25 czerwca, 2017

O trupie w szafie i zdarzeniach Roku Pańskiego 1652 opowieści część wtóra...

  Pokończyliśmy części pierwszej zapowiedzią zajęcia się kwestyją, zali Władysław Wiktoryn Siciński, herbu Prawdzic, iście tegoż sejmu zrywał z poduszczenia i ku korzyści Janusza Radziwiłła, hetmana ówcześnie polnego litewskiego, jako to się powszechnie przyjmuje. Z zachowania Sicińskiego przyjąć można już chyba za pewnik, że nie czynił tego w interesie  delegującej go szlachty upickiej, bo wówczas by do sejmu powrócił, by jakiego targu dobić w zamian za wycofanie się swoje z weta złożonego... Choć też zupełnie wykluczyć nie można, że tak iście zamierzał uczynić, jeno nie docenił tego jak bardzo panów braci rozjątrzy i że ci go z szablami szukać będą, tedy dalsza onego ucieczka to już czystego przestrachu owoc... Tyle, że Siciński był człekiem wojennym, najpewniej wojował już w wojnie o Smoleńsk (1633-34) mając ledwo 17-18 lat, z całą pewnością walczył przeciw Chmielnickiemu w szeregach wojska litewskiego (zatem pod Janusza Radziwiłła komendą). I nie mógł tam być wojownikiem ostatnim, skoro za zasługi otrzymał w 1652 roku nadania ziem w powiecie sztumskim, co z kolei cokolwiek zadziwia, bo temi ziemiami władała Korona, nie Litwa, i mogłoby to dowodzić, że służył (i się zasłużył!) w wojsku koronnym.  W akcie nadania nazwano go "weteranem wojsk w wielu wyprawach", co pewnie by nic nie znaczyło, gdyby kaptowano tem nadaniem kogo znacznego, to i pewnie by mu było potrzeba jakich zasług na uzasadnienie nadania wymyślić, ale dla szaraczka z Upity? Nadto fatygi dla żadnej bądź mizernej nadającemu korzyści, ergo przyjąć wypadnie, że ów się iście tam jakoś zasłużył... No i teraz pytanie czy ktoś taki by się aż tak przestraszył tych ganiających za nim panów braci posłów z szablami, osobliwie, że świetnie wiedział (i ci ganiający po mieście też tego znać musieli), że rozlew krwi w miejscu pobytu króla ex definitione karany był na gardle!  No i kwestyja wielce istotna, jakżeby to usieczenie Sicińskiego rzecz całą stawiało wobec prawa? Podług mnie martwy Siciński nie wnosił do sprawy niczego nowego: ostatnią jego ziemską czynnością byłoby to właśnie wniesione veto i takim by ono pozostało; natomiast Siciński dopadnięty i może przymuszony temi szablami i jakiemi szturkańcami do tego, by veta odwołał byłby może i iście wart zachodu... Cóż zatem nam z tego wynika? Ano, podług mnie, to właśnie, że Siciński nie uciekał z lęku o życie własne, jeno o to, by go właśnie tak nie potraktowano i do zaparcia się nie przymuszono, ergo ucieczka byłaby tu dalszym ciągiem przemyślanego starania się o to, by veto pozostało skutecznem! Sam byłby tak zmyślnym, czy też kto czuwał przy niem przytomny z radą pomocną, a jeśli tak to kto i czyim był posłannikiem?
   Przyjmijmy na chwilę, że rzeczywiście Janusza Radziwiłła... Kwestyja najpierwsza cóż na tem miałby sam Radziwiłł zyszczeć? Przyjmuje się, że onemu o buławę wielką litewską szło, a akuratnie przyszła do Warszawy wieść fałszywa, że pomarł "stary"* i schorowany hetman Janusz Kiszka, zaś król, pominąwszy naprawdę mocno zasłużonego Radziwiłła, którym się Kiszka w ostatnich latach żywota wysługiwał tęgo, dać tej buławy zamyślał, znanemu z "Potopu", Pawłowi Sapieże, najpewniej chcąc meandrować między największymi rodami litewskiemi, nie dozwalając żadnemu ponad miarę urosnąć. Radziwiłła miała o to krew nagła zalać i by pokazać królowi, że nie z hetką pętelką ma do czynienia, miałże tej intrygi ze sejmu zerwaniem wykoncypować... Teoretycznie mógł być jego narzędziem Siciński: służył pod hetmanem, mogli się znać zatem. Tadeusz Wasilewski, pomarły w 2005 roku historyk, głównie znawca Słowian południowych i bizantynista, ale też i czasów Jana Kazimierza, za dowód owych związków Sicińskiego z Radziwiłłem widział to, że istnieje potwierdzenie iż w 1668 jeszcze Siciński "trzymał" radziwiłłowski folwark Ginejciszki. "Trzymać" mógł w zasadzie jako zastaw za pożyczkę, jako dzierżawę lub jako nadanie dożywotnie. Trudno przypuścić, by borykający się z licznemi długami Siciński mógł co pożyczać magnatowi stokroć majętniejszemu, nadanie by być musiało za jakie zasługi wielce nadającemu ważkie, zatem mógł to być właśnie i ów sejm zerwany, ale jest i o tych Ginejciszkach zapis ciekawy, że je miał Siciński w tym 1668 roku "oswobodzone", co by do nadania miało się nijak, za to jak ulał by pasowało do cyrkumstancyj zastawu wykupionego, ale przecie nie mógł ich przeciw prawu zastawiać jako nieswoich, a i nikt by takiego zastawu nie przyjął... Chyba że... i tu dochodzimy do inszej koncepcji, na tyle ciekawej, żem jej nigdzie nie spotkał dopotąd, zatem będą to jeno i wyłącznie domysły i wymysły moje... 
   Janusz Radziwiłł pomarł przecie 31 grudnia 1655 w szykującym się do obrony (a nie oblężonym, jak przedstawił to Sienkiewicz i Hoffman) Tykocinie, jedynym spadkobiercą czyniąc Bogusława Radziwiłła i ten formalnie by tejże dzierżawy był w 1668 roku stroną... Tyle, że sytuacja samego Radziwiłła była ówcześnie, bardzo, ale to bardzo delikatnie mówiąc: skomplikowaną... Znają wszyscy onegoż odstępstwo z czasu potopu szwedzkiego, które podług dzisiejszych kryteriów przyjmujemy powszechnie za zdradę. Nie chcę tu się wdawać w roztrząsanie tej kwestyi, wypadnie jednak uznać, że choć zaszedł na tej drodze dalej, niźli onego stryjeczny brat, Janusz, szwedzkim feldmarszałkiem zostając, to jednak chyba nigdy nie był króla wrogiem tak zajadłym jak Janusz właśnie. Małoż na tem: to on,  w roku 1639, gdy peregrynował po okcydentalnych ziemiach, co i rusz próbując się kondotierską parać professyją ze zmiennym zresztą szczęściem, u Ludwika XIII zyszczeł audiencyi i na niej się za uwięzionym we francuskiej niewoli wstawiał Janem Kazimierzem, którego przecie uwolnić nie poradził, ale zdołał choć na poprawę warunków niewoli wpłynąć, czego mu Jan Kazimierz nie przepomniał i to królewicz ówcześny po swem uwolnieniu zabiegał o spotkanie, by wdzięczności wyrazić. Później jeden z dworzan jego, niejaki Jankowski, dość szkaradnego paszkwilu na królową Ludwikę Marię wysmażył, przez co i sam Radziwiłł się wplątał w sprawę o obrazę majestatu, aliści ta rzecz została polubownie urządzoną przez pełnomocników jednej i drugiej strony, po czem przez lata następne stosunki Bogusława z dworem bym określił jako co najmniej poprawne, a nawet bym rzekł, że się cieszył łaskami licznemi, do wciąż nowych przychodząc godności i majętności, a dzięki nim wychodząc z rozlicznych długów. Insza, że i wojował niezgorzej w służbie królewskiej (pod Beresteczkiem dowodził wojskami cudzoziemskiego autoramentu).
   Po zakończeniu działań wojennych ze Szwedem, nibyż trwał przy Karolu Gustawie, ale ścieżek do porozumienia szukał i pojednania się z królem, czemu i król nie był przeciwny. Nibyż infamis i banita, a przybył na sejm 1658 roku, gdzie nikt go nie ubił, nie uwięził, jeno go szlachta stosem pozwów zasypała o rekompensaty za wojenne swoje szkody i straty, które go nawiasem do śmierci już samej prześladowały. W trosce o majętności tak swoje, jak i po Januszu odziedziczone, szukał sprzymierzeńców przeciwko Sapiehom, bo to głównie Sapieha mu dóbr na Litwie pozajmował, korzystając z rangi hetmańskiej własnej i Radziwiłła pozycji infamisa i odstępcy. Pojednał się nawet w tem celu z dotychczasowemi wrogami, Pacami, a i ku dworowi słał pojednawcze sygnały, jako chociażby poparcie elekcji vivente rege Kondeusza, na której to najwięcej królowej zależało... Z rokoszaninem Lubomirskim się znosił i korespondował, ale wywikłał się z tego akuratnie przed onego rokoszem, by dworowi nie być szkodnym... Wyraźnie mu na porozumieniu zależało i akuratnie w 1668 roku doszło do takowego aliansu dworu z Radziwiłłem i przeciw znów Pacom, co nadmiernie urośli w siłę, a spiritus movens tejże koalicyi byli senatorowie litewscy, osobliwie ci, co się ze dworem związali... Co ma do tego wszystkiego Siciński, zerwany sejm i mająteczek w Ginejciszkach? Ano właśnie...
   Osobliwe, że kariera Sicińskiego po tem sejmu zerwaniu, bynajmniej nie legła w gruzach, jakby się może można było spodziewać, gdy ów nie dosyć, że krajanom nie załatwił niczego, to jeszcze jakie odium powszechnego potępienia sprowadził i Upicie niesławy. Ano i tu pokazuje się, że bynajmniej chyba mu tam jakich wielkich wstrętów nie czyniono... Pisząc noty przed laty "O obronie Liberum Veto", która teraz się pokazuje wyrastać na naszego rodzącego się cyklu właściwą część pierwszą, napisałem cokolwiek pochopnie, że "dziesięcioleciami rozpowiadano potem jako psubratu familija cała od pioruna wyginęła, ów sam podobnie, a truchło onego się nie rozkładało, ergo znak to widomy, że go Pan do Królestwa Niebieskiego przyjąć nie chciał... I nieważne, że to wszytko bajędy... ważne, że tak prawdziwie myślała o tem szlachta, ergo czyn sam był w ich oczach łajdactwem profanacyi równym!" Nie, iżbym temu dziś co zaprzeczać myślił, jeno żem naówczas się nie przyjrzał kiedyż owe się wszytkie porodziły legendy, ostatek wątku biorąc za constans niejaki, przez wieki się utrzymujący... Tem zaś czasem pokazało się, że większość owych legend osobliwym zrządzeniem poczęto kolportować jaki wiek dopiero później, gdy się reformatorzy za dzieło swoje, uwieńczone Sejmem Wielkim i Konstytucją 3 Maja brali, a postać Sicińskiego jak raz się nadawała na symbol wszelkiego wstecznictwa i samowoli.
   Powrócim do tych legend jeszcze, by tego trupa w szafie wyjaśnić, ale póki co przyznać przyjdzie, że ów cależ nie był potępionym i odstąpionym... 7 sierpnia 1655 tytułuje się ów stolnikiem upickim, nader chyżo jak na potępionego i odradzę budzącego, sobie nadania załatwiwszy, tyle że w pochopie, bo znów na wieść fałszywą o śmierci stolnika Kazimierza Kozieł Poklewskiego. Wprawdzie w dziesięć dni później podpisuje ugody kiejdańskiej ze Szwedami, ale mało kto jej wówczas w Litwie nie podpisał. Najmniejszego nie mamy przecie śladu o tem, by wojował przeciw królewskim, luboż by i przeciw Szwedom, co mogłoby dowodzić, że próbował przetrwać nie angażując się zbytnio po żadnej ze stron. Zda mi się jednak, że gdyby iście był klientem Radziwiłła, to ten czas był na to najlepszem, by się z tem ujawnić i na jakie w związku z tem rachować profity, a tu głucho o tem... Skoro wojny przetrwał, a byłby Radziwiłłów stronnikiem, których szeregi topniały jako śnieg na wiosnę, tem więcej by ów tam był, jak na świeczniku widocznem, zatem skoro znów nikt nie wspomina o tem, przyjmuję, że go między najwierniejszemi akolitami nie było...
   Wiemy za to, że znów posłował na sejm w 1659 i nawet go tam naznaczono do komissyi sprawą ugody hadziackiej się zajmującej, zasię pokoju ze Szwedem. Pewne, że podpisywał w 1660 na konwokacyi warszawskiej traktatu oliwskiego pokój ten przynoszącego i najpewniej był w tym czasie podstarościm upickim, a na pewno w marcu 1666 otrzymał podsękostwo upickie. Wszystko to by raczej dowodziło wcale ścisłej więzi ze stronnictwem... królewskim na Litwie, a nie z Radziwiłłami... 
   Ano i takie tu wątpienie moje: czy owe "uwolnione" Ginejciszki nie mogły być majątkiem zwyczajnie za życia Janusza wydzierżawionym, zasię w dwanaście lat po onego śmierci, podarowanem w 1668 przez spadkobiercę Janusza, który i tak nie bardzo mógł się nimi cieszyć, w nagrodę za usługi w rodzaju przetarcia ścieżki do pogodzenia najpierw z frakcją dworską na Litwie, zasię poprzez nią znów z dworem i królem? Dla człowieka, który wypełniał zlecenia tak jednej, jak i drugiej strony, będąc możliwie najbardziej neutralnym i zaufanym tak jednych, jak i drugich? I wątpienie kolejne: czemuż to Janusz Radziwiłł, co się najmniej chyba lękał jakiejkolwiek osławy, a mając znacznie cięższe grzechy na sumieniu, przed odpowiedzialnością za które nie uciekał, tak się do samej śmierci zapierał, że nic wspólnego z akcją Sicińskiego na sejmie 1652 roku nie miał? A gdyby rzeczywiście nie miał i właśnie dlatego miał to oskarżenie za potwarz, która go bolała? Któż by zatem naprawdę stał za Sicińskim? 
    Uważcież, że sejm się zawiązuje 31 stycznia, 24 lutego Siciński otrzymuje owe nadania w powiecie sztumskim za zasługi, ale otrzymuje je jakoby od Korony i jako koronnych wojsk żołnierz, choć był przecie Litwinem, zasię sejmu zrywa w dwie niedziele później. Nie byłoby więcej logicznem, że człek świeżo obdarowany winien czuć jakiej wobec darczyńcy wdzięczności i lojalności i zgoła odmiennie się zachowywać? Chyba że... mu tego rozkazano, samo nadanie to jaki większej układanki fragment? Tyleż może za zasługi dawne, co i zapłata za przysługę, której obdarowany winien dokonać niebawem ?  Wiem, że ze mnie bydlę wredne i podejrzliwe, ale kropki nad i nie stawiam... Czemu? Być i może bym to uczynił gdybym znał jakikolwiek pożytek, jakiego by to mogło przynieść królowi (poza "wrobieniem" Radziwiłła w to w oczach opinii publicznej i Historii) i gdybym nie miał króla za miernotę do aż tak wysublimowanych intryg niezdolną, rzekłbym że właśnie on za tem zerwaniem stał i że to on przewinił podsuniętą naiwnemu Fredrze nadinterpretacją prawną... A skoro tego nie wiem, to pytanie to wciąż pozostaje otwartem...

