04 lipca, 2015

O xiążęciu Denassów...I

    Wiek ośmnasty jak mało który stał się kreatorem, zasię tłem poczynań awanturników wszelkiej maści, z których jednym bliżej było do oszustów, inszym zasię do błędnych rycerzy. Pomiędzy temi Cagliostrami, Casanovami, Beniowskimi, czy niedawnem tu czasem spominanej "księżnej Tarakanow", jaśnieje gwiazda prawdziwie pierwszej wielkości, a to niejakiego Karola von Nassau-Siegen, któregom umyślił na światło wyciągnąć dla jego przewag w żegludze dniestrowej, co się poniekąd wiąże z narodzinami również niedawno wspominanej Odessy. Aliści żywot to tak barwny, że ściaśniać go dla jednegoż tylko epizodu zda mi się raz, że niepodobieństwem, dwa, że pokrzywdzeniem niejakiem Lectorów Moich...
   Pewno, że i ja się w szczegóła nadto zawiłe zapuszczał nie będę, bo bym nie noty płodził, a xięgi całej! Lucyjanowi Rydlowi, który się na to porwał, stu czterdziestu to pagin zajęło, a jest li kto tegoż ciekawy, to jest ta pozycja szczęśnie w zasobach Śląskiej Biblioteki Cyfrowej, temuż można jej pod tem czytać adresem:
http://www.sbc.org.pl/dlibra/doccontent?id=12143&dirids=1
   Dla naszego tutaj pożytku starczy, że o rodzie von, lubo jako kto woli de Nassau spomnim, że familija w koligacyje i parantele bogata, że i cały dom Orański z nich się wiedzie, nam jednak się z tej familiji przyjdzie zająć Siegenami, których insi za odszczepieńców mieli, a to dla przyczyny powrotu onychże na łono katolickiego kościoła. Wielce to na sprawach naszego Karola zaważyło, boć po tem jako pomarł tatuś onego, Maksymilian, a wdowie po niem powszechnie w Niemczech niepoćciwość zadawano, wrychle też i siostra zmarłego przeciw dziedziczeniu wystąpiła, prawość urodzenia Karola kwestyonując. Byłoż przy tem wielgie po Rzeszy poparcie, bo xiężna de Nassau, de domo księżniczka de Mailly-Nesle, wnuczka po kądzieli ostatniego z Colignych, miała małżonka mieć swego w obrzydliwości okrutnej, podobnie zresztą jak i wszystkiego, co niemieckie. Syna zatem chowała w temże duchu i w nabożeństwie do wszystkiego, co by choć przy francuszczyźnie leżało, a że i onej familija po Francyi niemałemi się wsławiła skandalami*, to i ta osława na reputacyj pani Maksymilianowej zaważyła...
   Wyzuty z ojcowizny cesarskiem dekretem, nasz bohater wiosen mając ledwo piętnaście, postąpił do armijej francuskiej, którą sześć lat później pożegnał, dosłużywszy się kapitaństwa w dragonach królewskich. Abszyt jednak nie temuż był ze służby brany, że się Imci Karolowi służba uprzykrzyła, a za okazyją zyszczenia sławy udziałem w wielgiej wyprawie badawczej podróżnika na owe czasy słynnego, Bougainville'a, z którem pospołu przez lat dwa z okładem liczne na Pacyfiku zwiedzał insule, a wieść gminna niesie o romansie płomiennym herosa naszego z "królową" Tahiti. Sławy jednak mu nie tylko amory przyniosły, bo jest to persona wzmiankowana w naszem narodowem eposie, gdzie pierw w xiędze piątej Wojski próbuje na uczcie w zamku co opowiedzieć o niem:

" Klucznik mówił, że tylko znał jednego człeka,
Co tak celnie jak Robak mógł strzelić z daleka;
Ja zaś znałem drugiego: równie trafnym strzałem
Ocalił on dwóch panów; sam ja to widziałem,
Kiedy do Nalibockich zaciągnęli lasów
Tadeusz Rejtan** poseł i książę Denassów.
Nie zazdrościli sławie szlachcica panowie,
Owszem u stołu pierwsi wnieśli jego zdrowie,
Nadawali mu wielkich prezentów bez liku
I skórę zabitego dzika; o tym dziku
I o strzale, powiem wam jak naoczny świadek;
Bo to był dzisiejszemu podobny przypadek,
A zdarzył się największym strzelcom za mych czasów,
Posłowi Rejtanowi i księciu Denassów".

