07 maja, 2014

O mało znanem aspekcie rekonstrukcyj...

   Dziś słów parę o sprawie, w której żem sam wziął udziału parę lat temu dziesiątków. Owoż pognało mię z archeologami kopać w cudnej Pienin okolicy, a ściślej tam gdzie się spływ Dunajcowy poczyna. Szukalim śladów ludzi paleolitycznych, a i znaleźlim niemało. W szkole miejscowej uczniakom znalezisk ukazawszy, rychłośmy pomiarkowali, że owi pojmują owe kamienne narzędzia jako coś, co człek pierwotny chwytał w dłoń i tem nieporęcznem przecie narzędziem pracował. 
    Ano i z tegoż spotkania genesis się wiedzie myśli naszej, by ukazać jakoż to było prawdziwie. Że zaś na stanowiskach naszych, okrom narzędzi poczynionych, trafialiśmy i cosi, cośmy "bułami" zwali, a co najpewniej było naszanem ze sobą zapasem kamienia na narzędzia zdatnego*, czego znów dla archeologicznych ekspozycyj starczyło wziąć dwóch, czy trzech, tośmy umyślili jednej z tych "buł" dawniejszym sposobem rozbić, z wiórów odłupanych zaś uczynić jakich ostrzy czy drapaczy.
    Ano i jako się komu zdaje, że owe rekonstrukcyje jeno temu służą, by się eksponat w gablocie prezentował ładniej, to nasze właśnie starania dały nam możność ZROZUMIEĆ działanie przodków naszych. Po dniach kliku bezowocnie zmitrężonych nad rozbiciem "buły" właściwem przy użyciu samych jeno kamieni inszych, w desperacji posłużyliśmy się całkiem spółcześnym stalowym obuszkiem toporka i dłutkiem. Dalszej już obróbki wiórów pozyskanych żeśmy czynili jako się należy łupiąc kamień o kamień i jeśli się komu zdaje, że uzyskać kąt właściwy ostrza to rzecz jest prosta, niechaj się by jak najrychlej tej myśli pozbędzie!
    Drapacz przez nas wykonany, co przecie jeno zeskrobywaniu resztek mięsa i włókien ze skóry służył, by owa się nie zaśmiardła i nie spsowała, a za odzienie służyć mogła, ergo narzędzie, co wcale chirurgicznej nie wymagało precyzji, zajęło trzem z nas dni całych dwóch, a z każdą dni tych godziną rósł nasz szacunek dla paleolitycznych "pierwotniaków". A to kąt uderzenia niewłaściwym był, a to wiór obrabiany pękał, a to znów odłupywała się krawędź o powierzchni ćwierci paznokcia najmniejszego, co dla naszych celów znaczyło ogrom Orlej Perci, gdzieśmy potrzebowali ukruszyć pod określonem kątem płaszczyzny wielkości czubka igły...:((
    Ów drapacz, co go poniżej widzicie, wymagał w sumie jakiego tysiąca uderzeń... I dodajmyż, że jest jedynym, co się powiódł jako tako i porównywać się dał ze znalezionymi ( ku dumie naszej niemałej:). Jedynym... z bodaj trzynastu, czy czternastu poczętych... Osobną sprawą z oprawą i obsadą turbacyja, co też dnia całego zajęła... I z tego konkluzyja najpierwsza, że niemożnością się zdaje, by się tem trudnił każdy plemienia wędrującego człek, gdy mu się stare spsowało narzędzie... Nawet pojmując żeśmy tej robocie nienawykli, że mięśnie wątłe, ręce nad podziwienie chyżo mdlejące, żeśmy się biorąc za to ani krztyny tej nie mieli wiedzy JAK tegoż czynić i że przyszedłszy z czasem do wprawy jakiej może byśmy nie we trzech jednego w dwa dni udłubali, a poradziłby sobie jeden z nas za jakie pół dnia, to przecie taki drapacz ledwo jednem z kilkudziesięciu narzędzi potrzebnych, przy tem taki, co się go nie traci za lada rzutem włóczni z ostrzem krzemiennym... Drapacza się najpewniej porzucało gdy się stępił, ale przecie myśliwym grotów do włóczni i strzał potrzeba było setek, jeśli nie tysięcy...



   I tak rychłośmy, ani od praeceptorów naszych nie przymuszani, do konkluzyj przyszli, że niepodobieństwem zgoła, by wewnątrz tego nomadów plemienia już nie było specjalizacji szczególnej i by tego, co tych narzędzi czynić umiał najzdatniej, nie hołubiono szczególnie... Najpewniej każdy umiał w potrzebie udłubać sobie narzędzia koniecznego, aliści by się tem miał zajmować ustawicznie, nie byłoby kiedy za zwierzem gonić, czy runa leśnego przepatrywać...
   Najpewniej zatem trudził się tem ktoś jeden, lub dwóch, może i jakich myśliwych dawnych, co dla kalectwa może jakiego w tem się specjalizować poczęli, by plemieniu być nadal przydatnemi.
  Toć to przecie robota dla oka najwięcej, rozumu i rąk zręcznych, a przy tem może i nawet siedząca, i dlaczegóż nie przy ogniu i pod dachem? :))Ot, taki pierwowzór kowala... społeczności swej koniecznego...
   I bodaj NIGDY byśmy tego nie ZROZUMIELI sami, gdybyśmy się, gnani zapałem, sami tychże nie jęli kamieni...
______________________

* Na stanowiskach naszych żeśmy mięli najwięcej znalezisk z miejscowego radiolarytu pienińskiego, aliści trafiał się i obsydian czarny... którego najbliższych złóż na madziarskiej trzeba by szukać ziemi. I proszę mieć tego za dowód jak znacznych migracyj czynili przodkowie naszy...


