31 sierpnia, 2012

Świętuje 9 Pułk Ułanów Małopolskich...:)


Święto 9 pułku Ułanów Małopolskich w rocznicę ostatniej wielkiej kawaleryjskiej batalijej w Europie: boju pod Komarowem w 1920,  gdzie Budionnego pogromiono i słynnej "Konarmii" precz ku wschodowi pognano... Godniejsze mojego pióro i tejże bitwy i Pułku dzieje  już opisało, tedy z pokorą odsyłam:
http://www.kawaleria.marcin-lewandowski.xip.pl/9pul.php
  Komu przy tem ciekawo militarnych aspektów luboż i tej szczególnej kawaleryjskiego wojowania formy, zagonami zwanej, to i do szczegółów zagonu na Koziatyń upraszam:)
  Wszytkim zasię przygarść opowieści o życiu pułkowem w Międzywojniu, boć o tem Imć Lewandowski nie nadto wiele prawił... Przybywającym do pułku młodym podporucznikom z Grudziądza komunikowano, że dowódca jest dla bujnej młodości wyrozumiały wielce, przecie nie toleruje długów, pijaństwa i jakichbądź umizgów do żon kolegów oficerów. Jeden z owych młodzianków spominał, jako w niedziel nieledwie parę po przybyciu, znagła do raportu wezwany, stawił się "pa prikazu szikarnyj":) , wygolony "na milimetr pod skórą":), z szablą lśniącą nieledwie do białości, butami wyglansowanemi "na lustro" i mundurem jak na paradę. Pułkownik Pomiankowski* wejrzał nań, podumał chwilę i jakiego papiera na biurku ukazując, rzekł był, że się nań jaka panna skarży, iż ją w parku zaczepiał.
  Porucznik struchlał, najgorszego się spodziewając, po czem pułkownik dodał:
- Panie poruczniku, gdy ja byłem w pana wieku, to mnie zaczepiały... Odmaszerować!
   W pułku niezwykłą czcią postać dowódcy pierwszego otaczano, takoż i inszych bohaterów pułkowych poległych. Koń majora Dunin-Borkowskiego Selim, cudowny anglo-arab kasztanowej maści o złocistem połysku, przez czas długi był koniem służbowym dowódców kolejnych, a poważaniem się takiem cieszył, że go bez kantara trzymano w otwartem boksie, tedy Selim sobie po całych koszarach spacerów urządzał, dbając by trawniki i klomby nie nadto zarastały:)) Insza rzecz, że był to koń wielkich sportowych talentów, moc nagród dla pułku zdobywający w zawodach rozlicznych. Z końcem lat dwudziestych przestano go siodłać, okrom jednego razu w roku, właśnie na święto pułkowe, gdy na niem dowódca kolejny defilady odbierał. W 1938 i tego poniechano, by weterana nie męczyć, a święta w 1939 Selim już nie doczekał. Padł w czerwcu ze starości, co u konia 30-letniego nibyż nie dziwne, przecie wiarusy pułkowe złego w tym znaku widziały...:((
   Za dowództwa pułkownika Komorowskiego (późniejszego dowódcy AK - jenerała "Bora") w latach trzydziestych się przyjął zwyczaj taki, że przychodzący nowy oficyjer  dla kasyna fundował srebrnego pucharka (szampanki) z grawerowanemi: nazwiskiem własnem i datą przybycia. Odchodzącemu koledzy takiegoż samego fundowali z datami przybycia i odejścia tudzież podpisami żegnających. Dwanaście takich samych pucharków z nazwiskami (w złocie bitemi) poległych w wojnie z bolszewikami oficyjerów na balach pułkowych i kolacyach uroczystych stawiano zawżdy napełnionych pośrodku stoła, przy czem zawżdy kto tam sekretnie zważał, by nijaki gość, jakiżby znamienity nie był, po nie nie sięgnął... 
   Trembowla, w której pułk stacyonował, dawała oficyjerom jeszcze i jednej arcyegzotycznej rozrywki, mianowicie prób wjechania konno na mury trembowlańskiej twierdzy**. By tegoż dokazać, byłoż trza konia mieć okrutnej zręczności i odwagi niemałej, rzekłbym że konia o duszy prawdziwie rogatej: ułańskiej:))... takoż i samemu mieć zdolności jeździeckich extraordynaryjnych... Dowódcy tegoż bynajmniej nie pochwalali, bo nader łacno było przy tem nie zwyczajno karku jeno skręcić, ale i z siebie i z konia jednej miazgi uczynić runąwszy z kilkudziesięciu metrów, przecie było kilku, coż tego dokonali***.
   Na koniec jeszcze scenka z memuarów jenerała  Klemensa Rudnickiego, ostatniego dowódcy przedwojennego. Rzecz się tyczy chwili, gdy zwierzchność o kapitulacyjej Warszawy Anno Domini 1939 zadecydowała. Jenerał (wówczas jeszcze pułkownik) tejże wieści oficyjerom swym na odprawie przekazał, dozwalając przy tem rezerwistom na pułku porzucenie i ukrycie się jako cywilom w Warszawie, aliści ani jeden oddalić się nie chciał. Przeciwnie, po odprawie pułkownik był spytał, zali kto co rzec pragnie i wówczas:...
  "Długie milczenie przerwał rtm. Edward Ksyk, dowódca 3 szwadronu.
— Pan Pułkownik pozwoli zameldować — powiedział służbiście i wyciągnął się jak tylko mógł, a obok niego kolejno stukali ostrogami jego młodsi oficerowie.
— Melduję — mówił rtm. Ksyk — że ja i cały 3 szwadron — znowu stuki ostrogami — postanowiliśmy odmówić wykonania rozkazu kapitulacji. Jutro rano szarżujemy na pozycje niemieckie i żeby przeszło do tradycji pułkowej, że 9 Pułk Ułanów Małopolskich nie poddaje się nigdy... "

   Godzin kilka zeszło jenerałowi na walce z ułańskim honorem i na tłomaczeniu, że i klęskę trza umieć znieść, bo Rzeczpospolitej potrzebni są ludzie żywi o talentach tak niezwykłych, a nie kolejne srebrne pucharki w kasynie...
_______________
* dowódca pułku w latach 1921-27, człek wielgiej kultury i jeszcze większej mądrości. Autor mego ulubionego (względem bruderszaftów:) powiedzenia, że od słowa "ty" do słowa "durniu" bardzo niedaleka droga, tedy zważać trzeba z kim się bruderszaftów pije...:))
** tejże samej, co w 1674 przeszła do historii za sprawą żony komendanta Chrzanowskiego, Zofii, arcydzielnie obrońców do walki dalszej zagrzewającej:)
***między inszemi por. Stefan Tomaszewski (ostatni dowódca pułku czasów II Wojny po odtworzeniu go na Zachodzie), por. Stanisław Nekanda-Trepka i por. Tadeusz Zamorski. O ile wiem prób było kilkaset, niektórzy i po dwadzieścia razy k'temu podchodzili...