__________________________________
*   - W 1652 miał całe 56 lat, czyli rzeczywiście zgrzybiały starzec...:)

23 czerwca, 2017

Trup w szafie czyli do "Obrony Liberum Veto" suplement, a i prolegomena do szykowanej opowieści nowej...

   W artykułach henrykowskich, których każdy kolejny król zaprzysięgał, była mowa o sejmu zwoływaniu najrzadziej co dwa lata, aliści czasu na obrady onemu tam naznaczono ściśle jeno na sześć tygodni trwania. Wrychle życie pokazało, że to się autorom tych artykułów jeno roiło, by to było realnem i racji mięli tyle, co ten prezes IBM w 1945 roku wieszczący, że całemu światu pięć wszystkiego komputerów zadosyć będzie, luboż i sam Bill Gates w 1981 roku kategorycznie twierdzący, że 640 kilobajtów pamięci nastarczy każdemu na wszystko... Spraw sejmowych przybywało i przybywało, czas przy tem mitrężono na mnogie spory, w których niemal każdy z posłów ubierał w słowa to, że niewiele miał do powiedzenia, co jak dziś widzę, nie zanadto się zresztą zmieniło, przy tem każdy miał jakich instrukcyj własnych od sejmiku swego i jaką, excusez le mot, pierdołę lokalną do załatwienia, właśnie dla wyborców swoich, by poznali, że nie darmo wycieczkę temu, a nie inszemu ufundowali... 
   Do roku 1652 właśnie radzono z tem sobie wcale zgrabnie, przeprowadzając po prostu uchwałę o konieczności "prolongacyi" obrad sejmowych ponad naznaczone termina, choć z drugiej strony z równą powagą uchwalano, że takie prolongacyje są wbrew prawu ("Konkluzya Seymowa" z roku 1633). Pewno, że to za razem niemal każdem sposobność była do jakich targów nowych wobec fakcyj i grup poselskich, czy magnatów, głosami klientów swoich straszących, by tam czego za tę prolongatę ugrać, ale generalnie mechanizm jakoś działał niezgorzej. Jakem pisał noty "Obrona Liberum Veto" tom napisał tam, że "...to i nieraz bywało, że się jaki niejaki zapędził niebacznie, aliści rzeknijmyż to sobie ućciwie: brali panowie bracia takiego do kątka izby poselskiej i tam mu rzeczy przetłomaczyli, gdy trza było, to i ręcznie... A i marszałek jegomość jako jeno chciał, to i nie dosłyszał...:) I tak oto życie samo skłonności niebezpieczne moderowało..." Sprawa z naszem, rzekomo pierwszem onego użyciem przez Sicińskiego na sejmie 1652 roku dokładnie tak właśnie pierwotkiem wyglądała: kanclerz wielki Andrzej Leszczyński wniósł o prolongatę obrad sejmu na kolejny dzień, oszołom palnął swoje i z izby wyszedł, a marszałek tego nawet nie dostrzegł.  Dopiroż gdy ów zbierał akceptacje powiatami, poseł bielski* Krzysztof Żelski mu uwagi zwrócił, że czas darmo po próżnicy mitręży, bo Siciński już przecie swojego złożył veta.
   Konsternacyja naówczas izbę opanowała i nikt nie wiedział co z tem fantem czynić i jako tej żaby zeżreć... Pierwotkiem mniemano, że to jest, jako już bywało, zagrywka jaka blefowa z Sicińskiego strony, by przymusić króla i sejm do zajęcia się upickimi problematami, osobliwie sporem tamtejszych panów braci z dzierżawcą ekonomii szawelskiej, księciem Aleksandrem Ludwikiem Radziwiłłem** i komisją skarbową królewską. Ekonomia, czy też jak ówcześnie zwano te majętności "dobra stołu królewskiego" miały w założeniu być od wszelkich ciężarów wolnemi, by dochód z nich służył wyłącznie królowi i utrzymaniu przezeń dworu oraz odpowiedniej pozycji panującego, by ów nie musiał każdocześnie u sejmu o jakie pensyje zabiegać, czy płaszczyć się przed kim, kto by może chciał go wspomóc... Z jednej tu szło strony o godność Rzeczypospolitej, z wtórej zaś był to prosty mechanizm antykorupcyjny wobec króla, co przychodził z zewnątrz, był niejako obcem, zatem kto wie, czy i nie gotowem za ten grosz jaki onemu potrzebny, frymarczyć sprawami czy posadami krajowemi.***
  Coś jednak z tą zasadą nieobciążania ekonomij być musiało nie tak, skoro to właśnie podatków się sedno sporu szlachty upickiej z Radziwiłłem tyczyło. Oto bowiem wyliczono na powiat podatków nowych, w których ekonomija szawelska partycypować miała i te się pokazały korzystnemi dla okolicznej szlachty, a ciężarem dla ekonomijej, ergo Radziwiłł stanął okoniem i zapłacił jeno po dawnemu podymne, rzecz całą dając pod osąd królewskiej komissyi skarbowej, która onemu słuszności przyznała, orzekając podatków należnych de novo, ale po staremu, z większym szlachty tamecznej obciążeniem, przeciw czemu znów i ci gardłowali tęgo i Sicińskiego na sejm z tą słano missyją, by wyroku komissyi utrącił... Jeno, że to domniemanie panów posłów, gdyby słusznym było, musiałoby zaowocować tem, że się Siciński w izbie na powrót pojawi, by się "dać przebłagać" i kosztem jakiego w tamtej sprawie kompromisu, by głos swój cofnął. Tem zaś czasem ów jak się z izby wydarł, tak popędził pierwotkiem na Pragę, zasię w ogóle z Warszawy umknął, co z jednej strony idzie lękiem tłomaczyć, by go panowie bracia na szablach nie roznieśli, bo to już nie szło o pieszczoty w rodzaju zatykania gęby własną pana brata czapką, jeno prawdziwie o skórę upickiego posła... Posłów bowiem, reprezentujących przeróżne ziemie i często rozbieżne interesy, łączyło jedno: nikt nie chciał otwarcie przyznać, że głos jednego posła może zniweczyć całe ich dzieło, od tygodni tworzone... 
   Udano się do króla na, jakobyśmy to dziś rzekli, konsultacje. Król doradził, by poczekać do poniedziałku(była sobota, 9 marca), bo się na pewno Siciński zjawi w izbie by głos swój odwołać, z czego można by wnosić, że i on to miał za zagrywkę taktyczną. Pozostali zatem posłowie w izbie, choć już nie obradując, przeczekano niedzieli, ale w poniedziałek rzecz się miała bez zmian, a co więcej pokazało się, że nie masz już Sicińskiego w Warszawie... Zapanowała między posłami konsternacja i nikt nie wiedział, co czynić. To w takich momentach zazwyczaj wyrastają przywódcy, którzy nie wahają się i stając na czele tłumu bezradnych, wiodą ich po narzuconej przez siebie drodze i ku przez siebie wytyczonym celom... Ba! Przywódcy! Musielibyśmy ich mieć... My mieliśmy dupę wołową na tronie w osobie Jana Kazimierza (któremu nie bez przyczyny tak wielu ze szlachty za trzy lata wypowie posłuszeństwo, nawiasem w zgodzie z artykułami henrykowskimi i postawi na "chłopa z jajami" w osobie najezdnika szwedzkiego Karola Gustawa) i mizernego przeciętniaka, Aleksandra Maksymiliana Fredrę, podczaszego lwowskiego w roli marszałka tegoż nieszczęśnego sejmu. Pierwszy nie uczynił zgoła nic, by złu zapobiec, choć się powszechnie na niego oglądano w nadziei, że zaradzi nieszczęściu. Drugi, wobec niespełnienia sobotniego warunku o kontynuacji obrad po wycofaniu sprzeciwu przez posła z Upity, ogłosił, że sejm dalej obradować nie może (co było zgodne z prawem i powszechnym rozumieniem konieczności) i staje się nieważnym, co już było jego własną interpretacją, tragiczną w konsekwencjach, bo ustanawiającą precedens. Gorzej jeszcze, że nieważnem się stają wszystkie już podjęte uchwały i postanowienia, czyli jak to wówczas nazywano: konstytucje. 
  Pytanie, czy można było inaczej... Oczywiście, że było można! W roku 1590 salę przy prolongacji opuściła grupa 30 nawet posłów, a nikomu do głowy nie przyszło, by z tego powodu uznać sejm za nieważny! W 1633 roku wielki magnat, częstokroć zresztą w historiografii uznawany za jednego z ważniejszych i światlejszych statystów tamtocześnych, Jerzy Ossoliński**** też złożył weto i... całkowicie je zignorowano!
Nawet uznając veto Sicińskiego można było zupełnie spokojnie zamknąć sejm, jako nie mogący dalej obradować, ale uznać go za ważny i opublikować przegłosowane "konstytucje". Można było i pójść krok dalej: sejm, owszem, rozwiązać, zasię zawiązać go zaraz de novo jako konfederacji (jak za lat kilkadziesiąt się właśnie zacznie czynić) na której obowiązuje głosowanie większością i nie można użyć weta! Można było, wykorzystując powszechne oburzenie, pójść dalej i o kolejny krok i dokonując może i nawet swoistego zamachu stanu, przywieść posłów do uchwalenia zmiany choćby tegoż nieszczęśnego zapisu o sześciu tygodniach, a może i dalej gdzie, w kierunku ograniczenia możności tegoż weta nadużywania... Jak rzadko kiedy była chwila po temu sposobna i byłoby przyzwolenie powszechne; kiedy Fredro stanął w izbie senatorskiej przed królem i senatorami i przekazał im te hiobowe wieści, ci długo milczeli osłupiali, nareście wojewoda brzesko-kujawski Jakub Szczawiński miał pod adresem Sicińskiego wykrzyknąć: "Bodajby przepadł!", na co wszyscy (zatem i dostojnicy duchowni, nie tylko przecie katoliccy) mięli chórem zakrzyknąć: "Amen!"
  Siła tu jeszcze kwestyj przed nami, osobliwie ta, czy to iście za Janusza Radziwiłła poduszczeniem, jako się powszechnie przyjmuje, Siciński rzecz tę uczynił, zasię wyjaśnić trzeba będzie naszego tytułowego trupa w szafie, co do języka już dawno przeszedł potocznego i własnym dziś życiem żyje, nareście przyczyny dla których żem się tą sprawą tak zajął szczegółowo, ale tego Wam, Mili Moi, już w nocie uczynię następnej, bo ta się już i tak ponad wszelką możliwość rozrosła...:)

