Miałżem rzec, że o wszytkich Wieniawy obliczach pisać będę, alem pomiarkował, że wszytkich to nie wiada zali i Onemu znać było... tak czy siak o to idzie, by wszytkim co Onegoż jeno jako birbanta, szaławiłę, bałamuta niewieściego (ponoć niezrównanego w tem względzie:)) i galanta salonowego pomną, w całości podług i zasług, i przewin wystawić...
Dziecię, któremu trojga imion (Bolesław Ignacy Florentyn) nadano, porodziło się w Maksymówce pode Lwowem 26 lipca 1881 roku we familii o wielce starych szlacheckich tradycyach. Między przodkami swemi miał ów młodzian powstańców i z Listopadowego, i ze Styczniowego Powstania, tedy nie dziwno nam, że całeż Onego wychowanie wybitny rys patryjotyczny mieć musiało.
Pokończywszy gimnazyum we Lwowie, przyszło się do nowo nabytego majątku familijnego w Bobowej przenieść, tedy i matura w Nowem Sączu pisana, dodajmyż z opóźnieniem trocha, bo nasz młodzian klas jednak repetował:)) I tutaj pierwsza z tych Wieniawy twarzy, o której mało komu wiedzieć, że studyów pokończył (z wyróżnieniem dodajmyż!!!) na Lwowskiem Uniwersytecie, pełnoprawnego tytułu doktora nauk medycznych otrzymawszy Anno Domini 1906. Nawet i praktyki podjął u wielce cenionego okulisty, professora Burzyńskiego! A przecie jeszcze studentem będąc, w kręgi lwowskiej cyganerii postąpił, co się najochotniej w podziemiu kawiarenki Sznajdra zbierała. Udziwisz sie zapewne, Czytelniku Miły, całej przyszłej sławy alkoholowej Wieniawy znając, aleć pomimo person znamienitych, za kołnierz nie wylewających, których młodzian nasz był tam zapoznał (Przybyszewski, Staff, Kasprowicz, Żuławaki(Jerzy), Makuszyński), Bolkowi jeno wody sodowej z sokiem malinowem u Sznajdra pić było...:))
Za Przybyszewskiego podszeptem pierwocin pióra, pono nader mrocznych, popełnił i tam też, we Lwowie najpierwszych jegoż frasunków miłośnych Mu rozstrzygać przyszło. Burszem wciąż będąc, zaręczył się z poznaną na potańcówce studenckiej, Marią Balatsis, było nie było... córką rektora! Jednakowoż na inszem balu, za sprawą "białego walca", przy którem Marysię ubiegła blondyneczka pewna, co na Wieniawę parol zagięła, narzeczeństwo zerwano i świeżo upieczony doktorek poślubił ową blond piękność, Stefanię Calvas, adeptkę konserwatorium lwowskiego. Za jej to sprawą i zapewne...własnej duszy artystycznej pociągnął w świat daleki, a blejtramami świeżem olejem pokrytym pachnący... Studia poczęte na berlińskiej Akademii Sztuk Pięknych porzucił dla Paryża, ówcześnej Mekki wszytkich mistrzów i wyrobników pędzla i dla Montrparnasowych wędrówek...
Stefania, ku karyerze operowej mierząc, na nauki do słynnego ówcześnie Jana Reszke się wpisała, Wieniawa zasię w malarskiej Akademii Colarossi począł brać nauk swoich. Imaginacyję mam sporą, tedy zdoliłem sobie tego fanatyka munduru wystawić w stroju, w jakiem się w on czas pono nosił: w wąskich spodniach sztruksowych, koszulinie bufiastej, kapeluszu z kresami szerokiemi i w pelerynie, owym znaku rozpoznawczym malarzów paryskich:))) Zali się to i inszym uda, nie wiem:))
Wielce Onemu na plus zapisać, że wrychle pojąwszy mierność talentu własnego w tej mierze, nie zamęczał świata płodami pędzla swego. Rzuciwszy się w wir działań inszych, więcej piórem wojować Mu przyszło. Twarze kolejne to: współzałożyciel Towarzystwa Artystów Polskich w Paryżu (1911), a w ramach tegoż twórca Koła Nauk Wojskowych. Pisywał satyryczne szopki a' la krakowski "Zielony Balonik", korespondencyje do warszawskiego "Świata" (ach, te honoraria w złotych rublach!:))... nawet wystąpił jako Czepiec w wystawionym na scenie "Weselu" Wyspiańskiego! A przy tem, przy coraz i więcej luźnem małżeństwie ze Stefanią, amorował się i brylował po kawiarniach, śród bohemy emigracyjnej naszej, podbijając wszytkich polotem i dowcipem... No...może nie wszytkich: brunetka pewna imieniem Bronisława, małżonka wielce znanego mecenasa Leona Berensona, nie skrywała, że Go ma za "zmanierowanego kabotyna" i "tandetnego kawiarnianego casanovę". Dodać wypadnie, że Onej niechętne afekta Wieniawa odwzajemniał w pełni... ani dumając pewnie, że Fortuna nie takiemi afektami się już bawiła:))
Nie wiem, zali owo młodopolskie rozchwianie i życie doraźne, bez celu jakiego głębszego tak bohaterowi naszemu dojadło, czyli też wiew wojny nadchodzącej czując, ku wojennym rzeczom się obrócił... Koło Nauk Wojskowych wrychle do Związku Strzeleckiego niejakiego Józefa Piłsudskiego przystąpiło (1913) a insza z fantasmagorii, co bohatera naszego ujęła była koncepcyja Turcji przyciągnięcia dla sprawy polskiej. Temuż i założono Towarzystwa Polsko-Tureckiego Badań Nauki i Literatury, któremu Wieniawa sekretarzował ochotnie...
Paryski oddział Strzelca szkolił się na broszureńkach jakich i po parkach paryskich ćwiczył (z kijami na sznurkach) musztrę i taktykę... Bolesław, kursu podoficerskiego pokończywszy, patent sekcyjnego uzyskał i w temże charakterze wykładu, przybyłego na inspekcyję, Piłsudskiego wysłuchał (21 luty 1914)...
Mało kiedy się tak zdarza, by jakiej wielkiej czyjej życia odmiany się tak dało, niemal co do godziny oznaczyć... Pewnie, że u Wieniawy już i grunt był po temu uszykowany, aleć charyzma Komendanta przyszłego być musiała niepomierna, skoro po tymże wykładzie (i długiej po niem rozmowie), Bolek tak do brata swego pisał: "Od dziś uważam się za żołnierza, nareszcie mam wodza.” A przecie nie gimnazistę jakiego Piłsudski swym urokiem uwodził, jeno męża statecznego! Hmmm....no z tą statecznością tom się może i zagalopował krzynę:)) Szłoż mi o to, że dojrzałego, w latach przecie chrystusowych...i to człeka, co na uwodzeniu i porywaniu za sobą znał się jak nikt:)) A przecie od tejże chwili, Wieniawa po żywota kres będzie najwierniejszym z wiernych; Lechoń napisze, że Wieniawa żył dla Komendanta, czując, że w ten sposób najpiękniej żyje dla Polski; Cat-Mackiewicz Go nazwie wachmistrzem Soroką Piłsudskiego...
c.d.n.











