...wszelkich, w tem i dziś przypadającego święta pułkowego :)))
Tym Bywalcom, co świąt pułkowych już wyżej uszu mają i odruchy to u nich już wywołuje nieprzystojne w tem mieśćcu podziękujemy i poprosimy jeno by życzeń naszych jak najserdeczniejszych przyjęli Świąt jak się patrzy, serdecznych a zdrowych, możebnie najwięcej pogodnych tak w sercach jako i za aury sprawą:) A przy tem by jak najwięcej familijnych radości, a jeśli jakie i zabałukają smutki, przepić wraz z niemi, upraszając, by co rychlej poszły sobie...
Pozostałych, osobliwie Lectorów Nowych upraszam do tych słów kilku nie byle jakiemu pułkowi poświęconych, boć to o 11 Pułk Ułanów Legionowych imienia marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza idzie... kolejny (okrom 7 Pułku Ułanów Lubelskich i 1 Pułku Szwoleżerów) wiodący się z tegoż samego korzenia - dawnych ułanów legionowych Beliny-Prażmowskiego, a nawet onych najdawniejszych historyi, gdy ich jeno siedmiu było, a wojować im z braku koni, na bryczkach przyszło:))...
Ze słynnej "siódemki" Beliny, coż Pierwszej Kadrowej w 1914 roku za zwiad służyła, z naszem dzisiejszem jubilatem tradycyja się wiąże wielce, bowiem aż dwóch z tych siedmiu losy swoje z 11 Pułkiem przez czas pewien wiązało... Rotmistrz (potem major, a pośmiertnie i podpułkownik) Antoni Jabłoński, "Zdzisławem" zwany, bodajże jeden z najwiętszych zagończyków tamtych czasów, co się wielce zasłużył przy powstawaniu i organizowaniu jego, zasię w najpierwszych wojennych miesiącach, zaś w międzywojniu Ludwik Kmicic-Skrzyński (we Wrześniu generał, dowódca Podlaskiej Brygady Kawalerii, po bitwie pod Kockiem w niewoli), coż niem dowodził w latch 1921-24.
Jednak dziś nam najszerzej o boju o Wilno mówić, bo to dla zasługi Wilna zdobycia właśnie dzień ten świętem pułkowem ogłoszono. Nim o tem dwa słowa przyjdzie spomnieć, coż się w tem czasie z Wilnem działo. Owoż to, że się w Niemczech w listopadzie ośmnastego roku monarchia załamała i rewolucyja wszczęła, nie znaczyło, że armia potężna na wschodzie stojąca (tzw."Ober-Ost") nic tam już do powiedzenia nie miała. Szmat ziemi zajmując, niechybnie Niemcy się liczyli między temi, coż karty rozdają... Litwini swego poczyniwszy rządu, z nami ani gadać chcieli i jakoby ich czerwoni nie cisnęli, niechybnie by się we Wilnie ostali. Że jednak Litwinom słabość okrutna, tedy Wilna nie obronili i całaż niemal Wileńszczyzna się pod bolszewickie rządy dostała. I w tejże oto chwili, za Piłsudskiego rozkazaniem, a Sejmu naszego błogosławieństwem rusza wyprawa, coż miała Wilna czerwonym wyrwać...
Niemce dają pozwoleństwo na przemarsz przez tereny pod ich zarządem będące i Belina-Prażmowski (boć to on tejże rejzy miał komendę) ruszył z 11 Pułkiem właśnie, posiłkowemi szwadronami szwoleżerów z Pułku Pierwszego i ułanów z 4 Pułku, zasię dwiema dywizjami piechoty. Kombinacyja szła taka, by w równem czasie ułani na Wilno dotarli i natarli, a w tem czasie 2 Dywizja Piechoty na Lidę miała uderzyć, by stamtąd czerwonych wykurzywszy, tegoż zapewnić, że nikt ode Lidy później w plecy ciosu nie zadał... Że ułanom samym miasta dobywać nadto wielgiem wyzwaniem było, tedy umyślono, iżby się najprzód ku dworcowi kolejowemu kierowali, zaczym pociągu jakiegobądź z parowozem dobywszy, co rychlej go ku Lidzie ekspediowali, by piechurów auxilia* czem prędzej przybyć mogły!
Pułkiem naonczas dowodził też nie byle kto, bo major (późniejszy jenerał) Mariusz Zaruski! Tak, tak...tenże sam Zaruski, któremu nie wiem, czy jednej noty mi poświęcić starczy, boć zasługi Jegoż nieprzeszacowane! Tenże sam taternik znamienity, co TOPR-u założył, żeglarz wspaniały, któremu Yacht-Clubu Polskiego zawdzięczać przyjdzie i wielkiej pracy nad propagowaniem żeglarstwa śród młodzi naszej... W październiku ośmnastego roku zasłużył się nie mniej od Żeromskiego, gdzie obadwa Rzeczpospolitej Zakopiańskiej utworzywszy, wydarli dla przyszłej Polski szmat Spisza i Orawy, za coż go właśnie do majora podniesiono...
Marsz na Wilno prostym nie był, bo co i rusz sprzecznych wieści mając o zdobyciu Lidy, to znów o utracie onej, Zaruski pochodu to strzymywał, to znów ruszał, nareście z wieści ze zwiadu ode Wilna strony wywiedziawszy się, że Lidę wzięto, zdecydował ruszyć śmielej. Potwierdzenie tejże wieści ze strony własnej go niemal na przedmieściach zastało. Etapu ostatniego, skrytego podejścia poczyniono pieszo, konie za uzdy wiodąc, by ich do walki szczędzić, co się tyleż zbytecznem pokazało, że najpryncypalniejszego boju per pedes, piechocińską modłą czynić przyszło...
Rankiem 19 kwietnia, uderzywszy znienacka zdobyto dworca, gdzież czem rychlej poczęto pociągu dla piechurów ekspediować. Częścią sił broniąc dworca i jakiej seciny jeńców, częścią Pułk na śródmieście uderzył, cależ fortunnie sobie z początku poczynając. Jako jednak czerwoni okrzepli i ochłonęli z zaskoczenia pirwszego, zrazu naciskać poczęli, a że harmat u nich dostatek, tedy i palbą niemiłosiernie naszych gnębić poczęli:((... Aliści nie bacząc tego, ni strat niemałych, gdzież między inszemi rotmistrza Jabłońskiego poraniono srodze, takoż inszych wielu, a niemało ubito, do wieczora 11 Pułk pozycyj swych zdzierżyć zdolił. Zasię k'wieczorowi muzyki najpiękniejszej posłyszawszy: gwizdu parowozu wracającego z pociągiem piechocińców pełnem, wiedzieli już, że boju wygrali...
Bodaj nigdy w dziejach naszych tak miłośnie ułany piechurów nie witały, jak tegoż dnia na wileńskiem dworcu!:))) Nawet, że się tam jeden z drugiem szorstko czasem przymówił, że "Nie po to Pom Bóg ułanów stworzył, by pieszo łażęcy, pociągów dla piechoty zafajdanej zdobywała!"
Godzi się jeszcze o wilnianach spomnieć, coż od godziny najpierwszej się garnęli z pomocą swoją. Broni nie mając, ani ćwiczenia wojennego nijakiego, przecie pomagali, jak mogli, rannych opatrując, koni bacząc, wieści znosząc... Kto nadto biedny, by spyży jakiej bądź przynieść, garnął się przecie, by choć munduru polskiego za rękaw potrzymać! Z wioszczyn okolicznych chłopi owsa na siew chowanego (takoż i przed bolszewikami!) zwozili dla koni ułanów naszych...
Sztandar przyszły pułkowy z Matką Boską Ostrobramską po jednej, a Pogonią po drugiej stronie** z górą od roku już był wówczas skrycie haftowany, boć wilnianki niezłomne jeszczeć i pod okupacyją niemiecką haftować go poczęły dla najpirwszego polskiego oddziału co do miasta wejdzie...
_____________________
*auxilia - posiłki
** wisi w Muzeum Wojska Polskiego
Blog staropolski. Różności historyczne, facecje i refleksyje, spominki i przypowieści oraz czasem i komentarze rzeczywistości dzisiejszej...
19 kwietnia, 2014
16 kwietnia, 2014
Resumee nieduże not wielkanocnych moich dawniejszych...
...osobliwie dedykowanych Lectorom Nowym, których się ostatniem czasem przygarść niejaka zebrała:) Nie iżbym Bywalcom onych tekstów odmawiał, aliści czuję co przez skórę, że owi już i niezadługo ich na pamięć umieć będą, chyba że zrejterują zgrabnie...:) Ale cóż czynić? W tem przedświątecznym czasie, każdej jak widzę Wielgiej Nocy i każdych Godów będących przedprożem, czasu wolnego na nową notę szukać, to niczem złota w potoku przed wiekami już wypłukanem... I wklejając co do słowa noty sprzed roku, nieodmiennie zadziwionym jej nieprzemijającą aktualnością:) Choć do tej na końcu link nowy dołożę...:)
" Przytłoczonym zatrudnieniami ostatnio niczem ten dromader, co go na szlak już ujuczyli, a tu jeszcze go jaki tłusty kupiec arabski był dosiadł... Temuż nowych na rzeczy not pisać nie podołam..." ... takem był pisał jako się te Święta trzy lata temu przybliżyły i co mię już nawet nie zadziwia, że jeszli się co odmienia, to jeno włosów siwych na łbie i brodzie mnogość, nie zaś prawdziwość słów przywołanych, których jako tak dalej pójdzie, pewnie na nagrobku ryć każę... Chocia powiadają niektórzy, że niedoczekanie w tem moje, bo czasu mieć nie będę, by pomrzeć, co jedyną się zdaje być jasną tego stanu rzeczy stroną...:)
Ano i tak... tym, co świątecznego by jakiego pragnęli klimatu przedkładam not swoich dawniejszych wpodle tego resume, a to mianowicie:
http://wachmistrz.blog.onet.pl/Resume-not-dawniejszych-zapust,2,ID371706962,n
http://wachmistrz.blog.onet.pl/Jeszczec-o-obyczajach-zapustny,2,ID372013069,n
tu zaś piórem Lucjana Siemieńskiego święconego opisalim:
http://wachmistrz.blog.onet.pl/O-swieconem,2,ID372322236,n
http://wachmistrz.blog.onet.pl/Jeszczec-z-Siemienskiego,2,ID373043558,n
Życzeń póki co, nie składam Wam jeszcze, bo tuszę, że między makomleniem a jajec kraszeniem, wyrwę się choć na chwilę, by ich Wam złożyć godnie, jako się należy...:)... A komu dawniejsze noty moje w tejże okołoświątecznej materyi już i ponad miarę obmierzły, luboż nowości wygląda usilnie, temu inszych blogowych pobratymców polecam:
http://jaga-babciaradzico.blogspot.com/2013/03/po-woczebnem-z-zyczeniami_25.html
http://spacerem-przez-zycie.blogspot.com/2013/03/o-jajku-rzezusze-sow-kilka.html
http://staraprasa.blox.pl/2013/03/Babka-swiateczna-ekspresowa-Przewodnik-Katolicki.html
Kłaniam nisko:)
...plus nota ubiegłoroczna, która przecie jakiemsi cudem się narodziła:
http://pogderankiwachmistrzowe.blogspot.com/2013/03/o-staropolskiej-sztuce-cukierniczej-abo.html
" Przytłoczonym zatrudnieniami ostatnio niczem ten dromader, co go na szlak już ujuczyli, a tu jeszcze go jaki tłusty kupiec arabski był dosiadł... Temuż nowych na rzeczy not pisać nie podołam..." ... takem był pisał jako się te Święta trzy lata temu przybliżyły i co mię już nawet nie zadziwia, że jeszli się co odmienia, to jeno włosów siwych na łbie i brodzie mnogość, nie zaś prawdziwość słów przywołanych, których jako tak dalej pójdzie, pewnie na nagrobku ryć każę... Chocia powiadają niektórzy, że niedoczekanie w tem moje, bo czasu mieć nie będę, by pomrzeć, co jedyną się zdaje być jasną tego stanu rzeczy stroną...:)
Ano i tak... tym, co świątecznego by jakiego pragnęli klimatu przedkładam not swoich dawniejszych wpodle tego resume, a to mianowicie:
http://wachmistrz.blog.onet.pl/Resume-not-dawniejszych-zapust,2,ID371706962,n
http://wachmistrz.blog.onet.pl/Jeszczec-o-obyczajach-zapustny,2,ID372013069,n
tu zaś piórem Lucjana Siemieńskiego święconego opisalim:
http://wachmistrz.blog.onet.pl/O-swieconem,2,ID372322236,n
http://wachmistrz.blog.onet.pl/Jeszczec-z-Siemienskiego,2,ID373043558,n
Życzeń póki co, nie składam Wam jeszcze, bo tuszę, że między makomleniem a jajec kraszeniem, wyrwę się choć na chwilę, by ich Wam złożyć godnie, jako się należy...:)... A komu dawniejsze noty moje w tejże okołoświątecznej materyi już i ponad miarę obmierzły, luboż nowości wygląda usilnie, temu inszych blogowych pobratymców polecam:
http://jaga-babciaradzico.blogspot.com/2013/03/po-woczebnem-z-zyczeniami_25.html
http://spacerem-przez-zycie.blogspot.com/2013/03/o-jajku-rzezusze-sow-kilka.html
http://staraprasa.blox.pl/2013/03/Babka-swiateczna-ekspresowa-Przewodnik-Katolicki.html
Kłaniam nisko:)
...plus nota ubiegłoroczna, która przecie jakiemsi cudem się narodziła:
http://pogderankiwachmistrzowe.blogspot.com/2013/03/o-staropolskiej-sztuce-cukierniczej-abo.html
14 kwietnia, 2014
Osobliwości różne...
... za Kalendarzem Niegowieckiego z 1754 roku podane, Lectorom jednym ku uciesze, inszym ku nauce, a inszym bodaj jeno dla czasu zajęcia, wszytkim zasię pojęcie niejakie, czem się kalendarze ówcześne trudziły... Osobne Vulpianowi przeprosiny, bo jak Go znam, wieści o Kitaju poczytawszy, dnia całego nieborak ze szczętem przemitręży, wieści co o tem więcej szukając...:)
"W Chinach w prowincji Suchien jest ptaszek, od pewnego kwiatu Tuchon, z którego się rodzi, nazwany Tuchonfung, wszystkie kolory z kwiatu owego na sobie prezentujący, po powietrzu niby kwiatek lata. Ptaszek ten tylko potej żyć może, pokiej i ów kwiat, z którego się urodził, w wigorze swoim zostaje, gdyby zaś kwiat ów zwiędniał albo od kogo był zerwany, i ów ptak po powietrzu latający, natychmiast na ziemię upadłszy, żyć przestaje."
"W Afryce około miasta Quurch kury miasto pierza mchem obrosłe, takież są i w Zuelinchu, kraju Wielkiego Mogoła, gdzie jako i w Egipcie kury nie wysiadują kurcząt, ale z jaj, w pewnych pieczykach na piasku położonych przez operacją słońca wylągłszy się, kurczęta wychodzą."
"Na wyspie Florydzie ludzie takiej są szybkości, że w biegu jelenia przechodzą. W ziemi zaś murzyńskiej są ludzie, których zowią Azanachi, którym spodnia warga na łokieć ku ziemi wisi. W tatarskiej ziemi tak wielkie uszy ma lud pewny, że się niemi cały człek okryje."
"W Hibernii jest jedna wyspa, na której żaden rodzaj niewieści żyć nie może, ale wszedłszy zaraz umierać musi. Toż samo prawie zaraz przy wyspie Zocotara dzieje się, przy której są inne dwie wyspy, z której na jednej tylko mężczyźny, na drugiej tylko niewiasty żyć mogą, co się dziać może dla proporcjonalnej aury, kompleksji tylko niewieściej albo męskiej służącej."
"W Indii, w Arabii znajdują się góry z samej soli, która takiej jest twardości, że jej zamiast marmoru i głazów do budynków używają."
"W Hiszpanii także znajduje się góra z samej soli, z której ile kto sobie soli ujmie, tyle w krótkim czasie przyrasta"
"W Libii jest pewne zwierzę, które pożywienie swoje zawsze na 11 części dzieli, z których 10 pożera, a jedenastą na dalszy czas konserwuje."
"W prowincji Quamsi w chińskim państwie znajdują się węże gento nazwane, długości na 30 stóp geometrycznych, grubości zaś na 10 dłoni. Szyję mają niby u sokoła, żyją niedźwiedziami i lwami; ludzi z drzewa zrzuciwszy się, ściskaniem zabijają. Na te jednak obywatele tameczni, różnymi fortelami czuwając, biją ich, mięso ich jedzą, żółć zaś, dla wielkich w lekarstwie skutków, drogo przedają."
"W Afryce zaś w krainie Nigerytów rodzaj pewny wężów dziwnie jadowitych i zabijających, od których, aby tak wiele ludzi i zwierząt nie ginęło, sama natura pod gardłem nadała mu torbeczkę z kamykiem, którym niby kołacąc dzwonkiem, ludzi, przez szelest wydający, do strzeżenia się pobudza."
"W murzyńskim państwie w prowincji Angugui soli lodowatej miasto pieniędzy używają. W Afryce zaś, w królestwie Tebut, z perłowej macice pieniądze, a w prowincji indyjskiej Coraim z porcelany formują monetę."
"W Szkocji zamiast drew kamieńmi, dla tłustości, którą w sobie mają, w piecach i na kuminach palą."