  Że się tam jednak w zamku wrychle za łby wzięto, to i z opowieści nici, zatym raz jeszcze o niem w xiędze ósmej Wojski rzec probował:

"W świcie Księcia*** był książę niemiecki Denassów,
O którym powiadano, że w libijskiej ziemi
Goszcząc, polował niegdyś z królmi murzyńskiemi
I tam tygrysa śpisą w ręcznym boju zwalił,
Z czego się bardzo książę ów Denassów chwalił."
Nawróćmyż jednak póki co do naszych mutonów, w Polszcze baranami zwanych, a konkretnie do bohatera naszego, który, jako się nawrócił z Bougainville'a wyprawą, wrychle stał się bożyszczem salonów paryskich, ale że i wielce drażliwym o swój honor, co poniekąd nie dziwi u młodziana tak przez los doświadczonego, to i wsławił się pojedynkami licznemi, tak że i nawet w korespondencyi Marii Antoniny jest i ślad o tem. Nie dziw też, że wyzuty z dziedzictwa xiążę cięgiem dla się szukał jakiej pozycji godnej, a że się między inszemi szalonemi fantasmagoriami**** trafił koncept, by w królestwie Dahomeju podbić krainy Widdah.
   Jacyś oczajdusze dawne miano onej krainy przekręciwszy na Judah, wysnuli na tejże podstawie jakieś przedziwaczne z Judei tegoż ludu genezy, zasię uroili sobie, że jako to Żydowinowie bronić się będą więcej lamentem, jak orężem, a zmysłu będąc z natury praktycznego, starczy ich po podboju krzynę cywilizacyją polerować i już będzie xięstwo jak się patrzy... Że w bzdurstwa podobne wierzono, to i nie dziw, bo się nie tylko lud prosty lubi bawić mamidłami w rodzaju kataklizmu 2012 roku, czy inszemi jeszcze... Ale, że tego na radzie ministrów popierano i sam Maurepas Karolowi naszemu rządowej w tem dziele obiecywał pomocy, to już dziś i uwierzyć ciężko, a przecie trzeba, boć to fakt...
   Rydel tu mniema, że to za sprawą wojny z Angliją nadciągającej te zabiegi, by pułków zaciągać nowych, póki co mistyfikując onych jakimi dahomejskiemi bzdurstwami. Co do mnie tom temuż sceptyczny, bo herbatka wyrzucona do morza w Bostonie długo się nad Sekwaną dopraszała wsparcia. I gdybyż to iście być miało przeciw Albionowi fortelem, to nie jednej by na ową "Afrykę" szykowano legii, a dziesiątek cały... a i pewnie choć komendującemu by jako rzeczono sekretnie by się może nadto na owe dahomejskie nie ekspensował miraże...
  Tem zaś czasem jako co do czego przyszło i z Albionem wszczęła się wojna, wniwecz wszelkie zamorskie obracając zamiary, pokazało się wrychle, że de Nassau był tem zaskoczony prawdziwie. A że przódzi lekkomyślnie wielce nabrał był grosza od licznych bretońskich familij, których synom naobiecywał w swej legii posad i oficyjerskich patentów, zasię już i okręty ekwipował, zasię zapasów naczynił, zasię ludzi nawerbowanych ekwipować i darmo czas we Francyi mitrężących płacił... słowem w okrutnie ciężkie finansowe popadł termina, z których go salwować probował nie ktoż inny, jak ... Beaumarchais , który jak widać nie tylko z piórem radził sobie niezgorzej... Prawda, że król wszystkie zaś regimenty na powrót do armijej sekwestrował własnej, prawda, że de Nassau spadku dostał po matce dwumilijonowego, cóż gdy to wszytko kropla w morzu długów Nassauowych...:( Rydel za de Lomenie'm przytacza o autorze "Cyrulika Sewilskiego" :
  "Beaumarchais przejął zarząd nad majątkiem księcia, borykał się z czeredą wierzycieli, z własnej kieszeni pożyczał podobno na wieczne nieoddanie, dostarczał Nassau'owi pieniędzy, niezbędnych na bieżące wydatki. Zato w listach swych surowo nieraz karci lekkomyślne marnotrawstwo księcia. P_ de Lomenie trafnie podnosi smutny jakiś komizm, tkwiący w majątkowych kłopotach przyszłego bohatera tylu bitew. Nieustraszony aż do zuchwalstwa pogromca afrykańskich tygrysów, uchodził przed napaściami wierzycieli, jak jeleń umykający przed gromadą rozjuszonych ogarów - kryć musiał się po kątach i nieraz nie śmiał w dzień na ulicach się pokazywać. "
   Byłże i salewerunek z inszej podsuwany strony, a to od xiążęcia Orańskiego, który schedy de Nassaua przejąwszy, rad by onegoż pretensyje dzisiejsze i możebne przyszłe skwitował jaką gotowizną, osobliwie że w rozpaczliwem położeniu młodzieniec by się może i był ochłapem jakiem kontentował. Aliści i to na niczem spełzło, a to za urodą i wdziękiem poznanej w Spa Polki, xiężnej Karoliny Sanguszkowej, de domo Gozdzkiej, która już i na powrót wolną będąc, miała i przy tem majętności wielkich, co po równi z urodą kochanki cieszyć musiało bohatera naszego...:) Pętał się tam przy niej po prawdzie xiążę Anhalt, aliści nie nadto go widać jejmość Karolina poważała, co i nie dziwne, bo przódzi sam król szwedzki jej w Rzymie jeszcze czynił awanse... Dziwne zatem i może, że przyjęła zaloty jeszcze mniej znacznej persony, a przy tem hołysza... ale przecie nie możem tu wykluczyć przypadku ze wszytkich najpospolitszego, a takiego, że młodzi ku sobie prawdziwie szczerym zapałali affectem, dość, że się ślub odbył wielce znakomity wrześniem Roku Pańskiego 1780, przy którem i sam monarcha polski osobą asystował własną, zaś od czasu tego nam się poczynają polskie "xięcia Dynassowa" dzieje, zawierające takoż i ślad w Warszawie dzisiejszej, boć znane Warszawiakom Dynasy, to nic inszego jak okolica, w której stał dawny pałac Gozdzkich, czyli rodowa polskiej xiążęcia małżonki posiadłość... :)