P.S. Komu fantazja i wola, tego upraszam kielicha ze mną pospołu wznieść za pamięć dziś świętujących 12 Pułku Ułanów Podolskich i 17 Pułku Ułanów Wielkopolskich :), zasię jutro 10 Pułku Ułanów Litewskich :)

40 komentarzy:

  1. O, jaki ciekawy wpis!
    Ostatnio czytałam kryminał o archeologicznych wykopaliskach, w którym jakoby udało się bohaterom odkryć sekret Genesis. Książka ciekawa, dużo wątków historycznych zawierała, ale ani ona ani nikt inny nie udzielił mi odpowiedzi na pytanie, czy to wszystko co robili nasi przodkowie i to, co robimy dzisiaj my, ma jakiś sens. Pewnie nikt tego nie wie, a jednak ludzie żyją i polepszają swój byt. Chyba świat nie może być aż tak egoistyczny, skoro człowiek żyje tak krótko, a to co osiągnął, zostawia w spadku dla potomnych? Czy jednak jesteśmy takimi egoistami, że wszystko co robimy, to tylko z myślą o sobie samych, a przyszłe pokolenia nie mając wyboru żerują na tym, co im zostawili przodkowie? Przytłacza mnie to wszystko bardzo. Korzystam z dorobku cywilizacji, a nie wiem po co. Przykre:)

    Serdeczności przesyłam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uff...:) Ile zdań, tyle dylematów, pozornie nie do rozstrzygnięcia, aliści te rozterki może na karb zwyczajnego młodym rozchwiania i wątpień bym kładł, których istnienie nawiasem wielce się Waćpannie chwali na tle ogólnie bezrefleksyjnej wielu młodych egzystencyi...:)
      Zda mi się, że tu nie ma co włosa dzielić na czworo i mięszać ku temu wiary, choć wierzący z pewnością co by dodali o Bożym zamyśle etc.. Przyjmując nas jednak prosto, jako każdy inszy gatunek ludzki czy zwierzęcy na tej ziemi, to rolą naszą jest primo przetrwać (przynajmniej do czasu wychowania progenitury) i potomstwa spłodziwszy i odchowawszy, zapewnić przetrwanie gatunku... Insza, że rodzi się może zasadne pytanie, czy się tak musimy mnożyć i mnożyć nad miarę, że niezadługo najwięcej sił i starania na to będziem poświęcać, by rosnącą gromadkę szczuplejącemi zasobami wykarmić, ale że póki co jedynym sposobem na jakie zawrócenie tegoż trendu by była jakie ekstremalnie krwawa wojna, lub nie mniej śmiercionośna zaraza, to ja sobie pozwolę jednak mieć nadzieję, że ludzkość w swym geniuszu ( A tak, tak! Mimo wszystko ośmielam się ją uważać za genialną:)) znajdzie jakie wyjście trzecie...
      A wszystko cośmy dopotąd obmyślili po drodze, jako to lodówki, automobile, machiny rachujące, etc.etc. na toż jest by zasobów wytworzonych łacniej strzec, nie marnować, choć paradoksalnie to właśnie w naszych czasach do największych marnotrawstw przychodzi, i gdzie przyszło i do tego, że wytworzywszy, co było do wytworzenia, człek nagle stał się dysponentem jakiej czasu nadwyżki, której teraz próbuje jako rozsądnie zagospodarować... I ta jest przyczyna, że siedzimy teraz przed monitorami i dysputujemy o świecie, zamiast się nad sierpem pracowicie pochylać, czy w boru jakich szukać jagód czy korzonków:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  2. Vulpian de Noulancourt7 maja 2014 12:07