"W Ameryce na wyspie Madagaskar znajduje się pewny rodzaj ptastwa takiej wielkości i mocy, że słonia w szpony porwawszy na powietrze wynosi i z rozbitego na ziemię pastwę sobie sprawuje, którego jedno skrzydło 16 kroków długie."
"W chińskim państwie jest osobliwe drzewo zwane łojowe, tak wysokie jak wiśnia, liście na podobieństwo serca koloru jasnoczerwonego, którego owoc biały i zapach podobny do łoju. Ten owoc na końcu grudnia zbierają i spuszczają jak łój i świece z niego robią, które są tak jak z wosku białego, zapach piękny mające. W tymże państwie jest zwierzę Kse zwane, tak wielkie jak kozieł, któremu ze spuchłego żywota podczas pełni każdego miesiąca wybierają muskat."
"W Chinach w prowincji Suchien jest ptaszek, od pewnego kwiatu Tuchon, z którego się rodzi, nazwany Tuchonfung, wszystkie kolory z kwiatu owego na sobie prezentujący, po powietrzu niby kwiatek lata. Ptaszek ten tylko potej żyć może, pokiej i ów kwiat, z którego się urodził, w wigorze swoim zostaje, gdyby zaś kwiat ów zwiędniał albo od kogo był zerwany, i ów ptak po powietrzu latający, natychmiast na ziemię upadłszy, żyć przestaje."
"W Afryce około miasta Quurch kury miasto pierza mchem obrosłe, takież są i w Zuelinchu, kraju Wielkiego Mogoła, gdzie jako i w Egipcie kury nie wysiadują kurcząt, ale z jaj, w pewnych pieczykach na piasku położonych przez operacją słońca wylągłszy się, kurczęta wychodzą."
"Na wyspie Florydzie ludzie takiej są szybkości, że w biegu jelenia przechodzą. W ziemi zaś murzyńskiej są ludzie, których zowią Azanachi, którym spodnia warga na łokieć ku ziemi wisi. W tatarskiej ziemi tak wielkie uszy ma lud pewny, że się niemi cały człek okryje."
"W Hibernii jest jedna wyspa, na której żaden rodzaj niewieści żyć nie może, ale wszedłszy zaraz umierać musi. Toż samo prawie zaraz przy wyspie Zocotara dzieje się, przy której są inne dwie wyspy, z której na jednej tylko mężczyźny, na drugiej tylko niewiasty żyć mogą, co się dziać może dla proporcjonalnej aury, kompleksji tylko niewieściej albo męskiej służącej."
"W Indii, w Arabii znajdują się góry z samej soli, która takiej jest twardości, że jej zamiast marmoru i głazów do budynków używają."
"W Hiszpanii także znajduje się góra z samej soli, z której ile kto sobie soli ujmie, tyle w krótkim czasie przyrasta"
"W Libii jest pewne zwierzę, które pożywienie swoje zawsze na 11 części dzieli, z których 10 pożera, a jedenastą na dalszy czas konserwuje."
"W prowincji Quamsi w chińskim państwie znajdują się węże gento nazwane, długości na 30 stóp geometrycznych, grubości zaś na 10 dłoni. Szyję mają niby u sokoła, żyją niedźwiedziami i lwami; ludzi z drzewa zrzuciwszy się, ściskaniem zabijają. Na te jednak obywatele tameczni, różnymi fortelami czuwając, biją ich, mięso ich jedzą, żółć zaś, dla wielkich w lekarstwie skutków, drogo przedają."
"W Afryce zaś w krainie Nigerytów rodzaj pewny wężów dziwnie jadowitych i zabijających, od których, aby tak wiele ludzi i zwierząt nie ginęło, sama natura pod gardłem nadała mu torbeczkę z kamykiem, którym niby kołacąc dzwonkiem, ludzi, przez szelest wydający, do strzeżenia się pobudza."
"W murzyńskim państwie w prowincji Angugui soli lodowatej miasto pieniędzy używają. W Afryce zaś, w królestwie Tebut, z perłowej macice pieniądze, a w prowincji indyjskiej Coraim z porcelany formują monetę."
"W Szkocji zamiast drew kamieńmi, dla tłustości, którą w sobie mają, w piecach i na kuminach palą."
"W Ameryce na wyspie Madagaskar znajduje się pewny rodzaj ptastwa takiej wielkości i mocy, że słonia w szpony porwawszy na powietrze wynosi i z rozbitego na ziemię pastwę sobie sprawuje, którego jedno skrzydło 16 kroków długie."
"W chińskim państwie jest osobliwe drzewo zwane łojowe, tak wysokie jak wiśnia, liście na podobieństwo serca koloru jasnoczerwonego, którego owoc biały i zapach podobny do łoju. Ten owoc na końcu grudnia zbierają i spuszczają jak łój i świece z niego robią, które są tak jak z wosku białego, zapach piękny mające. W tymże państwie jest zwierzę Kse zwane, tak wielkie jak kozieł, któremu ze spuchłego żywota podczas pełni każdego miesiąca wybierają muskat."
13 kwietnia, 2014
Z dziejów ludzi i zbóż: o przepomnianym dobrodzieju milijonów...
Bywalcom znać, że mi na sercu wszelka pożywienia leży historia, jako i obyczaju wpodle tego narosłego. Dziś przecie będzie nie tyle o obyczajach, co o trudzie mozolnem, na to poświęconym, by milijonom ludzi po świecie całem, tej kromki powszedniego naszego do śniadania nie zbrakło... Osobliwie, że coraz i więcej przepominamy i chlebie jako takiem, aleć i o całej kulturze wpodle niego narosłej...
Może i to nasze przepomnienie się i stąd bierze, że coraz mniej w jadłospisie naszem kasz, dawniej (przed ziemniaka upowszechnieniem) najpryncypalniejszego i wielekroć zdrowszego zapychacza żołądków. Zjadacze chleba chcą go po prostu mieć, a nie wiedzieć, jakaż jego historia i wieleż kosztowało, nim go w takiej, a nie innej mamy dziś postaci. Iluż dziś jeszcze jada kaszy jaglanej? A z tych, co jedzą, iluż wie, że ona z prosa? Zboża dawniej tak strategicznego, jak dzisiejsze zapasy gazu u tych, co chcąc nie chcąc, z Rossyją sąsiadować muszą... Zboża, które najpewniej w dziejach ludzkości tegoż pierwszego dało kroku między wędrownem a osiadłem trybem życia plemion pradawnych... Czemuż? A bo cały cykl prosa od zasiania po zbiory się w stu dniach zamyka! Temuż nomadowie, by i najwięcej zajadli, mogli wędrować dalej, chocia już przekonani do walorów tegoż jadła nowego, wyłom na te sto dni czynili, by okolicy zbożu przyjaźniejszej nawiedziwszy, wysiać, przepenetrować wszytkich lasów i stepów w pobliżu, wyzbierać, co było do wyzbierania, ubić, co było do ubicia, na koniec zasię plon zebrać i hajda! Przed zimą zdążyć może jeszcze ku cieplejszym jakim stronom... Proso przy tem ziarna ma tak wytrzymałego na trud wszelki i niedogody, że idzie go przechowywać we śpichrzach latami całemi. Ba! Nawet i do dwudziestu! Znała tegoż Najjaśniejsza Rzeczpospolita... nie, nie nasza niestety: Wenecka, co prosem nabijała śpichrzów ile się tylko pomieścić mogło, i w czas jakiejbądź czy od Turka napaści, czy wroga inszego łacno mogąc wspierać swe najodleglejsze nawet w Lewancie, czy w Dalmacyjej garnizony... Jako ich Anno Domini 1372 Genueńczyki oblegli, śmiać się z nich mogły Wenecyjany, ufne w zasobność swoją... I jako mało kiedy w oblężeń dziejach, to oblężeni głodem oblegających zmogli...
Ano i tak, zapuściwszy się w owe nad prosem dygresyje, żem nader nieprzezpiecznie od wątku się oddalił pryncypalnego, a ta rzecz może i z chronologiją na bakier, przecie się czasów sprzed lat nieco ponad stu tyczy... Znają bowiem wszytcy, że w Rossyi Sowieckiej gospodarka wszelka tak znikczemniała okrutnie, że tam gdzie dawniej na czarnych ziemiach śpichlerz się rodził Europy całej, tam w lat niemało przyszło do klęsk głodowych, co może i więcej jeszcze w początkach polityki okrutnej było zasługą. Niemniej, nawet i klęsk tych, i nieurodzajów niechając, zwyczajną był w Związku Sowieckiem ziarna taki niedobór, że by tumultów jakich głodowych na przednówku uniknąć, rok w rok trza było obmierzłość do Okcydentu przełamać i zboża nakupić, najwięcej zaś w Ameryce przebrzydłej... Frederic Forsyth był nawet i jednej ze swych xiąg*, na temże sparł koncepcie, że by się kiedy jaki miał nieurodzaj przydarzyć tam extraordynaryjny, a Zachód by zboża nie przedał, to by hordy bolszewickie wyjścia nie miały inszego, jako runąć za Łabę i łupić te okcydentalne zapasy...
Ano jak widać ta wiedza o niedostatkach sowieckiej oekonomijej jest już dziś, zda się, powszechną. Któż jednak tego wie, że pszenica owa, rok w rok przez Amerykę dawniej Sowietom, a dziś i Rosyi przedawana, jest w gruncie rzeczy pszenicą... rosyjską?:) Historia ma doprawdy czasem okrutną ironią podszyte poczucie humoru... Przenieśmy się zatem, Moi Lectorowie Mili, w amerykańskie Wielkie Równiny czasu schyłku dziewiętnastego stolecia... Tam nasz bohater, Mark Alfred Carleton, pacholęciem będąc farmerskim w stanie Kansas, poznał już jakąż tragedyją rolnikowi zaraza na zboże, którą tameczni zwali "czarną rdzą". Trudno nam dziś w to może i wierzyć, znając, że się między Tennessee a Kolorado trzecia część światowej pszenicy rodzi, aliści tamtem czasem nieraz i nie dość, że przedać nie było czego, to i tuziemcom głód zaglądał w oczy...
Nie znam ja, czy sama Carletonowa familija na tem jako szczególnie ucierpiała, że się ów zawziął był by od tegoż frasunku farmerów uwolnić i z tego dzieło swego uczynił żywota. Studiów pokończył na szkole rolniczej w Kansas, zasię arcykrótko się w bakałarza od przyrody bawił, nim się do państwowej dobił posady w instytucie badawczem.
Carleton nie był typem naukowca... Już bliżej by mu do Edisona było, co jak żarówki koncypował i szukał materyi na włókno, to miast przódzi jakich najmniej prawdopodobnych choć teoretycznie wykluczyć, badać kazał ze sto bodaj surowców... z bawełną włącznie!:) Aleć co u Edisona expens znaczyło zbyteczny i czasu mitręgę próżną, u Carletona niezwyczajną dawało experiencyję i jeśli o kim by rzec można, że słuchał w polu jako trawa roście, to z pewnością o niem... Nie tyleż może słuchał, co baczył na źdźbła, na kłosy, pełzając niemal przy kiełkach i karku nad dojrzałemi schylając całemi dniami. Tak pomiarkował, że pszenica co mrozom najwytrwalsza wielce powoli dojrzewa i jesienią jeszcze ziemi się trzyma... Tak też i dowiódł, czego nie znano, że rdza rdzy nierówna i że pszenica zarażona pośród dorodnego owsa sama zniszczeje ze szczętem, aleć drugiemu zbożu nie uczyni krzywdy...
Z tejże chwili róść poczęła jego sława i wrychle go do stolicy przeniesiono, gdzie miał podobnej nad zbożem mieć pieczy, jeno w skali kraju całego. Nawiasem, to dla mnie rzecz imponująca, że Amerykany takich miały już w 1894 roku instytucyj... Po prawdzie instytucyja owa, departamentowi rolnictwa podległa, nie imponowała ni rozmachem, ni śmiałością, ni budżetem... Ot, urzędniczka jedna i pachołków służebnych Carletonowi kilku...
Carleton musiał mieć tegoż instynktu, może i tożsamego z tem pierwotnem zbieraczem, na poły dzikusem, który z nagła pojął, że owo półdzikie ziarno, samosiewką wysiane, lichsze przecie od tego, co się na kłosie mimo wichrów i słot utrzymało... Dość, że pomiarkował, że jakaści przecie we świecie pszenica być musi, co tej rdzy okrutnej nie przyjmie na się i plonu dorodnego wyda.
Nasprowadzał był próbek pszenic ze świata wszelakich: brodatej Onigara z Kraju Kwitnącej Wiśni, od Turczyna przysłanej Haffkani, łysej cesarskiej z Niemiec, znowuż brodatej Prolifero z Italijej, inszych już i nie spominając... Ano i cóż? Ano rokiem prób pierwszem dowiódł tyle, że na rządowej plantacyi badawczej w Marylandzie wszytkie się owe udają wybornie i żadnej się rdza nie ima. Szczęściem jednak miał Carleton tyleż rozumu własnego, bo pojąć że inszy klimat na Równinach, a inszy wpodle stolicy.
Przywiózł zatem wszytkich tych imigrantów pszenicznych do Saliny, gdzie mu farmer jeden darmo ziemi udzielił, by swych czynił experimentów. Drugie, czego dowiódł to tego, że w kansaskich ostrych jesiennych wichurach, mroźnej zimie i zmiennej wiośnie, gdzie po ciepłych deszczowych dniach umie nawrócić mróz i zwarzyć wszytko, nijaki się nie uchowa obcy i wydelikacony szczep. Fortuny może i zrządzeniem szczęśnem podczas swych po Równinach wędrówek trafił był do osady, gdzie kilkoro z Rossyi przybyłych mennonitów** żyło... Dziwnem trafem, śród oceanu powszechnego nieszczęścia, owi domostw stawiali cależ niebiednych, a na mórg zbierali i po trzydzieści buszli*** niezgorszej pszenicy, której z Rossyi jeszcze zabrali, a która im się tam, w nowej ziemi, odpłaciła stokrotnie...
Wywiedział się jeszcze od młynarzów Carleton, że owi tej pszenicy od mennonitów mielić nie chcą, bo nadtoś twarda i mąka z niej na pół jeno zmieloną wychodzi, zaś większego na żarna nacisku szkoda czynić, bo młyn niszczeje...
Jakich próśb, gróźb i zabiegów użył Carleton, by na zwierzchności wymusić, by go do Rossyjej posłano, tego ludzkie pióro nie opisze. Próżno przedkładał mennonickie exemplum, przedkładał pobratymstwo klimatyczne Wielkich Równin z Ukrainą... Nie wiem, czy w tem jakie wyższości poczucie nie było, dość że opór by czego dobrego brać z zapóźnionej Rossyi przepotężnym był. Dwa lata zeszły, nim Carleton dopiął swego**** i ruszył w podróż po Rossyi carskiej... Nie będę opisywał, jako przemierzał wiorst tysiące, pijał wódkę z mużykami i wszytkich o jedno pytał: o pszenicę na suszę, mróz i rdzę odporną...
Zawitał nareście na stepy turgajskie, pod namioty Kirgizów i to stamtąd wywiózł do Ameryki ukoronowanie starań swoich: pszenicy "durum", twardej, niewiele się od jęczmienia wyglądem różniącej, której miejscowi wołali "Kubanką". Z inszych nazbierał jeszcze i "Arnautki", i "Pierierodki" i "Garnowki"... Wszytkie one się przyjęły wybornie w Kansas, w Oklahomie, w Teksasie i wszytkich stanach Wielkich Równin, najwięcej zaś osławiona "Kubanka", choć przekonać do niej farmerów nie było ani o krztynę łacniej, niźli departamentalnych władyków w Waszyngtonie. Rzecz się i też i o mało o tych młynarzy nie wywróciła, co jej mleć nie chcieli... Cóż, że się pszenica udawała wybornie, gdy farmerzy musieli nią świnie paść? By dopiąć swego Carleton rozpętał ogromnej kampanii, nie cofając się i przed rozsyłaniem chleba z nowej pszenicy pieczonego do person wybitnych, redakcyj, hoteli etc. Sama kampania na rzecz upowszechnienia makaronu osobnych badań warta, a marketingowcy dzisiejsi wiele by się od Carletona nauczyć mogli!:)
Klęska roku 1904, gdzie rdza czarna bodaj najbujniej explodowała, była zarazem Carletona największym sukcesem: jedynie pola rosyjską pszenicą obsiane uszły cało! W latach następnych sprowadził jeszcze jednej odmiany zwanej "Charków", która jeszcze bardziej niż "Kubanka" się na nowej wywdzięczyła ziemi... Zdałoby się, że sukces najoczywistszy i zupełny ojca swego wyniesie na szczyty, ku splendorom i hołdom wdzięcznych ludzi...
Nic z tego... gdy jedna z córek jego zachorowała na dziecięcy paraliż i wszelkie w medykach i kuracjach familija utopiła oszczędności, począł się dla Carletona czas osobiście tragiczny. Z długów nie umiał się wygrzebać latami, a wszelkie jego plany, by privatim, gdzie na powodzeniu powszechnem grosza zyszczeć, w łeb brały... Nareście zlicytowano mu dom, a summa klęsk późniejszych prawdziwie na myśl przywodzi biblijnego Hioba. Syn mało co nie zmarł na zapalenie ucha, ale gdy ratowano jego, w pięć dni pomarła jegoż siostra, a że Carleton nie miał nawet i na pogrzeb nieszczęśnej, to i onej skremowano, co naówczas w Ameryce czyniono jeno biedakom i skazańcom.
Sam Carleton kosztem siedemnastu wyrwanych zębów się wyrwał ze szponów reumatyzmu i szkorbutu, po czym... utracił swej przez dwadzieścia lat pewnej rządowej posady pod zarzutem, że się do obowiązków nie przykładał...!