___________________________
* - nie o Bielsko-Białą idzie, jak pewnie Lectorów mniemała część pryncypalna, a o powiatowy ówcześnie Bielsk, później Podlaskim zwany, mieścinę grubo ówcześną Białą (Podlaską) przerastający, a dziś w kompletnem zapomnieniu będący...
** - z linii ołycko-nieświeskiej, jedynej do dziś trwającej, syn Mikołaja Krzysztofa zwanego "Sierotką". Najsłynniejsi (dzięki Sienkiewiczowi) Radziwiłłowie tamtocześni, czyli Janusz, hetman litewski i Bogusław, wiedli się z linii na Birżach i Dubinkach siedzącej (tzw."kalwińskiej"), a po nich dwóch właśnie wygasłej.
*** - Gloger w "Encyklopedii Staropolskiej" pisze: "[...]Gdy starostwa i wogóle ziemie królewskie ulegały coraz większemu rozdawnictwu, pomyślano w początkach panowania Zygmunta III o zabezpieczeniu dochodów na potrzeby panującego. Najpierwej Litwa na sejmie r. 1589 na ten cel przeznaczyła dobra: grodzieńskie, szawelskie, brzeskie, kobryńskie, mohilowskie i olickie (z dawnemi cłami), które to dobra nazwano Ekonomjami lub dobrami stołowemi, od ich przeznaczenia. W roku następnym Korona na ten sam cel oddała żupy solne krakowskie i ruskie, miny olkuskie, cła ruskie i płockie, ekonomję sandomierską, samborską, malborską, rogozińską i tczewską, wielkorządy krakowskie, cła gdańskie, elbląskie, ryskie, dochody z mennicy i z opłat podwodowych. W kopalniach olkuskich wydobywano ołów i srebro. Ze wszystkich ekonomii najdochodniejszą była malborska, jako najwięcej wsi i żyznych gruntów posiadająca. Zachował ją też sobie Kazimierz Jagiellończyk zaraz, jak się tylko po wojnie krzyżackiej w jego moc dostała. Dochody z cła ryskiego w roku 1620 ustały, gdy Szwedzi opanowali Rygę. Prócz ceł, Gdańsk i Elbląg składały opłatę, która się ratami gdańskiemi i elbląskiemi nazywała. Dochód z mennicy Zygmunt III przed samą śmiercią swoją na korzyść Rzeczypospolitej wieczyście ustąpił, co później w Paktach Konwentach wszystkim jego następcom zamieszczano. Również i opłata na podwody przestała należeć do skarbu królewskiego. Prawa zabraniały królowi w czemkolwiek dóbr stołowych bądź jakich innych stałych dochodów umniejszać, a osoby, na rzecz których nastąpiłoby coś podobnego, podlegały surowym karom. Tylko za zezwoleniem Stanów dobra stołowe królewskie mogły być osobom prywatnym czasowo oddawane, jak to jeszcze w statucie Aleksandra Jagiellończyka było zawarowanem. Tym to sposobem saliny wielickie cesarzowi, a część ekonomii pomorskich i cała szawelska prywatnym w zastaw dane były. [...] W czasie bezkrólewia ekonomje przechodziły pod zarząd podskarbich: koronnego i litewskiego, z wyjątkiem ceł gdańskich i elbląskich, których kontrolę prowadziły wtedy magistraty miast powyższych. Na czas bezkrólewia byli także wybierani komisarze do dozoru dóbr królewskich, z którego sprawę Stanom zdawali. Konstytucjami z lat: 1673, 1703 i 1717 dobra królewskie ekonomiczne zwolnione były od wszelkich podatków, leżów wojskowych, opłat i ciężarów, które rozkładano w razie potrzeby na województwa i ziemie, w jakich owe dobra leżały."
**** - to ten od wjazdu do Rzymu, gdzie jego konie "gubiły" celowo źle przybite złote podkowy... W 1633 podstoli wielki koronny i starosta bydgoski, dojdzie nawet (1643)do godności kanclerza wielkiego koronnego.

22 czerwca, 2017

Moc zadań...

...przed Narodem, a choćby tylko przed bloga tego Czytelnikami stojących wyliczę, jako to: dnia tegoż choć kusztyczek nieduży za pamięć  22-go Pułku Ułanów Podkarpackich imienia księcia Jeremiego Wieśniowieckiego za przyczyną ich święta pułkowego, któregośmy przódzi dawniejszym pułku tego obyczajem świętowali 19 sierpnia... I jeśli to kogo pocieszy, to dodam, że to dwudzieste pierwsze w tem roku święto, czyli żeśmy półmetek przekroczyli...:)
  Dwudziestego czwartego zasię 20 Pułk Ułanów imienia Króla Jana III Sobieskiego świętować powinien, zasię miesiąca kończyć nam dwudziestego dziewiątego będzie święto 9 Pułku Strzelców Konnych imienia Generała Kazimierza Pułaskiego,  Za pamięć zatem o tych ułanach i szaserach toast wznoszę !
                    

19 czerwca, 2017

Dziękczynienie wszytkim...

...którym daru iście królewskiego zawdzięczam, a imieniem Waszym w dniach ostatnich przez Tetryka dostarczonego do rąk mych niegodnych...:) Przyznać się wypadnie, że choć Wachmistrz nie z jednego pieca chleb jadał i experiencyj życiowych moc nazbierał przeróżnych, w cyrkumstancyjach i obieżach się nieraz znajdując, których bez mrugnięcia przyjmował powieki, to tu i gardła wzruszenie ścisnęło, a i ócz cosi zapociło paskudnie...
    Przeszliście samych siebie, a mnie obok narzędzia pracy, a i tej tu z Wami zabawy, dostarczyliście czegoś jeszczeć i ważniejszego, czego prawdziwie trudno słowami wyrazić... Otom się poczuł, toutes proportions gardées ma się rozumieć, jak chyba się musiał poczuć Sienkiewicz Oblęgorkiem obdarowany...:)) Nawiasem i takie też miano ode mnie ów sprzęt dostał: "Oblęgorek"...:)

   Post factum sclerosis dopiero przypomnieć dozwoliła, żem przed laty, na poprzednim mym jeszcze, onetowym, blogu, był noty popełnił poniekąd pobok tejże themy, sub titulo "Pytanie o Oblęgorek dzisiejszy", gdziem kwestyi stawiał, czy bylibyśmy dziś może i zdolni do tego, by się poczuć w moralnem jakiem obligu jakiemubądź twórcy czegokolwiek ofiarować spontanicznie, imieniem narodu czytającego, przódzi na to, pospólnym wysileniem, grosza uzbierawszy...
   W najśmielszych żem wówczas, przed laty, nie przewidywał marzeniach, że tem kimś uhonorowanym sam będę, a zbierającemi Lectorowie Moi... I taki oto życie i Fortuna epilogu dopisały do tej noty sprzed lat bez mała dziesięciu, za com Wam tem głębszej jeszcze powinien wdzięczności...:) Mam też i poczucie niejakiego zobowiązania, że oto teraz ja, dłużnikiem Waszym będąc, wypłacić się mogę w jedynej dostępnej mi walucie: pogderankami kolejnemi...:) I o dziwo, nie jest mi ta myśl przykrą, a kto pomni niedawne jeszcze rozterki okołoblogowe moje, to zrozumie, żeście mi wraz z tem przedmiotem z pozoru martwem, nowego jakoby i ducha przydali, a któż wie może i, toutes proportions gardées: skrzydeł...:)  I za to Wam wszytkim dziękuję raz jeszcze:)

13 czerwca, 2017

Świąt pułkowych dosyć liczne zgromadzenie...

...może się zdać gehenną jaką komuś, komu to się jawi przykrem, by za pamięć onychże przepić choć kusztyczek. No ale przecie to nie o moich Lectorach to mowa:))) Ci przecie nie dośpią, nie dojedzą a tego przecie nie odpuszczą:)))
i ze mną i temi, co się w najbliższych godzinych zjeżdżać pod Częstochowę będą, bynajmniej nie na to, by Jasnej tam nawiedzać Góry, czy gdziebądź pątniczyć, wychylą tam czego za pamięć  8 Pułku Strzelców Konnych z Chełmna, takoż za 2 Pułk Szwoleżerów Rokitniańskich wsławionych właśnie pod Rokitną szarżą nieśmiertelnej zgoła sławy, ale i szaleństwa, podług mnie, wielekroć nad Somosierrę większego...
  Czternastego wypadnie nam święto Pułku 3 Ułanów Śląskich (nie bez kozery tu taka w pisowni kolejność:), a piętnastego 21-go Pułku Ułanów Nadwiślańskich...

11 czerwca, 2017

Cytat miesiąca

Tem razem z książki Stanisława Cata-Mackiewicza o Dostojewskim, przecie nim go przytoczę, dwóch słów do cyrkumstancyj tam przywołanych Lectorom przybliżyć potrzeba koniecznie... Otóż młodziuchny Dostojewski był się udzielał między inszemi początkującemi a śniącemi o sławie literatami w kółku dyskusyjnym niejakiego Pietraszewskiego, gdzie gromy rzucano na panujące w Rossyi stosunki, osobliwie ślepe carowi poddaństwo i w ogólności na zacofanie tameczne, słowem to wszystko, co już od słynnych listów kniazia Kurbskiego  do Iwana Groźnego, poprzez "Listy z Rosji" markiza de Custin piętnują tamtejsi i przejezdni ludzie światlejsi, ma się rozumieć, piętnują najradziej wydobywszy się z tego kraju, bo piętnowanie połączone z pozostaniem w niem wewnątrz zazwyczaj źle się tam kończy...
  Źle się skończyło i dla "zapadników" z koła Pietraszewców, bo car Mikołaj I był osobnikiem niemal zupełnie wyzutym z poczucia humoru, a że rzecz się miała wraz po europejskiej Wiośnie Ludów 1848 roku, to i ów nieprzesadnie bystry rosyjski monarcha, pomiarkował sztubackie i idealistyczno-romantyczne uniesienia Pietraszewców niczem pojawienie się nad Newą jakich jakobinów zgoła i wrychle owi zaludnili cele Twierdzy Pietropawłowskiej, po czem poddani zostali wielomięsięcznemu śledztwu i dwudziestu jeden z nich zostało skazanych, z czego szesnastu na karę śmierci. I oto 22 grudnia 1849 na Placu Siemionowskim ustawiono szafot, na placu stanęło kilka pułków piechoty, w tem moskiewski pułk lejbgwardyjski, a to temuż, że jeden ze skazańców tegoż pułku był oficyjerem, tandem dla onego pohańbienia większego, a sobie dla pouczającego przykładu musieli owi nieboracy przemaszerować zimową porą* niemal siedemset wiorst** w jedną stronę, zasię po kaźni jeszcze i powrócić nazad. Do tego tłum, głównie z ciekawskich złożony, pop i, ma się rozumieć, skazańcy, siniejący z zimna w swoich letnich ubrankach, czyli tych, w których ich w kwietniu i maju przyaresztowano... Odbyła się niemal cała ceremonia kaźni, aż do momentu, gdy przywiązano do trzech słupów pierwszych trzech rozstrzelania czekających, w tem Pietraszewskiego i jenerał Rostowcew, dobrany do tej roli chyba jeszcze na większe oczekujących śmierci cierpienie i szyderstwo, bo to był jąkała okrutny, począł onym czytać coś, co miało być wyrokiem, a okazało się aktem łaski, na tem polegającej, że nikt dnia tego żywota nie postradał, a pomieniono im tegoż na katorgę (w przypadku Dostojewskiego czteroletnią, wzbogaconą dwuletnią karną służbą jako szeregowca*** w odległym prowincjonalnym batalionie...
  No i po tym krótkim wstępie możemy przejść wreszcie do cytatu z Mackiewicza:
"Pewien król w średniowieczu skazał swego karła na śmierć, postawiono go na szafocie jak Dostojewskiego w 1849 r., położono mu głowę na pieńku, a kat uderzył go po szyi kawałkiem kiełbasy. Obecni wybuchnęli śmiechem, lecz karzeł tego śmiechu już nie słyszał - umarł ze strachu. Tutaj prostactwo ludzkie dążyło do użycia cierpień ludzkich w charakterze elementu komicznego. Prostactwo tego typu działa po dziś dzień, zwłaszcza w dziedzinie pedagogii."
_____________________
* - tym, co tego nie miarkują w całej swej grozie, przypomnę, że słynny Bonaparta odwrót spod Moskwy, gdzie mało kto żyw Berezyny dobrnął, a i z tych jeno szczęśliwcy ją przekroczyli, odbywał się nie w jakim zimy największym nasileniu w styczniu, czy lutym, a właśnie w listopadzie...
** do 1835 roku 1077 metrów, po tym roku 1066,73 metra
*** - Dostojewski ukończył petersburską Wojskową Szkołę Inżynieryjną z tytułem inżyniera-podporucznika, a potem jeszcze awansował na porucznika, zatem oznaczało to jeszcze i dodatkowo hańbiącą degradację. Służba w 7 Syberyjskim Batalionie Liniowym w Semipałatyńsku wykazała zresztą jak umownie należy rozumieć wszelkie rosyjskie wyroki, bo skazany na dwa tej służby lata, przepędził w niej lata od 1854 do 1859 i wówczas dopiero pozwolono mu wrócić (bardzo prawdopodobne, że za wstawiennictwem jednego z wcześniejszych absolwentów tej samej Szkoły Inżynieryjnej, Edwarda Totlebena, wsławionego obroną Sewastopola w wojnie krymskiej, do którego to generała Dostojewski pisał z prośbą o wstawiennictwo), najpierw do Tweru, a później do Petersburga. Rosjanie nazywają to "ułaskawieniem"...