    1. Wiele chyba zeleży od tego jak długo można było takie krzemienne narzędzie używać. I czy prawdą jest, że gdy krawędź tnąca się stępi, wystarczy jedno umiejętne uderzenie i pojawi się nowe, ostre niczym brzytwa.
    2. Oglądałem kiedyś film popularnonoaukowy, w którym występował jakiś utytułowany znawca paleolitu i on, przyznając, że nie jest to łatwe, pokazywał przed kamerą, jak wyrabiać narzedzia z jakiegoś tam obsydianu. Trach, trach - tylko mu furczało w dłoniach.
    3. No i podejrzanym jest, że we współczesnych pierwotnych kulturach myśliwy to zajęcie tylko niektórych. To dlaczego zakłada się, że u nas wszyscy musieli polować?
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ad.1 To od przeznaczenia zależało, bo grot strzały był przeważnie jednorazowego użytku, choć naturaliter wydobyte z ubitego zwierzęcia wracały do powtórnego użytku, zaś chybione też szło w lwiej części wyzbierać, jeśli się panem pola po polowaniu czy po walce zostało... Nasz drapacz do oczyszczania skór służący mógł służyć miesiącami, czy nawet latami i prawda, że szło go regenerować, a i nawet kilka razy, dopóki nie stał się tak małym lub nieporęcznym do zamocowania na trzonku, że go porzucano. Przy tem mógł mieć i żywota inszego, bo nawet z maleńkiego kawalca szło może jeszcze poczynić ostrza szamanowi koniecznego, by ropień pod zębem zgrabnie przeciąć, czy może na igły jeszcze zmienić, choć tu wielekroć lepiej się sprawdzały kościane lub rogowe, które znów z czasów tak odległych się raczej nie zachowały, co nie znaczy, że ich nie było...
      Ad.2 Widać jegomość się tem czas musiał bawić dłuższy i przyjść do experiencyi niemałej...:)
      Ad.3 Ta rzecz znów i od rodzaju zwierza i spraktykowanego najlepszego sposobu zależy... Tam gdzie prowadzono polowań z nagonką, zapędzając zwierzynę w jaki jar, by go go z góry razić do skutku bezpiecznie, każda para nóg i gardło się przydawało... Tam, gdzie zwierz groźny a przy tem wielce płochliwy, wielekroć lepiej poradziłoby sobie kilku dobrych łuczników czy włóczników zręcznych i jeśli takich pięciu, powiedzmy, przywlecze z polowania jakiego bawołu czy trzy jelenie, któremi idzie obdzielić plemię pięciokroć liczniejsze, a do tego będzie na deser uzbierany jaki w międzyczasie przez niewiasty dziki z boru owoc, czy korzeń, to ta ilość myśliwych pewno, że nastarczy... Jeno znów plemię mieć musiało tu jakie rezerwy, bo w tej grupie śmiertelność wielce wysoka, co nawet niekoniecznie efektem być musiało samego z dzikim zwierzem starcia... Starczyło, że łowca w gorączce pościgu z jakiej skarpy zleciał i sobie tam żeber połomił, to mało kiedy z tego na powrót miał wydobrzeć widoki...
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  3. Ja tam zawsze jestem pełna podziwu dla umiejętności i wiedzy naszych przodków, bo nie tylko kamienie zręcznie obrabiano, ale przecież innych wiele umiejętności dzisiaj zanikło. Wystarczy popatrzeć na owe garnki wypalane i ozdabiane, biżuterię, a wiedza o roślinach (?), zielarstwo, te posągi kamienne... Z tym wszystkim współczesny człowiek umie się uporać, bo ma potrzebne specjalistyczne narzędzia. Wiele zatraciliśmy z cierpliwości naszych przodków chyba ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pisałem tu już w nocie sub titulo O oskardach , rudach i przebitkach o przodkach naszych kopalnie krzemienia w Krzemionkach Opatowskich i hematytu w Kamiennej, które wybornie dowodzę, że i niemałej wiedzy górniczej i inżynierskiej owi mięli. Wiedzieli wybornie, ze trzeba filarów ostawiać niewybranych, by strop trzymały; znali, że kamieniem narąbanym a zbytecznym zdałoby się komór wydrążonych zasypać, jako i my dziś podsadzką czynimy, by złoże nie siadało, a już wentylacyi system naprawdę czapki z głów zdejmować każe...:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  4. Jako nastolatek, a w zasadzie młody osiłek, bo na krzepie mi nie zbywało, usiłowałem kiedyś dziesięciokilowym młotem rozbić głaz narzutowy, tak circa ze 300 kg, czyli nie olbrzymi i przez trzy dni ledwie odłupałem kilka kawałków, niegodnych uwagi. Aż pojawił się brat mojego ojca, konus przy mnie i miastowy od lat, który miał doświadczenie górnicze w bujnym życiorysie. Ten głaz obejrzał najpierw, potem go razem przy pomocy drąga nieco obróciliśmy, wziął ów młot, uderzył TRZY RAZY i głaz rozleciał się na dwie części!!! Bo nie sztuka mieć "parę" w garści, sztuka jeszcze umieć i wiedzieć co z nią zrobić. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co w rzeczy samej dowodzi wyższości szkół i doświadczenia nad samą siłą i jest wielce budujące:) Jednakowoż w praktyce luksus nadmiaru ludzi (jeńców, niewolników) rodził rozwiązania prymitywne, choć na krótką metę podobnie skuteczne: niechaj ten kamień w pocie i znoju rozbija niewolników pięciu z jednym operatorem bata i z pewnością najdalej po dwóch dniach ów będzie budulcem już drobnym...
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  5. Z chęcią się zgodzę z Waszmością, ze gdy we wiosce był silny i zręczny wytwórca, przez np. trwałą kontuzję nóg pozbawiony możliwości polowania, mógł się on produkcją narzędzi wywdzięczać za dostarczanie żywności. Przypadek ten wydaje mi się jednak raczej rzadki; przynajmniej tak długo jak długo małowydajne pozyskiwanie żywności powstrzymywało społeczność przed podziałem na specjalizacje. Aby mogły się pojawić rozdzielne grupy łowców, rolników i rzemieślników, musiały najpierw pojawić się nadwyżki do dystrybucji...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest bardzo marksistowskie podejście. Tymczasem podział pracy (czy zadań) bardziej wynika z predyspozycji i zdolności - nie każdy może być rzeźbiarzem, malarzem czy muzykiem, a więc i nie każdy będzie wyrabiał równie dobre narzędzia. Kulawy łowca to żaden łowca, ale gdyby robił dobre sidła, czy wabiki na zwierzęta, to jego wartość rośnie niepomiernie. W dawnych społecznościach szacunek dla siwych włosów nie wynikał z dobrego wychowania, a z czystego pragmatyzmu - starsi mieli wiedzę. Owszem, nadprodukcja dawała możliwość rozwarstwiania się społeczności, ale nie w grupie łowieckiej, to nie ta skala. Najpierw musiały nastąpić zmiany demograficzne i to w dłuższym okresie czasu.

      Usuń
    2. Oj, zabrzmiało agresywnie. Nie to miałem w zamiarze, ale jednak żyjemy w świecie, gdzie normalnym się wydaje, że proces historyczny jest związany z postępem, że po wspólnocie pierwotnej niewolnictwo i feudalizm. Wydaje nam się oczywistym że postęp społeczny był nierozłącznie związany z produkcją dóbr, a rozwój warunkował ich nadmiar. Tymczasem to wcale nie jest takie jednoznaczne i postęp wcale nie jest aż tak oczywisty, podobnie jak i rozwój społeczny. To nie jest tak, że była jedna wspólnota pierwotna czy feudalizm, podobnie jak różne formy niewolnictwa czy zależności były. Postęp techniczny był równie mocno warunkowany niedoborem i niezaspokojonymi potrzebami jak i sam powodował powstawanie nowych. Nadprodukcja mogła zaistnieć tylko dzięki nowym narzędziom i udoskonalaniu starych ich form, a głód mógł równie dobrze zmienić stosunki społeczne jak i okres urodzaju, czy ogólnie dostatku. Wreszcie, nie tyle sam nadmiar podstawowych dóbr warunkował zmianę organizacji wspólnot, co chęć ich obrony przed zagrabieniem i wspólne dążenie do bezpieczeństwa. Jednocześnie wyprawy łupieżcze również zmuszały do organizowania się i wyłanianiu przywódców. Można by tak długo i różnie. Nic tu nie jest proste i wtłaczać tego w ramy i schematy się nie da. Jedno jest pewne, narzędzia na pewno były lepsze i gorsze, i to świadczy o tym, że wytwarzali je lepsi i gorsi fachowcy.
      Swoją drogą, nie nawidze tępych noży! :D