Pomarł nieborak w Peru w 1925 roku, gdzie nowej dostał posady, do ostatka nadsyłając czeków na wykupno weksli w ojczyźnie go trapiących i nic mi nie wiedzieć o tem, by miał gdzie jakich dziś postawionych pomników, choć "jego" pszenica dziś faluje na milionach hektarów i podstawą jest dobrobytu farmerów amerykańskich, a przez przewrotność Historii nieraz też i poddanych sowieckich ocaliła od głodu...
____________________________
* "Diabelska alternatywa"
** rzec by można, że mennonici owi to jaki polski w tej sprawie ślad. Rosyjscy bowiem tegoż obrządku wyznawcy, to po największej części potomkowie tych, których Anno Domini 1772 Jekatierina do zasiedlania Ukrainy zaprosiła, a że w temże samem czasie, po I rozbiorze nasi, jak ich u nas zwano "Olędrzy" na Żuławach osiadli, pod pruskie podpadli panowanie, tak i pojechali w części niemałej... W Prusiech bowiem był już naonczas pobór powszechny, a mennonici słuzby wojskowej nie uznają... Dla tejże samej zresztą przyczyny i z Rossyi im emigrować sto lat poźniej przyszło (po 1871) i tych właśnie spotkał był Carleton.
*** buszel = 36,6 litra
**** jednem z warunków było, że się języka extraordynaryjnie chyżo wyuczy...
Może i to nasze przepomnienie się i stąd bierze, że coraz mniej w jadłospisie naszem kasz, dawniej (przed ziemniaka upowszechnieniem) najpryncypalniejszego i wielekroć zdrowszego zapychacza żołądków. Zjadacze chleba chcą go po prostu mieć, a nie wiedzieć, jakaż jego historia i wieleż kosztowało, nim go w takiej, a nie innej mamy dziś postaci. Iluż dziś jeszcze jada kaszy jaglanej? A z tych, co jedzą, iluż wie, że ona z prosa? Zboża dawniej tak strategicznego, jak dzisiejsze zapasy gazu u tych, co chcąc nie chcąc, z Rossyją sąsiadować muszą... Zboża, które najpewniej w dziejach ludzkości tegoż pierwszego dało kroku między wędrownem a osiadłem trybem życia plemion pradawnych... Czemuż? A bo cały cykl prosa od zasiania po zbiory się w stu dniach zamyka! Temuż nomadowie, by i najwięcej zajadli, mogli wędrować dalej, chocia już przekonani do walorów tegoż jadła nowego, wyłom na te sto dni czynili, by okolicy zbożu przyjaźniejszej nawiedziwszy, wysiać, przepenetrować wszytkich lasów i stepów w pobliżu, wyzbierać, co było do wyzbierania, ubić, co było do ubicia, na koniec zasię plon zebrać i hajda! Przed zimą zdążyć może jeszcze ku cieplejszym jakim stronom... Proso przy tem ziarna ma tak wytrzymałego na trud wszelki i niedogody, że idzie go przechowywać we śpichrzach latami całemi. Ba! Nawet i do dwudziestu! Znała tegoż Najjaśniejsza Rzeczpospolita... nie, nie nasza niestety: Wenecka, co prosem nabijała śpichrzów ile się tylko pomieścić mogło, i w czas jakiejbądź czy od Turka napaści, czy wroga inszego łacno mogąc wspierać swe najodleglejsze nawet w Lewancie, czy w Dalmacyjej garnizony... Jako ich Anno Domini 1372 Genueńczyki oblegli, śmiać się z nich mogły Wenecyjany, ufne w zasobność swoją... I jako mało kiedy w oblężeń dziejach, to oblężeni głodem oblegających zmogli...
Ano i tak, zapuściwszy się w owe nad prosem dygresyje, żem nader nieprzezpiecznie od wątku się oddalił pryncypalnego, a ta rzecz może i z chronologiją na bakier, przecie się czasów sprzed lat nieco ponad stu tyczy... Znają bowiem wszytcy, że w Rossyi Sowieckiej gospodarka wszelka tak znikczemniała okrutnie, że tam gdzie dawniej na czarnych ziemiach śpichlerz się rodził Europy całej, tam w lat niemało przyszło do klęsk głodowych, co może i więcej jeszcze w początkach polityki okrutnej było zasługą. Niemniej, nawet i klęsk tych, i nieurodzajów niechając, zwyczajną był w Związku Sowieckiem ziarna taki niedobór, że by tumultów jakich głodowych na przednówku uniknąć, rok w rok trza było obmierzłość do Okcydentu przełamać i zboża nakupić, najwięcej zaś w Ameryce przebrzydłej... Frederic Forsyth był nawet i jednej ze swych xiąg*, na temże sparł koncepcie, że by się kiedy jaki miał nieurodzaj przydarzyć tam extraordynaryjny, a Zachód by zboża nie przedał, to by hordy bolszewickie wyjścia nie miały inszego, jako runąć za Łabę i łupić te okcydentalne zapasy...
Ano jak widać ta wiedza o niedostatkach sowieckiej oekonomijej jest już dziś, zda się, powszechną. Któż jednak tego wie, że pszenica owa, rok w rok przez Amerykę dawniej Sowietom, a dziś i Rosyi przedawana, jest w gruncie rzeczy pszenicą... rosyjską?:) Historia ma doprawdy czasem okrutną ironią podszyte poczucie humoru... Przenieśmy się zatem, Moi Lectorowie Mili, w amerykańskie Wielkie Równiny czasu schyłku dziewiętnastego stolecia... Tam nasz bohater, Mark Alfred Carleton, pacholęciem będąc farmerskim w stanie Kansas, poznał już jakąż tragedyją rolnikowi zaraza na zboże, którą tameczni zwali "czarną rdzą". Trudno nam dziś w to może i wierzyć, znając, że się między Tennessee a Kolorado trzecia część światowej pszenicy rodzi, aliści tamtem czasem nieraz i nie dość, że przedać nie było czego, to i tuziemcom głód zaglądał w oczy...
Nie znam ja, czy sama Carletonowa familija na tem jako szczególnie ucierpiała, że się ów zawziął był by od tegoż frasunku farmerów uwolnić i z tego dzieło swego uczynił żywota. Studiów pokończył na szkole rolniczej w Kansas, zasię arcykrótko się w bakałarza od przyrody bawił, nim się do państwowej dobił posady w instytucie badawczem.
Carleton nie był typem naukowca... Już bliżej by mu do Edisona było, co jak żarówki koncypował i szukał materyi na włókno, to miast przódzi jakich najmniej prawdopodobnych choć teoretycznie wykluczyć, badać kazał ze sto bodaj surowców... z bawełną włącznie!:) Aleć co u Edisona expens znaczyło zbyteczny i czasu mitręgę próżną, u Carletona niezwyczajną dawało experiencyję i jeśli o kim by rzec można, że słuchał w polu jako trawa roście, to z pewnością o niem... Nie tyleż może słuchał, co baczył na źdźbła, na kłosy, pełzając niemal przy kiełkach i karku nad dojrzałemi schylając całemi dniami. Tak pomiarkował, że pszenica co mrozom najwytrwalsza wielce powoli dojrzewa i jesienią jeszcze ziemi się trzyma... Tak też i dowiódł, czego nie znano, że rdza rdzy nierówna i że pszenica zarażona pośród dorodnego owsa sama zniszczeje ze szczętem, aleć drugiemu zbożu nie uczyni krzywdy...
Z tejże chwili róść poczęła jego sława i wrychle go do stolicy przeniesiono, gdzie miał podobnej nad zbożem mieć pieczy, jeno w skali kraju całego. Nawiasem, to dla mnie rzecz imponująca, że Amerykany takich miały już w 1894 roku instytucyj... Po prawdzie instytucyja owa, departamentowi rolnictwa podległa, nie imponowała ni rozmachem, ni śmiałością, ni budżetem... Ot, urzędniczka jedna i pachołków służebnych Carletonowi kilku...
Carleton musiał mieć tegoż instynktu, może i tożsamego z tem pierwotnem zbieraczem, na poły dzikusem, który z nagła pojął, że owo półdzikie ziarno, samosiewką wysiane, lichsze przecie od tego, co się na kłosie mimo wichrów i słot utrzymało... Dość, że pomiarkował, że jakaści przecie we świecie pszenica być musi, co tej rdzy okrutnej nie przyjmie na się i plonu dorodnego wyda.
Nasprowadzał był próbek pszenic ze świata wszelakich: brodatej Onigara z Kraju Kwitnącej Wiśni, od Turczyna przysłanej Haffkani, łysej cesarskiej z Niemiec, znowuż brodatej Prolifero z Italijej, inszych już i nie spominając... Ano i cóż? Ano rokiem prób pierwszem dowiódł tyle, że na rządowej plantacyi badawczej w Marylandzie wszytkie się owe udają wybornie i żadnej się rdza nie ima. Szczęściem jednak miał Carleton tyleż rozumu własnego, bo pojąć że inszy klimat na Równinach, a inszy wpodle stolicy.
Przywiózł zatem wszytkich tych imigrantów pszenicznych do Saliny, gdzie mu farmer jeden darmo ziemi udzielił, by swych czynił experimentów. Drugie, czego dowiódł to tego, że w kansaskich ostrych jesiennych wichurach, mroźnej zimie i zmiennej wiośnie, gdzie po ciepłych deszczowych dniach umie nawrócić mróz i zwarzyć wszytko, nijaki się nie uchowa obcy i wydelikacony szczep. Fortuny może i zrządzeniem szczęśnem podczas swych po Równinach wędrówek trafił był do osady, gdzie kilkoro z Rossyi przybyłych mennonitów** żyło... Dziwnem trafem, śród oceanu powszechnego nieszczęścia, owi domostw stawiali cależ niebiednych, a na mórg zbierali i po trzydzieści buszli*** niezgorszej pszenicy, której z Rossyi jeszcze zabrali, a która im się tam, w nowej ziemi, odpłaciła stokrotnie...
Wywiedział się jeszcze od młynarzów Carleton, że owi tej pszenicy od mennonitów mielić nie chcą, bo nadtoś twarda i mąka z niej na pół jeno zmieloną wychodzi, zaś większego na żarna nacisku szkoda czynić, bo młyn niszczeje...
Jakich próśb, gróźb i zabiegów użył Carleton, by na zwierzchności wymusić, by go do Rossyjej posłano, tego ludzkie pióro nie opisze. Próżno przedkładał mennonickie exemplum, przedkładał pobratymstwo klimatyczne Wielkich Równin z Ukrainą... Nie wiem, czy w tem jakie wyższości poczucie nie było, dość że opór by czego dobrego brać z zapóźnionej Rossyi przepotężnym był. Dwa lata zeszły, nim Carleton dopiął swego**** i ruszył w podróż po Rossyi carskiej... Nie będę opisywał, jako przemierzał wiorst tysiące, pijał wódkę z mużykami i wszytkich o jedno pytał: o pszenicę na suszę, mróz i rdzę odporną...
Zawitał nareście na stepy turgajskie, pod namioty Kirgizów i to stamtąd wywiózł do Ameryki ukoronowanie starań swoich: pszenicy "durum", twardej, niewiele się od jęczmienia wyglądem różniącej, której miejscowi wołali "Kubanką". Z inszych nazbierał jeszcze i "Arnautki", i "Pierierodki" i "Garnowki"... Wszytkie one się przyjęły wybornie w Kansas, w Oklahomie, w Teksasie i wszytkich stanach Wielkich Równin, najwięcej zaś osławiona "Kubanka", choć przekonać do niej farmerów nie było ani o krztynę łacniej, niźli departamentalnych władyków w Waszyngtonie. Rzecz się i też i o mało o tych młynarzy nie wywróciła, co jej mleć nie chcieli... Cóż, że się pszenica udawała wybornie, gdy farmerzy musieli nią świnie paść? By dopiąć swego Carleton rozpętał ogromnej kampanii, nie cofając się i przed rozsyłaniem chleba z nowej pszenicy pieczonego do person wybitnych, redakcyj, hoteli etc. Sama kampania na rzecz upowszechnienia makaronu osobnych badań warta, a marketingowcy dzisiejsi wiele by się od Carletona nauczyć mogli!:)
Klęska roku 1904, gdzie rdza czarna bodaj najbujniej explodowała, była zarazem Carletona największym sukcesem: jedynie pola rosyjską pszenicą obsiane uszły cało! W latach następnych sprowadził jeszcze jednej odmiany zwanej "Charków", która jeszcze bardziej niż "Kubanka" się na nowej wywdzięczyła ziemi... Zdałoby się, że sukces najoczywistszy i zupełny ojca swego wyniesie na szczyty, ku splendorom i hołdom wdzięcznych ludzi...
Nic z tego... gdy jedna z córek jego zachorowała na dziecięcy paraliż i wszelkie w medykach i kuracjach familija utopiła oszczędności, począł się dla Carletona czas osobiście tragiczny. Z długów nie umiał się wygrzebać latami, a wszelkie jego plany, by privatim, gdzie na powodzeniu powszechnem grosza zyszczeć, w łeb brały... Nareście zlicytowano mu dom, a summa klęsk późniejszych prawdziwie na myśl przywodzi biblijnego Hioba. Syn mało co nie zmarł na zapalenie ucha, ale gdy ratowano jego, w pięć dni pomarła jegoż siostra, a że Carleton nie miał nawet i na pogrzeb nieszczęśnej, to i onej skremowano, co naówczas w Ameryce czyniono jeno biedakom i skazańcom.
Sam Carleton kosztem siedemnastu wyrwanych zębów się wyrwał ze szponów reumatyzmu i szkorbutu, po czym... utracił swej przez dwadzieścia lat pewnej rządowej posady pod zarzutem, że się do obowiązków nie przykładał...!
Pomarł nieborak w Peru w 1925 roku, gdzie nowej dostał posady, do ostatka nadsyłając czeków na wykupno weksli w ojczyźnie go trapiących i nic mi nie wiedzieć o tem, by miał gdzie jakich dziś postawionych pomników, choć "jego" pszenica dziś faluje na milionach hektarów i podstawą jest dobrobytu farmerów amerykańskich, a przez przewrotność Historii nieraz też i poddanych sowieckich ocaliła od głodu...
____________________________
* "Diabelska alternatywa"
** rzec by można, że mennonici owi to jaki polski w tej sprawie ślad. Rosyjscy bowiem tegoż obrządku wyznawcy, to po największej części potomkowie tych, których Anno Domini 1772 Jekatierina do zasiedlania Ukrainy zaprosiła, a że w temże samem czasie, po I rozbiorze nasi, jak ich u nas zwano "Olędrzy" na Żuławach osiadli, pod pruskie podpadli panowanie, tak i pojechali w części niemałej... W Prusiech bowiem był już naonczas pobór powszechny, a mennonici słuzby wojskowej nie uznają... Dla tejże samej zresztą przyczyny i z Rossyi im emigrować sto lat poźniej przyszło (po 1871) i tych właśnie spotkał był Carleton.
*** buszel = 36,6 litra
**** jednem z warunków było, że się języka extraordynaryjnie chyżo wyuczy...
10 kwietnia, 2014
Z myśli Wachmistrzowych...
Wolterowi przypisuje się słowa, że się tam z kimś nie zgadza, ale gotów byłby umrzeć, by ten ktoś mógł je głosić.* Daleko mi do Wolterowej szlachetności... Pewnie, że jestem za wolnością słowa, pewnie, że mierzi mnie każda ich próba ograniczenia komukolwiek, bo znam, że jeśli to uczynimy jednemu, zaraz się okaże, że trzeba drugiemu, trzeciemu i tak oto wkroczyliśmy na równię pochyłą od demokracji nas oddalającą... Ale umierać? Za taki stos bzdur, kłamstw, inwektyw, małości i podłości ? Niechajże to choć będzie coś tej ofiary godne...!
________________________
* W rzeczywistości to w usta Wolterowi włożyła je jedna z jego biografek, Evelyn Beatrice Hall w książce: The Friends of Voltaire, wydanej w 1906, najpewniej uważając, że tak najdobitniej streszcza Wolterowe, w kwestii wolności słowa, poglądy. Przed jej publikacją nikt i nigdzie słów tych w takiej wersji nie zapisał.
________________________
* W rzeczywistości to w usta Wolterowi włożyła je jedna z jego biografek, Evelyn Beatrice Hall w książce: The Friends of Voltaire, wydanej w 1906, najpewniej uważając, że tak najdobitniej streszcza Wolterowe, w kwestii wolności słowa, poglądy. Przed jej publikacją nikt i nigdzie słów tych w takiej wersji nie zapisał.
06 kwietnia, 2014
O wyrazach przepomnianych...
Wiodę Ci ja tu ze słówkami bojów z dawna własnych, Lectorom Miłym znanych najwięcej z cyklu "O wyrazach dawnych znaczeń pozbawionych...", gdzie jakie słówko dawniejsze i dziś znane tłomaczę, czem było, bo czasem te znaczenia dwa, spółcześne i dawniejsze k'sobie przystają niczem ten nieborak jaki garbaty do ściany prostej... Insza, żem się już i w żywocie mularzów napatrzył, co by bez wielkiej potrafili fatygi, sztuką samą sobie właściwą i przyrodzoną, ściany postawić, co by się w sam raz temu garbatemu nadała...
Słówek, które dziś mam na myśli i których do tablicy wywołamy z osobna, tem od tamtego cyklu różne, że ich żeśmy ze szczętem już przepomnieli...