26 sierpnia, 2012

Święto Ułanów Grochowskich...:)


  Godniejsi ode mnie o tem pułku niemal wszytkiego popisali:
http://www.grochowscy.pl/historia.html
 gdzie też i zaraz obok, żurawiejek bodaj wszytkich naleźć idzie. Spominany między inszemi tam bój pod Wawrem przesławny, co okrom następstw militarnych, miał i poetyckie, gdy Wincenty Pol swego wiersza o tem starciu napisał, poczynającego się od słów później milijony już razy przez wielu powtarzanych:"Nie masz pana nad ułana..."*. Spominano tam i bój pod Domanicami, co się  był doczekał Prądzyńskiego oceny, że to "najświetniejszy czyn, jakimi pojedynczy pułk jazdy odznaczyć się może", aliści że o Wawrze słyszał choć co trochę niemal każdy, za to Domanice niemal żywcem przepomniane, tandem powiedzmy dziś o nich słów kilku...
   Rzecz się zdarzyła 10 kwietnia 1831 roku, gdzie Prądzyński za Rozenem postępując, awangardą swoją, którą właśnie Drugi Pułk pod jenerałem Kickim  stanowił, na osłony Rozenowe się natknął. Stanęło naszych cztery szwadrony przeciw brygadzie jazdy Sieversa (3 pułki huzarów!). Godzi się chwały oddać należnej bateryi konnej pod samem Bemem, którego gwiazda jeszczeć przed ostrołęcką bataliją w pełni nie rozbłysła, że stawała w sukurs ułanom arcydzielnie.
  Kicki, wojennik zgoła niezwykły, o już wtedy reputacji zawadiaki nieustraszonego (zginie półtora miesiąca później pod Ostrołęką), jako huzarów jeno ujrzał, wraz pojął,  że przy trzykrotnej wroga przewadze, jeno w śmiałości i zaskoczeniu powodzenia prospekta, tedy z marszu pchnął pułkownika Mycielskiego z dwoma szwadronami do szarży na centrum Moskali, co się w takiem pędzie odbyło, że Rossyjanom nawet czasu nie dano, by szyku przeciw szarżującym obrócić. Mycielski się tak w owe moskiewskie linie wgryzł, jak ogar wyborny w dzika i choć dzik nawet i ranion przódzi nie był, a ogar jeno jeden, przecie poszczerbił  Moskali srodze. Zaczym się owi spamiętali, inszych szwadronów kilku ku kontrszarży pchając, Bem ze swemi harmatami zajechał, niemal w biegu odprzodkowując i kontrszarżujących w cztery wiatry rozpędził, a dwa odwodowe szwadrony pokończyły dzieła... i jak to lat wiele później się mówiło, było "po balu".
  Rossyjanom ubyło niemal pół tysiąca luda (brańców samych 280!), naszych ułanów zasię padło dwóch(!), a dwóch inszych posieczonych ku lazaretom mus było odesłać.  Radości dopełniło i to, że godzin kilka później Prądzyński (sił już całością) Rozena pod Iganiami dopadł i pludrów onemu tęgo przetrzepał:))
   Z Międzywojnia czasów zaś bym pragnał arcybarwnej persony jednegoż z dowódców przypomnieć i obyczajów pułkowych kilku. Pułkownik Mikołaj Waraksiewicz**, wieloletni rosyjskiej kawaleryi oficyjer, któren w marcu 1918 pułku objął, tak tegoż spomina: "Spał ja sobie spokojnie na kwaterze w jakiejś chacie, gdy nagle, w nocy... otworzyły się drzwi i weszła młoda, piękna kobieta. „Usiadłem na łóżku i mówię do niej: Ty nie tu trafiła. Idź do młodych. Ja stary. A ona się odzywa: Uważaj, Waraksiewicz, bo ja Matka Boska. To ja jej mówię  Czołem, Matko Boska! Wtedy Ona: Ty jutro będziesz dowodził białymi ułanami. I dajcie wiarę, że na drugi dzień otrzymałem nominację na dowódcę 2 pułku ułanów!"
  Dwa w tym wspomnieniu ważne odniesienia: do barw pułkowych*** i do kultu wielce silnego Matki Boskiej. Sam Waraksiewicz, jako już w jenerały postąpił, a pułku jeno odwiedzał (dodajmyż wielce często i ochotnie:), nieodmiennie się z ułanami witał : "Czołem, ułani Matki Boskiej!" Czasem też i żartował sobie, że
"...jak przyjdzie po mnie kosciucha. znaczy śmierć, to ja jej powiem: ty idź a gauche****, a ja pójdę do swoich białych ułanów."
  Drugiego dnia miesiąca każdego w kasynie oficyjerowie wspólnego obiadu spożywali, jeno dwóch (!!!!!!) kieliszków wódki doń pijąc:). Bale pułkowe i rauty dosyć i do znanych z inszych pułków podobne, aliści wigilijna wieczerza w arcypiękny sposób odmienna... Spotykano się (wszyscy pozostający w pułku, bez różnicy stopnia) w jadalni żołnierskiej, gdzie dowódca życzeń ogólnych złożywszy, z KAŻDEM ułanem się opłatkiem dzielił i każdego w policzki oba wycałowywał, obligując i ku temuż wszytkich oficyjerów:)) Po wieczerzy zasię, oficyjerowie najsamprzód, za niemi wachmistrze, podoficyjerowie młodsi i ułany, ku stajniom się kwapili, gdzie każdy druha swego czworonożnego uściskać szedł i opłatka onemu w siano do żłobu włożyć...:)
____________________
*Niemasz pana
Nad Ułana,
A nad lancę nie masz broni!
Gdzie uderzy,
Moskal leży,
Albo wilkiem w stepy goni.
Od tej dłoni
Od tej broni,
Moskal wilkiem w stepy goni.

Gdzie my bijem,
Gdzie my pijem,
Tam mogiły i posucha;
Byle przodem
Chrobrym chodem,
Koń i ramię to posłucha;
Koń i ramię —
Оj, nie kłamię -
Nawet pułki dyabłów złamie!

Во też żwawo
W lewo, w prawo,
I nie blizko ruszać trzeba;
Rąk nie wiele,
Przyjaciele!
Lecz kraj wielki dały nieba:
Więcej chleba
Nie potrzeba,
Ach! kraj żyzny dały nieba.

Rżą rumaki!
Znane szlaki -
I jeżeli Вóg dа zdrowie,
О niemylnie
Będziem w Wilnie,
Będziem hulać ро Kijowie;
Hej! Panowie,
Po Kijowie,
Jeśli Pan Вóg dа nam zdrowie!

Naprzód Rusi
Łeb spaść musi;
А jak za nim kruk zakraka,
Nie zabawim,
I oprawim
Naszą lancą i Prusaka,
Nieboraka,
Spławim Wisłą bez flisaka.

Czy już basta?
Dziatwo Piasta!
О! nie basta! Praca taka
Nie postoi,
Lecz pokroi
Czarapachę...
Hej!..
Nasz pokraka
Za drugimi da szczupaka.

** oprócz zasług Waraksiewicza stricte bojowych, godzi się i tego wspomnieć, że był później współautorem powszechnie przez wojsko nasze używanej szabli wz.1934, ostatniej bodaj we świecie szabli prawdziwie bojowej, nie paradnej, której zgodna nie tylko naszych praktyków i znawców opinija, że to jest bodaj czy nie najlepsza szabla w całych tegoż oręża dziejach, przynajmniej jeśli o Europę idzie...
*** biało-granatowych, coż tłomaczono, że biel to w życiu i pracy skromność, a i prostota, zasię granat miał powagę i solidność wystawiać.
**** na lewo

23 sierpnia, 2012

O zażynku i dożynkach...II


   Titulum krzynę już i może mylące, bo cośmy rzec o zażynku mieli, tośmy rzekli w częsci I, ale że się może nam i cykl jaki żniwny rodzi:)) to już niechaj idą części za koleją swoją...:)
   Ostawilim naszych żniwiarzy, gdy się z paradą wielgą do dworu zbierali. Ano... przypatrzmyż się temu orszakowi... Oto znów, co wieś, by się rzec chciało, to obyczaj...:)  Najczęściej orszak postatnica otwierała z wieńcem na głowie, chyba że zamężną była, naówczas której z panien ten zaszczyt przypadał, aliści bywało, że wieniec niósł i przodownik, a czasem i żniwiarz, co się w te żniwa spisywał najlepiej, ergo może i przodownik przyszły, a póki co, niechybnie młody i uznania dla swego trudu łasy...:) Nie wiedzieć czemu zwano go złodziejem i szedł w stroju wielce osobliwem i w znaki szczególnem... Oto sukmana na niem na wierzch wywrócona; oto na ramiona snopek zbożowy nałożony a na głowę wieniec z jeżyn, niczym jaka korona cierniowa... Zazwyczaj mu i za towarzystwo przydawano jakie baby dwie, luboż i trzy czy cztery w wieńcach z pokrzyw, ostu czy kąkolu...
   Postatnicę przed samą dworską bramą oblewano wodą, rozumiejąc że to na przyszłe żniwa zapewni zasiewom dość deszczu, by ich słońce nie spaliło... Wtedy też najwięcej znaną pieśń intonowano:
       "Otwieraj, panie, nowe wierzeje,
        bo się na polu już kłos nie chwieje:
        plon niesiem, plon!