04 czerwca, 2017

O epizodzie intymnym pewnego carskiego poddanego i onegoż następstwach...

W Roku Pańskim 1912 stawił się był do doktora Witolda Rzegocińskiego, znanego krakowskiego lekarza dermatologa i - jak to się wówczas mówiło - syfilidologa, przyjmującego prz ulicy Szczepańskiej 8, mężczyzna w średniem wieku, Rosjanin w Krakowie czasowo bawiący, skarżąc się na przykre, a nieznane mu wcześniej dolegliwości, które doktor Rzegociński bez trudu zdiagnozował jako kiły początek.
  Indagowany wyznał, że nawiedził był dwie panienki nierządne, pospołu pokoik w dworku doktora Abłamowicza przy Łobzowskiej ulicy wynajmujące, co tem pikantniejsze, że ów akuratnie naprzeciw klasztoru siostrzyczek Karmelitanek Bosych się znajdował i zabawiwszy się tam z niemi, taki oto dar ponad uzgodnione otrzymał usługi.
  Zapytacie, Mili Moi, czemuż mię tak owo zajmuje zdarzenie sprzed wieku, niewierności małżeńskiej owego Rossyjanina dowodzące? Z niewierności akurat nieboraka rozgrzeszam, bo jak na onegoż połowicę wejrzycie, to i sami go może rozgrzeszycie... Nadieżda Krupska nie dość, że nie grzeszyła urodą ( w polskiej Wikipedyi, której jak wiadomo, daleko do bułgarskiej, macie wyjątkowo korzystny onej, młodzieńczy konterfekt), to cierpiąc na przypadłość zwaną chorobą Basedowa, jeszczeć i na urodzie więcej była poszkodowaną poprzez ustawiczny obrzęk twarzy, opuchliznę wkoło oczu i skłonność ku otyłości. Ilja Erenburg pozwalał sobie na powtarzanie jako bon-motu zdania, że wystarczy spojrzeć na Krupską, by wiedzieć do jakiego stopnia Lenin się niewiastami w ogóle nie interesował. Błądził w tem ów pisarczyk sowiecki, bo wieloletnie życie Lenina w trójkącie z Krupską i Inessą Armand było sekretem numer jeden sowieckiej Rossyi, a Dzierżyński do swej śmierci płacił z enkawudowskiego funduszu operacyjnego za milczenie przyjaciółeczce Inessy, która weszła w posiadania jej listów*. Brytyjska historyczka, Helen Rappaport, doszukała się wizyt Uljanowa u jakiej paryskiej dziewki przedajnej już w roku 1901, aliści ta chyba jednak być musiała w tem względzie niewinną, bo inaczej przecie by się lat jedenaście później doktor Rzegociński u Uljanowa nie początków kiły doszukał, a stadium już chyba agonalnego, co prawdę rzekłszy, bym i może nawet wolał tej palmy zaszczytnej przyznawać kurwiszonowi paryskiemu, bo być może dzięki niej byśmy ani owej Październikowej Rewolucyi nie mięli, ani jej następstw nieszczęśnych kolejnych...
   Są jeszcze domniemania wskazujące na jakie genewskie kokoty i na włoską socjaldemokratkę Stellę Bałaban, z którą się miał Lenin zejść na kongresie w Pradze w styczniu 1912 roku, aliści mnie zda się, że to jednak Kraków tem będzie miejscem, gdzie się nasz przejezdny bohater tej przykrej przypadłości nabawił i która, zdaniem wielu, w lat niespełna dwanaście go zabiła**. Tablicy wmurować się już nie uda, bo dworku nie masz, naprzeciwko Karmelitek stoją kamienice wysokie, a i nieboraczek, co by się im może nawet order należał, dziś już nie sposób będzie odszukać... Pozostaje pożałować, że owa broń biologiczna nadto późno zadziałała, nim zarażony zdążył podpalić świat...
_____________________________________
* - ciekawość nawiasem, co się z owemi listami stało, bo do dziś jedyne publikowane wyimki jeno się spraw partyjnych tyczą, zupełnie jakby jednak sowieccy szpiedzy na nich położyli łapę i luboż dawno onych zniszczyli, luboż zawarli gdzie na dziesięć spustów, skoro i dziś, nibyż ćwierć z górą wieku po tegoż ustroju upadku, niczego nowego w onej materyi nie masz...
** - oficjalnie się głosił, że Lenin doznał między sierpniem 1922 roku a marcem 1923 trzech udarów, z których wyszedł już człowieczym wrakiem, na wpół sparaliżowanym... Pomierając styczniem 1924, w wieku niespełna 54 lat, rzec by można, że szedł w tem względzie śladami ojca, którego też zabił udar w wieku 55 lat. Jakaż prawda o tem, orzec dziś ciężko, ale zdanie o tem, że był jednak syfilisu ofiarą jest dość powszechnem, także pomiędzy lekarzami, którzy o objawach czytali...

02 czerwca, 2017

Święto 23 Pułku Ułanów Grodzieńskich...

...kaducznie nam przeminęło wczoraj, za wstydu mego przysporzeniem, żem na czas nie przypomniał. Pułku dziejów i tradycji ciekawym noty polecam w tejże materyjej dawniejszej mojej, zasię 5 Pułku Strzelców Konnych, by nie prześlepić, zawczasu podaję, że za ich pamięć pić można nieustająco, przecie 9 -go Iunii będzie to najwięcej stosownem...:)

28 maja, 2017

Lista chorób...

... na które zapaść było można, zdaniem wielu dawniejszych autorów, skutkiem nieumiarkowania małżonków w "rozkoszach lubieżnych", które - ma się rozumieć - było nad wyraz szkodliwem... Oto onych wykazanie za pracą Agnieszki Lisak "Miłość, kobieta i małżeństwo w XIX wieku":
"Nadużywanie narządów płciowych" mogło doprowadzić do impotencji, bezpłodności, osłabienia, "zwichnięcia postawy", porażenia pęcherza moczowego, zaniku jąder, zwiotczenia mięśni, "upadku zdolności myślenia", pogorszenia pamięci, a w skrajnych przypadkach nawet do śmierci."
  Niewiastom groziły zaś rzeczy jeszcze gorsze, jeśli się w sposób "niepohamowany" oddawałyby uciechom płciowym, a to mianowicie: "cierpienia nerwów, bicie serca [przyznam, że do dziś nie wiedziałem, że to choroba - Wachm.], bladnięcie twarzy, zapadanie policzków, słabnięcie słuchu, powonienia i smaku", a kiedy już, już czekałem, że i wzroku takoż, tom się dowiedział, że oczy niewieście jedynie mogły "utracić właściwy sobie blask i ogień", co i tak zdaje się być karą niewielką w porównaniu ze ślepnięciem, które młodzianków czekać miało nadto często się wzorem Onana bawiących... Nie zazdrośćmy jednak niewiastom, bo te, które się miały w onem szaleństwie cielesnym zatracić, czekał "idiotyzm i całkowity bezwład organizmu [czyli, jak rozumiem, paraliż - Wachm.].
  Najwięcej wszelako ubawiła mię obietnica, z dawnych poradników przez Autorkę wyjęta, że tym, co się dobrowolnie onych uciech będą wystrzegać i żyć wstrzemięźliwie, wyrzeczenie owo zostanie nagrodzone między inszemi bezbolesnymi porodami, które w takim razie nie wiedzieć czego być by miały następstwem, tudzież "podniesieniem męskości" u panów... Tylko, w takim razie, właściwie po co?



P.S. Napominam abyście nie przepomnieli o jutrzejszem święcie pułkowym 18 Pułku Ułanów Pomorskich (to ci, których pod Krojantami szarży nieszczęśnej przypisuje się powstanie nieprawdziwej, acz nieśmiertelnej, niestety, bzdury propagandowej o szarżowaniu z szablami na czołgi).      

21 maja, 2017

O rzucaniu blogiem...

   Na marginesie noty pozwolę sobie przypomnieć, 
że pora uczcić święto 6 Pułku Strzelców Konnych imienia 
hetmana wielkiego koronnego Stefana Żółkiewskiego,
 w Międzywojniu w Żółkwi właśnie, rodowem gnieździe
 patrona swego, stacjonującego, zasię 23 Maii pić będziem 
za święto 4 Pułku Strzelców Konnych Ziemi Łęczyckiej...
 Dziejów pułków tych ciekawych
 do dawniejszej odesłać sobie noty pozwolę