___________________________

* Ot, choćby onej bratową była xiężna de Nesle, z domu Mazarinowego, macierz pań de Mailly i de Chateauroux, kochanic królewskich Ludwika XV. Samej zresztą też fantazyi nie zbrakło, dość rzec, że się za młodu na pistolety strzelała z panią de Polignac o marszałka francuskiego de Richelieu.
** Mićkiewiczowi się tu już i krzynę pomięszały sprawy, bo jako de Nassau był w Litwie goszczonym, to już Rejtan w obłędzie dni swych dawno dożył i ze sobą skończył...:(
*** Czartoryskiego, Adama Kazimierza, więcej znanego z komendowania Szkołą Rycerską, żeniaczki z Izabelą z Flemingów i spłodzenia syna Adama Jerzego...

****ot takimi choćby jak koncept księcia Prowansji, by przesiedlić do Gujenny sto tysięcy Indian z Luizjany, tam ich cywilizować, w czem najwięcej za pomocą muzyki (! - zaliżby i tu co Beaumarchais co mięszał???:)) i wrychle tejże malarycznej paskudy w kwitnącą Ziemię Obiecaną odmienić...

                                                                       .                  

28 komentarzy:

  1. Karl von Nassau miał rzeczywiście tajemne pochodzenie, bo nawet procesy toczone były o nazwisko i o majątek. Wesele z Karoliną Gozdzką-Sanguszkową związały go z Polską: "Honor, szacunek, wszędzie dla Nassowa; Zonę mu sama mogła dać Warszawa". Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na dobre nie związały, bo siła jego przewag, osobliwie wojennych, pod obcymi się zdarzyła sztandarami i dla obcych nacyj czy władców pożytku, o czem będziemy pisać w części następnej...:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  2. Chłop był młody, kiedy z de Bougainvillem opłynął w trzy lata cały świat. Jeśli dokąd by nie zawinęli tam znalazł sobie kobietę na parę dni (czy tygodni), to mógł nauczyć się wielu ciekawych sposobów i pozycji nie znanych w Europie. A skoro to były czasy bardzo liberalne, to nic dziwnego, że gdy błysnął swoimi umiejętnościami po powrocie, to panie po prostu oszalały na jego punkcie. Wniosek jest taki, że warto poświęcić trochę czasu na dobrze zrozumianą turystykę.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A widzisz gdzie Waszmość, by nasi spółcześni z tych licznych wojaży po krajach egzotycznych prawdziwie co ciekawego w tej mierze przywieźli ? I nie idzie mi o choróbska wiadome...:))
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
    2. Ba! W osiemnastym wieku to jeszcze może dało się jakąś nowość na świecie znaleźć. Dzisiaj, przy całej globalizacji, to już zupełnie niemożliwe. Co nie oznacza, że należy z turystyki rezygnować.
      Pozdrawiam

