26 lutego, 2013

Jeszczeć o pojedynkach i o Wieniawie...

    Powiadał mi Dziadek ongi, między powiastkami inszemi, jako to w ich pułku się desperat był ongi trafił między oficyjerami, coż przez pannę rekuzowany, w melankoliją był popadł tak srogą, że i o śmierci zamyślał. Że przy tem religijny okrutnie to się i własną ręką na życie swoje targnąć nie śmiał, przecie obmyślił wielce chytrze, że się da w pojedynku ubić. Dygressyją czyniąc od wspominków dziadkowych, czegom wtedy, pacholęciem będąc, nie pomiarkował, że prowokując, w arcytrudnych cyrkumstancyjach stawiał adwersarzy swoich. Pojedynki były bowiem prawem zakazane, przecie gdyby który z oficyjerów dozwolił sobie na honorze szwanku poczynić bez odpłaty stosownej, nie daj Bóg, jeszczeć gdybyż to i obraza munduru była, więcej pewnym niźli śmierci i podatków mógł być tego, że przed Sądem Honorowym  stanie, a ten go nawet mógł i za niegodnego służby uznać dalszej... I nie pomnę przypadku, by zwierzchność jakakolwiek takiego wniosku Sądu Honorowego nie uszanowała i by taki niejaki z wojska wydalonym miał nie być. Choć i po prawdzie, to najczęściej delikwentowi mniej hańbiącej dawano szansy, by sam o abszyt prosił...
   Cyrkumstancyje bowiem nawet przeciwne, że gdy ów w obronie honoru swego, munduru, damy towarzyszącej czyli też familijej, się nadto i może daleko był posunął, skutkowały owszem sprawą karną, najczęściej umarzaną, a jeśli nawet i do wyroku przychodziło, to taki miesiąc czy dwa (nader rzadko: trzy) twierdzy, ujmy na honorze nie czynił... Stąd i głośne nawet sprawy, że jaki taki pijanica był gdzie w knajpie się na oficyjera był targnął, a ten go i zastrzelił nawet, zazwyczaj opinia publiczna przyjmowała, że oficyjer był tak postąpić w prawie. Nie dziwota zatem, że się kadra zawodowa nie sądów lękała wojskowych, a właśnie plamy na honorze i Sądu Honorowego najwięcej. W takich zatem cyrkumstancyjach, gdy ów opisany desperat śmierci szukał i zwad prowokował, obrażony był właściwie bez wyjścia i odpowiedzieć wyzwaniem na pojedynek musiał. Aliści nie znaczyło to wcale, że się ten pojedynek, nawet i przy niepomiernej desperata zajadłości, krwawo jako skończyć musiał... Za razem pierwszym przeciwnik wybrał szabel, słusznie miarkując, że niewielka tu będzie może jaka szkoda, bo się zwyczajowo do pierwszej krwi rąbano i najwięcej z tego było potem jakich szram na gębie, czy na ramionach noszonych. Rzadkością przy pojedynkach na białą broń były rany prawdziwie ciężkie, a już do absolutnych wyjątków szło na śmierć usieczonych policzyć. Ów pierwszy desperata przeciwnik, przyczyn rzeczy znając a i przecie samemu ansy prawdziwie nie mając, miarkował się początkiem wielce, czem tak desperata rozsierdził, że to tamten mu żeber poharatał srodze, a że był rębajło zawołany, to i kolejni się już na pistoletu azard zdać woleli.
 Memuary żołnierzów dawniejszych zgodnie przytwierdzają, że w każdem niemal pułku najmniej się jedna para ciężkich, gładkolufowych pistoletów pojedynkowych znajdowała. Trzymano je luboż to na eksponowanem w kasynie mieśćcu*, luboż u jakiego oficyjera powszechnie szanowanego i zaufanego. Cóż, okrom tradycji, tych pistoletów właśnie za narzędzie najwięcej w pojedynkach ulubione czyniło? Ano, mniemam, że jaka mądrość podskórna, że honor honorem, aliści jako jeno jest szansa, by adwersarzy, najczęściej oficyjerów i ludzi zacnych, wartościowych, kosztem niemałem wyszkolonych, przed śmiercią zbyteczną ocalić, to czemuż tejże szansy odrzucać?
  A szansa najpierwsza była w pistoletach samych... Gładkolufowe niosły bowiem od nowoczesnej, gwintowanej broni, wielekroć słabiej. Dodatkiem były znacznie cięższe i nieporęczne, co zabijakom nawet i wprawionym w strzelaniu, dodatkowych czyniło turbacyj. Z drugiej znów strony kule do gładkolufowców toczone wielekroć większego miały kalibru, niźli regulaminowe visy czy nagany. Trafiony taką kulą w głowę raczej marne miał szanse, by przeżyć....** Kolejnemi utrudnieniami były prymitowne (jeśli w ogóle były, bo najczęściej nie) przyrządy celownicze, ale prawdziwe pole do popisu mięli sekundanci stron obu.