   Koncept niniejszej notki zawdzięczacie poniekąd ostatnim Szczura Jegomości wynurzeniom, będącym w istocie kolejną jego pracą z dziedziny ontologii i epistemologii blogownictwa, czy nawet rzekłbym, że i może tą dziedzinę nauki tworzącym, o czym przyszłym badaczom zawczasu donoszę, znając, że owi jako to u naukowców zwyczajnie, świętości nie uznając, to i klasyków nie uszanują...
    Rozważania owe przywiodły mię k'temu, że, pomimo że rok rozpoczynam w blogowaniu dwunasty, jestżem w temacie experiencyi zwyczajnie mikrej, bom sam jeszcze dopotąd blogiem nie rzucał, choć ów mną (albo administratorzy platform blogowych) bodaj już parokrotnie, przecie w związku ze wciąż niezaleczoną prostracją* i abominacją, jest mi ta myśl nieustająco bliską, przeciem jednak skonstatował z niejaką zgrozą, że nic przecie o rzucaniu blogiem nie wiem... Małoż na tem, zda mi się, że nikt dopotąd tego nie próbował nawet w jakie zorganizowane ramy wcisnąć i nad oddolnym ruchem zapanować, co rodzi niejakie nadzieje na to, że będę jednym z pierwszych działaczy na niwie i przyniesie to w konsekwencji jaką lukratywną posadkę czy synekurkę w Zarządzie Polskiego Związku Miotaczy Blogów, gdy taki już wreszcie powstanie.
   Myśl ta dodaje, oczywiście, otuchy, przecie z minuty na minutę tych rozważań widzę, jak rośnie góra spraw niczem nie uregulowanych i nie ustalonych, słowem totalne bezhołowie i brak reguł, czemu jak najrychlej zaradzić pilno potrzeba, bo bractwo wokoło rzuca blogami od lat bez najmniejszego ładu i składu!
     Pilno nam zatem tejże konkurencyi nowej jakie ustalić reguły, ergo zapraszam wszystkich do dysputy o tem, jakaż ta być ma dyscyplina nowa... Nie od rzeczy będzie z punktu do MKOL-u wystąpić o uznanie za dyscyplinę olimpijską, bo znając tego tworu nieruchawość na dziesięciolecia liczoną, decyzja zapewne zapadnie, gdy większość blogowiczów już wymrze... Czy to jest sport indywidualny, choć masowy, czy jednak drużynowy? Czy zawodnicy winni walczyć ze sobą, co poniektórzy (i poniektóre) ćwiczą już od dawna, okładając się wzajem blogami na potęgę? I kogóż wtedy i za co przyjdzie za zwycięzcę uznać? Czy też raczej zwycięzcę premiować się będzie, porównując wyniki? Czy trzeba dzielić konkurencję na kobiecą i męską, czy też jest to rzecz bez znaczenia? Osobiście byłbym obaw pełny, że jeśli się to rozdzieli, płeć mając za kryterium, to w niektórych gminach, a może i powiatach sport męski nigdy nawet sekcji w lokalnym LZS-ie nie stworzy, nie mówiąc o klubach... Ale to szczegół, wielekroć ważniejsze przecie samej dyscypliny zasady, bo dla mnie jest wciąż rzecz niejasna, czy blogiem się rzuca w dal, wzwyż czy przez przeszkody? Ileż rzutów się uznaje i czy są rzuty spalone? Czy to się czyni z miejsca, czy z rozbiegu? Z półobrotu, czy wykręcając obrotów nawet kilka, czy przeciwnie, trwać przy tem trzeba nieporuszenie? Są jakie przy tem figury obowiązkowe? Jakieś salchowy, telemarki czy insze immelmany, za które się punktów zbiera dodatkowych? Jeśli tak, to za co i jakaż być winna punktacja, czy może miasto niej o wszytkiem czas rozgrywa mierzony, a jeśli tak to od kiedy do kiedy? Blog blogowi przecie nierówny, ergo być winny jakie powołane wagi, czy kategorie, ale tu znów dylemat jakże ich kwalifikować do nich? Bywają przecie blogi ciężkie niczem niemiecka filozofia i lekkie niczem słowo polityka... Jakże ich zatem równać ze sobą? 

   I tu przyznam z niejakim zawstydzeniem, że myśl nawet sama o niebacznym zostaniu jakim mistrzem, niechby tylko województwa czy powiatu, o świecie czy Europie nawet nie myśląc, w rzucie blogiem w kategorii, dajmyż na to, lekkośredniopółciężkiej z punktu mnie niejaką abominacją do rzucania napawa, właśnie przez obawę o możność bycia obdarzonym takim właśnie tytułem...
    Jak sami zatem widzicie, pracy jest moc, a czasu, jak zwykle, niewiele, tandem nie mieszkając, bierzmy się do roboty i ustalmy co pilnie, by temu powszechnemu bezhołowiu kresu położyć rychłego. I oby nie wyszło, że chcieliśmy jak najlepiej, a wyszło, jak zawsze...

____________________

* - upewnić spieszę, że nie o religijny sens tego słowa mi idzie...

14 maja, 2017

Przyszła kryska na Matyska...

   Najostatniejszą tu rzeczą, jakiej bym pragnął, jest by się wydać komu miało, że się żalę luboż pocieszenia wyglądam, ale pewnie tego nie uniknę...:(( Jakem przy nieszczęściu rok ten poczynającym napisał, że ów idzie po nas jak walec jaki, tom nawet częścią nie przypuszczał jeszcze jak dokuczliwie... W zdrowiu, dziękować, nawet się jakoś mniej czy bardziej, przecie udaje, za to rozpruł się z wydatkami worek, którym końca nie masz, co dokucza tem przykrzej, że ten z przychodami się znów jak najściślej przed nami zawiązał, co gwoli przestrogi przedkładam każdemu co się zanadto w swej wyspecjalizował robocie i na jednem rodzaju klienta był zawisł... I tak bieży to wszystko za sobie wiadomą koleją, gnębiąc i dokuczając, czego bym Wam może i nie pisał, bo nie Wasza to przecie rzecz, aliści i na nasze relacyje to padnie, bo do plonu przykrego dni kilku ostatnich, do siekiery arcyforemnej i ulubionej, którą to luboż gdzie czort jaki ogonem przysiadł, luboż się niecnocie jakiemu do rąk przylepiła, do kosiarki, co wymówiła dalszej służby doszedł i laptop mój, dech ostatni wydając... A że w cyrkumstancyjach zaistniałych o nowym to i nawet marzyć nie ma możności (słowa te na chwilowo pożyczonym piszę, ale to jeno na dziś i dość krótko możliwe, zatem i pewnie nawet na jakie komentarze, jeśli będą, odpowiedzieć już nie poradzę), tandem znaczy to i kres dla Pogderanek naszych na czas nie wiedzieć jak długi...
   Bywajcie zatem, Mili Moi... Dziękuję Wam, żeście tu byli ze mną przez te wszystkie lata i trudu mojego owoce raczyli poznawać, a czasem i o nich co słowo jakie zamienić... Być i może, że się pofortunni zejść znów jeszcze kiedy, ale na dziś to wszystko palcem na wodzie pisane...
   Kłaniam nisko, nadziei pełnym, że, mimo wszystko, nie raz ostatni...

11 maja, 2017

Święta kolejne, częścią zapóźnione...

...z mojej, ma się rozumieć, winy, bo mi to wszytko okrutnie niesporo idzie; całe to blogowanie tegoroczne, gdzie do czasu zwykłego u mnie niedostatku się i nieochota przyplątała sroga...:(( Cirpią na tem ułany, szasery i szwoleżery, bo jako się z rozumem gdzie nareście spotkam i pomyślę, co też przecie do tej czynności nienawykłemu rzecz trudna, to już najczęściej jest już po harapie...
  Ano i tak, mimo zapóźnień, bym upraszał czym tam, kto może, choćby i kefirem, toastu za pamięć spełnić 10 Pułku Ułanów Litewskich, co 8 Maii świętował, jako i pułki szaserskie: 1, takoż i 10, Pułków Strzelców Konnych, co 9 Maii świąt swoich miały, nareście za przesławnych Ułanów Kaniowskich, co świętują dzisiaj...:) 

07 maja, 2017

O ułańskich prapoczątkach...

   Najsamprzód zechciejcie cytaty przeczytać z memuarów i opisania podróży po Polszcze przez Angielczyka, Williama Coxe'a, historyka i publicysty, odbytej w Roku Pańskim 1788:
  „Król posiada oddział wojska złożony z 2000 ludzi, płatnych z jego prywatnej szkatuły i najzupełniej od niego zależnych. Oddział ten składa się głównie z ułanów, czyli jazdy lekkiej, która grupami na zmianę tworzy eskortę towarzyszącą jego królewskiej mości. Widzieliśmy małą ich cząstkę, około trzydziestu ludzi obozujących w pobliżu jego rezydencji i mieliśmy później sposobność dokładniej im się przyjrzeć. Są to głównie Tatarzy, wielu z nich wyznaje mahometanizm, a na ich wierności można w zupełności polegać. Korpus ten jest złożony z panów i poddanych. Wszyscy oni tworzą szwadron kawalerii, lecz nie są uzbrojeni jednakowo; każdy z nich – bez względu na rangę – nosi szablę, jak również pistolety, ale panowie mają jeszcze lance, około 10 stóp długie, inni zaś miast lanc zbrojni są w karabiny.
   Strój ich składa się z wysokiej czapki futrzanej, zielono-czerwonej, i spodni tego samego koloru, które przykrywają buty sięgające aż po kostki, oraz z białej spódniczki dochodzącej do kolan.
   Głowy mają zgolone na sposób polski. Lance ich, na których końcu powiewa długa, czerwono-czarna chorągiewka w kształcie jaskółczego ogona, są krótsze i słabsze niż lance austriackich Kroatów, ale noszą je w ten sam sposób i używają ich z taką sama jak tamci zręcznością. Ludzie ci są różnej wysokości i wyglądają pięknie i dorodnie, chociaż spódniczki i wychodzące spod nich spodnie bardzo zniekształcają ich figurę.
    Konie, których dosiadali, były około 14 łokci wysokie, bardzo silne w barkach i pełne szczególnego ognia. Polska jest sławna z rasy swych koni i król pruski w tym kraju nabywa je zawsze dla swojej lekkiej kawalerii. Jednak ostatnie wojny domowe niemal zupełnie wyniszczyły tę rasę i magnaci nabywają obecnie konie od Tatarów” 

  Słów teraz paru komentarza się do onych zapisków dodać godzi... Primo, że to ten oddział najpierwszy się officjalno zwał ułanami, a to powiedają, że dla częstości używania słówka "oghłan" ("chłopiec", "chłopcze"), którem się nader gęsto mięli owi Tatarowie nadworni w komendzie i rozmowach między sobą posługiwać. Czego mylić nie należy z dawniejszym urzędem ułan-agi, którego Dywan chanatu krymskiego nominował...
  Zwał się zatem ów oddział 2 Pułkiem Lekkiej Jazdy Ułanów Jego Królewskiej Mości i o liczbie dwóch tysięcy to mógł co najwyżej pomarzyć (chyba, że się dla jakowej przyczyny Coxe'owi Jegomości w oczach już nie dwoiło, czy troiło, a co najmniej pięcioiło...) Dla roku 1788 ścisłej danej akurat nie mam, ale mam jej dla roku 1777, gdy komendujący tem pułkiem Jakub Azulewicz zdawał sprawy ze stanu onego i podług etatu miał mieć w trzech szwadronach (Azulewicza własnym, pułkownikowskim i rotmistrzów Gazeja Koryckiego i Ambrożego Brinkena) 411 ludzi (19 oficyjerów, 12 namiestników, 168 towarzyszy - właśnie owi "panowie" Coxe'a , 4 felczerów, 13 trębaczy, podoficyjerów 12, 180 pocztowych, czyli podług Coxe'a : "poddanych" i 3 "kowalów" ) a w rzeczywistości liczył 269 ludzi (14 oficerów, 9 namiestników, 99 towarzyszy, 120 pocztowych, 4 felczerów, 11 trębaczy, 9 podoficerów i 3 kowali). I podobnej danej mamy dla roku 1792, gdy pułku włączono w stan wojsk Rzeczypospolitej (i na Jej żołd) i przemianowano onego na 6 Pułk Przedniej Straży, gdzie znów stan pułku winien wynosić 411 ludzi, a zgłaszał Azulewicz realnie 407, co mi się nie nadto możliwem wydaje, realia tamtocześne znając... Najpewniej etat pułku był stały, zaś realny jego stan oscylował wpodle 250-350 żołnierzy, oficerów i przeróżnych funkcyjnych, czy służby pomocniczej...
   Tertio, co Coxe Jegomość spódniczką zobaczył (a co by potwierdzało domniemanie moje, że baczył abo wielce z daleka, abo nie zanadto trzeźwio), to najpewniej poły od kurty mundurowej, nowomodnym ówcześnie obyczajem z fraka mundurowego powziętej, ergo coś, co zatryumfuje dopiero w napoleońskiej epoce, a póki co, szło o lepsze ze staropolskim kontuszem, a których to kurt ówcześnie katankami zwano. Cosi być musiało na rzeczy z tem panacoxowym baczeniem, bo czeguś nie dopatrzył, że podług jegoż samego własnego opisania mielibyż być ci Tatarowie odziani w spodnie i ową spódniczkę, zasię do tego mieć czapy w kolorze spodni, z czego imaginuję ich jako cosi na kształt półnagich Indian amerykańskich...
Quarto, co cudzoziemcowi przebaczyć idzie dla zrozumiałej nieznajomości nomenklatury wojennej, to to, że u niego szwadron, prosty roty dawniejszej następca*, czyli cosi wpodle stu koni liczący, raz jest u niego szwadronem a raz korpusem no i last, but not least: że jawnie z tego wynika, że król takiego był do narodu własnego zaufania, że jak chciał mieć straży i ochrony wiernej, mus mu było po Tatarów sięgnąć... Czemu po prawdzie dziwować się trudno, znając, że go nienawidzono serdecznie, a pułk opisywany powstał w cztery lata po arcydziwacznym zdarzeniu, uznawanym za zamach czy próbę porwania króla przez konfederatów barskich, ale jak o tem się dłużej zastanowić, to nawet między konfederackimi głupstwami było to arcygłupstwo, ergo najpewniej prowokacja gruba, by rzecz całą konfederatom i personalnie najzdolniejszemu z nich, Pułaskiemu, przypisać i ciekawość jeno, czy to sam król za tem stał, czy bez onegoż wiedzy ukręcili tego Moskale, czyli też może jeszcze jacy insi się w to wdali...


