27 września, 2014

O Zarembie słów parę, jako i inwestygacyja nieduża względem cyrkumstancyj śmierci jego...

  Kimże był ów Zaremba, któregośmy skonanie w nocie uprzedniej opisali, a którego sekretarzem przez czas niejaki był xiądz przyszły, Jędrzej Kitowicz, narodowi najwięcej znany dla swego przepysznego "Opisu obyczajów za panowania Augusta III", a mniej już dla przepomnianych cokolwiek "Pamiętników, czyli Historii polskiej"? By rzec najkrócej: jednym z wielkopolskich możniejszych, (choć nie nazywałbym go magnatem) dowódców konfederacyi barskiej, nie nadto jako szczególnie wybitnym, ale że konfederacyja owa w ogólności w pośledniość talentów wojskowych (wyjąwszy, naturaliter, Pułaskiego) obfitowała nad podziwienie, to i na tle owej miernoty powszechnej gwiazda Zaremby błyszczała niezgorzej. Starczyło onemu mieć majorskiej rangi dawniejszej z armii królewskiej, starczyło dać się nie rozbić w potyczkach kilku, w kilku znów inszych być górą*, by w pełni gloryi komendanta generalnego konfederacyi w Wielkopolszcze chadzać i sławy obrońcy ojczyzny zażywać.
  Przyszłoż przecie do komedyi zwanej rzekomem króla porwaniem, co stronnictwo królewskie Pułaskiemu przypisało, a od czego się miały i niesnaski powziąć między Pułaskim i Zarembą, który pono takiegoż miał nie akceptować niegodnego wojowania sposobu. Rzecz się źle obróciła dla Pułaskiego, bo go winowano powszechnie, choć rzecz zda się najpewniej jaką prowokacyją na niego uszytą, a i to nie nazbyt udolną, ale emigracyją Pułaskiego wymusiło, bo mało kto chciał iść pod komendę "królobójcy". Zaremba cokolwiek demonstracyjnie swojej dymissyi złożył, nie wiedzieć na ile szczerej, a na ile na wymuszenie podobnej u Pułaskiego rachowanej, bo czeguś, gdy go w nieledwie miesiąc później szlachta wielkopolska marszałkiem obrała, jakoś nie miał wstrętu godności tej przyjąć, natomiast miał wstręt wojować w tem upadającym dziele dalej.
   Zimy 1771/72 na hibernie przepędził w pograniczu polsko-śląskim, zgrabnie przy tem z Prusakami się układając, by mu majętności w okolicy będących nie niszczyli. Z wiosną nibyż się ruszył, aliści go poszczerbili 22 Martii pod Piotrkowem, co zdało się assumptem wystarczającym by, nie wiedzieć kiedy wszczęte, układy z królem jegomością kończyć, ano i tak 12 Maii Anno Domini 1772 się ta jego z konfederacyją przygoda skończyła. Kitowicz opisywał to tak:
"[...] otrzymawszy generalny pardon z Warszawy, poddał się Drewiczowi**, do zabrania albo raczej do rozpuszczenia konfederatów przysłanemu, którego Zaremba przyjął na czele szyków swoich, w równym uszykowaniu Moskalów do siebie zbliżonego. Tam oddawszy sobie wzajemną grzeczność i pisma do tego aktu służące, złączyli wojska dwa w jedno korpus, nie rozbrajając konfederatów, tylko między glejty moskiewskie mięszając. Którzy konfederaci nie chcieli pójść do Warszawy, dano każdemu paszport, przy którym każdy bezpiecznie ciągnął w swoją stronę, nie mając przy takich paszportach żadnej napaści ani od Moskalów, ani od Prusaków. Niemal się wszyscy konfederaci rozjechali do domów.Sami tylko uzarowie poszli z Zarembą do Warszawy: oficerowie w nadziei dostąpienia służby w regimentach w stopniu posiadanym, gminni jako ludzie nieosiadli, do wojskowego trybu przywykli; z których król wziął w swoją służbę czterdziestu, z majorem Strzeżyńskim i porucznikiem Załuskowskim, Ostrowski, biskup kujawski - trzydziestu, z rotmistrzem Dembskim, reszta porozchodziła się w różne służby wojskowe i obywatelskie.