         Otwieraj, panie, szerokie wrota,
         niesiem wianuszek z samego złota:
        plon niesiem, plon!"
     Było ci tego wyśpiewywania potem ponad miarę wszelką, w których to śpiewkach najdziesz, Czytelniku Miły, i zdrową chłopską chytrość, jak by tu dziedzica do większej hojności zachęcić, tedy i wazeliny ordynaryjnej  dla dziedzica i dziedziczki tam niemało, aleć i cosi na kształt donosów na ekonomów i karbowych:). Najwięcej w tem jednak zwykłej, ludzkiej radości z dobrze zrobionej i wreszcie zakończonej ciężkiej roboty:)
     Chciałżem ja tu link dać do paginy, gdzie tych pieśni żniwnych, pracowicie przez Kolberga i inszych zbieranych, najwięcej, aleć że mnie się toto raz odmyka, a raz nie (http://konopielka.isx.pl/plony.htm ), przyjdzie samemu się tem zabawić...
     "Otwórz nam, panie, nowy dwór,
       niesiemy z pola wszystek zbiór.
       Weźze se, panie, ksiązecki,
       porachujze se kopecki.
       Ekonom ci je rachował,
       połowe sobie nachował.
       Sprawił ci za to buciki,
       swoim kochankom trzewiki.
       Sprawze nam, panie, okręzne,
       zwijaliśmy się potęznie.
       Gdzie był najgorsy ościsko,
       wołał ekonom: rznij nisko!
       Dozynaliśmy do staja,
       przodownica nam ustała.
       Dozynaliśmy do łuzyka,
       będzie piwo i muzyka.
       Dozynaliśmy zytka i jarki,
       spodziewamy się gorzałki.
       Dozynaliśmy do drogi,
       będziemy jedli pierogi.
                   [...]
       Dajze nam, panie, białego syra,
       da ci Pan Jezus ładnego syna.
       Wystaw nam panie, piwa, beckę,
       by ci dał Pan Bóg ładną córeckę.
   Z tąż, luboż podobną pieśnią podchodzili żniwiarze do dworu, gdzie już ich czekał dziedzic z familiją, a wszystko postrojone odświętnie i uroczyście. Spośród żniwujących przodownik, lubo i kto inszy, byle znaczniejszy i wymowniejszy, oracyją czynił, w której zwyczajowo podnosił pana zasługi i trud pokończony, nareście wręczano dziedzicowi i ów wieniec, i tego chleba z nowego już zboża...
   Do obyczaju należało, by dziedzic na postatnicę gorzałką z kieliszka chlusnął, co było poniekąd dopełnieniem tegoż chłopskiego dyngusa przed bramą czynionego:) Byłoż i w dobrem guście, by jakiej sumki grzecznej żniwiarzom sypnął, luboż oratorowi chłopskiemu do podziału wręczył. Po tychże grzecznościach siadano do stołów na świeżym powietrzu zastawionych, przy czem nie było to mile widziane, jeśli dziedzic pomiędzy włościanami nie zasiadł... Ucztę ową zwano wyżynkiem, chyba że się ona odbywała nie tylko po zbiorach, aleć i po zasiewach dopełnionych, co i nierzadko praktykowano, naówczas ową biesiadę zwano okrężnem...
  Jestże signum tego w "Panu Podstolim" Krasickiego, gdzie autor onych biesiad do antycznego równał Rzymu: "gdzie w uroczystość Saturnową na pamiątkę złotego wieku zasiadali na wspólnej uczcie panowie z sługami". Spomnieć przy tem się godzi i Mistrza Jana z Czarnolasu, który na lat dwieście przódzi już niejaki zanik dawniejszych obyczajów w tej mierze konotował:
      "Tak ci bywało panie, pijaliśmy z sobą,
       Ani gardził pan kmiotka swojego osobą:
       Dziś wszystko już inaczej, wszystko spoważniało;
       Jak to mówią: postawy dosyć, wątku mało." 
   Temczasem przy stołach gdzie pod lipami jakiemi wystawionemi trwała licytacja swoista, osobliwe przekomarzanie się wsi z dziedzicem, by jadła, ni napitków nie skąpił... Na ogół też i dziedzic, jeśli nie gołowąs jaki, bez experiencyi w tych sprawach, ani połowy tego, co uszykowane na stoły zrazu nosić nie kazał, co i słuszna, bo w skwarze niemałem nie wiedzieć w jakiej kondycyi by to jadło wieczora dotrwało... A przy tem należało przemyślność wieśniaczą wyśpiewywaną docenić:))
    "U naszego jegomości dobry rozsądek,
    wystawił nam beczkę piwa, gorzałki sądek.
     U naszego jegomości nie marł nikt z głodu,
     dał nam wieprza, dał nam skopa, doda i wołu.
     U naszego jegomości koniki brykają,
     a u sąsiedniego pana z głodu zdychają..."
    Ów "sąsiedni pan", jakim by i nie był gospodarzem, był wątkiem w tych przyśpiewkach niezbędnym..:))
     "U sąsiada wik wyje,
       bo pszenicka mu gnije.
       Oj, a nas pan nie taki,
       zbiera z pola i kłaki."
   Swojej porcyi komplimentów doczekała się i dziedziczka, bodaj jakby nie była szpetną, kaprawą czy garbatą:)
    "Za dworem kacki są w zycie,
     nasa pani w aksamcie.
     Za dworem kacki w błocie,
     nasa pani i w złocie.
     A przy dworze zakwitł mak,
     nasa pani, kieby kwiat.
     Przede dworem carna burza,
     nasa pani, kieby róża..."
  Personalnych wycieczek dopełniały złośliwostki pod ekonoma adresem słane:
   "Nasz ekonom koło śliwki,
     goni z batem wiejskie dziewki.
    A na dziedzińcu siwe kamienie,
    u ekonoma krzywe golenie."
   
     Po posileniu najpierwszym poczynały się tańce, o czem żem już i pisał, że to kolejna okazyja była do bratania się wsi z dworem. W miarę jak się zabawa rozkręcała, a ze łbów i kurzyć poczynało niezgorzej, poczynały się i igrce insze; jako to bieganie parobków z jajkami na łyżkach w zębach trzymanych, luboż i na holenderską modłę wspinaczki po słupie tęgo namydlonem po jaki fant na szczycie uwiązany. Mamyż i relacyję o tem, jak to podobnej zabawie się pod Grójcem sam król Stanisław August przypatrywał, a gdy parobek jeden chwacko się na ten słup wydrapał, zakrzyknął na szczycie "wiwat król jegomość!", zaczym uwiązanej tam flaszy wina osuszywszy do spodu:), spuścił był się na dół, to od króla niemałej się doczekał nagrody. A później jak i król był łaskaw z dziewuchami tańcować, tak i parobkowie grójeccy damy obertasów uczyli...:)