      Usuń
    3. A Boże zachowaj, bym ja co takiego głosił...:) Choć znów, skoro, jak powiadasz, nijakiej tam nigdzie już nie masz nowości, to na cóż tam jeździć?:))
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
    4. Po to, by stale w jednym miejscu mchem nie obrastać. A dla Polaków po to, żeby okiem tu i tam rzuciwszy, nie wierzyli klimkiem rzucaniu, że tu jedna ruina.
      Pozdrawiam

      Usuń
    5. Argument drugi przekonał mnie ostatecznie. A pierwszego użyję, gdy znowu będzie Cię trzeba do peregrynacyj ku południowi namawiać:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
    6. A Boże zachowaj, bym ja co takiego głosił...:) Choć znów, skoro, jak powiadasz, nijakiej tam nigdzie już nie masz nowości, to na cóż tam jeździć?:))
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  3. Denassów brzmi bardziej po rosyjsku niż niemiecku :-) Ja to tak myślę, jakie te polskie szlachcianki i arystokratki wtedy były światowe, mężów i kochanków szukały i znajdowały (!) w wielkim towarzystwie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byłbym tego skłonnym i widzieć podobnie, choć z poprawką drobną, że jednak chyba bardziej z polska, niźli z rosyjska. Ja przecie za Mićkiewiczem powtarzał, a u niego nawet rdzennie przecie rosyjskie nazwiska zapisane są: "kapitan Ryków", "Suworów"...
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  4. Kręćka dostane od tych koligacji i związków! To trzeba chyba być kobietą, żeby wyrozumieć i spamiętać!? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Daj pokój, Kneziu! Wachmistrz wszak daje radę?

      Usuń
    2. Się pomocami naukowymi podpiera to i daje radę. :D :D :D
      Ja z tego tyle wyrozumiałem, że się ta Sanguszkowa już wcześniej pojawiła, a teraz jest Denisowa. No nic to - zobaczymy co się z tego urodzi? :)

      Usuń
    3. Kneziu Miły, spamiętać starczy, że "wuj - to wuj", "przecie, gdzie ojca nie ma, tam Pismo mówi: wuja słuchał będziesz"! :))
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
    4. To trafia i do mojego przekonania
      Pozdrawiam

      Usuń
  5. szczur z loch ness5 lipca 2015 06:33

    Zachęcony Waszmości zachętą, że nawet mając niewiele do powiedzenia należy wdać się w dyskurs hehehehehe :-) stwierdzę, że bez najmniejszych wątpliwości racje miał niejaki Heinz von Foerster stwierdzając, że umysł ludzki nie zauważa tego, co jest, lecz spostrzega wyłacznie to, o czym sądzi, że jest. I tak to jest :-) a zwłaszcza w przypadku tłumaczenia fenomenów takich jak Cagliostro, Casanova, Beniowskimi, czy opisana przez Waszmości Księżna Tarakanow, że o wszelkich samozwańcach pretendujących do zasiadania na tronach nie wspomnę. Rzecz całą udokumentowano ponad wszelką wątpliwość w badaniach nad fenomenem zombie (co wskazuje, że komentarz jest już kompletnie od czapy), z których wynika że osobnicy tacy (zwykle osoby upośledzone umysłowo w stopniu głębokim) rozpoznawane są wbrew posiadanym dokumentom i badaniom DNA jako zmarli jakiś czas temu członkowie rodzin przez całkiem obcych ludzi. I nie ma przebacz, pomysł taki zgłoszony zwykle przez jedna osobę bardzo szybko akceptowany jest przez całą wioskę. Im dłużej to wszystko trwa, tym wiara w fenomen utwierdza się, tym bardziej że trafia na podatny grunt, bo we wszystkich sąsiednich wioskach jest przecież z omawianymi przypadkami tak samo.
    Kłaniam z zaścianka Loch Ness :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po prawdzie, jak ponoć powiadam, to do dyskursu zachęcam zawsze, osobliwie zaś u Knezia Jegomości, który i tego dopuszcza, by się ów głos z tematem wiązał jeno przez abstrakcje i absurdy, z czego czasem i przeciekawe miszkulancje wychodzą, czemum przecie nie przeciwny, bo zawżdy absurdów i Absurdów ciekawy...:) Privatim twierdzę, że jeśli kogo mają za Samozwańca rozpoznać, to i tak rozpoznają, choćby tysiąc świadków było przy tym jak onego ubili, a jak raz jeszcze ubiją i też przy świadkach, a potrzeba będzie, by ożył, to ożyje znowu...:))
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
    2. szczur z loch ness5 lipca 2015 14:50