  Gdy Zaremba wjeżdżał do Warszawy, lud pospolity zbiegał się do niego tłumem, łając i przeklinając go w głos, że się poddał, mieniąc go zdrajcą ojczyzny. Nie ta była myśl o nim rozsądniejszych. Panowie winszowali mu, iż z honorem i ocaleniem partii swojej zakończył dzieło niebezpieczne, wkrótce upaść mające.
   Król Zarembie zrazu obiecywał rozmaite łaski: raz regiment gwardii konnej koronnej, którego szefem był natenczas brat królewski Kazimierz Poniatowski, podkomorzy koronny, a potem wkrótce przedał go Wincentemu Potockiemu; drugi raz obiecywał dla niego zwerbować regiment uzarów; to znowu czynił mu nadzieję regimentarstwa nad kawalerią narodową partii wielkopolskiej. Skończyło się na tym, że go uczynił król generałem majorem w wojsku koronnym z forsztelacją*** i że synowi jego dziesięcioletniemu, Florianowi, dał chorąstwo aktualne w tym regimencie, w którym Zaremba przed konfederacją był majorem, a którą rangę po wniściu Zaremby w konfederację oddał król kapitanowi Taylerowi. Wszystkie obietnice wyżej wspomniane czynione Zarembie czynił nieskuteczne Branicki hetman, od potyczki pod Widawą skryty nieprzyjaciel Zaremby (podkr.moje - Wachm.), pierwsze łaski u króla posiadający i nabyć do nich towarzysza nie chcący."
  Ano i właśnie! Czemum tych słów Kitowicza podkreślił? Ano bo cokolwiek o Branickim, tym przyszłym symbolu Targowicy, wiedząc, możemy z punktu założyć, że drobne torpedowanie awansów Zarembie z pewnością jego urazy o ośmieszenie jakiego mu dokonał Zaremba, pokonując go w polu, nie wyczerpywało. Pisze nam po prawdzie w inszem miejscu o Branickim Kitowicz jako o człowieku szczególnie czułym na punkcie swoiście rozumianego honoru, w czego dowód daje opis pojedynku z Włochem "Kazanowem", czyli mówiąc dla nas więcej zrozumiale, ze słynnym Casanovą, z którym się strzelali o italską tancereczkę Cassaci. Miałoż to być, podług Kitowicza, szczególnej jakiej szaloności poczucie honoru, że Branicki wystrzeliwszy pierwszy, Casanovę poranił w rękę (co właściwie mogło pojedynek zakończyć, rozstrzygniętym go uznając, osobliwie, że się Casanova strzelać lękał, wiedząc, że go otoczenie Branickiego rozszarpie, jeśli hetmana ubije****), zasię przymusił Włocha, by ten jednak strzelał, grożąc mu łba odstrzeleniem. Casanova trafił Branickiego w brzuch i w rzeczy samej nieledwie magnata na tamten świat wyprawiając, aliści Branicki zdążył ponoć jeszcze cisnąć Casanovie mieszek z 400 dukatami i przykazaniem, by czem prędzej przed komiltonami hetmańskiemi uciekał.