20 sierpnia, 2012

O zażynku i dożynkach...I


 Z uroczystości dwóch, co żniwa dawne w Polszcze niczem klamrą  spajały od pokosu pierwszego po kłos ostatni z pola wyzbierany, pierwsza, czyli zażynek, przepadła nam w dziejowej pomroce i dziś kogo by w Polszcze nie spytać o obyczaje żniwne, jeno już o dożynkach tylko rzec co będzie umiał...
   A przecie nie sposób było żniwowania zacząć, dopokąd gospodarz, nie pozdrowiwszy żniwiarzy, flaszy nie wydobył i wszytkich nie uczęstował. Mus przy tem było i na zagon pokropić, a podług obyczaju jednego na krzyż, a podług inszego jeno przed pierwszem pokosem. Był i gdzieniegdzie obyczaj samej kosy wódką natrzeć, by "się napiła" to i "krwi szukać nie będzie"... W rogu zagonu na jakiej chuścinie kładziono chleba skibkę, by plon był jak nawiętszy, bo przecie wiadomo, że "kto ma żytko, ten ma wszytko":))... W czasach, gdy jeszcze sierpami żęto, najpierwsza ruszała w pole przewodząca żniwującym postatnica, czyli niewiasta w sierpie najwięcej obrotna... Jeśli to te czasy, gdy już  kosa na polu rej wodziła (za sprawą najwięcej górali-bandosów w Polskę za chlebem z kosą wędrujących)... to ruszał pierwszy kosiarz, przodownikiem zwany, które to miano bodaj jako jedyne z tego zażynkowego obrządku się do czasów naszych przechowało...
   Przepadł  ów obyczaj, zapewne i temuż że to pracy ledwo był początek, my Polacy bowiem wielekroć więcej onej pokończenie świętować wolimy, a mało które ku temu więcej święto akuratne, niż dożynki właśnie... Przy tem dawniejszym czasem niepodobieństwem było, by onych w ostatnie niedziele sierpniowe, jako dziś najwięcej, odprawować, czy nie daj Bóg, nawet i wrześniowe! Kto na Matki Boskiej Zielnej nie miał już zżętego, a daj Boże i zwiezionego do stodół, tego okolica za marnego miała gospodarza...:( Byłoż i proverbium stosowne: "A na Wniebowzięcie pokończone żęcie"...
  Ach, dożynki dawne! Cóż to za cudowności czas... jeden z niewielu, gdy się chata z dworem pospolitowała, gdy nie honor było dziedzicowi z postatnicą nie zatańcować, a dziedziczce z przodownikiem!:) A częstokroć i panicze młodzi się za parobków przebierając, wielce radzi byli się zabawiać między włościanami...:) a jak mniemam, między włościankami jeszcze radziej...:) Przy tem mało które święto tak radosne, a tak spontaniczne, że byś i kraj zwędrował cały, mało gdzie dwóch takich samych obchodów byś napotkał :)
  Bodaj jeden wieniec i chleb z nowej mąki pieczony drugi, dziedzicowi wręczany* to elementa wspólne w Polszcze całej, choć wieńce już różne, bo jedne niczem czapa jaka paradna, piramida zgoła z kłosów pleciona z kwiatami, jabłkami, jagodami, jarzębiną kraszona, czy i orzechami złotą farbką malowanemi, luboż i piernikiem:)), wtóre skromniejsze z samych kłosów i nie do ubierania służące , a za kształt koło biorąc, do niesienia między żniwiarzami przeznaczone były... Wiadomo, że tego wieńca i dni parę szykowano na uroczystość pryncypalną, a że natura ludzka lgnie ku zabawie, temuż kompanija z pól schodząca onego jeszcze przecie nie mając, już i z byle czego, najczęściej z kilku bodaj kłosów ostatnich zżętych plotła jakiego prowizoryum, w Wielgiej Polszcze jeszczeć i pępkiem zwanego:). Na Mazowszu przeciwnie, nie splatano zżętych, jeno tych kilka kłosów na polu ostawiano, zawiązujac jaką kolorową kitajką, kładąc czasem między nie chleba kromkę, monetę, czy kwiaty. Zwali to Mazurowie "strojeniem przepiórki", a spomnieć się tu godzi, że po całej Polszcze przepiórki w zbożu najdowane za nietykalne przyjmowano... Skaleczyć taką kosą zły to był znak, temuż i często przódzi jeszcze onych wyganiano, czasem nawet i przyśpiewując przy tem:
              Hej, wyleć, wyleć, raba** przepiórko,
              Bo już nie wyjdziem w to czyste pólko.
   W Małej Polszcze czyniono podobnie, jeno miast "przepiórki" strojono "kozę" z tąż odmianą, że onej na końcu ścinano. Przy tem owo żniw pokończenie bodaj jedyną w chłopskim żywocie było chwilą, gdzie można było ekonomom uprzykrzonym, czy i dziedzicowi samemu kapkę podokuczać, w pełnem majestacie obyczaju i powszechnego na to przyzwolenia, a biada temu panu, cożby się o to na poddanych swoich sierdził, bo to jeno by onego na śmieszność powszechną wystawiało...
         "Bijmy pana gałami***,
           bo przewodził nad nami!"
   wyśpiewywano, nierzadko przy tem krępując onego powrósłami i żądając jakiego zwyczajowego za uwolnienie okupu:)
   Wieniec upleciony we wsiach jednych najpierw noszono do kościoła, by go poświęcić, gdzie indziej, jak w Radomskiej ziemi zachadzano z niem do sołtysa, któremu znów oblig był koguta swego do wieńca przywiązać, a pół wsi baczyło pilnie, zali ów kokot, ochłonąwszy od onego nieproszonego zaszczytu:), nie pocznie ziarenek z wieńca wyskubywać... Jakoby jeszcze i zapiał przy tem, radości powszechnej nie było końca, boć trudno o więcej widomy prognostyk zbiorów dobrych na rok przyszły...:)
  Na koniec wyruszano gromadnie i paradnie do dworu, na dożynek część pryncypalną, aliści o tem już w nocie następnej, bo by nam się ta ponad miarę wszelką rozrosła...:)
_______________________
* czy ogólniej: Gospodarzowi bardzo szeroko rozumianemu... nawet i jako król, któremu na Wawel corocznie każdy wójt krakowski tego chleba na srebrnej niósł tacy.
** raba- pstra
*** szyszkami ostowymi, czasem misternie wplecionymi w powrósła słomiane...

19 sierpnia, 2012

Święto pułkowe dziś podwójne...:)