Adwena - z łacińskiego przyjęte, jeno nie jako czasownik, a rzeczownik osobę przybysza oznaczający,
Bednia - osobliwie popularna na Rusi nazwa beczkę z wiekiem zamykanem oznaczająca,
Burtak - kocioł do warzenia piwa podług dawnej technologijej górnofermentacyjnej, o której tu żeśmy już i siła pisali...
Cierzeń - rodzaj sieci na ryby,
Domalegaj - znaczenie niemal dosłowne, na opisanie persony, co się nie tyleż z domostwa rusza nierada, ile na mężczyznę, któremu sprawy wojenne niemiłe, poniekąd zamiennie z piecuchem czy niewieściuchem słówko zażywane,
Dzięcielina - co tyle utrapienia przyczyniła wszytkim, co się Inwokacyi Mićkiewiczowej do "Pana Tadeusza", nie tylko nauczyć musieli, aleć jeszcze mięli ambicję zrozumieć...:) Dzięcielina to koniczyna dawna, jeno że dziko rosnąca, boć przed końcem XIX stulecia nikt w Polszcze koniczyny nie siał z rozmysłem,
Facambuł - głupca znaczył wielce tęgoskórego, choć Wachmistrz osobiście więcej "abderytę" ceni...:)
Fałagi - z turecczyzny zapożyczony termin na rodzimych plag czy razów wymierzanych określenie,
Fałszura - mimo miana co przykrego znamionującego, byłaż to suknia zwierzchnia, czasem i wielce strojna, za ostatnich Jagiellonów zażywana powszechnie, a miano zaś pewnie z tego, że za jej pomocą wszelkie szło skryć niedostatki figury...:)
Grzymka - rodzaj lochu ciemnego, później ciemnicą zwanego, w którem za szczególnem sądu czy panującego ordonansem trzymano więźnia szczególnie hardego, luboż jeno takiego, któremu szczególnie dokuczyć chciano,
Indje - jakeśmy już przy lochach, to te w Kamieńcu Podolskim, gdzie osadzano na długie wyroki skazanych (a przypomnę, że skazanie kogobądź na wyrok nie dający się egzekwować natychmiast jako kara śmierci, dybów, chłosty czy grzywien pieniężnych, ergo związana z koniecznością utrzymywania więźnia, sama w sobie była w dawnej Polszcze rzadkością), właśnie Indjami zwano, tedy jako kto komu życzył do Indyj podróży, to cależ nie znaczyło, by go we świecie dalekim rad widział:)
Konsyderatka - zbawienie niewiast w czasach, gdy torebek nie znano:)), a suknie kieszeni nie miały, zaś nieporęcznie a i czasem niepolitycznie było w rękaw co pchać...:) Niewiasty przemyślne obmyśliły na to spódnic i sukien z rozporkiem niewielkim, przez który szło się dostać do wewnętrznej kieszeni (osobnej od sukni samej, tedy mogącej do każdej innej też służyć) na sznurówce w pasie wiązanej i tejże kieszeni właśnie konsyderatką zwano...
Słówek, które dziś mam na myśli i których do tablicy wywołamy z osobna, tem od tamtego cyklu różne, że ich żeśmy ze szczętem już przepomnieli...
Adwena - z łacińskiego przyjęte, jeno nie jako czasownik, a rzeczownik osobę przybysza oznaczający,
Bednia - osobliwie popularna na Rusi nazwa beczkę z wiekiem zamykanem oznaczająca,
Burtak - kocioł do warzenia piwa podług dawnej technologijej górnofermentacyjnej, o której tu żeśmy już i siła pisali...
Cierzeń - rodzaj sieci na ryby,
Domalegaj - znaczenie niemal dosłowne, na opisanie persony, co się nie tyleż z domostwa rusza nierada, ile na mężczyznę, któremu sprawy wojenne niemiłe, poniekąd zamiennie z piecuchem czy niewieściuchem słówko zażywane,
Dzięcielina - co tyle utrapienia przyczyniła wszytkim, co się Inwokacyi Mićkiewiczowej do "Pana Tadeusza", nie tylko nauczyć musieli, aleć jeszcze mięli ambicję zrozumieć...:) Dzięcielina to koniczyna dawna, jeno że dziko rosnąca, boć przed końcem XIX stulecia nikt w Polszcze koniczyny nie siał z rozmysłem,
Facambuł - głupca znaczył wielce tęgoskórego, choć Wachmistrz osobiście więcej "abderytę" ceni...:)
Fałagi - z turecczyzny zapożyczony termin na rodzimych plag czy razów wymierzanych określenie,
Fałszura - mimo miana co przykrego znamionującego, byłaż to suknia zwierzchnia, czasem i wielce strojna, za ostatnich Jagiellonów zażywana powszechnie, a miano zaś pewnie z tego, że za jej pomocą wszelkie szło skryć niedostatki figury...:)
Grzymka - rodzaj lochu ciemnego, później ciemnicą zwanego, w którem za szczególnem sądu czy panującego ordonansem trzymano więźnia szczególnie hardego, luboż jeno takiego, któremu szczególnie dokuczyć chciano,
Indje - jakeśmy już przy lochach, to te w Kamieńcu Podolskim, gdzie osadzano na długie wyroki skazanych (a przypomnę, że skazanie kogobądź na wyrok nie dający się egzekwować natychmiast jako kara śmierci, dybów, chłosty czy grzywien pieniężnych, ergo związana z koniecznością utrzymywania więźnia, sama w sobie była w dawnej Polszcze rzadkością), właśnie Indjami zwano, tedy jako kto komu życzył do Indyj podróży, to cależ nie znaczyło, by go we świecie dalekim rad widział:)
Konsyderatka - zbawienie niewiast w czasach, gdy torebek nie znano:)), a suknie kieszeni nie miały, zaś nieporęcznie a i czasem niepolitycznie było w rękaw co pchać...:) Niewiasty przemyślne obmyśliły na to spódnic i sukien z rozporkiem niewielkim, przez który szło się dostać do wewnętrznej kieszeni (osobnej od sukni samej, tedy mogącej do każdej innej też służyć) na sznurówce w pasie wiązanej i tejże kieszeni właśnie konsyderatką zwano...
04 kwietnia, 2014
Z lektur Wachmistrzowych...
"Stuhrowie. Historie rodzinne" wydane w 2009 roku przez Wydawnictwo Literackie... Cudowna rzecz o korzeniach familiji własnej z uporem i mozołem przez aktora znanego i wybitnego rekonstruowana... Dla samej sceny, jako to mały Jureczek Stuhr ze stryjecznym swym Dziadkiem, leżącym już właściwie na śmiertelnem łożu, Oskarem Stuhrem inscenizują zabawy, których kanwą pogrzeb tegoż ostatniego i oba się przy tem bawią setnie, warto...:)) Aliści nie ta mi myśl najpryncypalniejsza i podzielenia się z Wami godną zdała, jeno te zdania cztery z przedmowy, pod któremi (z oczywistym wyłączeniem nieadekwatnych słów ostatnich kilku) bym się i ja podpisać mógł rękami obiema... Assumptem do tych słów u Stuhra myśl o emigracyi, do której Mu przecie ani okazji nie zbrakło, ani i zachęt i zaproszeń... Mnie tam po prawdzie po świecie nikt nie prosił, jeno stąd może raz lat temu trzydzieści parę wypraszać i paszport na siłę dawać chcieli, bylebym jeno wziął i nie wracał, ale jako i wtedy, tako i dziś by to moje mogły być słowa:
"Dziwny jest mój związek z tą ziemią. Ile rzeczy mnie w Polsce drażni, jaka głupota, pazerny arywizm, kołtuństwo, prowincjonalizm, oddanie się w ręce Kościoła rzymsko-katolickiego, takie wiernopoddańcze, bezkrytyczne, bałwochwalcze. Ale to tylko jedna szalka, która wcale nie przeważa. Bo na drugiej kładę te rozmowy, które mogę tu odbywać, te kontakty, tych kilku, może kilkunastu ludzi w moim życiu, dzięki którym stałem się tym, kim jestem. I nie chodzi tylko o ludzi, którzy mnie uczyli, ale także o tych, których ja uczę i uważam za spadkobierców mojej tradycji artystycznej."
01 kwietnia, 2014
O kwietniowych czynnościach gospodarskich...
Kwiecień ziemię odżywia, krew w człowiecze mnoży,
Dobra rzecz, kto się w ten czas purgować* przyłoży.
Wszelkiego rodzaju posesyjonaci ziemscy** tego się znów dzierżyć winni, by prac o czasie dopilnować stosownem, k' czemu mi znów dziełko Imci Zawackiego ("Memoriale oeconomicum" z 1616 roku) posłuży, porad dla miesiąca dając kolejnego, continuum do już podanych ( stycznia , lutego i marca ) czyniąc :
"- Kury indyjskie***, domowe, kokoszy, pawy, gęsi, kaczki, to wszystko rozmnażać i inne wszystkie przypłodki, coby się jedno godziło chować [...]
- Karpie na tarcie około św.Jerzego**** rozsadzać, trzy ikrne a dwa mleczne należą do sadzenia i tak wespół mają być sadzone; a stawy te, do których ryby mają być na tarcie sadzone, trzeba zorać a gdzie to być może, przez zimę bez wody niechaj będą.[...]
- Sól kupować dla lata, przed tym nim pocznie żyto kwitnąć, dla solenia mięsa, kapusty i innych potrzeb domowych.
- Na kapustę i len rolę pokładać w ostatniej kwadrze.
- Barany skopić około Wielkiejnocy*****.
- Do bydła bydlnika przypuszczać.******
- Owce myć około Wielkiejnocy, gdy ciepłe słońce świeci.
- Bydło znowu na pole wyganiać, będzieli się już trawa puszczała.
- Gnój na kupę zmiotać, po dżdżu, w ostatniej kwadrze, bo lepiej ugnije.
- Owce strzydz około niedziele, którą zową Krzyżową abo Rogationum******, będzieli ciepło, bo prędko przeziębną a strzygąc je każdej runo związać; postrzygszy, wełnę poważywszy pierwej, schować.
- Pokrzywy z otrębami pszenicznemi kokoszom dawać w Kwietniu, bo potym dobrze jajca niosą.
- Płótno począć bielić, gdy drzewa kwitną.[...]
- Figi może przesadzać, choć już pąpowie puściły.
- Figi, pomorańcze i insze cudzoziemskie drzewka odkryć na św. Grzegorz abo wynieść z piwnice.
- Ogródki pilnie zasiać ma w tym miesiącu dobra gospodyni ziółmi pachnącemi, różej nasadzić i ziół rozmaitych tak dla wódki jako i dla wieńców.
- Młodą wierzbę, gdy się już w wodzie puści, sadzić i aby się o nię bydło nie tarło obwarować.
- Ogórki w Kwietniu sadzić na ten czas, gdy już się mrozu spodziewać nie trzeba, gdy miesiąc pięć abo sześć dni stary będzie. A sadzić je w mokrą rolą abo po dżdżu.
- Niektórzy sadzą ogórki, gdy wiśnia kwitnie. A nie razem wszystkich sadzić, (także i malonów), ale raz, dwa, trzy, jedne po drugich, a ostatnie na św. Jerzy, tedy się rychlej zdarzą, a także i malony.
- Słowiki trzeba łowić do śpiewania około św. Jerzego abo na św. Jerzy; bo po św. Jerzym ułowione słowiki rzadko się uchowują, także młode skowronki.
- Teraz już gołębiom posypować nie trzeba, bo najdą sobie na polu co jeść; ale zimie trzeba im dawać jako i inszemu domowemu ptastwu; a najlepsze są do jedzenia gołębie młode, które się na wiosnę wylęgą a w jesieni.
Dobra rzecz, kto się w ten czas purgować* przyłoży.
Wszelkiego rodzaju posesyjonaci ziemscy** tego się znów dzierżyć winni, by prac o czasie dopilnować stosownem, k' czemu mi znów dziełko Imci Zawackiego ("Memoriale oeconomicum" z 1616 roku) posłuży, porad dla miesiąca dając kolejnego, continuum do już podanych ( stycznia , lutego i marca ) czyniąc :
"- Kury indyjskie***, domowe, kokoszy, pawy, gęsi, kaczki, to wszystko rozmnażać i inne wszystkie przypłodki, coby się jedno godziło chować [...]
- Karpie na tarcie około św.Jerzego**** rozsadzać, trzy ikrne a dwa mleczne należą do sadzenia i tak wespół mają być sadzone; a stawy te, do których ryby mają być na tarcie sadzone, trzeba zorać a gdzie to być może, przez zimę bez wody niechaj będą.[...]
- Sól kupować dla lata, przed tym nim pocznie żyto kwitnąć, dla solenia mięsa, kapusty i innych potrzeb domowych.
- Na kapustę i len rolę pokładać w ostatniej kwadrze.
- Barany skopić około Wielkiejnocy*****.
- Do bydła bydlnika przypuszczać.******
- Owce myć około Wielkiejnocy, gdy ciepłe słońce świeci.
- Bydło znowu na pole wyganiać, będzieli się już trawa puszczała.
- Gnój na kupę zmiotać, po dżdżu, w ostatniej kwadrze, bo lepiej ugnije.
- Owce strzydz około niedziele, którą zową Krzyżową abo Rogationum******, będzieli ciepło, bo prędko przeziębną a strzygąc je każdej runo związać; postrzygszy, wełnę poważywszy pierwej, schować.
- Pokrzywy z otrębami pszenicznemi kokoszom dawać w Kwietniu, bo potym dobrze jajca niosą.
- Płótno począć bielić, gdy drzewa kwitną.[...]
- Figi może przesadzać, choć już pąpowie puściły.
- Figi, pomorańcze i insze cudzoziemskie drzewka odkryć na św. Grzegorz abo wynieść z piwnice.
- Ogródki pilnie zasiać ma w tym miesiącu dobra gospodyni ziółmi pachnącemi, różej nasadzić i ziół rozmaitych tak dla wódki jako i dla wieńców.
- Młodą wierzbę, gdy się już w wodzie puści, sadzić i aby się o nię bydło nie tarło obwarować.
- Ogórki w Kwietniu sadzić na ten czas, gdy już się mrozu spodziewać nie trzeba, gdy miesiąc pięć abo sześć dni stary będzie. A sadzić je w mokrą rolą abo po dżdżu.
- Niektórzy sadzą ogórki, gdy wiśnia kwitnie. A nie razem wszystkich sadzić, (także i malonów), ale raz, dwa, trzy, jedne po drugich, a ostatnie na św. Jerzy, tedy się rychlej zdarzą, a także i malony.
- Słowiki trzeba łowić do śpiewania około św. Jerzego abo na św. Jerzy; bo po św. Jerzym ułowione słowiki rzadko się uchowują, także młode skowronki.
- Teraz już gołębiom posypować nie trzeba, bo najdą sobie na polu co jeść; ale zimie trzeba im dawać jako i inszemu domowemu ptastwu; a najlepsze są do jedzenia gołębie młode, które się na wiosnę wylęgą a w jesieni.
- Kto kaczek nie ma, niech kaczych jajec nakupi i pod kokoszy je w Kwietniu nasadzi, aby je wylęgły, żeby w przyszłą jesień i zimę miał co bić.
- Cielęta odsadzać od krów.
- Orać, dosiewać, grodzić, ogrody gotować.
- Na św. Maryją Egipcyjankę******* sieją też jeszcze niektórzy cebulę.
- Dwie niedzieli abo trzy przed Wielkąnocą sieją niektórzy kopr włoski na nasienie.
- Pod ten czas bywa bydło chude, dla tego trzeba go tym pilniej karmić.
- Winnice może pod ten czas gnoić, wyprzątać, obrzezować, obwiązywać macicę, póki wino listków nie puści.
- Także wino z beczki do beczki przetaczać można.
- W Kwietniu trą się płocice, białe ryby i okunie.
- W Kwietniu i w Maju potrzeba młode kurczęta ciepło chować, a możeli być w ciepłej izbie, bo prędko w tych dwu nieustawicznych miesiącach przeziębną.
- Pod ten czas lilija bywa, którą zbierać i wódkę z niej palić mają dobre gospodynie. [...]
- Młode drzewka świeżo sadzone, trzeba polewać około korzenia wodą z gnojnice, abo inszą zagniłą wodą, jaka jest z sadzawek, z przekopów i z inszych zagniłych kałuż; także nie wadzi trochę gnoju na korzeń ich położyć, bo tak rychlej przyjmie się, ale nie trzeba ich gnojem okładać na wiosnę.[...]
- Raków nie kazać łowić, które jajca mają. Toż ma być rozumiano i o inszych rybach, które pełno ikry mają i jeszcze się nie wytarły*********.
- W tym też miesiącu banie sadzą, dzień albo pięć po nowym miesiącu.
- Owies jako naraniej siać, bo się tym lepiej zrodzi, lepszy i plenniejszy.
- Śnieg, który w Kwietniu idzie, pożyteczny jest rolom, tak właśnie jakoby je gnojem nawiózł.
- Jęczmień ma być siany piętnaście niedziel przed św. Jakubem*********** ale orkisz raniej.[...]
- Jedenaście niedziel przed świętym Jakubem sieją na niektórych miejscach len.
- Około św. Jerzego szczepić może dwa dni abo trzy po nastaniu nowego miesiąca.
- Na św. Jerzy trzeba bydło z łąk zganiać, bo aż do św. Jerzego bywa bydło po łąkach pasione, potym już na siano i na potraw zapuszczają je.
- Na św. Marek************** niektórzy zwykli konopie siać.
- Prosa, tatarki wczas siać dla rozpouszczania bydła
- Na niektórych miejscach sieją grochy na Wielki czwartek, abo trzy dni przed nowym miesiącem.