   Może to i jest jaki poczucia honoru Branickiego dowód... Ja znam inszy: oto kapitulująca załoga Wawelu (któregom zdobycie tu i tu opisywał) z francuskim dowódcą Choiseulem wypertraktowała sobie tzw.kapitulację honorową, czyli, że oddają zamek, ale odchodzą z bronią i sztandarami do broniącej się jeszcze Częstochowy. W rzeczywistości natychmiast po wyjściu za mury zostali otoczeni, rozbrojeni i oficyjerowie uwięzieni, zasię żołnierze wcieleni do wojska moskiewskiego i pognani w głąb imperium. Trzebaż było missyi dyplomatycznej, w której akuratnie Branicki do Paryża posłował, gdzie go Ludwik XV uwięzić kazał i uwolnił dopiero, gdy w Polszcze z królewskiego wstawiennictwa u Jekatieriny uwolniono pojmanych wiarołomnie francuskich i polskich obrońców Wawelu, poza temi nieszczęśnikami, co już byli pewnie za Uralem.
   Ano i com miał uwag do Zaremby mieć śmierci, to te się do jednego sprowadzają. Tego, że najmniejszych dowodów na podparcie tego nie mając, nie byłbym ja w najmniejszej mierze zdziwionym, gdyby rzecz opisana dość makabrycznie przez Kitowicza, była w rzeczy samej zamachem udanym, a z inspiracyi zawistnego hetmana dokonanym. Cóż to bowiem było onemu kazać jakiego służkę grubą sakiewką przekupić, by choć i miesiącami czekał sposobności, ale koniec końców uskutecznił jakiego niby wypadku, w którem Zaremba zczeźnie... Znam, że prawdy nie poznamy nigdy, aliści owa łatwość z jaką tego dokonano, takoż błyskawiczna sprawcy ucieczka, zdają mi się domysły moje potwierdzać... _____________________
* w czem znów trudno się jakiego extraordynaryjnego doszukiwać wyczynu, jak chociażby pod Kościanem, gdzie pułkownik Karl Gustav von Rönne, Rosjanin jak czytać z dziada pradziada, posłał przeciw nadchodzącemu na Poznań z paroma tysiącami zbrojnych Zarembie, dwustu (!) jegrów, których, naturaliter, konfederaci do nogi wybili. Więcej tu ważki skutek, że mimoż wiktoryi owej i zmasakrowania Moskali, Zaremba i tak Poznania nie wziął...
** Kolejny wybitny Rosjanin z dziada pradziada:), Johann von Drewitz, powszechnie przez nienawidzących go (z wzajemnością) konfederatów, zwany Drewiczem, jeden ze zdolniejszych (ale i niezwykle okrutnych i bezwzględnych) generałów rosyjskich walczących z konfederacją barską (przy kapitulacji Zaremby jeszcze pułkownik). Knezia zaś (i inszych) tu upraszam, by się póki co z dodawaniem grajki wiadomej powstrzymać, bo akuratniejszą będzie przy notach kolejnych:)
*** Przyjdzie Kitowicza Kitowiczem tłomaczyć...:) Forsztelacja oznaczała coś w rodzaju oficjalnego wprowadzenia na stopień, zaś jaką to czyniło różnicę, czytamy w "Opisie obyczajów":
  "Generałowie-majorowie byli dwojacy: jedni z forsztelacją, drudzy bez forsztelacji. Generał forsztelowany odbierał wszystkie honory wojskowe randze generalskiej należące [...] Generałowie nieforsztelowani niczego z tych przywilejów nie korzystali; wszystka ich dostojność na tym zawisła, że się mogli nosić i mianować generałami i że im tego tytułu nie mógł nicht dysputować, skoro patent pokazali."
**** Nie bez słuszności, bo jeden ze stronników Branickiego, Arnold Byszewski, koniuszy królewski, ścigał go zajadle i nieomal inszego Italczyka, Tomatissa, znajdując go na kwaterze Casanovy i za niego go biorąc, nieledwie nie ubił...