Primo: 19-go Pułku Ułanów Wołyńskich im. generała Karola Edmunda Różyckiego w rocznicę bitwy pod Skrzeszowem i Frankopolem w 1920 roku. Jeden z najstarszych pułków Dwudziestolecia (nie tradycyami, lecz bytem prawdziwem*)...wywodził się bowiem ze słynnej konnej partyzantki Feliksa Jaworskiego (porucznika, potem rotmistrza, nareszcie majora) powstałej w 1917 roku ku obronie ludności polskiej w bezhołowiu totalnem, jakie na Ukrainie zapanowało po cara obaleniu. Partyzanci Jaworskiego walczyli zatem na Wołyniu samodzielnie (nieraz bardzo krwawo i sine misericordiam**, stąd i różne o nich słuchy chodziły ) i z bolszewikami, i z Ukraińcami Skoropadskiego, bywało że i Petlury, czy wreszcie z bandami pospolitemi aż do czasu wcielenia onych do III Korpusu Polskiego w Rosji w lutym 1918 roku. Zofia Kossak-Szczucka, przeżywszy ten czas na Wołyniu, późniejszej swej "Pożogi" temuż czasowi i mieśćcu poświęciła, wiele dobrego przy tem o "Jaworczykach" pisząc, czemu i nie dziwno, skoroć i Imć Szczucki tam służył:)). Z inszych person losów osobliwie z tem pułkiem splecionych bym spomniał porucznika Siłę-Nowickiego, któregom ongi tu już i był spominał, co go później do formowania słynnych białostockich "Huzarów Śmierci" detaszowano. Takoż i przyszłego bohatera przestworzy, awiatora nieustraszonego, Bolesława Orlińskiego, co kilka miesięcy u "Jaworczyków" za ułana służył... nareście i inszego ułana zasług niemałych, Władysława Mieczysława Jaruzelskiego, nic temu przecie nie winnego, że mu w lat kilkadziesiąt później syna między przedawczyków moskiewskich i autorów stanu wojennego policzą...
   Z bojów "Jaworczyków" bym arcyciekawego starcia chciał spomnieć, jako z wiesną 1920 roku, pospołu z 9 Dywizją Piechoty, Pińska zdobywali, między inszemi i z.... kanonierkami rzecznemi wojując... jakiej tam nawet i zdobywszy. Godzi się i o boju słynnem pod Frankopolem (od którego święto dzisiejsze), co się poniekąd i do "cudu nad Wisłą" winien liczyć. Tam bowiem bolszewicy na wyprzódki ku mostowi na Bugu gnali, by na wschód zbiec, przecie naszym o toż szło, by przed niemi mostu objąć i nie dopuścić, by się bolszewickie wojsko, rozprzężone i na poły porażone, wraz nie zebrało w karby. Tamże "Jaworczycy" w jakie ośm setek szabel przeciw trzem dywizjom stając, niemal tysiąca jeńców wzięli, sztandarów kilku, dział, a co najpryncypalniejsze: onegoż mostu arcyważnego!
  Nagrodą dla pułku było zachowanie go w armijej powojennej. Stacyonował w Ostrogu nad Horyniem). Do końca żywota swego w pułku dożywał koń Jaworskiego Mars, hołubiony przez wachmistrza Migdała. W temże pułku najpierwszym obyczaju wprowadzono nowego oficyjera witać, każąc onemu liczbę kielichów równą cyfrze pułku, na szabli podawanych, spełniać..:)
  Wrześniem pułk wojował pod Mokrą, Żerominem, Wolą Cyrusową, Mińskiem Mazowieckiem i Rejowcem. Rozbity pod Suchowolą, częścią się złączyć zdołał z niedobitkami z Nowogrodzkiej Brygady Kawalerii i z niemi pospołu przed Sowietami składać broń. W AK pułku odtworzono w najsłynniejszej akowskiej dywizji: 27 Wołyńskiej...
 "Dziewiętnasty to hołota,
   Ma otoki jak piechota."

   "Obmacują Sońki, Nastki,
    To ułani z dziewiętnastki."

   "Kto obronił chłopów, panów,
     Dziewiętnasty pułk ułanów "


    "Dziewiętnasty to hołota,
     Bo na konie siada z płota."

   "Lampas z gaci, płaszcz z gałganów,
     Dziewiętnasty pułk ułanów."

Secundo: zbratanego z Wołyniakami 22 Pułku Ułanów Podkarpackich im. księcia Jeremiego Wiśniowieckiego (z tem, że onym później święta na 22 czerwca przeniesiono), powstałego z 209 i 212 Ochotniczych Pułków Ułanów, takoż  w rocznicę boju tegoż samego pod Skrzeszowem, bo przecie kadra tegoż pułku się takoż częścią z "Jaworczyków" wiedła... Pułk pól naftowych pod Sanokiem czas jaki strzegł, temuż i żurawiejka:
    "Śmierdzą naftą, robią długi,
      To jest pułk dwudziesty drugi"
   Tamże tradycya, o której żem już i pisał, że nowoprzybyłemu do sygnałówki butli wina lano, za czem ów musiał wypić i na dowód tegoż zatrąbić:))
   Wrześniem wojował wpodle Zgierza i Strykowa, gdzie rozbitemu częścią na Modlin przyszło iść, częścią na południe, do Sanu, gdzie pod Biłgorajem kapitulować przyszło. na Węgry ledwie jednemu plutonowi pofortunniło się dotrzeć...
__________________
* tradycyje zresztą też nie sroce spod ogona, bo 19 Pułk Ułanów z Napoleonem na Moskwę maszerował, w Powstaniu Listopadowem wojował Pułk Jazdy Wołyńskiej, a jenerał Różycki też nie byle kto, jeno wódz powstańczy na Wołyniu.
** bez miłosierdzia

18 sierpnia, 2012

Święto 26 Pułku Ułanów Wielkopolskich...


 Dziś 26-go Pułku Ułanów Wielkopolskich im. hetmana Jana Karola Chodkiewicza święto... W rocznicę boju Ochotniczego 215-go Pułku Jazdy Wielkopolskiej - protoplasty późniejszego 26-go - z bolszewickim korpusem Gaj Chana pod Brodnicą w 1920 r, gdzie Pułk zdobył m.in. trzy krasnoarmiejskie sztandary.
  Prapoczątki pułku z tym oto człowiekiem się wiążą:
http://www.webmedia.pl/glos/1.03/mielzynski/mielzynski.html
  Dodać bym tylko pragnął, że w tekście myłka z mianem pułku ustawicznie powtarzana, bo pułk numer 26 i nazwę dziś najwięcej znaną grubo po wojnie otrzymał, większości zasług swych jeszczeć jako 215 Ochotniczy się dosługując...
  Po wojnie w Baranowiczach stacyonował, w najdalszym na wschód wysuniętym garnizonie, temuż i podchorążaków w Grudziądzu straszono "przydziałem do Horodziejów"*. Pisałżem tu już o 27 pułku w pobliskiem Nieświeżu stacyonującym i o osobliwych czasami relacyach między niemi panujących:)
  Dodać bym jeszcze i ze dwa słowa pragnął o obyczajach w pułku panujących, bo tam kult starszeństwa stopnia do skrajności wręcz doprowadzono. Obligiem były obiady oficyjerów wspólne, gdzie spóźnień nie tolerowano; wstawano od stołu, gdy najstarszy stopniem skończył, palić zaczynano, gdy najstarszy stopniem etc.etc. Pułkownik Machalski wprowadził obyczaj wspólnych, każdego 26 dnia miesiąca, kolacyj z żonami, co się potańcówkami kończyły, co niechybnie kadry integrować pomagało.
  Z tegoż pułku poszedł na insze przesąd, że konie, choćby i najwięcej dzielne, jeśli cztery nogi białe miały, pomijano w przekonaniu, że nieszczęście przynoszą...
  Wrześniem 1939 roku pułk w składzie Nowogródzkiej Brygady Kawalerii pod Andersem wojował, osłaniając Lidzbark i Działdowo (3-4.IX), przedmoście płockie (5-6.IX), walczył pod Mińskiem Mazowieckim (13.IX), w drugiej bitwie pod Tomaszowem Lubelskiem i pod Krasnobrodem (23.IX). Rozbity, jeno częścią doszedł węgierskiej granicy, inszych Sowieci zagarnęli...
  W konspiracyjnej AK odtworzono dwóch szwadronów, z których jeden na Warszawę w czas powstania pociągnął do Kampinosu. Do tradycyj, między inszemi i tegoż pułku, się dzisiejsza 9 Brygada Kawalerii Pancernej przyznaje:
http://www.braniewo.pl/jw1.htm
...A w Iwnie, dawnem Mielżyńskich majątku i stadninie słynnej, od lat już paru się własnych obchodów święta pułkowego czyni:)
____________
*nazwa pobliskiej stacji kolejowej   

16 sierpnia, 2012

O taśtakach, hesztakach i inszych...