      Usuń
    3. Hihi, Kneziu! Najpierw nawymyślałeś mi od marksistów, a potem... przyznałeś mi rację, powtarzając w zasadzie moje spostrzeżenia. :)

      Usuń
    4. "Aby mogły się pojawić rozdzielne grupy łowców, rolników i rzemieślników, musiały najpierw pojawić się nadwyżki do dystrybucji...". Ano właśnie wcale nie, bo ten podział (zmiany społeczne) mógł być spowodowany nie nadprodukcją, a brakami i tu się różnimy. Do tego dochodzi ten mały drobiazg, że różne są zdolności i na pewno występowała specjalizacja w wytwarzaniu narzędzi, bo lepiej dać komuś smaczną wątróbkę i mieć ostre dzidy, niż nie mieć ani dzidy, ani wątróbki. :D

      Usuń
    5. W dyskurs Wasz wchodząc przyjdzie mi poprzeć częścią Knezia, Tetryku, osobliwie w tej myśli, że tu nic nie jest proste, a marksizm w naukach historycznych najwięcej grzeszył może nawet nie tyle wizją swoją stosunków dawniejszych, co właśnie nieznośną skłonnością do upraszczania wszystkiego...
      Weźmyż kwestię przywództwa w stadzie, bo go jeszcze plemieniem nie nazwę... Podług teoryj marksistowskich to właśnie wspólne działanie w wysiłku przekraczającym siły jednego człowieka, zatem i konieczność koordynacji i zaplanowania tego wysiłku, rodziły przywódców i koronne tu są exempla egipskich kanałów do nawadniania. A ja znakomicie sobie umiem wyobrazić takie mikroplemię łowiecko-zbierackie, które rankiem uprzątnąwszy obozowisko ruszać ma gdzie dalej i staje wobec koronnego dylematu: w którą stronę? Pół biedy jeśli trop za zwierzem jest jednoznaczny, to i odpowiedź oczywista... Ale jeśli nie? I nie ma przywództwa rozstrzygającego? Ja widzę to tak, że najpewniej po jakim czasie jałowego sporu, ten najsilniejszy i najsprawniejszy łowca ze swoją niewiastą i przychówkiem, machając ręką na tę ręsztę cymbałów, ruszał w wybraną przez siebie stronę, a ta reszta po jakiej chwili wyzwisk i wymysłów, rada nierada, ruszała za niem, znając wybornie, że bez jego doświadczenia i silnych ramion polowań effecta będą przez pół mniejsze, ergo zagrożenie wyginięciem wielekroć większem... I tak raz, drugi, dziesiąty, a za jedenastym ani on nie pytał już nikogo, ani oni nie pyskowali...
      Insza rzecz: gdyby nasz przodek był tylko rolnikiem i zależnym był jedynie od wytworzonego ziarna, to w rzeczy samej handlować mógłby tylko nadwyżką... Ale co to jest ta nadwyżka? Obrachowane coś tam ponad to, co zakładamy, ze przejemy zimą i jeszcze mieć trzeba na siew? A jak ziarno w garncach zakopane spleśnieje? Albo nam je złupią jacy najezdnicy, albo myszy zeżrą, jak Popielowi? Zatem trzeba mieć jakie rezerwy, schowków mnogość i rychło przychodzimy k'temu, że właściwie w życiu rolnika nigdy nie ma rezerwy dość dużej, by jej śmiało można za nadwyżkę uznać... I wszystkie marksowskie teorie biorą w łeb, tyle że chłop nigdy tak naprawdę nie odszedł od nawyków łowiecko-zbierackich. Pójdzie do boru, jakich wnyków nastawia, czego masz nawet i w nieodległych czasowo Reymontowskich "Chłopach" opisanego. Nawet jeśli to dziś zwiemy kłusownictwem i cel jest inszy, to nawyk jest ten sam od tysięcy lat: uzupełnić jadłospis i choć częścią się stać niezależnym od niepewnego upraw wyniku... Dziś chodzenie na grzyby czy na ryby to hobby więcej niźli dawniejsza oczywista konieczność, ale teraz dopiero pomiarkujmy, że jak kmieć zasiał i miał co czasu czekać na zbiór, to w międzyczasie mógł i zbierać w boru, co tam do uzbierania było, zapolować i na ryby sieci zarzucić... Ergo miał w jakiem momencie jadła, które dzielił podług kolejności psucia się i natenczas ziarno się tą stawało nadwyżką, której szło względnie długo przechować i na jakiem targu wymienić za to, czego się nie umiało zdobyć czy wytworzyć samemu...
      Nie bez kozery niedawnem czasem pisałem o prosie, którego cały cykl wegetacyjny się w stu dniach zamykał, tandem i nomadowie mogli gdzie przysiąść "na chwilę", zasiać i w oczekiwaniu na zbiór lasów okolicznych z jadła dostępnego przetrzebić. Jeno znów mając ziarna z niejakiem zapasam się ten rodził problem, że jakże go dźwigać? W naczyniach ciężkich glinianych? Nie dość, że samo ciężkie, a worki nieznane luboż dopiero gdzie tam kto ich obmyślił? Bez konia nie poradzisz i wozu, a znów tego mając, jakże w bór iść, gdy koniowi rozległe pastwiska konieczne? I, podług mnie, to owszem rozwój rolnictwa się przyczynił do osiadłego coraz bardziej trybu życia, ale nie przez to, że ludzie się tak osiedlali chętnie, ile że efekt tej rolniczej pracy z czasem uczynił podróżowanie trudem ponad siły i możności plemienia!
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
    6. Być może nie dość jasno się wyraziłem. Chodziło mi o to, że dla żyjących w ciężkich warunkach i nieustannym zagrożeniu odległych naszych przodków posługujących się kamiennymi narzędziami umiejętności warunkujące przeżycie były powszechne i naturalnie przyswajane jak dziś czytanie i obsługa komputera. I wydaje mi się, że umiejętność ciosania podstawowych narzędzi do takich należeć musiała. Oczywiście, wprawa i zdolności różniły ich z pewnością - ale podstawy znał raczej każdy...