- Młode pokrzywy zbierać i na salach abo pod dachem suszyć a dla bydła w przyszłą zimę między słomę abo grochowiny, posiekawszy je siekaczem, mieszać z sieczką i warzyć wespół w kotle i tak ciepło bydłu dawać, także i zioła, które plewią między marchwią, pietruszką i między inszemi jarzynami, bo to bydło je bardzo rado i zdrowe potym będzie.
- Gdy w Lutym i w Marcu gniazda, w których się wąsienice lęgą, nie będą zebrane, tedy w Kwietniu i w Maju zbierać je, bo na ten czas, gdy poczyna być chłodno, uciekają znowu do gniazd, gdy się we dnie, gdy słońce świeci, rozłażą po drzewie.
___________________________________________
* Hmm... jakóż by tu rzec, by kogo wrażliwego, może jeszcze przy śniadaniu czytającego, nie poruszyć nadmiernie...:)) Najkrócej mówiąc "purgować" przeczyszczać znaczy...:)
** poczynając od tych, co na hektarach rządzą, a kończąc na tych co skrzynkom na balkonie królują:)
*** o tem, cóż to za dziwo, pisalim swego czasu w nocie sub titulo "O konsekwencyjach Kolumbowych myłek dla ptactwa domowego w Polszcze"
**** z przyczyn mi niepojętych wydawca, czyli dr Rostafiński w 1891 roku tego tłomaczył jako świętego Grzegorza i na 24 kwietnia datował, gdy dzień wcześniej mamyż cale oryginalnego świętego Jerzego
***** z czego wynika niechybnie, że nie każdemu stworzeniu na Wielkanoc radość
****** Ot i zagadka nowa... Bydlnikiem w Lubelskiem zwano tasznik pospolity, co na krwawienia dobry i moczopędnie takoż przydatny, jeno czemu to bydlątkom by służyć miało akurat porą kwietniową? I czemuż tu Zawacki formy użył "przypuszczać", której bym chętniej do człeka czy stworu jakiego łączył? Zaliżby o jakiego specyalisty od bydła jeno chodzić miało? Jaki pierwowzór weterynaryjnej opieki?
******* piąta niedziela po Wielkiej Nocy
******** 2 Kwietnia
********* Tu rozumu docenić upraszam, że nijakich na to człekowi roztropnemu nie trza było terminów ochronnych naznaczać, by nie rybaczył, gdy nie pora po temu!
********** Świętego Jakuba że wypada 25 Lipca, tedy piętnaście niedziel (tygodni) przódzi wyjdzie 11 Kwietnia.
*********** 25 Kwietnia
- Cielęta odsadzać od krów.
- Orać, dosiewać, grodzić, ogrody gotować.
- Na św. Maryją Egipcyjankę******* sieją też jeszcze niektórzy cebulę.
- Dwie niedzieli abo trzy przed Wielkąnocą sieją niektórzy kopr włoski na nasienie.
- Pod ten czas bywa bydło chude, dla tego trzeba go tym pilniej karmić.
- Winnice może pod ten czas gnoić, wyprzątać, obrzezować, obwiązywać macicę, póki wino listków nie puści.
- Także wino z beczki do beczki przetaczać można.
- W Kwietniu trą się płocice, białe ryby i okunie.
- W Kwietniu i w Maju potrzeba młode kurczęta ciepło chować, a możeli być w ciepłej izbie, bo prędko w tych dwu nieustawicznych miesiącach przeziębną.
- Pod ten czas lilija bywa, którą zbierać i wódkę z niej palić mają dobre gospodynie. [...]
- Młode drzewka świeżo sadzone, trzeba polewać około korzenia wodą z gnojnice, abo inszą zagniłą wodą, jaka jest z sadzawek, z przekopów i z inszych zagniłych kałuż; także nie wadzi trochę gnoju na korzeń ich położyć, bo tak rychlej przyjmie się, ale nie trzeba ich gnojem okładać na wiosnę.[...]
- Raków nie kazać łowić, które jajca mają. Toż ma być rozumiano i o inszych rybach, które pełno ikry mają i jeszcze się nie wytarły*********.
- W tym też miesiącu banie sadzą, dzień albo pięć po nowym miesiącu.
- Owies jako naraniej siać, bo się tym lepiej zrodzi, lepszy i plenniejszy.
- Śnieg, który w Kwietniu idzie, pożyteczny jest rolom, tak właśnie jakoby je gnojem nawiózł.
- Jęczmień ma być siany piętnaście niedziel przed św. Jakubem*********** ale orkisz raniej.[...]
- Jedenaście niedziel przed świętym Jakubem sieją na niektórych miejscach len.
- Około św. Jerzego szczepić może dwa dni abo trzy po nastaniu nowego miesiąca.
- Na św. Jerzy trzeba bydło z łąk zganiać, bo aż do św. Jerzego bywa bydło po łąkach pasione, potym już na siano i na potraw zapuszczają je.
- Na św. Marek************** niektórzy zwykli konopie siać.
- Prosa, tatarki wczas siać dla rozpouszczania bydła
- Na niektórych miejscach sieją grochy na Wielki czwartek, abo trzy dni przed nowym miesiącem.
- Młode pokrzywy zbierać i na salach abo pod dachem suszyć a dla bydła w przyszłą zimę między słomę abo grochowiny, posiekawszy je siekaczem, mieszać z sieczką i warzyć wespół w kotle i tak ciepło bydłu dawać, także i zioła, które plewią między marchwią, pietruszką i między inszemi jarzynami, bo to bydło je bardzo rado i zdrowe potym będzie.
- Gdy w Lutym i w Marcu gniazda, w których się wąsienice lęgą, nie będą zebrane, tedy w Kwietniu i w Maju zbierać je, bo na ten czas, gdy poczyna być chłodno, uciekają znowu do gniazd, gdy się we dnie, gdy słońce świeci, rozłażą po drzewie.
___________________________________________
* Hmm... jakóż by tu rzec, by kogo wrażliwego, może jeszcze przy śniadaniu czytającego, nie poruszyć nadmiernie...:)) Najkrócej mówiąc "purgować" przeczyszczać znaczy...:)
** poczynając od tych, co na hektarach rządzą, a kończąc na tych co skrzynkom na balkonie królują:)
*** o tem, cóż to za dziwo, pisalim swego czasu w nocie sub titulo "O konsekwencyjach Kolumbowych myłek dla ptactwa domowego w Polszcze"
**** z przyczyn mi niepojętych wydawca, czyli dr Rostafiński w 1891 roku tego tłomaczył jako świętego Grzegorza i na 24 kwietnia datował, gdy dzień wcześniej mamyż cale oryginalnego świętego Jerzego
***** z czego wynika niechybnie, że nie każdemu stworzeniu na Wielkanoc radość
****** Ot i zagadka nowa... Bydlnikiem w Lubelskiem zwano tasznik pospolity, co na krwawienia dobry i moczopędnie takoż przydatny, jeno czemu to bydlątkom by służyć miało akurat porą kwietniową? I czemuż tu Zawacki formy użył "przypuszczać", której bym chętniej do człeka czy stworu jakiego łączył? Zaliżby o jakiego specyalisty od bydła jeno chodzić miało? Jaki pierwowzór weterynaryjnej opieki?
******* piąta niedziela po Wielkiej Nocy
******** 2 Kwietnia
********* Tu rozumu docenić upraszam, że nijakich na to człekowi roztropnemu nie trza było terminów ochronnych naznaczać, by nie rybaczył, gdy nie pora po temu!
********** Świętego Jakuba że wypada 25 Lipca, tedy piętnaście niedziel (tygodni) przódzi wyjdzie 11 Kwietnia.
*********** 25 Kwietnia
29 marca, 2014
O wietrze historii i portkach pętaków...V
Kończąc może poniemału historyję, może już i niektórym przydługą, (I ,II, III, IV ), przyszliśmy nareście k'temu, co w niej samem sednem, do walk, które się z dniem 6 listopada Anno Domini 1923 wszczęły na ulicach krakowskich. Gwoli ścisłości dodać trzeba, że walki takie, choć w nierównie mniejszej skali, miejsca miały i w Borysławiu, i w Tarnowie, gdzie również kilku robotników zginęło. Rankiem zaś 6 listopada, w Warszawie, dziwnej dymiącej i syczącej paczki znalazł był na schodach kamienicy przy Alejach Jerozolimskich 6, w której się mieściło Biuro Okręgowe PPS, sześcioletni synek woźnego tegoż biura. Zdążył powiadomić ojca, który go w mieszkaniu zatrzymał, aliści ojcu się już nie udało wybuchowi bomby zapobiec, która jego samego ciężko poraniła, rozerwała na strzępy stróża tejże kamienicy, a klatkę schodową zdemolowała do trzeciego piętra włącznie...
W Krakowie po burzliwych dnia uprzedniego demonstracjach, związkowcy i PPS szykowali kolejnej, jeszcze silniejszej, aliści gdy gromadząc się w pochód pod kolejnemi fabrykami i zakładami dotarli nareście pod Dom Robotniczy na ulicy Dunajewskiego 5*, zastali go otoczonego policyjnym kordonem, zaś w ulicach przyległych oddziały wojska.
Tłum począł na owych policjantów napierać, części udało się podejść korzystając z nieszczelności tegoż kordonu, lub też podając się za pracujących w budynkach za niem (np. w Kasie Chorych, takoż przy Dunajewskiego 5 mającej siedzibę), których to pracowników policja przepuszczać przykazane miała. Ale policja była nie tylko na ulicach. Dachy kilku domów i wieże kościołów Reformackiego i Karmelitów na Piasku zostały obsadzone przez karabiny maszynowe, silne patrole ukrywały się m.in. w Hotelu Krakowskim (w zbiegu Dunajewskiego, Garbarskiej i Basztowej) i to stamtąd padły pierwsze strzały, dokładnie w momencie, gdy kordon przegradzający ulicę Dunajewskiego został przez robotników przełamany przy pomocy przechwyconych i skierowanych do swoistej "szarży" ...dwóch wozów z kapustą:), która zresztą później posłużyła i za "amunicję".
Z chwilą, kiedy padli pierwsi zabici ( zastrzeleni robotnik Józef Nowak i kolejarz Stanisław Skoczeń, oraz robotnik Józef Stanclik, ojciec ośmiorga dzieci, pchnięty w szyję policyjnym bagnetem) tłum, do którego już teraz strzelano z co najmniej kilku stron, ruszył do desperackiej walki. Bito i rozbrajano policjantów, ale nie ta broń stała się źródłem największej tragedii, tylko karabiny dwóch kompanii z 16 Pułku Piechoty, które stojąc na Plantach pod murami kościoła Reformatów, nagle same znalazły się pod chaotycznym ogniem, prowadzonym przez policyjnych strzelców, a i podobno (jak później twierdzili socjaliści) przez prowokatorów policyjnych i endeckich. Ani żołnierze, ani oficerowie 16 Pułku nie popisali się tego dnia, bo jedni nie umieli w żaden sposób zapobiec chaosowi i zapanować nad żołnierzami, a drudzy, w sporej części świeży rekruci, najczęściej padali na ziemię, chroniąc się przed strzałami wśród zieleni Plant, ale i bez oporów pozwalając sobie odebrać broń...
Rzekłbym, że z czysto taktycznego punktu widzenia robotnicy radzili sobie dnia tego wielekroć lepiej od nibyż zawodowców, czyli wojska i policji. Niewątpliwie nie bez znaczenia to było, że najpewniej lwia ich część, to weterani niedawnej przecie wojny bolszewickiej, aliści i determinacyja jednych i drugich nie wytrzymywała porównania... I jedno jeszcze, bo prawdy dojść będzie ciężko, skoro lewica się nigdy przyznać nie chciała, że i robotników jaka część uprzednio już broń jaką miała, aliści nie zdaje mi się, by możliwem było, iżby było inaczej. Znali przecie, że manifestacyja wzbronioną, znali, że i wojsko naściągane, że i policja po wielekroć wzmocniona**. Wiemy też, że od czasów rewolucji 1905 roku były w PPS bojówki zbrojne, między inszemi dla ochrony pochodów powołane i w takiej właśnie komórce swojej krótkotrwałej kariery zaczynał Stefan Okrzeja. Nie sądzę, by za niepodległości odzyszczeniem, osobliwie w cyrkumstancyjach permanentnej "wojny" z podobnemi bojówkami endeckimi, by się co w partyjnej pragmatyce tutaj odmieniło, a wiem też i z familijnych przekazów, że nawet w okresach stosunkowo spokojnych, nawet pogrzeby co bardziej zasłużonych działaczy, były ochraniane, żeby do napaści nie dopuścić. Zwyczajnie zatem nie wierzę, by i tego dnia w tłumie najmniej kilkudziesięciu rewolwerów nie było, choć to, kto i do kogo strzelać zaczął, jest poza wszelkim dyskursem...
W kilkadziesiąt minut później niemal cały ten obszar Plant i ulicy Dunajewskiego jest już pod kontrolą demonstrantów, a do karabinów odebranych żołnierzom 16 Pułku doszło najmniej drugie tyle odebranych 20 Pułkowi, o tyle tutaj szczególnemu, że były to tzw. "krakowskie dzieci", pułk jak najbardziej miejscowy, złożony z synów, braci, kolegów a choćby i znajomych tych, do których im nagle strzelać rozkazano... Nie dziwota zatem, że ani strzelać nie chcięli, choć znów broni oddania trudno i im wybaczyć, skoro złudzeń mieć nie mogli, do czego użytą zostanie...
Dodajmy, że nie tylko wojsko miało w tej materii opory... Kiernik, by tępakowi Gałeckiemu ostatnich usunąć przeszkód w zmasakrowaniu robotników, na co najwyraźniej od dawna miał ochotę, licząc na efekt zastraszenia***, posunął się w przeddzień do odwołania szefa biura bezpieczeństwa przy wojewodzie, radcy Broszkiewicza, a dyrektora policji, Rękiewicza, de facto pozbawił wpływu na swoich własnych podwładnych.
Czikiel, pragnąc zapewne rozpędzić robotników, rozkazuje szarżować na nich jednemu ze szwadronów 8 Pułku Ułanów Księcia Józefa Poniatowskiego. Szarży prowadzi jeden z najzdolniejszych i najzasłużeńszych tegoż pułku oficerów, rotmistrz Lucjan Bochenek, kawaler orderu Virtuti Militari za wojnę bolszewicką. Przy nim kolejny weteran, rotmistrz Franciszek Łukasiewicz oraz nowicjusz świeżo po grudziądzkiej szkole, porucznik Zagórowski i kilkudziesięciu ułanów, między któremi kilkunastu o ukraińsko brzmiących nazwiskach (m.in. wśród poległych Wasyl Piróg i Iwan Senedjak), co potem da assumpt do twierdzeń, że podobno rząd się musiał przeciw Polakom na Rusinach oprzeć, bo polscy żołnierze nie chcieli...
Jest rzecz do dziś sporna, któż tej ulicy i kiedy wodą polał. Prawica tego usiłowała robotnikom przypisać, jako szczególnie odrażającego podstępu i pułapki na ułanów zastawionej, były i głosy, że to policja wodą z beczkowozów traktowała demonstrantów, aliści zdaje mi się, że to po prostu rankiem zwyczajnie magistrackie beczkowozy ulic i trotuarów zlewały, a tytułowym naszym do łbów zakutych nie przyszło, że to jakakolwiek być może za czas niezadługi przeszkoda. Robotnicy, przystępu przecie przódzi do okolic Domu Robotniczego nie mając, ani by i nie mięli tego jak wykonać, a policja by nawet miała i takiego sprzętu uszykowanego, to wypadki nazbyt się potoczyły szybko i nie sądzę, by w rozpoczętej już strzelaninie ktokolwiek jeszcze o "polewaczkach" zamyślał... Zresztą nie było wówczas jeszcze takich policyjnych ani taktyk, ani szkoleń czy sprzętu, pierwsze oddziały będące jakby zaczątkiem przyszłych policyjnych formacji specjalnych na wzór osławionego w Peerelu ZOMO, pojawią się dopiero PO wypadkach krakowskich****, a ministrem który je formować każe będzie... no któżby, jak nie nasz, lud miłujący, ludowiec Kiernik?
Ale wracajmyż do naszych nieszczęśnych ułanów, bo to oni zdają mi się być ofiarami dni tych najtragiczniejszemi... Szarżujący szwadron, zdeterminowany szablami płazować [czyli uderzać nie ostrzem, a płaską częścią głowni - Wachm.] wpada na mokrą jezdnię i... konie zaczynają się ślizgać, a następnie przewracać! Na pierwszych kilkunastu obalonych wpadają kolejne szeregi i po chwili lwia część ze stu kilkudziesięciu ułanów leży, przygnieciona końmi własnymi lub kolegów, lub zaplątana w rynsztunku, wodzach, strzemionach...:(( I w tejże właśnie chwili spadają na nich dwa ciosy kolejne, a niezależne... Najpierw do leżących i właściwie bezbronnych ułanów strzelać zaczynają robotnicy, a potem i jeszcze w amoku walki dopadać do leżących i mordować, dobijać leżących. Tak giną oficerowie (rotmistrz Łukasiewicz umrze z ran w szpitalu) i wielu ułanów, a czego już pojąć w najmniejszej mierze nie mogę, nie chcę i nie umiem to strzelania do koni... :((
Nie jest jasnem, czy i który z samochodów pancernych ognia też i wówczas otworzył, aliści z pewnością nie był to kolejny najwięcej nieszczęśny dnia tego "Dziadek" z załogą swoją, bo ci się pilno tego trzymali, by ognia nie otwierać, za co krwawej zapłacili ceny... Zda się jednak, że insza jaka załoga, widno w sukurs ułanom posłana, dojrzawszy rzeź nad ułanami czynioną, może i myśliła onych ogniem osłonić, przecie strzelając bez baczenia w ciżbę bitewnie splątaną, takoż ofiar między robotnikami przysporzyła, jako i ułanów poszatkowała niemało! W chwil parę później tłum "Dziadka" otoczył i kół automobilowi unieruchomiwszy, do dziś nie wiedzieć czym, choć może to i ławki z Plant były, czy może i jakie z trotuarów płyty, mięli go na widelcu... Lufy karabinów wciskano w szczeliny obserwacyjne i do nieszczęśnej załogi strzelano bez miłosierdzia. Kierowca padł na miejscu, zasię dwaj pozostali ciężko ranni wywleczeni zostali i tłuszcza rozjuszona pancerką zawładnęła...