Pisalim tu już o tem, jako się wzajem ludzie z krain różnych zwali. Dziś zasię gwarzyć przyjdzie o tych, co dla jakiego inszym osobliwego na konie wołania, ode słów tych miana dostali...
  Wystaw sobie, Czytelniku Miły, czasów gdy do obcego nieufność zakorzeniona zbraniała się nadto chyżo spoufalać, tedy jako się gdzie ciżba ludzka kupiła, czy to za jarmarku sprawą, czy też zwyczajnie na gościńcu ludziom jadącym z naprzeciwka się mijać przychodziło, zawżdy najsamprzód się wielce bacznie sobie wzajem przyglądano. O toż szło, by po ubiorze może jakiem odmiennem, luboż konia sposobie przyprzęgania rozpoznać obcych, a możebne, że i takich, co się ich wystrzegać szło... Skoro się zatem ze sobą nie gwarzyło wiele, tedy i czestokroć jedynemi słowami, które od obcego słyszeć było, to jak na konia wołał... ano i jeślić wołanie owo odmienne od powszechnie w danej okolicy zażywanego, tedy często i za śmiechu powód było, a zatem i za miano onym obcym nadane...
   I tak w Wielgiej Polszcze, nad Wartą ludzi między Nowym Miastem a Pyzdrami siedzących (osobliwie po wioszczynach jak Orzechowo, Czechowo, Pogorzelice*), t a ś t a k a m i zwali, dla tej przyczyny, że powożąc i lejce k'sobie ściągając taśta-taśta wołali. W Małej Polszcze, w pasie ziemi wpodle Olkusza ku Gotkowicom i Skale idącem żyli p i c h a c z e, przezwani tak od sąsiadów, co im się wielce ucieszne wołanie piiiicha  zdało, którem tamci konie poganiali.  Podobnego wołania wpodle Siewierza słychać, aleć tam mi nic o tem nie wiedzieć, by kto tak tubylców zwał.
   Lublina dzisiejszego dzielnic, a wsi dawnych Dziesiąta, Wrotków ode słowa hecia, naturaliter h e c i a k a m i wołali... H e s z t a k a m i Ukraińcy Poleszuków zwali od wołania tamtych heta, heszta (na prawo, na lewo), za coż tamci im się rewanżowali, s e k a ł a m i onych zwąc (od powszechności słówka "se" zażywania), co już nijakiego z końmi odniesienia nie miało...
_________
*dziś Orzechowo, Czeszewo i Pogorzelica

12 sierpnia, 2012

O sąsiedztwie poetyckiem...

Niedawne rozważania Imci Szczura z Loch Ness względem zapożyczeń pomiędzy Tycjanem Jegomością a Rubensem sławetnym, nakierowały myśl moją na dawniejsze moje względem zapożyczeń rozważania, choć nie tyle bohomazów, co wierszokletów się tyczące... Co spomniawszy, in extenso ową notę dawniejszą pro memoria przywołuję:

 "Dni temu niewiele żem się, dla braku poważniejszej weny i z nagła nabranej obmierzłości ku polityce, salwował cytowaniem krotochwilnej fraszki Jana Danieckiego o rzeczach męsko-niewieścich:)))*...
   Ranka dzisiejszego w komentarzu swojem do tej noty Pan Brat był łaskaw niejako ciąg dalszy dopowiedzieć inszą fraszką, pióra Daniela Naborowskiego, co dla łacniejszego myśli swej wyłożenia, w całości zacytuję:
"Pozwólże i mnie małą krotochwilę zamieścić autorstwa Imci Daniela Naborowskiego, takoż ze stulecia XVII pochodzącą, która krotochwila odpowiedź na inszy nieco dylemat, niż poruszony przez WMości daje, ale z onym powiązany, bo gdy się już mąż z żoną w kwestyi globusa porozumieją, tedy pytanie o porę dnia najlepszą powstać może, a odpowiedź na nie taka jest:
"Pewna pani, a młoda pytała doktora:
Kiedy lepiej: z rana, czy z wieczora?
Doktor niewiele myśląc tak na to odpowie:
 Z wieczora miłość - radość, a po ranu - zdrowie!"
   Że zdało mię się rymy znać, aleć inszemu autorowi je pisać, tom pomyszkowawszy krzynę, nalazł w tomiku "Amor dziś moim hetmanem" nakładem Unii Wydawniczej "Verbum" Anno Domini 1995 potłoczonem, fraszkę, co ją tomiku redaktor Witold Nawrocki Hieronimowi Morsztynowi, "Jaroszem" zwanemu (chocia niemal z pokolenia poprzedniego, był ci Hieronim Janowi Andrzejowi, dalece więcej znanemu z Morsztynów poecie, bratem stryjecznym).
Owoż i Hieronimusowa śpiewka:
"Jedna Pani, a młoda, pytała Doktora,
Kiedy Wenerze służyć - rano czy z wieczora?
Doktor niewiele myśląc na to Pani powie:
Wieczorna miłość rozkosz, a poranna zdrowie.
Pani rzekła: oboje ja chcę mieć na pieczy,
Bo rozkosz i zdrowie to są dobre rzeczy."
    Ot i kałabania:))...nim jednak Czytelniku Miły, którego z poetów o zapożyczenie, dziś plagiatem zwane, obwinić zechcesz, racz to mieć na względzie, że ludzie czasu tamtego cale odmienne naszym zapatrywania na prawa autorskie mieli... Rzekłbym nawet, że jak się temat gracki trafił, to co piórem sprawniejsi niejako niemal zawody czynili, komu udatniej wysłowić się przyjdzie... Jakoż weźmiesz, Czytelniku bardziej znane historyje, jako tragedyję Cyda hiszpańskiego, łacniej nam wyliczyć przyjdzie któż o niem nie pisał, niźli tych, co piórem swojem Cyda tarmosili...
  Mnie zasię, Panu Bratu, dzięki ogromne składając, dzień przyjdzie ukontentowaniem dla łowów udanych kończyć:)))..."
__________________________
* przytoczonej i tutaj czerwcową porą :
http://pogderankiwachmistrzowe.blogspot.com/2012/06/coz-rzec-niewiescie-gdy-sie-migrena.html


11 sierpnia, 2012

Rekomenduję....:)

http://staraprasa.blox.pl/2012/08/O-koniu-arabskim-Ksiazka-do-Czytania-1884.html

09 sierpnia, 2012

Z mądrości Stańczykowych...


 Mnogim historyja znana o tem, jakoż to za okazyją polowania w Puszczy Niepołomickiej, niedźwiedź w klatce przywieziony (bo niepołomickich rodzimych już z dawna wybito:(((...  ) był się na orszak królewski skierował, coż pośrednią przyczyną, że Bony koń się płosząc, królową zrucił, poronienie niebogi wywołując, a i ciąż późniejszych niemożność... Stańczykowi, który się takoż w tem orszaku najdował, oberwało się od króla, że prawdziwie sobie jako błazen poczynał, nie jako rycerz, coż przytykiem było, że przecie herbowemu uciekać nie przystoi...
   Trefniś królowi bez namysłu odpalił, że więtszy to błazen, co niedźwiedzia w klatce już mając, na własną szkodę go wypuszcza... Jakoż na słowa te wejrzeć z wieków perspektywy, godzi się rozważyć, zali to nie tam... na niepołomickiej polanie, dziś Poszyną zwanej*, gdzie Bona możliwości rozrodu dynastyi utraciła, deffinitive Zygmunta Augusta jedynem dziedzicem korony czyniąc... się los przyszły Polski nie dopełnił...
    Insza z opowieści o Stańczyku już się właśnie Zygmunta Augusta tyczy. Król ksiąg był miłosnikiem wielkim i sumy znaczne na ich sprowadzanie tracił. Razu pewnego był wyprawił za granicę Franiszka Lismanina, spowiednika Bony z kabzą niemałą na ten cel przeznaczoną... Wkrótce potem za jaką tam okazyją przygadał był do Stańczyka, zali też błazen wielu już głupców sobie równych znalazł. Stańczyk odparł, że co dzień nowych zapisuje, a dziś dopisał niejakiego Zygmunta Augusta... "A to za co?"-udziwił się król. "Ano za to, że Lismanina w wielki grosz wyposażył i wysłał w świat szeroki..." "A cóż mi pleciesz - rzekł król - przecie Lismanin wróci*"... "A to wtedy Ciebie, Panie, skreślę... a jego wpiszę..."
   I na koniec przy temże niemal temacie, jakoż Stańczyk widział, jako królowi pijawek medycy dla krwie upuszczenia przystawiali, rzekł wskazujac na pijawki:
"A tych dworzan Waszej Miłości żem nie znał dotąd..."
__________
* od dawniejszej Posyny będącej skrótem od "Po (utracie) syna"...
** nie wrócił :))))

07 sierpnia, 2012

O wasserpolakach, ludziach niemych, farfluktrach i derdydasach...