  Do nich to bowiem należało tak rzecz prowadzić, że by może do przeprosin doprowadzić luboż do inszego załagodzenia sprawy***, a jeśli już w tej mierze nie szło poczynić niczego, to można było zgodnie takich ułożyć pojedynku warunków, by znacznie te widoki na przeżycie zwiększyć. Możnaż było strzelać się nie z dwudziestu, a z trzydziestu kroków, co już szanse trafienia redukowało znakomicie, możnaż było takich porcyj prochu do nabicia uzgodnić, iżby strzelający, ani wiedząc nawet czasem o tem, najmniejszej nie mięli szansy, by drugiego ukrzywdzić. I tak właśnie z desperatem naszem postąpiono... Wszytcy przecie w pułku wiedzieli w czem rzecz i nawet najbliżsi onemu, na sekundantów poproszeni, nie chcięli ręki do tego samobójstwa perfidnego przyłożyć.
  Rada w radę, wzięli owi sekundanci jedni i drudzy pospołu owych pistoletów w las. Tam na polance jakiej tak experimentowali z ładunkami prochu długo, aż obrachowali wieleż nabijać potrzeba, by pozór dymu i huku był jak się należy, aliści by z tych dwudziestu kroków kule nawet i donieść nie miały możności. Że to sekretnie uczyniono, na dzień oznaczony oba na śmierć uszykowani, stanęli jako się należy, wyspowiadani i z Bogiem pojednani, oba przecie najgorszego się spodziewając. Ano i tak, w najlepszej wierze, oba Panu Bogu co tam okien jeno może zdziurawili i sekundanci wymogli, że się honorowi stało zadosyć.
   Nie pomnę już po której to takiej pojedynkowej próbie, ale być ich musiało najmniej kilka, dowódca pułku pacjencji już i był postradał resztki i o przeniesienie dla desperata wystąpił. Poszła i za niem wieść sekretna pantoflową pocztą, by na niego zważano, przecie fortunnie ów w garnizonie nowem wraz jakiej zapoznał był panny inszej, w której nowych począł pokładać nadziei, a która cależ inaczej affecta jego potraktowała, ani myszląc o czarnej polewce i ów w dwa lata później był już szczęśliwym mężem i ojcem...
   A cóż ma do tego Wieniawa? :) A o tem to już w nocie następnej...:))
_____________________________
*" W kasynie oficerskim uderzył mnie widok pary potężnych pistoletów pojedynkowych uroczyście przechowywanych w honorowej gablocie" wspominał swoje do pułku przybycie dowódca nowy, ówcześny pułkownik Fryderyk Mally, późniejszy jenerał. ("27 Pułk Ułanów im.Króla Stefana Batorego. Wspomnienia z lat dowodzenia." w "Przegląd Kawalerii i Broni Panc." Londyn 1972 tom IX , nr 67, s.160
** tak m.in. zginął syn dowódcy pierwszych legionowych ułanów, słynnego Beliny-Prażmowskiego. Podprucznik Zbigniew Belina-Prażmowski w 1937 roku. Nawiasem z ręki rotmistrza, z którego połowicą wdał się w romans, co było wyzwania przyczyną.
*** Choć i to nie było regułą...:(( Bywały sprawy, jak porucznika Marcinkiewicza z 27 Pułku Ułanów i pewnego podchorążego-rezerwisty, nauczyciela w cywilu i nota bene przyjaciela Marcinkiewicza, gdzie owi sobie wzajem, podchmieliwszy ponad miarę, słów obraźliwych rzekli wielce, aleć po przetrzeźwieniu rzecz chcięli w niepamięć puścić, aliści koledzy jednego i drugiego ich do pojedynku namawiali, twierdząc, że jeno tą drogą idzie plam na honorze zmazać... Sekundanci ustalili wyjątkowo srogich warunków, bo wymiana strzałów nastapić miała aż trzykrotnie, o wieleż by który z poprzednich skutecznym nie był! Na szczególne tu podług mnie potępienie zasługiwał arbiter pojedynku, podpułkownik Stachlewski, zastępca dowódcy pułku, zatem oficyjer starszy, co nie tylko prawem był obligowany, by do pojedynku nie dopuścić, aleć i niejako na niem, jako na przełożonym ciążył, podług mnie, moralny obowiązek troski o życie ludzi mu podległych. Marcinkiewicz, sam strzelcem będąc wyborowym, mniemał zapewne, że to jemu wygrana pisana i zdradził się sekundantom niebacznie, że przed pojedynkiem zamierza adwersarza przeprosić, by rozlewu krwi uniknąć. Jakoś wieść ta przeciekła do przeciwnego obozu i podchorążego sekundanci wmówili mu, że przeprosin tych przyjęcie, będzie mu poczytane za tchórzostwo. W efekcie do pojedynku doszło i to podchorąży porucznika Marcinkiewicza w niem na śmierć ubił...:((