Cofnęli się żołnierze pierwotkiem do Rynku, ale i stamtąd ich wyparto, tak że koniec końców Czikiel jeno dworzec trzymał i rejony przyległe, aliści nareście się znaleźli tacy, co do rozumu przyszli, a ściślej, że ich nareście słuchać poczęto: w największej mierze posła Marka i posła Bobrowskiego. Pierwszego wreszcie wysłuchał Kiernik i zgodził się wojsko wycofać, osobliwie, że nie zdawało ono wyraźnie egzaminu, a skala masakry znacznie przekroczyła tych może spodziewanych "kilku kolejarzy". Przy tem do rządu musiały dotrzeć już głosy o tem, że tłum licznych na część Piłsudskiego wznosił okrzyków, a że oficyjerów część niemała piłsudczykowskiej była orientacyi, mogli się i nasi tytułowi obawiać tłumu z wojskiem zbratania... Z pewnością też i owo broni przez część oddziałów oddawanie, rozumiane też i było jako zamierzone i że to jaki spisku element... Bobrowski wynegocjował z Czikelem i Gałeckim szczegóły o tem, że się wojsko ma cofnąć, bezpieczeństwa w mieście zaś póki co zapewnią robotnicy, własnych patroli zbrojnych tworząc.
Wiatr historii musiał jednak wiać już tak mocno, że nasi tytułowi pojęli, że sami wichury tej nie ogarną. Przyszło więc do mediacyj, których szczegóła zdradza nam pamiętnik Macieja Rataja, ówcześnego marszałka Sejmu:
W Krakowie po burzliwych dnia uprzedniego demonstracjach, związkowcy i PPS szykowali kolejnej, jeszcze silniejszej, aliści gdy gromadząc się w pochód pod kolejnemi fabrykami i zakładami dotarli nareście pod Dom Robotniczy na ulicy Dunajewskiego 5*, zastali go otoczonego policyjnym kordonem, zaś w ulicach przyległych oddziały wojska.
Tłum począł na owych policjantów napierać, części udało się podejść korzystając z nieszczelności tegoż kordonu, lub też podając się za pracujących w budynkach za niem (np. w Kasie Chorych, takoż przy Dunajewskiego 5 mającej siedzibę), których to pracowników policja przepuszczać przykazane miała. Ale policja była nie tylko na ulicach. Dachy kilku domów i wieże kościołów Reformackiego i Karmelitów na Piasku zostały obsadzone przez karabiny maszynowe, silne patrole ukrywały się m.in. w Hotelu Krakowskim (w zbiegu Dunajewskiego, Garbarskiej i Basztowej) i to stamtąd padły pierwsze strzały, dokładnie w momencie, gdy kordon przegradzający ulicę Dunajewskiego został przez robotników przełamany przy pomocy przechwyconych i skierowanych do swoistej "szarży" ...dwóch wozów z kapustą:), która zresztą później posłużyła i za "amunicję".
Z chwilą, kiedy padli pierwsi zabici ( zastrzeleni robotnik Józef Nowak i kolejarz Stanisław Skoczeń, oraz robotnik Józef Stanclik, ojciec ośmiorga dzieci, pchnięty w szyję policyjnym bagnetem) tłum, do którego już teraz strzelano z co najmniej kilku stron, ruszył do desperackiej walki. Bito i rozbrajano policjantów, ale nie ta broń stała się źródłem największej tragedii, tylko karabiny dwóch kompanii z 16 Pułku Piechoty, które stojąc na Plantach pod murami kościoła Reformatów, nagle same znalazły się pod chaotycznym ogniem, prowadzonym przez policyjnych strzelców, a i podobno (jak później twierdzili socjaliści) przez prowokatorów policyjnych i endeckich. Ani żołnierze, ani oficerowie 16 Pułku nie popisali się tego dnia, bo jedni nie umieli w żaden sposób zapobiec chaosowi i zapanować nad żołnierzami, a drudzy, w sporej części świeży rekruci, najczęściej padali na ziemię, chroniąc się przed strzałami wśród zieleni Plant, ale i bez oporów pozwalając sobie odebrać broń...
Rzekłbym, że z czysto taktycznego punktu widzenia robotnicy radzili sobie dnia tego wielekroć lepiej od nibyż zawodowców, czyli wojska i policji. Niewątpliwie nie bez znaczenia to było, że najpewniej lwia ich część, to weterani niedawnej przecie wojny bolszewickiej, aliści i determinacyja jednych i drugich nie wytrzymywała porównania... I jedno jeszcze, bo prawdy dojść będzie ciężko, skoro lewica się nigdy przyznać nie chciała, że i robotników jaka część uprzednio już broń jaką miała, aliści nie zdaje mi się, by możliwem było, iżby było inaczej. Znali przecie, że manifestacyja wzbronioną, znali, że i wojsko naściągane, że i policja po wielekroć wzmocniona**. Wiemy też, że od czasów rewolucji 1905 roku były w PPS bojówki zbrojne, między inszemi dla ochrony pochodów powołane i w takiej właśnie komórce swojej krótkotrwałej kariery zaczynał Stefan Okrzeja. Nie sądzę, by za niepodległości odzyszczeniem, osobliwie w cyrkumstancyjach permanentnej "wojny" z podobnemi bojówkami endeckimi, by się co w partyjnej pragmatyce tutaj odmieniło, a wiem też i z familijnych przekazów, że nawet w okresach stosunkowo spokojnych, nawet pogrzeby co bardziej zasłużonych działaczy, były ochraniane, żeby do napaści nie dopuścić. Zwyczajnie zatem nie wierzę, by i tego dnia w tłumie najmniej kilkudziesięciu rewolwerów nie było, choć to, kto i do kogo strzelać zaczął, jest poza wszelkim dyskursem...
W kilkadziesiąt minut później niemal cały ten obszar Plant i ulicy Dunajewskiego jest już pod kontrolą demonstrantów, a do karabinów odebranych żołnierzom 16 Pułku doszło najmniej drugie tyle odebranych 20 Pułkowi, o tyle tutaj szczególnemu, że były to tzw. "krakowskie dzieci", pułk jak najbardziej miejscowy, złożony z synów, braci, kolegów a choćby i znajomych tych, do których im nagle strzelać rozkazano... Nie dziwota zatem, że ani strzelać nie chcięli, choć znów broni oddania trudno i im wybaczyć, skoro złudzeń mieć nie mogli, do czego użytą zostanie...
Dodajmy, że nie tylko wojsko miało w tej materii opory... Kiernik, by tępakowi Gałeckiemu ostatnich usunąć przeszkód w zmasakrowaniu robotników, na co najwyraźniej od dawna miał ochotę, licząc na efekt zastraszenia***, posunął się w przeddzień do odwołania szefa biura bezpieczeństwa przy wojewodzie, radcy Broszkiewicza, a dyrektora policji, Rękiewicza, de facto pozbawił wpływu na swoich własnych podwładnych.
Czikiel, pragnąc zapewne rozpędzić robotników, rozkazuje szarżować na nich jednemu ze szwadronów 8 Pułku Ułanów Księcia Józefa Poniatowskiego. Szarży prowadzi jeden z najzdolniejszych i najzasłużeńszych tegoż pułku oficerów, rotmistrz Lucjan Bochenek, kawaler orderu Virtuti Militari za wojnę bolszewicką. Przy nim kolejny weteran, rotmistrz Franciszek Łukasiewicz oraz nowicjusz świeżo po grudziądzkiej szkole, porucznik Zagórowski i kilkudziesięciu ułanów, między któremi kilkunastu o ukraińsko brzmiących nazwiskach (m.in. wśród poległych Wasyl Piróg i Iwan Senedjak), co potem da assumpt do twierdzeń, że podobno rząd się musiał przeciw Polakom na Rusinach oprzeć, bo polscy żołnierze nie chcieli...
Jest rzecz do dziś sporna, któż tej ulicy i kiedy wodą polał. Prawica tego usiłowała robotnikom przypisać, jako szczególnie odrażającego podstępu i pułapki na ułanów zastawionej, były i głosy, że to policja wodą z beczkowozów traktowała demonstrantów, aliści zdaje mi się, że to po prostu rankiem zwyczajnie magistrackie beczkowozy ulic i trotuarów zlewały, a tytułowym naszym do łbów zakutych nie przyszło, że to jakakolwiek być może za czas niezadługi przeszkoda. Robotnicy, przystępu przecie przódzi do okolic Domu Robotniczego nie mając, ani by i nie mięli tego jak wykonać, a policja by nawet miała i takiego sprzętu uszykowanego, to wypadki nazbyt się potoczyły szybko i nie sądzę, by w rozpoczętej już strzelaninie ktokolwiek jeszcze o "polewaczkach" zamyślał... Zresztą nie było wówczas jeszcze takich policyjnych ani taktyk, ani szkoleń czy sprzętu, pierwsze oddziały będące jakby zaczątkiem przyszłych policyjnych formacji specjalnych na wzór osławionego w Peerelu ZOMO, pojawią się dopiero PO wypadkach krakowskich****, a ministrem który je formować każe będzie... no któżby, jak nie nasz, lud miłujący, ludowiec Kiernik?
Ale wracajmyż do naszych nieszczęśnych ułanów, bo to oni zdają mi się być ofiarami dni tych najtragiczniejszemi... Szarżujący szwadron, zdeterminowany szablami płazować [czyli uderzać nie ostrzem, a płaską częścią głowni - Wachm.] wpada na mokrą jezdnię i... konie zaczynają się ślizgać, a następnie przewracać! Na pierwszych kilkunastu obalonych wpadają kolejne szeregi i po chwili lwia część ze stu kilkudziesięciu ułanów leży, przygnieciona końmi własnymi lub kolegów, lub zaplątana w rynsztunku, wodzach, strzemionach...:(( I w tejże właśnie chwili spadają na nich dwa ciosy kolejne, a niezależne... Najpierw do leżących i właściwie bezbronnych ułanów strzelać zaczynają robotnicy, a potem i jeszcze w amoku walki dopadać do leżących i mordować, dobijać leżących. Tak giną oficerowie (rotmistrz Łukasiewicz umrze z ran w szpitalu) i wielu ułanów, a czego już pojąć w najmniejszej mierze nie mogę, nie chcę i nie umiem to strzelania do koni... :((
Nie jest jasnem, czy i który z samochodów pancernych ognia też i wówczas otworzył, aliści z pewnością nie był to kolejny najwięcej nieszczęśny dnia tego "Dziadek" z załogą swoją, bo ci się pilno tego trzymali, by ognia nie otwierać, za co krwawej zapłacili ceny... Zda się jednak, że insza jaka załoga, widno w sukurs ułanom posłana, dojrzawszy rzeź nad ułanami czynioną, może i myśliła onych ogniem osłonić, przecie strzelając bez baczenia w ciżbę bitewnie splątaną, takoż ofiar między robotnikami przysporzyła, jako i ułanów poszatkowała niemało! W chwil parę później tłum "Dziadka" otoczył i kół automobilowi unieruchomiwszy, do dziś nie wiedzieć czym, choć może to i ławki z Plant były, czy może i jakie z trotuarów płyty, mięli go na widelcu... Lufy karabinów wciskano w szczeliny obserwacyjne i do nieszczęśnej załogi strzelano bez miłosierdzia. Kierowca padł na miejscu, zasię dwaj pozostali ciężko ranni wywleczeni zostali i tłuszcza rozjuszona pancerką zawładnęła...
Cofnęli się żołnierze pierwotkiem do Rynku, ale i stamtąd ich wyparto, tak że koniec końców Czikiel jeno dworzec trzymał i rejony przyległe, aliści nareście się znaleźli tacy, co do rozumu przyszli, a ściślej, że ich nareście słuchać poczęto: w największej mierze posła Marka i posła Bobrowskiego. Pierwszego wreszcie wysłuchał Kiernik i zgodził się wojsko wycofać, osobliwie, że nie zdawało ono wyraźnie egzaminu, a skala masakry znacznie przekroczyła tych może spodziewanych "kilku kolejarzy". Przy tem do rządu musiały dotrzeć już głosy o tem, że tłum licznych na część Piłsudskiego wznosił okrzyków, a że oficyjerów część niemała piłsudczykowskiej była orientacyi, mogli się i nasi tytułowi obawiać tłumu z wojskiem zbratania... Z pewnością też i owo broni przez część oddziałów oddawanie, rozumiane też i było jako zamierzone i że to jaki spisku element... Bobrowski wynegocjował z Czikelem i Gałeckim szczegóły o tem, że się wojsko ma cofnąć, bezpieczeństwa w mieście zaś póki co zapewnią robotnicy, własnych patroli zbrojnych tworząc.
Wiatr historii musiał jednak wiać już tak mocno, że nasi tytułowi pojęli, że sami wichury tej nie ogarną. Przyszło więc do mediacyj, których szczegóła zdradza nam pamiętnik Macieja Rataja, ówcześnego marszałka Sejmu:
"1
listopada. Gen. Czikiel, dowódca OK, ogłosił w Krakowie na podstawie rozkazu
ministra [spraw] wojskowych i rozporządzenia Rady Ministrów sądy doraźne dla
podlegających sądownictwu wojskowemu (a więc i powołanych
rezerwistów-kolejarzy).
Równocześnie ogłosił zarządzenie powołujące do służby wojskowej etatowych kolejarzy, szeregowców rezerwy z 1883—1901 r. Oporni będą uważani za dezerterów.
3 listopada. PPS i Centralna Komisja Związków Zawodowych w odpowiedzi na powyższe proklamują strajk generalny od 5 listopada. NPR-owskie związki przyłączają się do tej akcji.
Podejmuję akcję pośredniczącą. W domu u mnie przy łóżku, bo byłem chory na zapalenie gardła, spotykają się Żuławski i Kwapiński [działacze socjalistyczni-Wachm.]z Korfantym. Obie strony raczej ustępliwe. PPS widząc, że ruch może przeróść ich, chce się wycofać z honorem; Korfanty, rozumiejący ruchy robotnicze i ich dynamikę, gotów na kompromis.
5 listopada. Wieczorem zdawało się, że już dochodzi do kompromisu; Korfanty oświadczył przedstawicielom PPS, iż pewne ich żądania rząd przyjmuje; miały wyjść od PPS zlecenia zaprzestania strajku.
W nocy telefonuje mi Niedziałkowski, że cały kompromis upadł, gdyż rząd wydał komunikat,, iż po zaznajomieniu się z postulatami PPS przedstawionymi przez Korfantego uchwalił „wytrwać na swym dotychczasowym stanowisku"; a nadto PPS stwierdziła, że w drukarni państwowej składa się „Dziennik Ustaw" o zaprowadzeniu stanu wyjątkowego... „Rząd chciał nas wyprowadzić w pole, zdezawuować, doprowadzić do odwołania strajku generalnego, a wtedy wziąć nas za gardło przy pomocy stanu wyjątkowego... Wysłaliśmy więc polecenie kontynuowania i zaostrzenia strajku..."
Telefonuję do Witosa w sprawie „Dziennika Ustaw". „Owszem, drukowano na wszelki wypadek, ale rzecz nieaktualna już..." Znowu poszukiwania za Barlickim lub Niedziałkowskim[działacze socjalistyczni - Wachm] nad ranem prawie. Niestety, nie mogli zebrać CKW dla zmiany uchwały i odwołania instrukcji. [...]
5 listopada. Wybuchł strajk generalny w Warszawie. Elektrownia i filtry wodociągowe pod osłoną wojska, a częściowo obsługiwane przez wojsko. Rzucono granat na jeden z niewielu kursujących tramwajów, raniąc kilka osób, poza tym raczej spokojnie. Natomiast w Krakowie groźnie: mimo zakazu zgromadzeń tłumy zeszły się na ul. Dunajewskiego przed Domem Robotniczym — utarczki z policją, ranni z obu stron.
6 listopada. Krwawy dzień w Krakowie. Zaczęły się gromadzić tłumy na ulicach;
wojsko i policja miały rozkaz nie dopuścić do zgromadzeń. Padł strzał. Walka z policją. Rusza wojsko a); tłum rozbroił (niech żyje Dziadek!), zdobył karabiny i karabiny maszynowe, 2 pancerki: szarża ułanów na ul. Dunajewskiego. Ulica polana, konie ślizgają się i padają; salwy do ułanów 8 pułku ks. Poniatowskiego, masakrowanie rannych.
Rabunki — podejrzane figury, udział „Strzelca".
Około godziny 12 konferemcja w województwie między posłami PPS a Gałeckim i wojskiem; podpisano zawieszenie broni do 5 godziny. O tej godzinie przychodzi wiadomość z Warszawy o porozumieniu; robotnicy uzbrojeni zostają na stanowiskach!