   Latami dawnemi, na pograniczu polsko-niemieckim, osobliwie na Śląsku, jako Niemiec jaki chciał Polakowi przymówić, zwał go Wasserpolakiem, za wielce to obraźliwe mając... Bywali i naszy, co miana tegoż przejąwszy, mieli go za obraz niejakiego już nacyi tej zniemczenia; Xiądz Jadam Gdacius z Kluczborka w wydanem Roku Pańskiego 1641 w Toruniu "Drugim kazaniu pokutnym o o ogniu gniewu Bożego" nawoływał:
  "A zwłaszcza nassy Wasserpolowie nadęci
   Niech pierwey Polskie czytają Autory z chęci..."
  Skądże to miano? Ano jest teoryja i taka, że to za wielgiej ilości stawów na ówcześnem pograniczu śląsko-małopolskiem przyczyną, alem ja więcej skłonny dowierzać Bystroniowemu mniemaniu, że się Niemcom w dawnych wiekach jeno z dwiema naszemi częściami narodu stykać przyszło... Pirwsi, to szlachta nasza, za interesami jakiemi, dla studyów luboż i dla przyjemności świata poznania peregrynująca, zatem kabzy zasobniejszej, grosz po karczmach ostawiający, to i widziani miło... Wtórzy zasię, to flisacy nasi, którzy towarów ilości niemałe ode kupców zleconemi mając, nieraz i wcale daleko na zachód dochodzili... Owi, że groszem nieśmierdzący, to i ekspensów na karczmy i noclegi nie czynili, a zaś znowuż z towarem jakiem taniem przybywając, złość kupczyków tamecznych budzili... A że po wodzie "szli"...toż ich "Wodnemi Polakami" zwali...
   A skorośmy sobie pogwarzyli o tem, jakoż nas Niemce nazywały...pora się odgryźć:))
Ano...samo miano ichnie w mowie naszej najpryncypalniejsze: Niemcy już wiele o naszem ku nim odnoszeniu mówi:)) Niemiec, to człek niemy; taki z którem dogadać się nie idzie...:)) Rzekniecie, że przecie nie niemi, bo mowy swej posiadając, cosi tam gwarzą przecie... Ba! Aleć przodkom naszym, coż tak onych pochrzcili, widno ów szwargot się tak bezprzydatnem widział, że ich jako niemoty mieli... Gwoli sprawiedliwości przyznać idzie, że nie jeno germańskich ludzi w ten sposób zwano, a w ogólności wszytkich obcych. Że się jednak z niemi nam najczęsciej znosić przyszło, tedy się się koniec końców ona "niemota" do Niemców "właściwych" przykleiła... :) Ale spomnieć się godzi, że jeszcze Rzewuski w "Listopadzie"* wkłada w usta staremu szlachcicowi przekonanie, że " właściwiej dobremu szlachcicowi służyć panu z panów niż za górami świecić baki niemcom paryskim (podkr.moje.-Wachm.)".
  Na Podkarpaciu po dziś dzień jest mieśćce, coż mianem swem dowodnie ukazuje, że onych "obcych" nie jeno za niemoty, aleć i głuchotą porażonych:)) mieli... Obszar od dołów Sanockich po Gorlice, Szymbark i Pilzno, którego dawnemi czasy osadnicy sascy kolonizowali, jeszczeć przed wojną ostatnią zwan był "Na Głuchoniemcach"! Podobnej proweniencyi kaszubskie na Niemców i Żydów (czyli mówiących inaczej i niezrozumiale) nazwanie ich "jamrotami".
  Insze miana się brały od słów poszczególnych z owej mowy obcej wychwyconych, a nieraz i przekręconych niemiłosiernie:)) Oczywista, że słów najgęściej wołanych najłacniej byłoż wychwycić, temuż i mielim Feteraków (od Vetter - kuzyn lub Fater - ojciec)na Pomorzu** . Podobnegoż pochodzenia w Chełmińskiem nazwania "Fadrami", aliści niewiasty niemieckie zwali oni "Mutrami"... wiele do myślenia o kulturze Niemców tam osiadłych daje używane na Litwie określenie Niemca: "Farflukter"...
  Ze starszych pism naszych poznać, że zwalim ich i "dajczmankami", jako u Reja nad skąpstwem niemieckim pokpiwającego, w "Zwierciadle" czytamy:
   "A co z grochu nie doje kawalca słoniny,
     To włoży do kalety dajczmanek nasz miły."
A Potocki zn w "Wojnie Chocimskiej" smakowity nam obraz Niemca, "brudrem" zwanego dodaje:
   "Każdego by z pluder
     Wytrząsł; bo gdy ogrodu dopadł głodny bruder,
     Żarł bez względu jarzyny niewarzone póty,
     Że mu brzuch w twardy bęben, kiszki poszły w druty."
   I na koniec jeszczeć o "derdydasach" się spomnieć godzi. Proweniencyja oczywista ode "Der, Die, Das" wzięta; słówko samo wielgiego wzięcia miało w Wielgiej Polszcze i na galicyjskiej ziemi. Niemcowiczowi zawdzięczać nam relacyi o tem, jakoż w 1806 roku, przed Napoleonowem nadejściem, Polacy pruskich urzędników wyganiali. Nie kto inszy, jeno sam Wybicki, w Poznaniu miał to uczynić temi słowy: "Fort stąd, wy derdidasy!":))
____________________
* "Listopad, romans historyczny z II połowy wieku XVIII" Henryka Rzewuskiego, wbrew tytułowi i stylizacji w warstwie językowej bliższy jednak dacie wydania, czyli 1846 rokowi.
** Ceynowa ich na starogardzkiej ziemi wyliczał, zasię ksiądz Frydrychowicz w "Słowniku Geograficznym" ich na lewem brzegu Wisły lokował między Gniewem a Subkowami



04 sierpnia, 2012

Refleksyje czasu żniwnego...


   Nie pomnę już ni tytułu, ni fabuły onegoż dziełka. W czas nieboszczki Peerelki był ci to produkt jakowy nędzę chłopską odwieczną dokumentujący, dla większej chwały tych, co nam panów przegnawszy, kajdany niby zdjęli.. W filmie onym aktorowie za żniwem idący po rżysku w leda jakich portkach i koszulinach, takoż niewiesty jeno w płótniach leda jakich i boso. Macierz moja, z pracowitych włościan się wywodząca, film ów oglądając, irytacyi ogromnej uległa tłomacząc nam, że nijakiej możebności, by tak rzecz wyglądała, nie było. Owszem: boso się dla botów oszczędności jak najwięcej chodziło...do kościoła idąc buty na ramieniu niosło i przed kościołem samym pod studnią nogi obmywszy, ubierało...
Ale by kto kiedy, dla jakiejbądź przyczyny po rżysku boso chodził, ów wie, że niepodobieństwem bosą stopą po zboża ciętych końcach stąpać... chocia by nie wiem jak kto zrogowaciałą skórę miał... K'temu w domostwie drewniaki służyły, jako już botów skórzniowych dobywać było żal...
   Spomniałżem to niedawno obrazy Chełmońskiego znane przepatrując. I na słynnem "Babim Lecie" i na "Bocianach"         bosość brudną, choć idealizowaną widzim...jeno że to nie żniwiarze...a pastuszkowie i pasterki... Począłżem szukać gdzieżby najść obrazu chłopów czasu żniw dawnych, któren by mi prawdy powiedział... Nie nalazłżem go ni u Van Gogha:
  ni u Renoira:
  chocia tu boty podejrzewam:)))...aleć to przecie nie polscy kmiotkowie...
Ano i Włodzimierza Przerwy-Tetmajera mi było potrzeba:))).....:
  