13 komentarzy:

  1. Casanova jako Kazanow, bardzo mnie ujął. Sto lat myśląc, nie wpadłabym na to, jakże poręczne, "zesłowiańszczenie" nazwiska! A okropna śmierć Zaremby, w opisanym kontekście, rzeczywiście wygląda na nieprzypadkową.Strach pomyśleć ile jeszcze takich wypadków w historii, kryje za sobą czyjeś "poczucie honoru"... Pozdrawiam :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najpewniej niemało:) A dla pocieszenia rzeknę, że czytając tenże Kitowicza wyimek raz pierwszy, wieki nibyż całe temu, przecie o pojedynku Cacanovy z Branickim znając, takoż żem w pierwszej mniemał chwili, że to z jakiem nieznanem mi Moskwicinem jest sprawa...:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  2. Vulpian de Noulancourt27 września 2014 15:25

    Dla jakiejś tancereczki się strzelać? Czy ci ludzie oczadzieli? Małoż to tancereczek na świecie? Może nawet tańszych w utrzymaniu i o bardziej zadziwiających umiejętnościach?
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ, Vulpianie!
      Pal licho tancereczkę! Prawdziwym powodem pojedynku było "on sięgnął po MOJĄ zabawkę!!!".

      Usuń
    2. Tetryk częścią słuszne wskazał, mniemam, rzeczy podłoże, aliści zda mi się, że niepełne... Casanova wyboru nie miał, bo to on został wyzwanym i jako w memuarach swych spominał, pewnym był, że go luboż hetman w pojedynku ubije, luboż hetmańscy gdzie w zaułku utłuką, to i wolał choć honoru uratować resztki. Co się zaś Branickiego tyczy, to tu chyba nie tylko w tem rzecz, że po zabawkę sięgnięto, ale że ktoś w ogóle śmiał sięgać po cokolwiek, co hetmańskie, tandem dla przykładu być ta musiała zapewne, Branickiego zdaniem, nauczka konieczną...
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  3. szczur z loch ness27 września 2014 17:03

    Nie bacząc na perypetie życiowe Imć Zaręby, a może właśnie bacząc, przyznam że z niejakim żalem odnajduję dotkliwy brak w życiorysie własnym. Otóż, gdyby ktoś na podobieństwo Waszmości włożył jakiś trud w nauczanie mojej niegodnej osoby historii to pewnie byłbym teraz człekiem światłym. No cóż, stało się tak, jak się stało, co spróbuję nadrobić nakłaniając Kobietę Życia do wysłania Waszmości przepisu na sławetne ogórki z zaścianka Loch Ness :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Posiadanie wiedzy historycznej nie czyni człowieka światłym, a nawet jako się jest na szczytach władzy, nie chroni przed durnych błędów, już w historii zdarzonych, powtarzaniem, co absolwentowi Wydziału Humanistycznego Uniwersytetu Gdańskiego, magistrowi Tuskowi dedykuję...
      Przepisik dotarł, za co serdeczne raz jeszcze moje Bóg Zapłać, a skorzystać z niego nie omieszkamy, bo nadzwyczajnie mi owe sławetne ogórce do gustu przypadły...:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  4. Że Kneź teraz grasuje muzycznie w okolicach Ałtaju, to sobie daruje grajki, bo mało adekwatne. :)
    Jakaś ta cała konfederacja dziwnie przypomina mi rezolutność Bora Komorowskiego, który w swoich pamiętnikach wydawał się być zaskakiwany co i rusz okolicznościami. Trudno wygrywać batalie, gdy się nie bardzo wie po co je zaczynało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wielce słuszna uwaga, a dwie noty kolejne jeno jej słuszność potwierdzą, takoż i to, że jak się wybornie dowodziło szwadronem, a niezgorzej pułkiem, nie znaczy jeszcze że się jest na wodza naczelnego zdatnym...
      Kłaniam nisko, za rychły powrót Knezia do cywilizacji muzycznej świata zachodniego przepijając, choć po prawdzie nie wiem ja co gorsze, czyli owe azjatyckie piski i rzępolenia, czy ulubiony Kneziowy łomot, jako żywo transmisję z nieustającej katastrofy jakiej lotniczej na myśl przywodzący...

      Usuń
    2. Zatem uwadze polecam, chociaż nuty nie w klimacie Okopów św, Trójcy - Ałtaj
      A dla tych, którzy wytrwali bez wstrętu - Gobi
      Można się nieco zadziwić. :)

      Usuń
    3. Wtóre to i nawet jeszcze ujdzie, jako jeno słuchać tego zawodzenia a na urodę śpiewaczek nie baczyć, aleć i dla pierwszego bym zastosowania widział... Oto z lat już dysputa idzie o tem, jakże humanitarnie niedźwiedzie w Tatrzańskiem Parku od ludzkich szlaków i sadyb odganiać, krzywdy nie czyniąc, to mniemam, że byłoby jak znalazł...:P
      Kłaniam nisko:)

      Usuń

Być może zdaje Ci się, Czytelniku Miły, że nic nie masz do powiedzenia aż tak ważkiego, czy mądrego, by psuć wzrok i męczyć klawisze... W takiem razie pozostaje mi się tylko z Tobą zgodzić: zdaje Ci się...:)