      Usuń
    7. Co do tego sporu miedzy nami z pewnością nie ma, jeno jak rozumiem, Kneź się obruszył na przywołanie marksowskiego poglądu o konieczności pierwej wytworzenia nadwyżki, by móc jej następnie w handlu mieniać, zasię żeśmy oba dokazać się starali, że wcale niekoniecznie... Inszem, do dziś żywym, tej teorii zaprzeczeniem będzie wszelka prostytucja, gdzie do nierządu głód skłania i wszystkiego niedostatek. Owa niewiasta przecie nie przedaje nijakiej nadwyżki, a przeciwnie: w desperacji czyni użytek z jedynego atrybutu jaki jej jeszcze pozostał...
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  6. Och! Ile ja bym dała, żeby się kiedyś znaleźć na stanowisku archeologicznym i żeby mi pozwolono coś wykopać! Cenię, podziwiam i... okropnie zazdroszczę. :)
    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W dalszej tu już dyspucie i Vulpian imaginacyją i Krzysztof experiencją obraz daleki od romantyzmu wymalowali, z którem i ja się zgodzę...:) Choć moje doświadczenia akurat nie z namiotów, a z kwater u włościan najmowanych, a i wynalazek Imci Prieschnitza nie był nam tam obcem, to reszta się niemalże zgadza, choć może z wyłączeniem tych nachalnych, czy agresywnych tubylców, których na ogół obchodziliśmy tyle, co zeszłoroczny śnieg (choć panienek, a i urodziwych między nami nie brakowało:). Przypadłością archeologów zawodową są zazwyczaj reumatyzm i wszelkie stawów boleści, podobnie jak krzyża nieustannie zgiętego, w czem doprawdy nic romantycznego nie znajdzie nikt, by najwięcej nawet szukać uparty... Plus tzw. choroby brudnych rąk, gdy jakich kanapek na wykopie się spożywać zachce. Znój i mozół codzienny dobija nawet nie tyle wysiłkiem, ile tym, że to zajęcie zwyczajnie nudne nad podziwienie... Cośkolwiek ciekawszego się trafia w przysłowiowej proporcji igły w stogu siana, a coś cennego, czy extracennego jeszcze rzadziej. A codzienność to tony ziemi przerzucane łyżką i przeczesywane widelcem (co piszę więcej dla zobrazowania skali, niźli dla rzeczywiście stosowanych narzędzi, choć i łyżka iście się czasem przydawała:)...
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  7. Vulpian de Noulancourt7 maja 2014 21:34

    Aż ciekaw jestem, co na to Wachmistrz odpowie. Bo też moje wizje archeologicznej przygody są trochę nieoptymistyczne.
    Ciężko się grzebie szpatułką w ziemi, kiedy człowiek jest na kacu, słońce ostro przygrzewa i mało mózgu nie wypali, bo słomkowy kapelusz porwał jakiś wałęsający się pies. A nie daj Pan Bóg coś faktycznie znaleźć, to trzeba pędzelkiem odkurzać, aż w gardle drapie od kurzu. No i cały czas na kolanach – ile można.
    Spanie w namiotach wcale nie jest romantyczne, kiedy człowiek jest niedomyty i śmierdzi. Niektórzy koledzy mogą próbować ciągnąć do wyra, bo co szkodzi spróbować, a ich dziewczyny od razu będą robić sceny zazdrości, chyba że się trafi na singla, który będzie tym bardziej natrętny. Czasem to i profesor okaże się starym satyrem i nie wiadomo, co robić.
    Żarcie na takich wypadach zawsze jest jak dla psów, bo student wszystko zniesie, a rodzima placówka naukowa nie ma zbyt wielu pieniędzy i oszczędza. Z tego częste kłopoty żołądkowe. No i spróbujcie się defekować przez miesiąc w krzakach albo (o ile warunki są luksusowe) w śmierdzącej latrynie z nieheblowanych desek. Wkoło muchy i milion jakichś owadów, za to nocą istne miriady nienażartych komarów. Po kilku dniach nie ma miejsca na skórze, które nie jest podrapane do krwi.
    Poza tym przychodzą jeszcze local people i pół biedy, kiedy to chłopki – roztropki, drapiące się po potylicy i mówiące, że owszem – kiedyś tu był zamek wielkiego złego pana, co to go, prawda, własne psy pożarły. A kiedy to było? A kto by tam wiedział. Dużo gorzej, gdy motorami podjedzie w nocy kawalerka, pewna tego, że studentki to kobiety wyzwolone, które chętnie pojadą na wycieczkę wfm-ką na pole pszenicy jarej, gdzie nauczą wioskowego amanta kilku nowych, miastowych sztuczek, nie oczekując w zamian nawet butelki ciepłego piwa.
    I to ma być przygoda?
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, ha! I może właśnie dlatego autorką najlepszych kryminałów była żona archeologa? ;-)

      Usuń
    2. Uuuu! Niezłe! Rozmarzyłam się... :))))
      Ta szpatułka i pędzelek to jak najbardziej. To coś podobnego do kucania w strumieniu, podczas gdy od góry pada śnieg z deszczem, a pozyskiwany materiał pełza po dnie.:)
      Spało się i jadło w różnych warunkach. Czasy studenckie mam już dawno za sobą, ale jeszcze sporo pamiętam.:)))
      A niektórych rzeczy mogę spokojnie nie brać pod uwagę, bo nawet jako młódka atrakcyjna nie byłam... :)))
      Pozdrawiam :)

      Usuń
    3. Vulpianie - przepięknie to opisałeś.
      Mój Młodszy opowiadał mi bardzo podobne historie po powrocie z takich wykopalisk. Z tym, że to byli przyszli geografowie i nieco inaczej kopali - raczej pod kątej budowy i sprawdzania warstw ziemi w różnych rejonach Polski. UW ma takich miejsc kilka w kraju. I tamtejsi mieszkańcy /koło Płocka i koło Pińczowa/ bardzo się zżywali z tymi studentami. Planowali np. ożenki i wesela swoich córek, prawie już ziemię /tę od stodoły do lasu/ przyszłym zięciom zapisywali, nie mówiąc o tym, że interesy w mieście stołecznym ze studentami usiłowali w tamtejszych knajpach pozałatwiać. No i te swoje córki nieustająco zachwalali panom studentom /bo chłopaków było więcej na tym wydziale/. A trudno było odmawiać, bo niektórzy chłopi mieli jednakże łazienki w swoich domach.
      A jakie ciekawe rzeczy studenci odkopywali i to całkiem świeżutkie i z żadnego tam paleolitu.
      A jaki zmarnowany potem mój przyszły geograf do domu wracał...
      Pozdrawiam.

