyprowadzonych na majdan, skrępowanych ścinali, luboż im gardeł podrzynali, a czasem i zakłuwali spisami. Taki, zdaje się, los właśnie spotkał Przyjemskiego, który do końca błagał Chmielnickiego, by rzezi poniechał, a zrozumiawszy, że nic nie wskóra, rzucił nań jakie srogie przekleństwo... Czego by nie rzec, zginął tam kwiat naszego ówcześnego rycerstwa, wymordowano nam z premedytacją wojskową elitę i to właśnie daje assumpt do zasadności nazywania tej rzezi Sarmackim Katyniem....
  Z pewnością nie byłżem pierwszym tak rzeź jeńców naszych pod Batohem sprawioną zwącym, przecie z pewnością przed wieloma dziś publicystami tak właśnie rzecz tę nazywającemi... I oto owa nieoczekiwania miana tego popularność zdała mi się pewnem nadużyciem, czy i może za sensacją gonitwą, niegodną pamięci tych, co tam wtedy na Batohowym uroczysku położyli głowy. Uznałem rzecz za wymagającą namysłu głębokiego, poniekąd i przeciw sobie i owym odczuciom niechętnym , prowadzonego...
  Konstatacyje, do których mię to przywiodło, samego mnie zaskoczyły, a to temu, że przyszło się zgodzić z myślą pierwotną, bo paraleli takie miano uzasadniających wielekroć więcej, niźli tej, że mordu jednego jak i drugiego na uroczysku dokonano... Tak w jednem, jako i we wtórem przypadku był tejże masakry celowy zamysł i nie stało się to nijakim przypadkiem, jak wiele w historii masakr, które od jednego niebacznie wznieconego płomyczka rozgorzały... Tak jedna, jak i wtóra rzeź nas na dany czas pozbawiła elity, przynajmniej wojskowej, i jakem w nocie post mortem prezydenta Kaczyńskiego protestował przeciwko nad miarę wysadzonemu twierdzeniu zwolenników religii smoleńskiej, mówiąc o czasach, gdzie nam wielekroć potężniejszego ciosu zadano, a przecie i naród, i Rzeczpospolita to przetrwać poradziły, tom właśnie, między inszemi, i Batohu, i Katynia miał na myśli. Obie były też w pierwotnem zamyśle zemstą najczystszą, choć już dalsze tu intencyje się różnią... Chmielnicki z rozmysłem chciał między Lachami i Kozakami owem morzem krwi przelanej stworzyć przepaści nie do zasypania, Stalin mordował sekretnie i po żywota kres nie przyjął na się za to odpowiedzialności, mimowolnie zapewne w tem porównaniu czyniąc Chmielnickiego choć o to jedno uczciwszym, że swych przewin na nikogo inszego zrzucać ani myślał... Summa summarum: jest tych paraleli zadosyć, byśmy miano to słusznym widzieli, pomimo wątpień moich, które być i może z alteracyi się wiodą, że oto leda kto sobie tem gęby wyciera, ani wnikając w splot zdarzeń, planów i rojeń statystów wielkich ówcześnych, zwyczajnych ludzkich namiętności, uraz i złości jeden na drugiego mającej, przez które przyszło cierpieć ogółowi, i wcale niekoniecznie głównie Rzeczypospolitej... To ukraińscy historycy okres po śmierci Chmielnickiego nazywają "Ruiną", dowodnie wykazując do czego to wszystko doprowadziło...
  Godzi się na koniec dwóch słów rzec o owej hospodarskiej córze, mimowolnej przyczynie całego nieszczęścia: do ślubu wymarzonego przez Chmielnickiego przyszło, aliści nie przyniósł on szczęścia młodemu Chmielowi; odwrotnie nawet, wplątany w mołdawskie waśnie i zatargi sam musiał się w obronie teścia angażować i tak też i zginął wrychle (pomarłszy od ran w oblężonej Suczawie w październiku 1653 roku). Wiele bym dał, by znać myśli ojca, gdy mu o tem wieści przyniesiono i czy mu tam choć na chwilę myśl zaświtała, że oto sam syna mimowolnie zabił polityką swoją... 
  Rozanda miała urodzić Timofiejowi bliźniaków, zasię pomieszkiwać w jednem z majątków teścia do swej śmierci około 1686 roku. Jest pomiędzy Ukraińcami i insza legenda, że jej wziął jaki francuski oficyjer, co się na prawosławie nawrócił i między kozactwem żył, ale jest i mołdawska jaka wersja, podług której do ojczyzny wróciła i mięli jej właśnie w zemście za Batoh ubić polscy żołnierzy, którzy zamku w Neamt zdobyli...
__________________

- w roku 1652 nawet się jeszcze nie porodzili zapewne w większości przyszli obrońcy "husarskich Termopil", czyli wioszczyny w Hodowie, gdzie w 1694 roku secina usarzów i trzy seciny pancernych, koni poniechawszy, zabarykadowało się we wiosce i przez sześć godzin stawiali skuteczny opór nieznanej liczbie Tatarów (szacunki wahają się między 25 a 70 tysięcy; sam Sobieski pisał o 40 tysiącach) przymuszając onych na koniec do odstąpienia tak dla bezskuteczności szturmów swoich, jako i dla strat rosnących własnych (naszych poległo niespełna stu, a drugie tyle rannemi z tej obieży wyszło, ale Tatarów legło z górą tysiąc, a może i do dwóch)
** - najogólniej rzekłszy miał Czarniecki w podobnych zdarzeniach szczęścia nieskąpo, o czem żem w trzeciej części opowieści o hetmanie był pisał: z klęski nad Żółtymi Wodami ocalał, choć miał tam być prawą hetmanowica Potockiego ręką, jak raz na pertraktacyje posłany i wiarołomnie przez Tuhaj-beja uwięziony; podobnie z Kudakiem, do którego dozwolono mu dotrzeć z ciałem Stefana Potockiego, a którego obrońców po większej części zmasakrowano, choć im obiecano kapitulacyi honorowej z możnością odejścia swobodnego... Ocalał wtedy także i Kudaku komendant, wielce zacny i mężny żołnierz, Krzysztof Grodzicki, którego i pod Batohem podobnie Fortuna ustrzegła...