__________________
* - nibyż to w jeździe powinien być następca chorągwi, atoli z tem już nie tak prosto, bo chorągiew siła jeszcze inszych znaczeń miała...

Święto 12 Pułku Ułanów Podolskich i 17 Pułku Ułanów Wielkopolskich...

...których, gdy kto tradycyj i historii ciekaw, tutaj niechaj wejrzy:
http://pogderankiwachmistrzowe.blogspot.com/2016/05/swieta-pukowe-12-puku-uanow-podolskich.html

03 maja, 2017

Jak co roku...

 nieodmiennie przypomnę, jako każdego 3 Maja, tym, co niedouczonych będą dziś słuchać żurnalistów, polityków i inszych sobie tą konstytucyją gęby wycierających, że nie pierwsza nasza w Europie, a we świecie wtóra, tylko odpowiednio: druga i trzecia...
 http://pl.wikipedia.org/wiki/Konstytucja_Korsyki
 Tym zasię, co by czego pragnęli więcej o konstytucyi naszej i onej następstwach poczytać, pozwolę sobie do dawniejszego mego tekstu, poniekąd polemiką z tezami profesora Andrzeja Chwalby będącego odesłać:
http://pogderankiwachmistrzowe.blogspot.com/2015/05/godnym-rocznicowych-tekstow.html

27 kwietnia, 2017

Na czarnobylską rocznicę...

   Jako domniemywać sobie dozwolę, lwia część z Was, Lectorowie Mili, mniemała zapewne, że się Wachmistrz zdarzoną przed laty, choć przecie współcześnie, tragedią tameczną atomową zajmować będzie, sowiecką durnością, zaprzaństwem i zakłamaniem... Nie, Mili Moi, tem niechaj się inszy zajmują, my zaś ostaniem przy Czarnobylu, jeno się w czasie cofniem o lat jeszcze z górą sześć dziesiątek, choć zbieżność dat dziennych iście jest tu jakim Historyi żartem...
   Mamy Roku Pańskiego 1920 i poczętą ofensywę na Kijów, której od północnej strony i od wojsk bolszewickich na dzisiejszem pograniczu białorusko-ukraińskich zasłaniać miała 9 Dywizja Piechoty tamtym czasem przez jenerała Władysława Sikorskiego, przyszłego Naczelnego Wodza i premiera rządu emigracyjnego, dowodzona. Ów pomiarkował wrychle, że mu sielnie szkodną jest pływająca po Prypeci sowiecka Flotylla Dnieprzańska, która swemi kanonierkami i kutrami motorowemi wspierała oddziały lądowe i w komunikacyi naszym szkodziła. A że miała owa Flotylla oparcie właśnie w porcie rzecznym w Czarnobylu, tandem nie trza było koncypować nadto wiele, by pomiarkować, że dopokąd się onego portu nie zdobędzie lub nie zniszczy, to i z owemi bolszewickimi kanonierkami ustawiczny będzie frasunek...
   Ano i tak przyszło do jedynej w swoim rodzaju operacji, w której pospołu wojowali piechurzy, artylerzyści i ułani z okrętami rzecznemi, wspierając się wzajem, bo sił do wyprawy na Czarnobyl złożył był Sikorski z naszej słabiuteńkiej jeszcze, choć arcydzielnie stawającej Flotylli Pińskiej (kanonierka "Pancerny 1" i cztery kutry motorowe), z 3 batalionu 34 pułku piechoty, jednej baterii z 9 pułku artylerii polowej i z dywizjonu wydzielonego z pułku kawalerii, dowodzonego przez majora Feliksa Jaworskiego, nad którą to postacią i nad tym oddziałem zatrzymać bym się chciał krzynę...
  Owoż w roku 1917, gdy po cara obaleniu w całej Rossyi poczęło się bezhołowie totalne, osobliwie na prowincyi, gdzie ten rządził, co miał karabin w garści, co nieraz znaczyło jakie polityczne siły, a nieraz pospolitą bandyterkę i rabuśników, po pierwszych wielce smutnych ekscesach poczęła się ludność polska organizować w oddziały samoobrony i taki właśnie konny oddział, na Wołyniu powstały, miał pod Jaworskiego dowództwem posłynąć jako jeden z największych i najwięcej skutecznych. Partyzanci Jaworskiego walczyli zatem na Wołyniu samodzielnie (nieraz bardzo krwawo i sine misericordiam, stąd i różne o nich słuchy chodziły, nieraz nieprzychylne wielce ) i z bolszewikami, i z Ukraińcami Skoropadskiego, bywało że i Petlury, czy wreszcie z bandami pospolitemi aż do czasu wcielenia oddziału do III Korpusu Polskiego w Rosji w lutym 1918 roku. Zofia Kossak-Szczucka, przeżywszy ten czas na Wołyniu, późniejszej swej "Pożogi" temuż czasowi i mieśćcu poświęciła, wiele dobrego przy tem o "Jaworczykach" pisząc, czemu i nie dziwno, skoroć i Imć Szczucki tam służył:)). Z inszych person losów osobliwie z tem pułkiem splecionych bym spomniał porucznika Siłę-Nowickiego (oćca wielce znanego za nieboszczki Peerelki mecenasa, co w politycznych procesach oskarżonych bronił), któregom ongi tu już i był spominał, co go później do formowania słynnych białostockich "Huzarów Śmierci" detaszowano. Takoż i przyszłego bohatera przestworzy, awiatora nieustraszonego, Bolesława Orlińskiego, co kilka miesięcy u "Jaworczyków" za ułana służył... nareście i inszego ułana zasług niemałych, Władysława Mieczysława Jaruzelskiego, nic temu przecie nie winnego, że mu w lat kilkadziesiąt później syna między przedawczyków moskiewskich i autorów stanu wojennego policzą...
   Z oddziału tego wielu w różnych się później znalazło formacyjach, z których wspomnę tylko owych "Huzarów Śmierci", co gremialnie się w 3 pułku strzelców konnych* (akuratnie dziś też świętującym swoje pułkowe święto) znaleźli, i "jaworczyków" najwięcej z dowódcą swoim związanych od początku samego, co z niem pospołu przyszły 19 Pułku Ułanów Wołyńskich tworzyli. Generaliter przyznać jednak przyjdzie, że był czas z temi pułków mianami i numerami wielce dla ładu w tem szukającego trudny, bo pułki czasu wojny, a późniejsze czasu pokoju całkiem różne nieraz numery nosiły, przy tem jeszcze zawiłość z odmiennością numeracji pułków ochotniczych, a i z tem, że siła świeżo uformowanych szła w bój, ani czekając końca pułków formowania, pojedyńczymi szwadronami, luboż i dywizjonami**... Najpewniej dla tej to przyczyny autor wikipedycznej o tejże batalii noty uznaje, że wojował w niej dywizjon z 1 pułku strzelców konnych, a nie ułani wołyńscy. Sęk w tem, że owi strzelcy konni w tem czasie służyli za kawalerię dywizyjną 8 Dywizji Piechoty boje toczącej pod Mołodecznem na Białorusi i udział mięli w wyprawie na Dryssę, gdzie 
dnia 28 kwietnia ponad wszelką wątpliwość przeprowadzili szarżę pod Krasnem, ergo trudnoż by im było w tem samem czasie być jakie pięćset wiorst na południe...
   Podług mnie to właśnie "jaworczycy" czyli 19 Pułk Ułanów (in futuram Wołyńskimi nazwanych), a ściślej jego cząstka, czyli wspominany dywizjon, jakie może dwieście, może trzysta szabel liczący, szli w tej na Czarnobyl wyprawie... Ruszyli owi 25 kwietnia o świtaniu traktem czarnobylskim z Demowicz wzdłuż Prypeci idącym, przy czem jedni szli, drudzy jechali, a trzeci płynęli rzeką równo z wojskiem lądowym. Przed wieczorem pod Koszarówką się natknięto na kanonierki i kutry Flotylli Dnieprzańskiej, która choć od polskiej silniejsza, przecie nie dotrzymała jej pola i podała tyły po ognia tęgiego wymianie, gdzie się naszym pofortunniło jednej z bolszewickich kanonierek uszkodzić...
W tejże Koszarówce łodzi naleziono zadosyć, by harmat choć części i piechurów mniej wprawnych rzeką wozić, ergo podzielił Jaworski kolumnę na dwie części, gdzie sam z jazdą, częścią ledwo piechoty i paroma działami chciał wzdłuż rzeki nacierając wyjść na Czarnobyl od północy, zasię porucznikowi Galińskiemu poruczył większą część piechurów i dział takoż kilku, by o czasie tem samem (na świt 27 kwietnia rachowanym) wyszedł na Czarnobyl od zachodu.
  Bolszewicy bronili Czarnobyla 61 Brygadą Strzelców, czyli siłą trzykroć od naszych większą i dwunastoma okrętami Flotylli Dnieprzańskiej. Części tych sił wysłali przecie w stronę spodzianego ataku, potwierdzonej niejako przez te okręciki rzeczne, co się spod Koszarówki wróciły. Napotkali ich naszy pod Lelowem i po zaciętem boju, w tył odrzucili, w czem niemała zasługa Flotylli Pińskiej, co tęgo do bolszewików prażyła od strony rzeki, czyli w onych odsłoniętą flankę... Przez tę jednak potyczkę spóźnił się był Jaworski pod Czarnobyl i porucznik Galiński począł dzieła bez niego.  Przez bitą godzinę sam z piechurami, bardzo skutecznie wspieranymi przez naszych kilka armat, wojował z całą bolszewicką brygadą, spychając wroga z pozycji na cmentarzu i z pasa ogródków podmiejskich, które miasto od zachodniej strony okalały. Przecie i on tęgo był szkodowanym od armat sowieckich, osobliwie tych z kanonierek rzecznych.
   W samą porę nadszedł jednak i nadpłynął Jaworski i nasze kutry, a przede wszystkim kanonierka "Pancerny 1" tęgiego dały bolszewikom łupnia, dowodnie wykazując wyższość kunsztu tak artyleryjskiego, jak i marynarskiego, bo okrom celnego strzelania, wcale udatnie nasi manewrowali, by wrażego ognia uniknąć. I przyznać trzeba, że losy tejże batalii się rozstrzygnęły na wodzie, bo atak naszych czterech kutrów i kanonierki na sześć sowieckich kanonierek był tak brawurowy i z taką determinacją prowadzony, że bolszewicy wrychle podali tyły i począł się pościg za niemi po rzece przez niemal 25 kilometrów jej długości... Nawiasem, z wielce dramatycznymi epizodami, osobliwie jak wtedy, gdy "Pancerny 1" trafił pociskiem w komorę amunicyjną kanonierki "Gubitielnyj" i jej w ćwierć pacierza posłał na dno Prypeci, zasię dwóch inszych naszkodował tak okrutnie, że się całkiem z boju wycofały, podobnie jak bolszewicka brygada z miasteczka, widać pozbawiona osłony od strony wody, czuła się wystawioną jak na patelni i większych nie chciała ryzykować strat.
   "Pancerny 1", który nawiasem był wielce prowizoryczną konstrukcją, przerwał za bolszewikami pościgu dopiero wówczas, gdy mu woda w maszynowni do kolan załogi podeszła i nie nadążano jej wybierać. Nie stało się to jednak za ognia nieprzyjacielskiego sprawą, a poniekąd własnego, bo główna kanonierki armata była tak naprawdę armatą górską, jeno prowizorycznie zamocowaną na pancernym pokładzie dziobowym. Ano i jak się pokazało owa, zwana przez załogę pieszczotliwie "Magdą", źle zamocowaną będąc, a kropiąc bez wytchnienia, tak dała własnemu okręcikowi do wiwatu, że siła odrzutu onej się źle rozkładając, sprawiła, że nity w poszyciu się porozłaziły i okręt wody nabierać począł...
   Aliści żeśmy przecie portu wcale zdatnego zajęli, to i było gdzie onej naprawić, podobnie jak zdobytych w niem: przódzi już uszkodzonej czerwonym ichniej kanonierki, trzech kutrów, co odejść z Flotyllą Dnieprzańską nie zdążyły i jeszcze czterech inszych stateczków, wcale niezgorzej uzbrojonych, która to zdobycz sielnie na wzroście potencjału bojowego naszej Flotylli Pińskiej zaważyła...                                                             _____________________________
* - Tak dokładnie to: Pułk 3 Strzelców Konnych, przy czym uwagę Czytelnika Łaskawego bym zwrócić pragnął na osobliwe pisanie miana i numeru Pułku, co w swoim czasie za zaszczyt poczytywano mieć Pułk przed numerem… Okrom trzeciego strzelców konnych faworu takiego się jeno Pułk 3 Ułanów Śląskich z Tarnowskich Gór doczekał i Pułk 4 Ułanów Zaniemeńskich (wileński)
**- dywizjonem zwano w kawalerii każdy pododdział większy od szwadronu, a od pułku mniejszy, najczęściej tworzony ad hoc dla wykonania jakiego zadania, siły pojedyńczego szwadronu przekraczającego. Mogłoż zatem być w dywizjonie równie dobrze ułanów dwustu, jak i siedmiuset... Nawiasem jest z tą terminologią związana historyja przykra, jako to w bitwie pod Grochowem 25 lutego 1831 roku dowodzący II korpusem jazdy jenerał Tomasz Łubieński, niechętny Chłopickiemu ale i zwolennik ugodowców, najpierw wykorzystał niespójność w dowództwie (Chłopicki złożył przed bitwą rezygnację, ale później zgodził się dowodzić "pierwszą linią", cokolwiek by to znaczyć miało. Nominalnym naczelnym wodzem został Michał Radziwiłł, człek niemałej zacności, przecie wojennik mizerny i mający tej mizeroty świadomość, który się zgodził na to wodzostwo jeno pod tąż kondycyją, że go właśnie "cywil" Chłopicki wspierać będzie). Łubieński najpierw odmówił wykonania rozkazu "cywila" i zażądał potwierdzenia go przez Radziwiłła (Chłopicki został ranny właśnie, gdy po uzyskaniu tego potwierdzenia wracał na linię). Rozkaz od Radziwiłła przywiózł Łubieńskiemu młodziuteńki adiutant Radziwiłła, porucznik Aleksander Walewski (czyli syn Napoleona i Marii Walewskiej:), a ten, posłyszawszy go, począł się dopytywać, czy wodzowi iście idzie o to, że ma na Moskali pchnąć dywizję jazdy czy dywizjon właśnie... Różnica niemała, bo to jedno to kilkaset szabel, a wtóre kilka tysięcy... Biedny Walewski, nie śmiał się przy swojem uprzeć i nazad do Radziwiłła po to doprecyzowanie wracał, a czas darmo uciekał i koniec końców Łubieński na jazdę rosyjską nie uderzył, co jedni dziś mu poczytują za ciężką przewinę, a insi uważają, że to Chłopickiego w ferworze bitewnym poniosło i dał rozkaz, który by losów bitwy nie odmienił, za to jazdę by naraził na potworne straty, od czego ocaliło ją właśnie kunktatorstwo Łubieńskiego i jego sztuczki z terminologią wojskową.