      Usuń
    4. Jeśli idzie o robotę na wykopie, toś Vulpianie niemal w samo sedno utrafił:) Nam wprawdzie komary się nie naprzykrzały, ale końskich much było pod dostatkiem, skwar był na zmianę z deszczem nie tyle ulewnym (bo wtedy się nie pracowało) co z dużo gorszą i parszywą mżawką. Kwaterowaliśmy po domach włościańskich, to i łazienki były, choć nic przyjemnego w kolejce rankiem do nich i ustawicznego napominania, by tym innym tej ciepłej wody cośkolwiek zostawić. Kwestie męsko-damskie szczęśliwie nas nie trapiły jakiemi konfliktami szczególnemi, czy dramatami, za to nasi gospodarze (nie bez pewnej racji:) uważali nas za straszliwych pijaków i niebezpiecznych zabijaków, co miało i tą może dobrą stronę, że nam miejscowe osiłki raczej schodziły z drogi (wszystko za sprawą jednego kolegi, który jakieś tam taekwondo czy inne karate ćwiczył i pobyt nasz tam zaczął od publicznego połamania gołymi rękami belki z ogrodzenia:). Stołować żeśmy się mięli na przystani flisackiej, mając na to wypłacanego dodatku, przecie jakeśmy z wykopu schodzili, to ajent się zwykle właśnie brał do zamykania i najczęściej w menu miał już tylko herbatę, tandem z czasem żeśmy przeszli na system gotowania własnego i zostawiania kolejnej na dyżurze w kuchni persony.
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  8. Czołem mości Wachmistrzu

    Młodzieńcem będąc też miałem okazję uczestniczyć w pracach wykopaliskowych na terenie przyszłej (niedoszłej) elektrowni Żarnowiec. Odkopywaliśmy ślady wsi z epoki żelaza (kultura pomorska), na którą nałożyły się ślady późniejszej wsi z wczesnego średniowiecza.
    Zmartwię wszystkich marzących o wielkiej przygodzie podczas wykopalisk, gdyż była to praca nudna i żmudna! Najpierw przychodził archeolog i wyznaczał kwadrat c/a 20/20m a następnie pomocnicy (czyli my - chłopaki 18 letnie) musieliśmy z tego kwadratu zrobić "stolnicę" czyli zdjąć warstwę ok. 20 cm ziemi do równego,płaskiego poziomu. Następnie przychodził archeolog i zaznaczał na "stolnicy" fragmenty, w których ziemia różniła się kolorem od otoczenia, które trzeba było dalej pogłębić i znowu zdejmowaliśmy ok. 10 - 20 cm. Całość trwała do momentu, gdy ziemia odzyskiwała naturalny kolor, czyli do momentu, gdy dokopaliśmy się do fundamentów starożytnej chaty (albo ogniska). Wszystko trzeba było robić ręcznie, gdyż wjechanie ciężkiego sprzętu zakłóciłoby naturalne warstwy ziemi. Po 3 tygodniach byłem doskonale obeznany z łopatą a nasze znaleziska stanowiła garść pokruszonych skorup od garnków i wiedza jakiej wielkości domy budowano w kulturze pomorskiej.

    Kłaniam się nisko

    Krzysztof z Gdańska

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. p.s. Jedyny plus, że fundatorem wykopalisk była przyszła (niedoszła) elektrownia Żarnowiec, więc przynajmniej zakwaterowanie było znośne - wprawdzie w namiotach, ale z dostępem do stołówki oraz toalet i łazienek w ośrodku wczasowym. Poza tym miałem wtedy 18 lat i była to moja pierwsza praca w życiu, więc pomimo trudów i niewygód bardzo mile wspominam owe czasy :)))

      Kłaniam się nisko

      Krzysztof z Gdańska

      Usuń
    2. Wielcem za to wspomnienie obligowany, bo i moją młodość żeś mi Waść jako żywo przed oczy obrazami wspominków przypomniał:)
      I dla mnie był to wiek podobny, choć robota nie pierwsza, bom przódzi (za wielekroć lepsze pieniądze:) też machał łopatą, tyle że przy betoniarce:) W naszym przypadku ów kwadrat 20x20 dodatkowo był dzielonym między nas rzędami na metry kwadratowe i każdy dostawał notatnik, pokrywkę z pudełka po butach i kilkoro narzędzi, z których najważniejsza była zwykła ogrodowa graca. Tą gracą się skrobało powierzchnię swojego metra, aż coś pod gracą nie zazgrzytało i wtedy trzeba było ustalić, czy to znalezisko czy zwykły kamień (jakieś 90 %) a do tego stosowało się dosłownie wszystko łącznie z łyżką czy szpatułką lekarską. Wykopane i odczyszczone znalezisko rysowało się w notatniku na planie "naszego metra" i odkładało na pokrywkę tekturową mniej więcej proporcjonalnie do prawdziwej lokalizacji w ramach tegoż metra. Parę razy do dnia przychodził nasz nadzorca i oprawca (magister, asystent z IA UJ), fotografował wszystko lub szkicował i po dokopaniu się dolnej warstwy można się było przesunąć o kolejny metr dalej, a to znów rodziło niejakie współzawodnictwo, bo głupio było swój metr kończyć ostatniemu w rzędzie, choć znów dla tych pozostałych były to miłe chwile wytchnienia, bo żeby go wytyczyć i porządnie oznaczyć, trza było jednak na tego ostatniego poczekać:)
      Nasz bilans to było skrzyń kilka wszelkiej maści odłamków, w tem może tyle prawdziwych narzędzi paleolitycznych, że by je na blacie stolika w kawiarence ułożył ściśle...I z tego co wiem, większa część po dziś dzień gdzie w piwnicznem leży magazynie, świata nie oglądając...
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
    3. Cny Wachmistrzu
      Ja też dziękuję, żeś mi przywołał wspomnienia mej młodości :) Naszym "trofeum" archeologicznym była skrzynia skorup, które były tak pokruszone, że nie dało się z nich złożyć żadnej sensownej całości. Ponieważ wioska nie leżała w pobliżu cmentarzyska, ominęły nas najbardziej charakterystyczne elementy kultury pomorskiej, czyli groby skrzynkowe i urny twarzowe (nasze wykopaliska były ograniczone miejscowo do terenu przyszłej/niedoszłej elektrowni Żarnowiec).
      Ciekawe, że mimo upływu lat (będzie ze 30) udało mi się przypomnieć dawno zapomniane szczegóły dotyczące zarówno przedmiotu wykopalisk jak i osób biorących w tym udział. Pomyśleć, że ci młodzieńcy wyrośli obecnie na "rasowych" archeologów (przynajmniej jeden), na uczonych innych branży(przynajmniej jeden) na prawników (przynajmniej dwu) w tym przynajmniej jeden sędzia oraz cały kwiat polskiej inteligencji. Kto by pomyślał jak się ludzkie losy potoczą...