28 komentarzy:

  1. zagrzmiało, wystrzeliło, i w niebie dziur przybyło:)
    Miłego dnia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oby jeno w niebie:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  2. To ja po to tak się umordowałam z tym czytaniem i rozumieniem, żeby się dowiedzieć, że o Wieniawie w nastepnej części będzie...?
    Gdyby nie to, że białogłową jestem, to bym Wachmistrza z tego tytułu na pojedynek wezwała... I pewnie od razu bym się zastrzeliła, bo znając swojego pecha i roztargnienie tę lufę w swoim kierunku bym skierowała...
    Pozdrawiam :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale tekst pięknej urody był ... ma się rozumieć

      Usuń
    2. Starczy tego zakrzywionego i krótszego końca do siebie trzymać, a dłuższego i prostego w adwersarza stronę:) I na znak dany pociągnąć za to małe wystające u dołu... Szkopuł jeno w tem, że iżbym ja wyzwania przyjął od niewiasty, to podług Boziewicza i inszych sam byłbym łajdakiem bez honoru:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
    3. Że niby nie uchodzi z niewiastą się pojedynkować? To co ja mam zrobić??? Bo na szablę z Wachmistrzem zapewne żadnych szans nie mam... I musiałabym na tę drabinę jak Baśka Wołodyjowska uciekać - a to przecież niepolitycznie...:-)))
      Nigdy nie było równouprawnienia.
      I już.

      Usuń
    4. A któż powiedział, że było?:) Najpierw był Chaos, potem Matriarchat, a potem Rewanż...:) A wyzwania by mi nie było wolno przyjąć nawet i na wykałaczki:) Żaden tego kodeks honorowy nie dopuszczał, by się z niewiastą potykać...:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  3. Vulpian de Noulancourt26 lutego 2013 12:01

    Przeczulone poczucie honoru mogę zrozumieć. Jednak już działań otoczenia starającego się, żeby pojedynek byl farsą - nie. Uważam małostkowo, że skoro się powiedziało "A", to należy też konsekwentnie mówić "B". Dlatego jestem zwolennikiem pojedynków na śmierć. A że w mojej rzeczywistości pojedynki w ogóle byłyby zabronione, to zwycięzca byłby karany przed plutonem egzekucyjnym. W ten sposób naturalna selekcja przerzedziłaby szeregi nadmiernej egzaltacji z honorem związanej.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byłożby to cudowne remedium, gdybyśmy i dziś tegoż mięli z pojedynkami problemu i wyplenić go chcieli:) Niemal tak doskonałe jak obecna ustawa antykorupcyjna, podług której zarówno karają tego co wziął, jako i tego co dał, tandem nie ma komu doniesienia złożyć:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
    2. Vulpian de Noulancourt27 lutego 2013 10:41

      Analogia jest chyba chybiona. łapownictwo plasuje się bardzo daleko od honoru, więc nikomu nie zależy, żeby wypłynęło na światło dzienne. Zaś honor, pojmowany w sposób oficersko-infantylny, staje się źródłem zachowań autodestrukcyjnych, wartością samą w sobie i nie ma nań ceny zbyt wysokiej. Uchylić się od pojedynku byłby nie honor, a ukrywać prawdę o wygranej - także.
      Pozdrawiam

      Usuń
    3. Nie o toż mi szło, zapewnem pochopnością myśli zgrzeszył... Analogiję ja w tem widzę, że jako owa ustawa zepchnęła całe działenie wkoło tego do już absolutnego podziemia i jedyne, co jeszcze przynieść tu jaki profit może, to prowokacyje celowe agentów sekretnych, tak i co podobnego w odniesieniu do pojedynkowiczów by tegoż podobnie zepchnęło do głębokiego podziemia, a nie takiego jeno ledwo zawoalowanego jako w II Rzeczypospolitej było... A ofiary najpewniej by podrzucano gdzie, napad jaki przy tem pozorując...
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
    4. Vulpian de Noulancourt27 lutego 2013 14:11