19 kwietnia, 2017

Święta ułańskie i szaserskie...:)

Dozwolę sobie Lectorom Miłym przypomnieć, że się godzi dzisiaj kielicha wznieść na okoliczność święta,11 Pułku Ułanów Legionowych imienia Marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego , bo taka to nazwa była od lat trzydziestych oficjalną, uczcić toastem za pamięć pułku tegoż, takoż jak i dziś przypadającej rocznicy bojów tegoż pułku o Wilno, prowadzonego pod komendą Mariusza Zaruskiego, o którem najwięcej żeśmy przy sposobności noty o Rzeczpospolitej Zakopiańskiej rzekli...:)

 23-go zaś pić będziecie za pamięć 15 Pułku Ułanów Poznańskich ...o których to ułanach, jeśli kto co przeczytać pragnie, nim ich zdrowia wypije, tutaj najdzie co więcej napisanego, a i sfilmowanego...:)




                                         
   Zasię 27-go przyjdzie nam obchodzić święta 3-go Pułku Strzelców Konnych im.hetm.koronnego polnego Stefana Czarnieckiego, o którem iżby kto poczytać co chciał, tutaj łacno najdzie...                                                 .

17 kwietnia, 2017

O porządnej rzemieślniczej robocie...

   Rocznica po prawdzie nieprzesadnie okrągła, bo jak w mordę ulał 223-cia, dodatkiem nocie poczciwej wbrew się sprzysięgła okrutna i ciągnąca się do pisania nieochota, jako i thema, z kolejną się insurekcyją wiążąca, za którą Wachmistrz nie zanadto przepada*...
   Aliści jest przecie i w tem morzu tromtadracji, bałaganiarstwa, intencyj cokolwiek podejrzanych a i realizacyj jako to po polsku zwyczajnie ("Ja z synowcem na czele i jakoś to będzie!") naiwniutkich i zawisłych jedynie na litości bożej, zdarzeń kilka prawdziwie imponujących nie leda jakim rozmysłem u podstawy będącym, solidnością preparacyj, sumiennością w dziele, elastycznością w działaniu, no i w sumie podziwienia godną skutecznością...:) Tyle, że tego nie czyniły osoby wojskowe (w każdem razie nie one tam głos miały rozstrzygający), co rzecz całą może tłomaczyć, a ludzie nibyż pospolici, a przecie właśnie przez tąż pospolitość swoją, zgoła niezwyczajni... Oto bowiem rzemieślnik jeden, z inszemi pospołu, za rzecz się wzięli jako i za swoją robotę, na której się znali... Wiedząc, że by trzewika na niewieścią stópkę uszyć jak rękawiczka pasującego i zgrabnego, trzebaż miary wziąć solidnie, surowca mieć nie od macochy i niczego nie wolno zdać na losu jaką przychylność wątpliwą...
   Nasz szewczyk pryncypalny był już naonczas co prawda w leciech, w Warszawie żył już od lat ładnych kilkunastu, a prosperował tak udatnie, że już po dwóch pierwszych się liczył jako najpierwszy szewc najprzedniejszego niewieściego towarzystwa, aliści wigoru i werwy mu nie brakowało, niczem młodzieniaszkowi jakiemu... No i miłości do Ojczyzny, której miał nie tylko pełną gębę, ale i serce, i głowę...
    Znał się ów i na paryskiej modzie, niewiasty umiał komplimentem ująć, a czasem i wicem jakiem, grzeczny nad pojęcie i szarmancki, czasem co i w wierszyk zgrabny chyżo złożył, a i robota jego jakością przyciągała oczy i... stópki...:) Nie dziwota, że damom i mieszczkom zamożniejszym spasował okrutnie, a od nich i ich mężów czy galantów grosza wrychle miał tyle, że go stać na dwie kamienice było na Dunaju. A przecie umiał i tego postawić na azard przetracenia majętności całej, okrom gardła, którym też przecie szafował. 
   Sprzysiężenie, które się zwało Związkiem Rewolucyjnym, założył po prawdzie rok przódzi emisariusz Kościuszki, Tomasz Maruszewski, którego imienia ulicy próżno Wam po Warszawie szukać, podobnie jako i tej postaci w Wikipedii... Z person wojskowych najznaczniejszym między niemi był dawniejszy xiążęcia Józefa Poniatowskiego (z wojny 1792 roku) adiutant, pułkownik Michał Chomentowski, po niem zaś sztabskapitan Grzegorz Ropp, aliści wrychle się pokazało, że tam prym do inszych należy, gdzie okrom Kilińskiego spomnieć się godzi kowala Jana Mariańskiego i rzeźnika Józefa Sierakowskiego. 
   Stało we Warszawie po prawdzie trochę siły wojskowej naszej (czyli officialiter królowi Stanisławowi Augustowi wiernej) w liczbie niespełna tysiąców czterech, które były pod komendą jenerała Jana Augusta Cichockiego. Ten, choć po drezdeńskich artyleryjskich szkołach, zatem i wiedzy fachowej niemałej, czeguś nam nie błysnął w dziejach narodowych... Dwa jednak jego talenty się przydały insurgentom wybornie: primo, że był, jako byśmy to dziś rzekli, mistrzem mimikry i kamuflażu i rosyjski ambasador Igelström***  do końca był jego lojalności arcypewnym, secundo, że był organizatorem znakomitym i część wojskową sprzysiężenia przygotował naprawdę wybornie****.
    Wojska moskiewskiego było po prawdzie najmniej dwakroć tyle, co naszego, przy tem stało jeszcze pod Łomiankami z górą półtora tysiąca pruskiego żołnierza, co mięli w ordonansie rzeczy tu naszych baczyć i, jeśliby król pruski uznał, że tak trzeba, interweniować... Byłyż dwie jeszcze we Warszawie siły pod bronią: straż miejska i straż marszałkowska, obiedwie więcej na ordynku pilnowanie przeznaczone, niźli na wojaczkę, przy tem choć z Polaków serdecznych złożone,  jeno za Igelströma sprawą niemal bezbronne, bo z karabinów, czy jak kto woli, jeszcze muszkietów, odebranych mają ładunków i skałek z karabinowych zamków. Miasto ostrokrawędziastego krzemienia, co iskry krzesze na proch na panewkę podsypany, mają owi pozakładane w karabinach z drewna wystrugane atrapy...
   Uprzedniego wieczora sprosił był Kiliński do domu swego z górą dwustu sławetnych*****, w tej liczbie i wielu całkiem od sprzysiężenia dalekich, przecie znanych onemu, bądź komiltonom jego ze szczerej i patriotycznej postawy. Okrom rzemiosła, najliczniej reprezentowanego, znalazło się tam i kupców stateczniejszych krzynę. Wszytcy, poznawszy, że świtaniem we Wielki Czwartek przyjdzie Moskalom wyprawić drogę krzyżową, rezurekcyi nie czekając, pokładli się gdzie tam kto poradził, stołów, ław, schodów i pawimentów w całej zajmując kamienicy, ani się rozdziewając do snu, ani też nie, naturaliter, z orężem rozstając.
   Z wybiciem trzeciej nocnej godziny, pobudził Kiliński towarzystwo i nakazał się onym szykować, samemu zasię z jaką asystą niewielką udał się do siedziby straży miejskiej, gdzie wręczył spiskowcom tamecznym skałki i naboje, zasię tegoż samego uczynił przy bramie Nowomiejskiej względem strażników marszałkowskich, którym też przykazał odtąd bramy tej od Moskali bronić.
  Za powrotem do domu, rozesłał umyślnych po kościołach by w dzwony bić poczęli na alarm do powstania powszechnego. Rozesławszy, nareście myśli o sobie, postrzegłszy, że sam siebie bez oręża pozostawił, tandem rozbraja księdza Franciszka Mejera, który chocia jakobin, przecie kapłan i niepolitycznie onemu z pałaszem. W samą porę, bo niemal jak w kiepskim filmie, właśnie wkracza mu do domu rosyjski oficyjer z rontem, od proga głosiwszy, że zaaresztować Kilińskiego idzie. Mało kiedy się kto tak wybrał nie w porę, jak ów Moskal, wraz od szewca w łeb ciętym będąc, a i jako podkomendni jego, co go nawet nie o ćwierć pacierza przeżyli...
   Na mieście już wrze; poczęli gwardziści konni z koszar mirowskich, co moskiewskiej warty pod Żelazną Bramą wyrżnęli i dali odpór trzem rotom sybirskich grenadyjerów. Jeden ze szwadronów, pospieszywszy przez rogatki wolskie, obsadza prochownię, zasię inszy ku Arsenałowi spieszą, podobnie jak w trzydzieści parę lat później insurgenci listopadowi, znający mimo że to prostaczki, szkół nie zanadto znające, że bez broni nawet najliczniejszy tłum pozostaje tylko tłumem, czego z kolei czeguś nie umieli pomiarkować w półtorasta lat później dyplomowani oficyjerowie po akademijach sztabu generalnego, co to młodziankom podkomendnym swoim nakazali iść na bunkry i karabiny maszynowe z jednem pistoletem na trzydziestu, z kijami i siekierami...:((  Osobliwe, że nawet jak się za tę rzecz wzięli w ośmnastym roku harcerzykowie i studenty, to też najpierwsze od czego poczęli, to od rozbrajania Niemców... widać jest w narodzie jaki instynkt i świadomość hierarchii rzeczy ważkich nad mniej ważnemi, których dopiero długotrwałe strzelanie obcasami i salutowanie zabija...
   Tegoż samego miarkują przecie i Moskale, tandem idzie na Arsenał natarcie srogie, od Tłomackiego, od Miodowej ulicy, gdzie Igelströma pałac stoi i od Franciszkańskiej... Odparto ich przecie krwawo, choć i samemu krwawiąc obficie... Kiliński ma okrom ofiarności powstańców jeszcze i jeden atut po swej stronie: w dobie przedkomórkowej, a nawet preradiostacyjnej wszelkich wieści, meldunków i zwrotnie rozkazów dostarczyć musieli posłańcy, konni lub piesi. A tych warszawska ulica Moskalom wybija bez miłosierdzia... Pozbawieni komendy i koordynacji, działają chaotycznie i bez determinacji, niwecząc tem swoją ilościową przewagę. 