      Pozdrawiam słonecznie

      Krzysztof z Gdańska

      Usuń
    4. Tośmy się oba wspominkami nacieszyli:) Z naszej grupy podobnie losy przeróżnie towarzystwo porozrzucały... Jeden już kopie nie niebiańskich wykopach, jeden szefuje sporej firmie projektowej nic wspólnego z dawnemi zabawami nie mając (nawiasem żenił się z koleżanką z tegoż wykopu:), inszy znów jest brokerem ubezpieczeniowym, niewiast parę po szkołach tumaństwu wiedzy do łbów wcisnąć próbuje, zasię ciekawość, że inszy znów jest w policji jenerałem, inszego zaś po latach zdemaskowano jako wielce niestety skutecznego TW, a najzabawniejsze, że jeden z kolegów nas wówczas odwiedzających z tegoż samego rocznika i grupy, choć na tych wykopaliskach niepracującej, w pięć minut nocą na nieznanem terenie meliny znalazł, jaką dwa stajania od naszej kwatery, o której my, dwie niedziele tam już pomieszkujący, najmniejszego nie mięli pojęcia... I nie dziw zatem, że z takiem talentem po latach był przyszedł i do godności ministra spraw wewnętrznych...:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  9. w młodosci mój kontakt z archeologią ograniczył się do znajomości z pracownikiem muzeum archeologicznego, dlatego w sprawach odległych nijak mi się wypowiadać. natomiast całkiem niedawno, robiąc wykop pod izolację starej piwniczki, natknęlismy się na znalezisko zapieczętowane porządnym deklem. Pomaleńku kopaliśmy, wyobrażając sobie skarby ukryte. Kiedy już całkowicie odkryliśmy beczkę przylegającą do sciany, udało się ją otworzyć. Znależliśmy dobrze zlasowane wapno! Byłby to skarb w czasach, gdy budowaliśmy w l. 80 dom, teraz pomyśleliśmy, że był to doskonały sposób na osuszanie wilgotnej piwnicy. Wszystko miało sens.
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z pewnością miało, skoro się nie zmarnowało:) Choć rozumiem, że pierwotkiem otwarciu beczki rozczarowanie towarzyszyło niejakie...:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  10. W końcu turystyka handlowa nie jest naszym wynalazkiem
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z pewnością nie jest...:) W przywołanych Krzemionkach Opatowskich, gdzie krzemień na narzędzia był dobywanem i obrabianem, przyszło do tego, że narzędzi tam wytworzonych znajdywano i sześćset kilometrów od Krzemionek, a to czasem nawet było i poza zasięgiem późniejszym soli wielickiej...
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  11. szczur z loch ness8 maja 2014 19:25

    Przyjdzie mi w gościnie u Waszmości będąc, niecnie polemizować w kwestii owego dochodzenia, kto i jaką rolę w jaskini pełnił. A to z tej przyczyny, że eksperyment - jak mniemam z wielkim trudem przeprowadzony - niewiele do sprawy wnosi. Obawiam się nawet, że znakomita większość (o ile nie wszyscy) mieliby problem z tak trywialną wiele wieków temu sprawą jak ogień wzniecić, jak krzesiwa użyć, czy też z głodu w środku zasobnej we wszystko puszczy nie pomrzeć. Podobnie owi wytwórcy narzędzi kamiennych mieliby problem z prowadzeniem automobilu, czy też z obsługą telewizora pilotem, co nawet pacholęta obecnie potrafią. Zgodzę się wszakże z tezą, że jedni lepiej, a inni gorzej owe kamienie łupali, jak to w życiu, co bardziej skłania do stwierdzenia, że ci drudzy mniejsze mieli szanse na przetrwanie. Daleko stąd jednak do wniosku o jednoosobowych cechach rzemieślniczych i prosperujących firmach: Kamienie łupane wyrób i sprzedaż :-)
    Ukłony z zaścianka Loch Ness :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie, że to jeno domysły nasze, przecie niecnie zda mi się, że dosyć prawdopodobne... Ostatecznie cóż plemię robić miało z jakim może i dawniej myśliwcem zręcznym, którego jaki zwierz poranił tak, że ten i po wydobrzeniu ledwo za inszymi nadąża? Ostawić w boru, by zdechł? Z pewnością i tak czyniono, aliści jeśli ów się w czemkolwiek zręcznym i na tyle pokazał, że plemieniu nawet nie polując był wielce przydatnym? I prosty obrachunek, że jeżeli się ten jeden w wyrobie narzędzi wypraktykował, to ci insi już na swój i plemienia użytek nie musięli, ergo mięli dla polowań i jagód zbierania czasu więcej, co z czasem musiało dać efekt w postaci względnej dostatniości w jadło, zatem i może jakiem plemienia uwiększeniem...
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
    2. Czołem Waszmościowie!
      Koronnym dowodem, że wśród ludów obecnie nazywanych pierwotnymi istaniał podział pracy, szacunek dla rzemiosła (ba, również szacunek dla sztuki) stanowią pierwotne malowidla naskalne (np. w grotach Lascaux lub Altamira). Twórcy tych malowidł musieli poświęcić wiele dni, tygodni (a może lat) dla ich stworzenia. Nie ulega więc wątpliwości, że plemię musiało w czasie prac żywić "artystów" i zaspokajać ich potrzeby życiowe.
      Ergo, plemię w swoim własnym interesie musiało wprowadzić podział pracy i "artystów" wynagradzać z tego, co "łowcy" złowili. Odwrotnie, "łowcy" mogli po udanych łowach kontemplować obrazy zwierząt w galopie lub analizować ich szczegóły anatomiczne pięknie oddane przez "artystów"