      Miałbyś rację, gdyby szło o zwykłych ludzi. Ale przecież mówimy o ludziach honoru, którzy, jak sądzę, bez mrugnięcia okiem wybraliby pewną śmierć od najmniejszej możliwości jego zbrukania.
      Pozdrawiam

      Usuń
    5. No cóż... pomarzyć o takich zawsze można...:) W praktyce kolejne widzę niebezpieczeństwo, że jakiego wielce szanowanego i godnego człowieka, nader łacno szłoby zniszczyć, desperata mu podsunąwszy, który by go luboż sam w pojedynku ubił, lub też, zginąwszy, dał przyczynę, by go, podług konceptu Twojego, żywota pozbawić...
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
    6. Vulpian de Noulancourt28 lutego 2013 11:02

      Zawsze można oznajmić, że się nie ma tego typu honoru. Chyba, że nie hołdujemy biblijnej zasadzie "lepszy żywy pies niż martwy lew".
      Pozdrawiam

      Usuń
    7. Wszelkie w tej mierze wątpliwości, co do rodzaju honoru już są obraźliwe, bo z nim jest jak ze świeżością Bułhakowskiego jesiotra: może być tylko jedna i niepowtarzalna...
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  4. Nie mam pojęcia czy pojedynek to honorowe załatwienie sprawy - ale - bezsprzecznie - ostateczne i nie podlegające dyskusji :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zależy jakiej:) A ostatecznie pranie się sztachetami po łbach to w końcu też pojedynek:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  5. No właśnie rzuciłem się na tego Wieniawę z wiadomych powodów, jak szczerbaty na suchary, a tu Wieniawy ni ma. W żadnym wypadku nie żałuję jednak, że przeczytałem. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za zawód uczyniony mimo wolej, przeprosin słów przyjąć upraszam. Część drugą może i na jutro, najdalej pojutrze wyszykuję, tandem mniemam, że czekania nadto długo nie będzie...
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  6. A Francuz nam Puszkina ubił

    OdpowiedzUsuń
  7. Ajajaj! A po cóż to tak hałasować? Podejrzenie się we mnie zrodziło, że wszystkie gadki o honorze, dumie itp. były tylko fasadą do upodobania w hałaśliwym udowadnianiu swojej racji połączonym z ryzykownym szukaniem okoliczności podnoszenia adrenaliny. Adrenalina zaś uzależnia.

    notaria

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coś jest na rzeczy, aczkolwiek niekoniecznie akurat z naszymi pojedynkowiczami. Boziewicz przestrzegał przed przykładem niemieckim, gdzie w tamecznych burszenszaftach się rozplenił obyczaj pojedynkowania się na broń białą do pierwszej krwi, co w sztafażu rzekomo honorowym, dawało właśnie takich przeżyć i względnie łatwej sławy o nibyż awanturniczym charakterze, gdy w rzeczywistości ryzyko niewiele przewyższało jazdę na bicyklach pierwszych...
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  8. Najważniejszy honor, nawet jeśli mocno naciągany. W "Panu Tadeuszu" jest opowiastka Wojskiego o pojedynku Domeyki z Doweyką przez skórę, który też był fortelem sekundanta.
    "Spór ich potem w dozgonną przyjaźń się zamienił,
    I Doweyko się z siostrą Domeyki ożenił,
    Domeyko pojął siostrę szwagra, Doweykównę,
    Podzielili majątek na dwie części równe,
    A w miejscu, gdzie się zdarzył tak dziwny przypadek,
    Pobudowawszy karczmę, nazwali Niedźwiadek".
    Oby wszystkie pojedynki tak się kończyły.
    Serdecznie pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Exemplum wspaniałe, za którego przypomnienie z serca całego dziękuję, bom anim sam o nim pomyślił:) Do literatury się odwołując można by jeszcze przywołać Gombrowiczowski pojedynek na miny jako w założeniu bezkrwawy, choć tamten się smutno skończył...
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  9. Mamy jeszcze pojedynek Wokulskiego z baronem Krzeszowskim. Zresztą w literaturze jest ich bardzo dużo, bo w pewnej epoce był to bardzo modny sposób załatwiania wielu spraw.
    Serdecznie pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bodaj to tylko takie były związki literatury z pojedynkami, a nie takie jak Puszkina, Lermontowa, Walerego Łozińskiego, być może i Marlowe'a...
      Kłaniam nisko:)

      Usuń

Być może zdaje Ci się, Czytelniku Miły, że nic nie masz do powiedzenia aż tak ważkiego, czy mądrego, by psuć wzrok i męczyć klawisze... W takiem razie pozostaje mi się tylko z Tobą zgodzić: zdaje Ci się...:)