   Kiliński dowodzi wybornie; podparłszy szewcami, krawcami i inszem czeladniczem pospólstwem żołnierzy blokujących Moskali na Miodowej, sam z wtórym oddziałem kilkusetosobowym duchem bieży na Muranów, gdzie wiedzą spiskowcy o stojących pięciu armatach z pełnymi amunicji jaszczami. Stoją wkoło nich po prawdzie Moskale pilnujący, ale owi wolą się poddać, niżeli ryzykować starcia z rozjuszonymi Polakami, zbrojnymi w naprawdę nieprzyjemne narzędzia... Z owemi armatami spieszą na Kozią, gdzie stoi silna rosyjska jednostka, przecie w starciu ze zdeterminowanymi rzemieślnikami, tęgo podpartemi przez świeżo zdobyte armaty, nie dotrzymują pola i dają się zepchnąć na Podwale, tracąc przy tem jeszczeć i dwóch swoich harmat! Z tą wieścią Kiliński osobą własną luboż i przez umyślnych spieszy do siedziby tych cechów rzemieślniczych, które się jeszcze dopotąd nie zaangażowały. Namowy gorące, a więcej jeszcze już odniesione sukcesy, osobliwie te w dobywaniu harmat, zapalają umysły i serca. Na powrót pod Arsenał Kiliński prowadzi już całe tysiące wolentarzy! Biorą broni dla siebie i dla następnych, wieleż jeno poradzą, tak że niejednego owa przygina do ziemi... Ale idą! Za wodzem swoim, co zmienił dratwę na pałasz, ku początkowi Krakowskiego Przedmieścia, gdzie wpodle kościoła Świętego Krzyża kolejna wielka stoi moskiewska siła. Jenerał Miłaszewicz z sześcioma setkami jegrów i pięcioma harmatami od niejakiego czasu toczy tam dziwacznie sprowokowaną walkę z jednym z polskich legendarnych dziś regimentów: 10 pułkiem szefostwa Działyńskich, zwanych popularnie "Działyńcami". Ich dowódca, pułkownik Filip Hauman, rankiem jeszcze jak najdalej od myśli insurekcyjnych będący, odebrał ordonansu, że ma z regimentem do Zamku pospieszać, by króla chronić. Ano i tak przemaszerowali owi przez pół Warszawy od koszar Ujazdowskich przez miejsce ówcześnie zwane Krzyże lub Trzy Krzyże, a dzisiaj placem Trzech Krzyży i Nowy Świat, po drodze nawet wymieniając honory z jekaterynosławskimi jegrami i achtyrskimi szwoleżerami, aż doszli do skrzyżowania ze Świętokrzyską i natknęli się na syberyjskich grenadierów Miłaszewicza. Ten zaś uznając Działyńczyków luboż to za już zbuntowanych lub też za potencjalnie groźnych, a może ze zwykłej durnoty, postanowił ich nie puszczać. Próżno od zamku wyjechał totumfacki królewski, jenerał Stanisław Mokronowski, który próbował Miłaszewicza udobruchać i wybłagać przepuszczenie Działyńczyków do Zamku. Nie dość, że został potraktowany obelżywie, to jeszcze za karetą odjeżdżającego oddano salwę, od której zginęło dwóch ułanów z eskorty Mokronowskiego. Ano i rzec można, że ta sama salwa zabiła samych Moskali, bo Działyńczycy, dopotąd karni i od buntu odlegli, uznali że tego będzie już i ponad ich cierpliwość... A że sami wiedli swoich kilku harmatek niedużych, to i od nich poczęli po grenadierach kartaczować!******
   Ta, dość przypadkowa, batalia, okazała się najkrwawszą w całej insurekcyi warszawskiej. Półtorej godziny wymiany ognia z jednej i z drugiej strony okazało wyższość naszych artylerzystów, ale i inszych jeszcze żołnierzy regimentu Działyńskich, zwanych "kurpikami", którzy służyli nawet w odmiennej nieco barwie, zielonej, z zielonemi kapelusikami, więcej na myśl przywodząc służbę jaką leśną, niźli żołnierzy doborowych. Nie było ich więcej nad dwudziestu, ale mieli sztucery, ówcześnie zwane sztućcami lub gwintówkami, z czego można domniemywać, że nasi najdawniejsi snajperzy mieli prawdziwie nowoczesną broń gwintowaną. Owi, wyłamawszy drzwi do kościoła Dominikanów Obserwantów i do pałacu Karasia, wdarli się tam na kościelną wieżę i górne piętra pałacu i stamtąd bijąc ogniem "na czterysta kroków nie chybiającym", w kilka pacierzy wybili rosyjskie obsady armat i wzięli się za oficyjerów, zasię za szarże niższe i wybitniejszych jegrów. Oprzeć się nie mogę, iżby w tem miejscu Mickiewiczowskiego "Pana Tadeusza" nie przywołać, który choć o inszej bitwie prawi, przecie toczącej się podług tej samej zasady:
"Tadeusz; stał ukryty za drewnianą studnię;
A że trzeźwy i dobrze strzelał z dubeltówki
(Mógł trafić do rzuconej w powietrze złotówki),
Okropnie razi Moskwę, starszyznę wybiera:
Za pierwszym zaraz strzałem ubił feldfebera.
Potem z dwóch rur raz po raz dwóch sierżantów sprząta,
Mierzy to po galonach, to w środek trójkąta,
Gdzie stał sztab; zaczem Ryków gniewa się i dąsa.
Tupa nogami, szpady swej rękojeść kąsa:
"Majorze Płucie - woła - co to z tego będzie?
Wkrótce tu nie zostanie nikt z nas przy komendzie!"
   Tu rolę Rykowa odegrał, z tragicznym zresztą finałem, książę Fiodor Gagarin, pułkownik jegrami komendujący, który po zranieniu Płuta-Miłaszewicza, był przejął komendy. Miłaszewicz, nota bene, przeżył, bo go zdziesiątkowani już jegrzy, odstępując, skryli w jednej z wyłamanych bram, których Działyńcy nie penetrowali, przyjmując, że wszystkie zawarte przez właścicieli i stróżów. 
   Około jakiej jedenastej godziny, Działyńczycy poszli całą szerokością Krakowskiego Przedmieścia do ataku na bagnety... Szli po trupach moskiewskich, bo podobnoś od kościoła Świętego Krzyża do placu Saskiego nie było ani kawałka wolnego miejsca, niezasłanego trupami lub rannymi. Po tychże trupach próbowali jeszcze ciągnąć swoje armaty grenadierzy, bo już im koni nie stało i po tychże następowali na nich Działyńczycy! 
   Prawdę rzekłszy, dziwuję się, że tylu mając wybitnych przecie malarzów i batalistów niemało, nikt nie wymalował dopotąd tej sceny... Jednego z najstraszniejszych naszych ataków na bagnety w dziejach: Krakowskie Przedmieście zasłane trupami wrogów, Działyńców w granatowych mundurach z żółtymi pagonami i kołnierzami przy różowych rabatach, błyszczące w kwietniowym słońcu, takim jak dzisiejsze, bagnety i pałasze... Boże, cóż to być musiał za widok! 
   Sam Gagarin, ponoś nawet wielce Polakom sympatyczny i przez nich lubiany, zginął podług jednej wersji parokroć ranionym będąc i opatrywanym w  Kuźni Saskiej przez jakiego chirurga, którego nie wiedzieć skąd przyniesło, gdy się tam insurgenci wdarli i, medyka odsunąwszy, żądali by się poddał z resztkami swego regimentu, a gdy odmówił, przybili nieszczęśnego xięcia do stołu, na którym leżał , bagnetami, pałaszami i rzeźnickimi nożami. Insza z wersyj mówi o jakim czeladniku kowalskim z owej Kuźni Saskiej, dziecięciu prawie, co do rannego księcia, ledwie się trzymającego na chyba ostatnim już koniu, przyskoczył i jakim żeleźcem go z konia zrucił i głowy onemu odrąbał (podobno to być miała rozpalona do czerwoności sztaba).
   Kiliński, nadchodząc od drugiej strony ze swemi, niejako stworzył dla Działyńczyków to kowadło, do którego owi jak młotem przybili nieszczęśnych jegrów Miłaszewicza, potem pospołu już przymusili do odwrotu stojące wpodle placu Saskiego siły rosyjskie pod jenerałem Nowickim, który samą ich liczbą mógł insurekcyję całą zgnieść, aliści nie uczynił niemal nic zgoła i z Warszawy odstąpił, dając dowód swej ogólnie znanej niedużej bystrości, która i tak dnia tego chyba była na urlopie... Po południu ostały się już jeno cztery punkty moskiewskiego oporu: w pałacu Krasińskich, u Igelströma na Miodowej, w kościele Kapucynów i w ogrodzie Gdańskim. Do jutra już nie będzie żadnego... 
  A nasz mistrz szewski? Niezmordowany jest prawdziwie: odłożywszy pałasza, zwołuje na Ratusz zebranie obywatelów stolicy dla narady i obioru władz wyzwolonej stolicy...

_________________________________
* - jako i insurekcyja styczniowa ("O insurekcyi nielubianej"), że o głupstwie imię stołeczne noszącym, a narodowo świętowanym jakoby to wielga wiktoryja była ("Summariusz refleksyj okołopowstaniowych moich i cudzych..."), nie spomnę... A co wiosnoludowych insurgentów, podobnie jak listopadowych, to i tam mnie po prawdzie niewiele zachwyca...
** - Przybył Kiliński do Warszawy z Wielkopolski, co i też wiele nam może tłomaczyć...:)
*** - taki on rosyjski, jak ja grecki...  Otto Heinrich Igelström (po zruszczeniu się Osip Andiejewicz) to renegat szwedzki, co się przeciw własnym rodakom nie wstydził w wojnie 1788-1790 ( której żeśmy tu przecie cokolwiek pisali tu, tu , tu i tu) wojować, podobnie jak potem imieniem Jekatieriny pokoju w Värälä negocjować i zawrzeć. Siła naszkodziwszy i u nas już przódzi, z początkiem Roku Pańskiego 1794 zastąpił na stanowisku posła, inszego poruszczeńca, Sieversa, co razem złożywszy z władzą jego generalską nad wojskiem rosyjskim w Polszcze stojącym, uczyniło zeń prawdziwego tegoż kraju władcę...
**** -  z pomocą niemałą inszego artylerzysty po drezdeńskich szkołach, pułkownika Krystiana Godfryda Deybela de Hammerau, co miał komendy nad Arsenałem stołecznem.
***** - oficjalny tytuł przysługujący w Rzeczypospolitej mieszczanom, tak jak "pracowitych" kmiotkom, a "szlachetnie urodzonych" nobilom...
******- jest spór między historykami o tą ilość armatek i rodzaj, cokolwiek dziwaczny, skoro pamiętniki sztabslekarza tegoż regimentu, Drozdowskiego wyraźnie mówią o "czterech armatach 6cio funtowych". Potwierdza to pamiętnik Antoniego Trębickiego, ale znów nie wiedzieć skąd historyk, nawiasem naprawdę wybitny, Wacław Tokarz, upiera się przy trzech. Podobnie jest zresztą z ilością armat rosyjskich. Rosyjski jenerał  Pistor wspomina o czterech, król Stanisław August pisze w memuarach o pięciu, a Kiliński się upierał przy dziesięciu.