      Kłaniam się nisko

      Krzysztof z Gdańska

      Usuń
    3. Jest jednakowoż niezaprzeczalnym, że człowiek jest istota stadną i umiejętności poszczególnych osobników, wpływały na powodzenie całej społeczności. Wysoka jakość łupanego kamienia rzutowała więc na przeżycie także takich co je łupali miernie. Jeden dobrze łupiący decydował o losie pozostałych, chociaż zapewne nawet tego sobie mogli nie uświadamiać. Co do handlu to nie sądzę, żeby z Pienin wysyłano emisariuszy nad Balaton w celu przyniesienia na plecach paru kamieni z obsydianu, raczej wędrował on metodą kolejnych wymian - chociaż licho wie, co tym naszym przodkom do głowy mogło przyjść? Może nawet się i wyprawiali? Świadczyłoby to o niezwykłym doświadczeniu i wiedzy geograficznej, bo to wszak kawał drogi. Do tego dochodzi inna zapewne technika łupania, bo obsydian różni się od krzemienia. Wnoszę więc że doświadczenia i techniki musiały być przekazywane, może nawet zakładano szkoły łupania? Przypuszczam, że archeolodzy rozróżniają nawet różne kultury po cechach obróbki kamienia.
      Natomiast jako ciekawostkę podam fragment rozmowy z pewnym archeologiem. Tenże z dumą prezentował mi znaleziska siekier i młotów z kamienia gładzonego. O, różnica między takim gładzonym kamiennym toporem, a takim łupanym była znaczna! Jednak zaniepokoiły mnie obłe kształty, nieprzydatne ani do rąbania drewna, ani cięcia mięsa, ani do czegokolwiek poza łupnięciem w łeb, jak maczugą. Jako kompletny laik wyraziłem wątpliwość co do użyteczności owych artefaktów, i tu ze zdumieniem usłyszałem odpowiedź:
      - A bo to są rzeczy kompletnie bezużyteczne. Przypuszczalnie pełniły role ceremonialne; rytualne albo prestiżowe. Natomiast do celów użytkowych korzystano z ostrych narzędzi, łupanych tradycyjnie.

      Hm, tak oto doszliśmy do tego, że młodsza epoka kamienna tworzyła rzeczy mało użyteczne, ale co by nie mówić, była wszak postępem. Jakie to wszystko względne. :D :D :D

      Usuń
    4. Nader to cenna uwaga, Mości Krzysztofie, i za jeden z dowodów chętnie przyjmuję, choć z punktu tych dodam zastrzeżeń, że nikłość znalezisk podobnych może być i dowodem, że w mało którem plemieniu tyle zrozumienia dla sztuki bywało...:) A i krotochwilna część mej natury z punktu mi przed oczy wystawiła możliwy przebieg zdarzeń inszy, jako to dwóch łowców się może o to założyło, który tą młódkę o dziwnych jasnych włosach pierwszy posiędzie, tandem wygrany miał młódkę i z nią dzieci czeladkę, a przegrany w dowód swej sromoty przez rok z okładem czy lepiej z jaskini nie wychodził i za karę jej ściany w różne bohomazy smarował...:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
    5. To ja Ci do tego, Kneziu, dopowiem, że będzie już lat temu ze trzydzieści świadkiem byłem, jako to niewiasta pewna, co w tej historii nie jest bez znaczenia, bo chłop jak mniemam, by może choć raz w żywocie miał siekiery w ręku i choć z grubsza wiedział, ku czemu owa służy... Owoż niewiasta owa, doktor w archeologicznych naukach, tłomaczyła studentom o owych wygładzonych siekierkach i na pytanie którego roztropnego do Twojego podobne, z całą powagą snuła wywodu, że się w międzyczasie i technika rąbania wykształciła jaka pono wielce szczególna i sprytna, co poradziła i owemi kulistemi ostrzami drzewa ścinać i obrabiać... Żak umilkł, choć widać, że nieprzekonany, jam zmilczał, by autorytetu pani doktor nie psować, zasię obiecałem onej, że na najbliższem naszem włóczęgowskim po Gorcach i Pieninach rajdzie (z których właśnie ta znajomość się zrodziła nasza) to onej przymuszę drwa na ogień rąbać i osobiście jej takiego kamienia do rąbania znajdę i wyszykuję...:) No i nie wiedzieć czemu, czeguś owa już nigdy na ten rajd z nami nie ruszyła...:))
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  12. Aleś Waszmości miał przygodę! :) I to jeszcze w tak urokliwej okolicy...

    Zazdroszczę, jak zawsze w podziwie dla Twej pasji pozostając :)

    Zapraszam na nową notkę...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bóg Zapłać za uwiadomienie:) Przygoda cokolwiek jednorazowa, może i na szczęście dla moich kolan, stawów i krzyża:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń

Być może zdaje Ci się, Czytelniku Miły, że nic nie masz do powiedzenia aż tak ważkiego, czy mądrego, by psuć wzrok i męczyć klawisze... W takiem razie pozostaje mi się tylko z Tobą zgodzić: zdaje Ci się...:)