Krwawe żniwa w Krakowie: 13 wojskowych zabitych (2 oficerów — Bochenek i Zagórowski), l policjant, kilku oficerów rannych (ciężko — Bzowski [pułkownik, dowódca 8 Pułku Ułanów-Wachm.]), 70 ułanów ciężko, 40 lżej rannych, 61 koni zabitych, 70 ciężko rannych. Siodła pocięte. Z tłumu około 20 rannych.*****
Około południa telefonuje Marek z Krakowa; PPS prosi mnie o pośrednictwo, Witos chętnie przyjmuje. Konferencja w Prezydium Rady Ministrów: Witos, Kwapiński, Moraczewski, Barlicki, Niedziałkowski, Korfanty, Kiernik i ja.
CKW i Centralne Związki Zawodowe odwołują strajk generalny i kolei; rząd gotów uchylić sądy doraźne, zwolnić z wojska kolejarzy, rozpatrzeć postulaty ekonomiczne, a wobec zgłaszających się do służby kolejarzy i pocztowców (zwolnionych!) kierować się przy przyjmowaniu „względami rzeczowymi". (Źródło nieporozumień.)
Rząd delegował Żeligowskiego na miejsce Czikiela i Olpińskiego wiceministra [na miejsce wojewody Gałeckiego-Wachm.].
Tegoż dnia w Tarnowie starcie z wojskiem i policją; rozbrojono oddział policji, strzały do wojska.
W Borysławiu strzał do tłumu; zabity przywódca PPS Cywiński i ranni robotnicy.
6 listopada. Wybuch bomby w domu OKR PPS; stróż zabity, woźny OKR ciężko ranny.
Tarcia między PPS i rządem co do wykonywania kompromisu (terminu zniesienia sądów doraźnych w Krakowie i demilitaryzacji, przyjmowanie wydalonych...); chwilami zdaje się, że burza się rozpęta...
Lewica rozgrzesza mord dokonany na żołnierzach. Piłsudski milczy! POW zbiera składki na ,,ofiary" krakowskie.
9 listopada. Poważny, manifestacyjny pogrzeb poległych żołnierzy."
Na zakończenie bym tylko raz jeszcze żal chciał wyrazić za wszystkiemi nieszczęśnie wówczas poległemi, aliści najwięcej za najbliższemi sercu memu ułanami, co nie dosyć, że nawet i przewinić niczem nie zdążyli, nim ich masakrować nie poczęto, to jeszcze przez lat całych dziesiątki przyszło im znosić odium arcyprzykre tych, co to rzekomo mięli na sumieniu szarżę na tłum "bezbronny"...
_______________________________
* - dziś tam już ani śladu po tem, aliści kto restauracyi "Warszawianki" pamięta, co przez peerelowskich lat dziesiątki sławy cokolwiek dwuznacznej zażywała, oazą życia nocnego w mieście będąc, a i bodaj pierwszej, co "programu artystycznego"(czytaj: striptizu) wprowadziła, ten wiedzieć będzie wybornie, o którem to to miejscu mowa, bo to ten sam jest budynek.
** - W 1926 w całym okręgu (województwie) krakowskim było razem 68 wyższych i 2264 niższych funkcjonariuszy. (dane za: M. Mączyński "Policja Państwowa w II RP" Kraków 1997), zatem najpewniej i w 1923 nie było ich więcej, więc w samem Krakowie mogło ich być miejscowych najwyżej 300-500, lecz wiemy też, że ściągano posiłki nawet aż z województw kresowych.
*** Posłowi Markowi z PPS miał na dni kilka PRZED zamieszkami oświadczyć, że jest zdeterminowany dla przywrócenia spokoju "wystrzelać kilku kolejarzy i będzie spokój". Po działaniach generała Czikla, który naściągał do miasta oprócz 16 Pułku Piechoty, także i 12 Pułk Strzelców Podhalańskich, a krytycznego dnia miał pod rozkazami zgrupowania niemal dziesięć tysięcy żołnierzy, w tem i pułk artylerii, pociąg pancerny i kilka samochodów pancernych, a co więcej jeszcze postawił w pogotowie lotników, każąc im być i nawet z bombami w gotowości. Kto wie do czego by doprowadził, gdyby go nie powstrzymano... Być może Koniew w 1945 by się już w ogóle nie musiał jakimikolwiek względami na zabytki krakowskie kierować...
**** - Wnioski wyciągnie i wojsko. Przyszły dowódca AK, Stefan Rowecki, wtedy jeszcze podpułkownik, w związku właśnie z temi zdarzeniami napisał instrukcję dla oddziałów piechoty pt."Walki uliczne".
***** - całkowity bilans strat w Krakowie wyraźnie pokazuje specyfikę tych walk. Bodaj nigdzie na świecie nie było tak, by summa ofiar po jednej, jak po drugiej stronie przy tłumieniu ulicznych zamieszek była w zasadzie równą... zazwyczaj to na jakiego jednego poranionego policjanta czy żandarma przypadało dziesiątki postrzelanych demonstrantów, a w carskiej Rosji to i setki...:(( Tutaj mieliśmy 15 zabitych robotników i trzech przypadkowych cywilów, a po drugiej stronie 14 zabitych z samego 8 Pułku Ułanów, kierowcę z samochodu pancernego "Dziadek" i jednego policjanta. Rannych robotników znanych ponad osiemdziesięciu, do których bym dołożył najmniej jakie drugie tyle lekko rannych i poturbowanych, co woleli się do szpitali nie zgłaszać, nie znając, co tam ich czekać będzie i tem sposobem z wszelkiej ewidencji umknęli... Żołnierzy zaś poranionych było z górą stu trzydziestu...
Równocześnie ogłosił zarządzenie powołujące do służby wojskowej etatowych kolejarzy, szeregowców rezerwy z 1883—1901 r. Oporni będą uważani za dezerterów.
3 listopada. PPS i Centralna Komisja Związków Zawodowych w odpowiedzi na powyższe proklamują strajk generalny od 5 listopada. NPR-owskie związki przyłączają się do tej akcji.
Podejmuję akcję pośredniczącą. W domu u mnie przy łóżku, bo byłem chory na zapalenie gardła, spotykają się Żuławski i Kwapiński [działacze socjalistyczni-Wachm.]z Korfantym. Obie strony raczej ustępliwe. PPS widząc, że ruch może przeróść ich, chce się wycofać z honorem; Korfanty, rozumiejący ruchy robotnicze i ich dynamikę, gotów na kompromis.
5 listopada. Wieczorem zdawało się, że już dochodzi do kompromisu; Korfanty oświadczył przedstawicielom PPS, iż pewne ich żądania rząd przyjmuje; miały wyjść od PPS zlecenia zaprzestania strajku.
W nocy telefonuje mi Niedziałkowski, że cały kompromis upadł, gdyż rząd wydał komunikat,, iż po zaznajomieniu się z postulatami PPS przedstawionymi przez Korfantego uchwalił „wytrwać na swym dotychczasowym stanowisku"; a nadto PPS stwierdziła, że w drukarni państwowej składa się „Dziennik Ustaw" o zaprowadzeniu stanu wyjątkowego... „Rząd chciał nas wyprowadzić w pole, zdezawuować, doprowadzić do odwołania strajku generalnego, a wtedy wziąć nas za gardło przy pomocy stanu wyjątkowego... Wysłaliśmy więc polecenie kontynuowania i zaostrzenia strajku..."
Telefonuję do Witosa w sprawie „Dziennika Ustaw". „Owszem, drukowano na wszelki wypadek, ale rzecz nieaktualna już..." Znowu poszukiwania za Barlickim lub Niedziałkowskim[działacze socjalistyczni - Wachm] nad ranem prawie. Niestety, nie mogli zebrać CKW dla zmiany uchwały i odwołania instrukcji. [...]
5 listopada. Wybuchł strajk generalny w Warszawie. Elektrownia i filtry wodociągowe pod osłoną wojska, a częściowo obsługiwane przez wojsko. Rzucono granat na jeden z niewielu kursujących tramwajów, raniąc kilka osób, poza tym raczej spokojnie. Natomiast w Krakowie groźnie: mimo zakazu zgromadzeń tłumy zeszły się na ul. Dunajewskiego przed Domem Robotniczym — utarczki z policją, ranni z obu stron.
6 listopada. Krwawy dzień w Krakowie. Zaczęły się gromadzić tłumy na ulicach;
wojsko i policja miały rozkaz nie dopuścić do zgromadzeń. Padł strzał. Walka z policją. Rusza wojsko a); tłum rozbroił (niech żyje Dziadek!), zdobył karabiny i karabiny maszynowe, 2 pancerki: szarża ułanów na ul. Dunajewskiego. Ulica polana, konie ślizgają się i padają; salwy do ułanów 8 pułku ks. Poniatowskiego, masakrowanie rannych.
Rabunki — podejrzane figury, udział „Strzelca".
Około godziny 12 konferemcja w województwie między posłami PPS a Gałeckim i wojskiem; podpisano zawieszenie broni do 5 godziny. O tej godzinie przychodzi wiadomość z Warszawy o porozumieniu; robotnicy uzbrojeni zostają na stanowiskach!
Krwawe żniwa w Krakowie: 13 wojskowych zabitych (2 oficerów — Bochenek i Zagórowski), l policjant, kilku oficerów rannych (ciężko — Bzowski [pułkownik, dowódca 8 Pułku Ułanów-Wachm.]), 70 ułanów ciężko, 40 lżej rannych, 61 koni zabitych, 70 ciężko rannych. Siodła pocięte. Z tłumu około 20 rannych.*****
Około południa telefonuje Marek z Krakowa; PPS prosi mnie o pośrednictwo, Witos chętnie przyjmuje. Konferencja w Prezydium Rady Ministrów: Witos, Kwapiński, Moraczewski, Barlicki, Niedziałkowski, Korfanty, Kiernik i ja.
CKW i Centralne Związki Zawodowe odwołują strajk generalny i kolei; rząd gotów uchylić sądy doraźne, zwolnić z wojska kolejarzy, rozpatrzeć postulaty ekonomiczne, a wobec zgłaszających się do służby kolejarzy i pocztowców (zwolnionych!) kierować się przy przyjmowaniu „względami rzeczowymi". (Źródło nieporozumień.)
Rząd delegował Żeligowskiego na miejsce Czikiela i Olpińskiego wiceministra [na miejsce wojewody Gałeckiego-Wachm.].
Tegoż dnia w Tarnowie starcie z wojskiem i policją; rozbrojono oddział policji, strzały do wojska.
W Borysławiu strzał do tłumu; zabity przywódca PPS Cywiński i ranni robotnicy.
6 listopada. Wybuch bomby w domu OKR PPS; stróż zabity, woźny OKR ciężko ranny.
Tarcia między PPS i rządem co do wykonywania kompromisu (terminu zniesienia sądów doraźnych w Krakowie i demilitaryzacji, przyjmowanie wydalonych...); chwilami zdaje się, że burza się rozpęta...
Lewica rozgrzesza mord dokonany na żołnierzach. Piłsudski milczy! POW zbiera składki na ,,ofiary" krakowskie.
9 listopada. Poważny, manifestacyjny pogrzeb poległych żołnierzy."
Na zakończenie bym tylko raz jeszcze żal chciał wyrazić za wszystkiemi nieszczęśnie wówczas poległemi, aliści najwięcej za najbliższemi sercu memu ułanami, co nie dosyć, że nawet i przewinić niczem nie zdążyli, nim ich masakrować nie poczęto, to jeszcze przez lat całych dziesiątki przyszło im znosić odium arcyprzykre tych, co to rzekomo mięli na sumieniu szarżę na tłum "bezbronny"...
_______________________________
* - dziś tam już ani śladu po tem, aliści kto restauracyi "Warszawianki" pamięta, co przez peerelowskich lat dziesiątki sławy cokolwiek dwuznacznej zażywała, oazą życia nocnego w mieście będąc, a i bodaj pierwszej, co "programu artystycznego"(czytaj: striptizu) wprowadziła, ten wiedzieć będzie wybornie, o którem to to miejscu mowa, bo to ten sam jest budynek.
** - W 1926 w całym okręgu (województwie) krakowskim było razem 68 wyższych i 2264 niższych funkcjonariuszy. (dane za: M. Mączyński "Policja Państwowa w II RP" Kraków 1997), zatem najpewniej i w 1923 nie było ich więcej, więc w samem Krakowie mogło ich być miejscowych najwyżej 300-500, lecz wiemy też, że ściągano posiłki nawet aż z województw kresowych.
*** Posłowi Markowi z PPS miał na dni kilka PRZED zamieszkami oświadczyć, że jest zdeterminowany dla przywrócenia spokoju "wystrzelać kilku kolejarzy i będzie spokój". Po działaniach generała Czikla, który naściągał do miasta oprócz 16 Pułku Piechoty, także i 12 Pułk Strzelców Podhalańskich, a krytycznego dnia miał pod rozkazami zgrupowania niemal dziesięć tysięcy żołnierzy, w tem i pułk artylerii, pociąg pancerny i kilka samochodów pancernych, a co więcej jeszcze postawił w pogotowie lotników, każąc im być i nawet z bombami w gotowości. Kto wie do czego by doprowadził, gdyby go nie powstrzymano... Być może Koniew w 1945 by się już w ogóle nie musiał jakimikolwiek względami na zabytki krakowskie kierować...
**** - Wnioski wyciągnie i wojsko. Przyszły dowódca AK, Stefan Rowecki, wtedy jeszcze podpułkownik, w związku właśnie z temi zdarzeniami napisał instrukcję dla oddziałów piechoty pt."Walki uliczne".
***** - całkowity bilans strat w Krakowie wyraźnie pokazuje specyfikę tych walk. Bodaj nigdzie na świecie nie było tak, by summa ofiar po jednej, jak po drugiej stronie przy tłumieniu ulicznych zamieszek była w zasadzie równą... zazwyczaj to na jakiego jednego poranionego policjanta czy żandarma przypadało dziesiątki postrzelanych demonstrantów, a w carskiej Rosji to i setki...:(( Tutaj mieliśmy 15 zabitych robotników i trzech przypadkowych cywilów, a po drugiej stronie 14 zabitych z samego 8 Pułku Ułanów, kierowcę z samochodu pancernego "Dziadek" i jednego policjanta. Rannych robotników znanych ponad osiemdziesięciu, do których bym dołożył najmniej jakie drugie tyle lekko rannych i poturbowanych, co woleli się do szpitali nie zgłaszać, nie znając, co tam ich czekać będzie i tem sposobem z wszelkiej ewidencji umknęli... Żołnierzy zaś poranionych było z górą stu trzydziestu...
27 marca, 2014
O wietrze historii i portkach pętaków...IV
Ciąg zdarzeń, które do nieszczęścia w Krakowie przywiodły, począł się, jak to w Polszcze zwykle bywa, od trudności aprowizacyjnych. Nie wiedzieć czemu (chyba że to ktoś chce w kolportowaną ówcześnie, a i po wojnie z lubością przez komunistów powtarzaną wersję o spekulantach wierzyć) akuratnie w Krakowie z końcem października zabrakło po sklepach niemal wszytkiego od mąki poczynając, a na mięsie kończąc, a co najgorsze w obliczu nadchodzącej zimy: po składach nie szło kupić węgla!
Pojmuję ja, że spekulant to zawszeć jest wytłomaczenie z prostych najłatwiejsze, aliści podług mnie tu się po prostu w obliczu opisywanej w częściach poprzednich inflacji (I ,II, III) zawalił system dystrybucyjny, a niewydolność rozliczeń w spadającej na łeb, na szyję marce polskiej, przywiódł do wyhamowania obrotów handlowych, a co za tem idzie i do umniejszenia zapasów, tak po sklepach, jak i u hurtowników. Potem starczyła już jeno plotka jaka o tych brakach, by ludzie masowo wykupili to, co jeszcze do wykupienia było i tem sposobem panika ta stała się przepowiednią samosprawdzającą, a ceny jakiejkolwiek żywności stały się najwyższe w kraju... Oskarżano potem władze o to, że o aprowizację nie zadbały, ani i cen nie upilnowały... Nie bronię ja ich, bo i inszych grzechów dość mają, aliści na miły Bóg, jakże w gospodarce rynkowej władza miała na stan zapasów po składach węglowych wpływać?
Kraków, sam nie będąc wojną zniszczonym, i fabryk miał ewakuacyjami maszyn niezdewastowanych, to i procent robotniczy, a co za tem idzie i związkowy był ponad ówcześną w Polszcze przeciętną. Dodajmyż też i zrazu, że ci robotnicy wielce długich mięli tradycyj socjalistycznych, bo pierwszego socjalistycznego posła, jeszcze do wiedeńskiego, c.k.parlamentu wybrano tu z górą dwadzieścia lat wcześniej, a całe pokolenie zdążyło uróść, chowane na lekturze legalnego "Naprzodu" i pod wpływami wielce silnej partyi socjal-demokratycznej, co po wojnie z podobnemi z zaborów inszych, PPS składać miała.
Wzburzenie zrozumiałe socjaliści ukierunkowali w pierwszy strajk, co wybuchł 29 października, aliści ten jeszcze po kilku godzinach został odwołanem i szczęśliwie obyło się bez incydentów większych. Ponieważ jednak stanęło w rzeczy samej wszystko, włącznie z tramwajami miejskiemi, na władzach wywarło to wrażenia piorunującego i nasi tytułowi z punktu działać poczęli, by się przed recydywą zdarzeń asekurować...