  
  

03 sierpnia, 2012

Święto 3 Pułku Szwoleżerów Mazowieckich


  Nie dla memoryi u Wachmistrza niedostatku, a dla kaducznie skąpego czasu zasobu, co się i moją na Waszych łamach absencyją objawia, żem wczorajszego święta 3 Pułku Szwoleżerów Mazowieckich im. płk. Jana Kozietulskiego (bohatyra spod Somosierry!) na czas nie uczcił...:((  Oj, zbierają mi się te karne służby w "Niebieskim Szwadronie", zbierają... :(( Ale ad rem!  
  Pułk ten w Międzywojniu w Suwałkach stacyonował. Święto w rocznicę powstania protoplasty - 201 Ochotniczego Pułku Szwoleżerów. Podobnie jak z opisywanemi uprzednio kaliszanami było, pułk tworzono w czasie najgorętszym i też, dla zasług swoich, po pokoju zawarciu godnym uznano,  by go w armii regularnej zachować... Spomnienia godne, że dowódcą pierwszym był Stefan Hanka-Kulesza, jeden z legendarnej "siódemki" pierwszych ułanów Beliny-Prażmowskiego z 1914 roku, postać z zasługami wielkiemi z czasów legionowych i wojny 1920 roku, przecie za postępki swoje z Września, nieledwie dezercją pachnące, kontrowersyjna sielnie...
  Te jednak sprawy się szwoleżerów naszych nie tyczą. Oni arcypięknej karty w 1920 roku zapisali od pierwszej szarży pod Żurominkiem poczynając, po największą bodaj polskiej kawalerii akcyę, czyli zagon na Korosteń, o którem się godzi słów parę napisać. Rzecz się już w październiku 1920 miała, w Rydze siadano do stołu, do pokojowych rokowań, a tu szło, by się możebnie najdalej zapuściwszy, demoralizacyi bolszewickiej armii pogłębić, arcyważny węzeł kolejowy z licznemi pociągami pancernemi zdobyć i onych z walki wyeliminować, a przy tem tych w Rydze do stołu siadających kapkę przycisnąć owym siły pokazem... Temuż i w zagonie sił znacznych użyto, całego Korpusu Jazdy jenerała Rómmla (12 pułków czyli 8 tysięcy szabel, 24 armaty i kulomiotów z górą dwieście!). Sukces odniesiono ogromny...samemi liczbami mierząc, to okrom uchwycenia onegoż węzła kolejowego, zdobyto kilka pociągów pancernych (kilka innych zniszczono), jeńców wzięto jakie ośm tysięcy, dział zdobyto 22 a kulomiotów z górą sto...
 Na dole tejże paginy http://www.dawna-suwalszczyzna.com.pl/index.php?dzial=art&m=83
 najdziecie arcyciekawych zdjęć do walk tamtych nawiązujących, bowiem w roku 1932 niemiecka wytwórnia filmowa kręcąc film o wojnie polsko-bolszewickiej suwalskich ułanów (2 Pułk) i szwoleżerów na statystów uprosiła...
   Wrześniem pułk bronił na Suwalszczyźnie Bakałarzewa, Niemców odrzucając, zasię samemu w rejonie Margrabowa (Olecka dzisiejszego) na teren Prus Wschodnich wkraczając, niebywałej paniki śród Niemiaszków tem czyniąc. Dni jednak następne to już odwrotu dzieje, przebijania się na Puszczę Białowieską, by kampanijej tej kończyć w walczącym najdłużej zgrupowaniu jenerała Kleeberga. Kapitulować przyszło 6 października pod Kockiem, przecie za Wrzesień pułk zasłużenie Srebrnego Krzyża Virtuti Militari dostał.
  Odtworzony w AK, jako pieszy, w lipcu 1944 rozbrojony został.
 O Patronie pułku nam z osobna jeszcze wiele pisać przyjdzie, tedym Go dzisiaj ze szczętem poniechał...

01 sierpnia, 2012

O refleksyjach pierwszosierpniowo zwyczajnych...


  Tradycyją już na Wachmistrzowych blogach pierwszosierpniowa nota nie o zwyczajnej godzinie, a o tej symbolicznej 17.00. Siła już żeśmy drzewiej o tem rozprawiali, a lejtmotivem niejakiem każdorazowa próba moja, by nie jeno z tej bogoojczyźnianohurrapatriotycznej wejrzeć na rzecz perspektywy... Żem przez te lata zdania nie odmienił, to i jeno z kronikarskiego przypomnę obowiązku, że możnaż tych dawniejszych przywoływanych tekstów moich i tych, o których żeśmy dysputy wiedli, naleźć tutaj:
http://wachmistrz.blog.onet.pl/Blamazu-ciag-dalszy,2,ID387206240,n
tutaj:
http://wyborcza.pl/1,75515,6878163,Ciechanowski__Powstanie_nie_powinno_bylo_wybuchnac.html
i tutaj:
http://wachmistrz.blog.onet.pl/O-Powstaniu-Warszawskiem-inacz,2,ID222624327,n
  Atoli dziś bym od tego rodzaju rozważań odstąpił i jednej tylko za Wiesławem Winklerem* przytoczył historyi, co się z powstaniem wiąże może i dosyć luźno, przecie rys maluje szczególny...
  " W 1944 roku żołnierze Armii Krajowej znaleźli ukryty w 1939 roku sztandar. Aby uchronić go przed dostaniem się w ręce Niemców, dowództwo postanowiło przesłać go do Anglii. Zadaniem tym obarczono oficera o pseudonimie Admirał, który pełnił funkcję szefa ochrony sztabu. Niestety Admirał nie znalazł żadnego wolnego kanału przerzutowego. Czas naglił, bo w Warszawie planowano wybuch powstania. Zdeterminowany oficer poszukał kontaktu z rezydentem wywiadu japońskiego, panem Oshimą, który wyraził zgodę na przesłanie niewielkiej paczki japońskimi drogami kurierskimi. Warunkiem było oficerskie słowo honoru Admirała, że nie znajdą się w niej żadne materiały wymierzone przeciwko państwom Osi. Paczka dotarła do Londynu bez przeszkód, a po kilku tygodniach Admirał został zaskoczony wiadomością, że pan Oshima poszukuje z nim kontaktu. Gdy doszło do spotkania, Oshima wprost zapytał, co było w pakiecie. Admirał zawstydził się, że dla sztandaru narażał cudzą siatkę kurierską, jednak będąc człowiekiem honorowym i oficerem AK, powiedział prawdę: to polski sztandar z 1939 roku. Przez dłuższy czas Oshima milczał z nieprzeniknioną miną, aż rzekł: Są tylko dwa narody na świecie, które tak szanują swoje narodowe symbole. To wy i my - Polacy i Japończycy."
_________________________________________
* "Katana i Karabela. Obyczaje szablą pisane" s.91. Do książczyny tej nawrócimy in futuram niechybnie przez wzgląd na pasjonujące omówienie zadziwiających zbieżności wykształconych przecie oddzielnie i niezależnie w dwóch krajach niezmiernie odległych, jako Japonia i Polska, gdzie kultura wkoło szabli narosła przyszło do swoistego nawet i tejże szabli kultu.