      I tym to sposobem wracamy do starego problemu - Torlinowskiego, o ile dobrze pamiętam :-) - że to określone uwarunkowania tworzą bohaterów historii, nie zaś odwrotnie.
      Kłaniam z zaścianka Loch Ness :-)

      Usuń
    3. A to już pytanie z gatunku, czy się Samozwańcowi uda, czy też nie..:) Nawiasem, mam wrażenie, że historia Rosji generalnie się składała z historii samozwańców, przy czym tych, którym się nie udało, nazywamy Samozwańcami, a tych drugich: Jewo Wieliczestwem luboż gensekiem...
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  6. A nie pisał książę aby, jak tych sto tysięcy Indian w Luizjanie ówczesnej znaleźć (liczba widzi mi się nader znaczną aż do nieprawdopodobieństwa, jeśli jednak ktoś może coś więcej powiedzieć, jak się ówcześnie w tamtejszym, excusez le mot, tyglu ras krew mieszała i w jakich proporcjach, to jednak nie ja)?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama sobie odpowiem poniekąd, że to nie ta Luizjana przecież, tylko tamta, co od krańca nieomal sięgała po kraniec, więc tylu Indian bez trudu by się w niej znalazło nawet gdyby specjalnie nie szukać. O.

      Usuń
    2. Poratować Jej Szanowną Anonimową Cytrynowość mogę odesłanie do noty o tem, jakże tej Luizjany, w XVIII-wiecznym rozumieniu, przedawano i cóż w jej skład okrom Luizjany właściwej wchodziło: http://pogderankiwachmistrzowe.blogspot.com/2015/06/o-kupczeniu-grontami-historyja-ucieszna.html
      Kłaniam nisko, rad wielce z WMPani odwiedzin:)

      Usuń
  7. Za tyle radości czytania, dodatkowo zaopatrzonej we frędzelek, zechce Pan Wachmistrz wybaczyć, łaskoczący lubo & do łez zarazem, i tuzin by nie wystarczył tych jabłuszek z hesperyjskiego sadu żeby się odwdzięczyć, a co dopiero cytryn. Indianów nijakich, jednakowoż, żem się nie dopatrzyła, choć może dlatego, że na pewno na widoku po próżnicy żaden by nie wystawał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wuem zali ja prawidłowo rozumiem cóż jest frędzelkiem...:) Linku do opowieści o Luizjanie przedawanej żem dawał na to, by ukazać, jak ogromny to teren, tandem możebne, że by na niem się i wielekroć więcej, niźli sto tysięcy Indian skryło, choć znów przyznać wypadnie, żem nijakich badań nad populacyją tameczną indiańską nie prowadził...:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  8. Frędzelek :)))))).
    Ani ja nie prowadziłam - tyle, że najpierw myślałam, iż o to terytorium chodzi, czy raczej ten obszar, nie o
    to, choć piszą (w W.), że i na tym pierwszym plemiona indiańskie zamieszkiwały "liczne".
    Subiekcja to, widzę, moje drugie imię; przydałoby się je może zmienić na "kompetencja".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Azali owa biegłość w materyi tak nieznacznej i egzotycznej iście jest tem, o co warto walczyć ?:) Toż przecie wszytkie te kwestie tu nasze są jeno rozrywką umysłów, może i nie najtępszych, ale przecie nic dla świata nie znaczących...:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń

Być może zdaje Ci się, Czytelniku Miły, że nic nie masz do powiedzenia aż tak ważkiego, czy mądrego, by psuć wzrok i męczyć klawisze... W takiem razie pozostaje mi się tylko z Tobą zgodzić: zdaje Ci się...:)