Ministrowi spraw wewnętrznych, Władysławowi Kiernikowi*
, extraordynaryjnych udzielono pełnomocnictw, jeno że ów w swych działaniach w jedną tylko szedł stronę, rzec by można, że tąż samą, co sześćdziesiąt lat później pewien generał w ciemnych okularach... Nie szukano opcyj jakiegobądź porozumienia, czy negocjacyj, a rzecz całą wyraźnie chciano zdusić bagnetem i przemocą. Jedną z pierwszych decyzyj było kolei zmilitaryzowanie, by strajkujących kolejarzy móc przed sądy doraźne stawiać jako dezerterów, co się nawiasem kwalifikowało jako sprawa przed Trybunał Stanu, bo konstytucyję marcową** tutaj jawnie złamano!
Oburzone tem władze związkowe i PPS pospołu 3 listopada strajku generalnego proklamowały od dnia 5 listopada, na co z kolei władze w miastach pryncypalnych stanu wyjątkowego ogłosiły, a w Krakowie wojewoda Gałecki posunął się do zakazu wszelkich publicznych zgromadzeń, pocztowcom zapowiedział nastychmiastowe zwolnienia, jeśli pracy nie podejmą, zasię i pospołu z dowódcą tutejszego Okręgu Korpusu, jenerałem Cziklem doszli i do tego, że strajkujących patrole policyjne i wojskowe w domach nachodziły, wywlekając ich przemocą i przymuszając do stawienia się w pracy. Czikel dodatkiem na 5 listopada sił wojskowych pościągał do miasta większych i nakazał onym demonstracyjne po mieście przemarsze, czy i nawet w Rynku obozowanie...
Byłożby i może już 5 -go przyszło do starć pierwszych, bo kompania strzelców naprzeciwko tłumu stanęła wrogiego, gdzie jedni drugim przymawiać poczęli, a gdy z szeregów żołnierskich popłynęły wymówki, za cóż też ich tak postponują srodze, gdy oni przecie tacy sami, jako i tamci, komendujący oficyjer, czując, że lada chwila kontroli utraci, począł komend dawać, jakoby iście za chwilę miał zamiar salwy dać. I tu się zdarzyła rzecz przedziwna, bo oto w rzecz wdał się, podobnoś akuratnie gdzie przechodzący bokiem... major Wacław Kostek-Biernacki, późniejsza "czarna legenda" sanacji, przyszły komendant twierdzy brzeskiej z czasów uwięzienia tam przywódców "Centrolewu", takoż wojewoda poleski w czasach tworzenia obozu w Berezie, zupełnie fałszywie utożsamiany z niem i wielokrotnie przedstawiany jako jego rzekomy inicjator i zarządca...
I oto tenże "Kostek Wjeszatiel"***, "kat brzeski", nie mający tam nic służbowego do roboty, wdaje się w dyskurs z dowódcą kompanii i koniec końców przekonuje go, by od działania wszelkiego odstąpił i wraz z oddziałem się wycofał. Podług relacyi posła pepeesowskiego Drobnera, tłum uszczęśliwiony miał Biernackiego nieść długą chwilę na rękach!:) Nawiasem, to ten właśnie incydent, jako też i ustawicznie wznoszone przez cały czas trwania zamieszek okrzyki ku czci Piłsudskiego, ale i dziwnie przypadkowa obecność w Krakowie piłsudczyków wielu, assumpt dała endekom do oskarżeń, że to w istocie kręgi Marszałkowi bliskie za zdarzeniami temi stały. Po przewrocie majowym mówiono wprost, że Kraków był nibyż tego przewrotu próbą generalną... Rzecz się robi tragikomiczna, gdy znów wejrzeć na to, że komuniści i przed wojną wobec Moskwy dowieść usiłowali, że to oni byli wszystkiego spiritus movens, zasię po wojnie ta wersja nieomal była już dogmatyczną i doprawdy zabawne jak wielu ojców by mieć miało jedno nieudane powstanie, jeśli to w ogóle iście zwać możemy powstaniem... Do tego rzekomego bolszewickiego sprawstwa jeszcze wrócimy, natomiast co do roli piłsudczyków, to zdaje mi się, że kontakty między PPS-em a obozem Marszałka wciąż jeszcze były na tyle żywe, że Ów wybornie wiedział, co się święci, a nie dowierzając relacjom ani jednej, ani drugiej strony, po prostu wysłał w zapalny rejon swoich "obserwatorów", być i może z jaką sekretną misją gotowości do jakiej mediacji, gdyby sprawy prawdziwie zły obrót wziąć miały...
Ano i takeśmy przyszli do dnia najważniejszego, 6 listopada, aliści o niem opowiemy już w nocie następnej... _____________________
* - ciekawość, że będąc jednym z najważniejszych w PSL-u ludzi (członek Zarządu Głównego, redaktor partyjnej gazety "Piast" i minister w każdem rządzie z PSL-u udziałem), totumfacki Witosa i przez lata jeden z prawdziwie onemu najbliższych (razem ich po przewrocie majowem piłsudczycy za kratę posadzili, pospołu w procesie brzeskim byli sądzeni i pospołu do Czechosłowacyi emigrowali w 1933 roku i skąd też razem, w marcu 1939 roku wrócili), po wojnie wielce szybko języka znalazł wspólnego z komunistami, którzy teoretycznie przecie za rozkaz strzelania do robotniczego tłumu w 1923 powinni go chcieć na suchej gałęzi obwiesić... Tem zaś czasem ów, wielce Mikołajczykowi wrogi, wrychle stał się jednym z najgłówniejszych architektów przyszłego, satelickiego wobec komunistów ZSL-u, w którego władzach zasiadał jeszcze jako sędziwy starzec, w połowie lat 60-tych, że nie wspomnę o ministrowaniu (minister administracji publicznej) w Rządzie Jedności Narodowej Osóbki-Morawskiego i trwaniu na tej posadzie do końca, mimo represyj wobec PSL-u i ucieczki Mikołajczyka...
** - art.108 o swobodzie strajków i zrzeszania się pracowników.
*** - przydomek Biernackiego z czasów, gdy przez kilka miesięcy w 1914 roku, wobec braku ochotników i na wyraźny Komendanta rozkaz, został dowódcą Żandarmerii legionowej w I Brygadzie i przyszło mu też i wykonywać wyroków sądu polowego na szpiegach. W 1934 roku przeniesiony w stan spoczynku, ale w 1939 powołany na stanowisko Komisarza Cywilnego przy Naczelnym Wodzu i w tym charakterze towarzyszył Rydzowi-Śmigłemu aż do internowania w Rumunii włącznie. Wrócił z tej Rumunii do kraju w 1945 i z punktu został aresztowanym przez UB, ale nawet po ośmiu latach uwięzienia ( m.in. siedział przez pewien czas razem z gauleiterem Kochem, przy tem w warunkach, przy których Bereza wyrasta nieomal na sanatorium) ubeccy majstrowie od fałszywych dowodów i oskarżeń nie potrafili mu sprokurować procesu ani o jego rolę w Brześciu, ani w Berezie. Skazany na 10 lat dopiero w procesie w 1953 za ogólnikową "faszyzację życia publicznego" był chyba jednym z nielicznych stalinowskich więźniów, którzy swój wyrok odsiedzieli "od gwizdka do gwizdka", jeśli mu uwięzienie od 1945 zaliczyć. Ciężko schorowany (rozedma płuc, gościec stawowy, padaczka, miażdżyca, choroba wieńcowa, przy tem jeszcze głuchy i bezzębny) wyszedł (jeśli to tak się nazwać godzi, bo prawdziwie to został wyniesiony na noszach) na wolność w listopadzie 1955 roku, a zmarł w półtora roku później. W kontekście wypadków krakowskich ironią historii jest to, że nieomalże zgnił za kratą człowiek, co do strzelania nie dopuścił, a siedział w czasie, gdy znów ministrem był ten, co wtedy strzelać rozkazał...
Pojmuję ja, że spekulant to zawszeć jest wytłomaczenie z prostych najłatwiejsze, aliści podług mnie tu się po prostu w obliczu opisywanej w częściach poprzednich inflacji (I ,II, III) zawalił system dystrybucyjny, a niewydolność rozliczeń w spadającej na łeb, na szyję marce polskiej, przywiódł do wyhamowania obrotów handlowych, a co za tem idzie i do umniejszenia zapasów, tak po sklepach, jak i u hurtowników. Potem starczyła już jeno plotka jaka o tych brakach, by ludzie masowo wykupili to, co jeszcze do wykupienia było i tem sposobem panika ta stała się przepowiednią samosprawdzającą, a ceny jakiejkolwiek żywności stały się najwyższe w kraju... Oskarżano potem władze o to, że o aprowizację nie zadbały, ani i cen nie upilnowały... Nie bronię ja ich, bo i inszych grzechów dość mają, aliści na miły Bóg, jakże w gospodarce rynkowej władza miała na stan zapasów po składach węglowych wpływać?
Kraków, sam nie będąc wojną zniszczonym, i fabryk miał ewakuacyjami maszyn niezdewastowanych, to i procent robotniczy, a co za tem idzie i związkowy był ponad ówcześną w Polszcze przeciętną. Dodajmyż też i zrazu, że ci robotnicy wielce długich mięli tradycyj socjalistycznych, bo pierwszego socjalistycznego posła, jeszcze do wiedeńskiego, c.k.parlamentu wybrano tu z górą dwadzieścia lat wcześniej, a całe pokolenie zdążyło uróść, chowane na lekturze legalnego "Naprzodu" i pod wpływami wielce silnej partyi socjal-demokratycznej, co po wojnie z podobnemi z zaborów inszych, PPS składać miała.
Wzburzenie zrozumiałe socjaliści ukierunkowali w pierwszy strajk, co wybuchł 29 października, aliści ten jeszcze po kilku godzinach został odwołanem i szczęśliwie obyło się bez incydentów większych. Ponieważ jednak stanęło w rzeczy samej wszystko, włącznie z tramwajami miejskiemi, na władzach wywarło to wrażenia piorunującego i nasi tytułowi z punktu działać poczęli, by się przed recydywą zdarzeń asekurować...
Ministrowi spraw wewnętrznych, Władysławowi Kiernikowi*
, extraordynaryjnych udzielono pełnomocnictw, jeno że ów w swych działaniach w jedną tylko szedł stronę, rzec by można, że tąż samą, co sześćdziesiąt lat później pewien generał w ciemnych okularach... Nie szukano opcyj jakiegobądź porozumienia, czy negocjacyj, a rzecz całą wyraźnie chciano zdusić bagnetem i przemocą. Jedną z pierwszych decyzyj było kolei zmilitaryzowanie, by strajkujących kolejarzy móc przed sądy doraźne stawiać jako dezerterów, co się nawiasem kwalifikowało jako sprawa przed Trybunał Stanu, bo konstytucyję marcową** tutaj jawnie złamano!
Oburzone tem władze związkowe i PPS pospołu 3 listopada strajku generalnego proklamowały od dnia 5 listopada, na co z kolei władze w miastach pryncypalnych stanu wyjątkowego ogłosiły, a w Krakowie wojewoda Gałecki posunął się do zakazu wszelkich publicznych zgromadzeń, pocztowcom zapowiedział nastychmiastowe zwolnienia, jeśli pracy nie podejmą, zasię i pospołu z dowódcą tutejszego Okręgu Korpusu, jenerałem Cziklem doszli i do tego, że strajkujących patrole policyjne i wojskowe w domach nachodziły, wywlekając ich przemocą i przymuszając do stawienia się w pracy. Czikel dodatkiem na 5 listopada sił wojskowych pościągał do miasta większych i nakazał onym demonstracyjne po mieście przemarsze, czy i nawet w Rynku obozowanie...
Byłożby i może już 5 -go przyszło do starć pierwszych, bo kompania strzelców naprzeciwko tłumu stanęła wrogiego, gdzie jedni drugim przymawiać poczęli, a gdy z szeregów żołnierskich popłynęły wymówki, za cóż też ich tak postponują srodze, gdy oni przecie tacy sami, jako i tamci, komendujący oficyjer, czując, że lada chwila kontroli utraci, począł komend dawać, jakoby iście za chwilę miał zamiar salwy dać. I tu się zdarzyła rzecz przedziwna, bo oto w rzecz wdał się, podobnoś akuratnie gdzie przechodzący bokiem... major Wacław Kostek-Biernacki, późniejsza "czarna legenda" sanacji, przyszły komendant twierdzy brzeskiej z czasów uwięzienia tam przywódców "Centrolewu", takoż wojewoda poleski w czasach tworzenia obozu w Berezie, zupełnie fałszywie utożsamiany z niem i wielokrotnie przedstawiany jako jego rzekomy inicjator i zarządca...
I oto tenże "Kostek Wjeszatiel"***, "kat brzeski", nie mający tam nic służbowego do roboty, wdaje się w dyskurs z dowódcą kompanii i koniec końców przekonuje go, by od działania wszelkiego odstąpił i wraz z oddziałem się wycofał. Podług relacyi posła pepeesowskiego Drobnera, tłum uszczęśliwiony miał Biernackiego nieść długą chwilę na rękach!:) Nawiasem, to ten właśnie incydent, jako też i ustawicznie wznoszone przez cały czas trwania zamieszek okrzyki ku czci Piłsudskiego, ale i dziwnie przypadkowa obecność w Krakowie piłsudczyków wielu, assumpt dała endekom do oskarżeń, że to w istocie kręgi Marszałkowi bliskie za zdarzeniami temi stały. Po przewrocie majowym mówiono wprost, że Kraków był nibyż tego przewrotu próbą generalną... Rzecz się robi tragikomiczna, gdy znów wejrzeć na to, że komuniści i przed wojną wobec Moskwy dowieść usiłowali, że to oni byli wszystkiego spiritus movens, zasię po wojnie ta wersja nieomal była już dogmatyczną i doprawdy zabawne jak wielu ojców by mieć miało jedno nieudane powstanie, jeśli to w ogóle iście zwać możemy powstaniem... Do tego rzekomego bolszewickiego sprawstwa jeszcze wrócimy, natomiast co do roli piłsudczyków, to zdaje mi się, że kontakty między PPS-em a obozem Marszałka wciąż jeszcze były na tyle żywe, że Ów wybornie wiedział, co się święci, a nie dowierzając relacjom ani jednej, ani drugiej strony, po prostu wysłał w zapalny rejon swoich "obserwatorów", być i może z jaką sekretną misją gotowości do jakiej mediacji, gdyby sprawy prawdziwie zły obrót wziąć miały...
Ano i takeśmy przyszli do dnia najważniejszego, 6 listopada, aliści o niem opowiemy już w nocie następnej... _____________________
* - ciekawość, że będąc jednym z najważniejszych w PSL-u ludzi (członek Zarządu Głównego, redaktor partyjnej gazety "Piast" i minister w każdem rządzie z PSL-u udziałem), totumfacki Witosa i przez lata jeden z prawdziwie onemu najbliższych (razem ich po przewrocie majowem piłsudczycy za kratę posadzili, pospołu w procesie brzeskim byli sądzeni i pospołu do Czechosłowacyi emigrowali w 1933 roku i skąd też razem, w marcu 1939 roku wrócili), po wojnie wielce szybko języka znalazł wspólnego z komunistami, którzy teoretycznie przecie za rozkaz strzelania do robotniczego tłumu w 1923 powinni go chcieć na suchej gałęzi obwiesić... Tem zaś czasem ów, wielce Mikołajczykowi wrogi, wrychle stał się jednym z najgłówniejszych architektów przyszłego, satelickiego wobec komunistów ZSL-u, w którego władzach zasiadał jeszcze jako sędziwy starzec, w połowie lat 60-tych, że nie wspomnę o ministrowaniu (minister administracji publicznej) w Rządzie Jedności Narodowej Osóbki-Morawskiego i trwaniu na tej posadzie do końca, mimo represyj wobec PSL-u i ucieczki Mikołajczyka...
** - art.108 o swobodzie strajków i zrzeszania się pracowników.
*** - przydomek Biernackiego z czasów, gdy przez kilka miesięcy w 1914 roku, wobec braku ochotników i na wyraźny Komendanta rozkaz, został dowódcą Żandarmerii legionowej w I Brygadzie i przyszło mu też i wykonywać wyroków sądu polowego na szpiegach. W 1934 roku przeniesiony w stan spoczynku, ale w 1939 powołany na stanowisko Komisarza Cywilnego przy Naczelnym Wodzu i w tym charakterze towarzyszył Rydzowi-Śmigłemu aż do internowania w Rumunii włącznie. Wrócił z tej Rumunii do kraju w 1945 i z punktu został aresztowanym przez UB, ale nawet po ośmiu latach uwięzienia ( m.in. siedział przez pewien czas razem z gauleiterem Kochem, przy tem w warunkach, przy których Bereza wyrasta nieomal na sanatorium) ubeccy majstrowie od fałszywych dowodów i oskarżeń nie potrafili mu sprokurować procesu ani o jego rolę w Brześciu, ani w Berezie. Skazany na 10 lat dopiero w procesie w 1953 za ogólnikową "faszyzację życia publicznego" był chyba jednym z nielicznych stalinowskich więźniów, którzy swój wyrok odsiedzieli "od gwizdka do gwizdka", jeśli mu uwięzienie od 1945 zaliczyć. Ciężko schorowany (rozedma płuc, gościec stawowy, padaczka, miażdżyca, choroba wieńcowa, przy tem jeszcze głuchy i bezzębny) wyszedł (jeśli to tak się nazwać godzi, bo prawdziwie to został wyniesiony na noszach) na wolność w listopadzie 1955 roku, a zmarł w półtora roku później. W kontekście wypadków krakowskich ironią historii jest to, że nieomalże zgnił za kratą człowiek, co do strzelania nie dopuścił, a siedział w czasie, gdy znów ministrem był ten, co wtedy strzelać rozkazał...
Subskrybuj:
Posty (Atom)