17 kwietnia, 2016

O pogromie pod Abukirem opowieści pokończenie...


  Bywalcom, ma się rozumieć, wiedzieć, że nota dzisiejsza pokończeniem jest cyklu całego, któregośmy wywiedli od niedoszłych spotkań na morzu napoleońskiej armady inwazyjnej do Egiptu zmierzającej a tropiącą Francuzów flotą Nelsona, które to floty, dla najrozmaitszych przyczyn, się trzykrotnie na morzu minęły I , II , IIIIV , V , VI ). Samej bitwy żeśmy poczęli opisywać przebiegu w części V, od której znów VI jest w zasadzie jedną wielką dygresją, po części i Waszemi uwagami sprawioną:).
  Pora nam do tej nocy w zatoce Abukir nawrócić i dać nareście zatonąć temu, co zatonąć miało, zginąć tym, którzy mieli świtania nie dożyć, zasię jakich tejże całości może i podsumowań dokonać... Byłaż w części poprzedniej kontrowersyja nieduża względem map czytelności, tom i szukał czego lepszego, najdując nareście na paginie magazynu "Mówią Wieki" poniższej mapki, której gdybym był znał przódzi najpewniej darowałbym sobie i Wam opisywanie tego wszystkiego i odesłał do ichniego opisania, tak ta rzecz bowiem tam jest dokumentnie wyłożoną...




 Skoro rzecz całą mamy, jak na dłoni wyłożoną, skupmy się zatem na niejakich poboczach, które jednak zdają mi się na tyle ważkie, że warto spomnieć o nich. Uderza w tej bitwie wielkość strat, osobliwie wśród oficyjerów brytyjskich, bo te francuskie są poniekąd proporcjonalne do całości; trudnoż na okręcie, na którym niemal cała zginęła załoga, oczekiwać, że ocaleją akuratnie oficerowie...
  Najpierwsze czego to dowodzi, to tego, że się owi nie chowali i kulom nie kłaniali... I w rzeczy samej był w brytyjskiej marynarce swoisty "sznyt" nakazujący oficerom trwanie niewzruszenie w czasie bitwy na swoim posterunku i za niehonorowe uważający jakiekolwiek od tego odstępstwo. Pytanie może i zasadne: ilu na skutek tej "mody" przyszłych Nelsonów czy Rodneyów nie dożyło nawet awansu na kapitana?
   Przyczyna wtóra to niewątpliwie celowa chęć co gorliwszych strzelców, by właśnie kadrę przede wszystkim razić (Nelson pod Trafalgarem od takiego właśnie ostrzału zginie), ale i to nie wyczerpuje kwestii... owoż pokazuje się, że w tęgiej między okrętami strzelaninie, równie zabójcze dla załogi co kule i odłamki ze szrapneli wroga, pokazują się własnego okrętu elementy, które rozbijane ogniem armatnim idą w drzazgi i te właśnie "drzazgi" biją we własną załogę. Mówiąc "drzazgi" rozumiem, że tak sobie tego właśnie Lectorowie imaginują, tem zaś czasem owe "drzazgi" wyrwane z nadburcia, masztów, czy pokładu czasem miewały postać metrowej belki czy szczapy, tnącej powietrze z prędkością bliską owej kuli armatniej, która je wyrwała z poszycia... że nie wspomnę o spadających na pokład z kilkunastu metrów rei, czyli potężnych i ciężkich belek z całego pnia drzewa nieraz czynionych.... Sęk w tem, że te same kawały drewna latające pod pokładem, gdzie większość marynarzy pracowała przy działach, miały tam dość ograniczoną przestrzeń, czego nie sposób powiedzieć o otwartym pokładzie, zwłaszcza tylnym, gdzie przebywała większość oficerów.
   Zresztą nawet i elementy pozornie drobne, przecie lecące z ogromną prędkością, potrafiły być równie zabójcze. Rozbity na "Orionie" blok linowy rozrzucił na wszystkie strony krążki, po których przesuwały się liny i taki właśnie krążek najpierw zabił sekretarza Saumareza, Bairda, poranił midszypmena Mellsa, by nareście grzmotnąć w udo samego kapitana, obalając go na pokład. Saumarez przez moment myślał nawet, że to kula mu nogę właśnie urwała i ostatnia nań przyszła godzina, aliści choć pokończyło się dlań na poranieniach i potłuczeniach, chodzić dni kilka nie poradził i nawet w wydanej przez Nelsona uczcie dla uczczenia zwycięstwa udziału nie wziął, podobnie jak poległy kapitan "Majestica" Westcott.
  Dwa z tych okrętów spotkały się jeszcze niezadługo po bitwie. Oto francuski "Genereux" przechwycił na morzu posłanego do Anglii z wieściami o wiktorii "Leandra". Skutek tego był taki, że w Londynie się najpóźniej o wszytkiem wywiedziano, bo dopieroż w październiku, zaś uboczny skutek może i drobny taki, że nim się "Leander" poddał, wyrzucono za burtę wszelkich kodów i map, takoż i przesyłanych raportów, w tem i zwyczajnej marynarzy korespondencyi do rodzin, tandem naprawdę niewiele mamy relacyj na gorąco spisanych, ale jest między niemi i taka, która wspomina o narodzinach dziecka jakiegoś podczas tejże batalii* :)
   Z jednej strony nie sposób nie podziwiać niezwykłej determinacji Francuzów, gdzie opisany przypadek kapitana "Tonnanta", Aristida Dupetit-Thouarsa, który utraciwszy nóg obu, kazał się do beczki z trocinami włożyć, by móc zachować wyprostowanej pozycji i nadal podkomendnymi dowodził, a nim pomarł z krwie upływu, rozkazał jeszcz bandery przybić do masztu, co ówcześnie rozumiano jako zakaz jej opuszczenia (poddania się). Z wtórej znów strony jest ciekawe świadectwo brytyjskiego marynarza Johna Nicole'a, weterana jeszcze starć z amerykańskiej wojny o niepodległość, który wspominał rezygnację i rozpacz wyłowionych z wody ocalałych z eksplozji "L'Orienta":
"Na wojnie amerykańskiej, kiedy braliśmy francuski okręt [...] jeńcy byli tak weseli, jakby to oni nas pokonali. Fortune de guerre, mówili; dziś wy nas, jutro my was zwyciężymy. Ci wzięci dzisiaj na pokład byli nam wdzięczni za ratunek, ale siedzieli ponurzy i załamani, jakby każdy z nich własny statek utracił".
   Cały następny dzień trwało dobijanie francuskiej floty, pomimo że ostatnie załogi francuskie nie mogły mieć już żadnych złudzeń co do wyniku tych zmagań. Ostatni (po ucieczce kontradmirała de Villeneuve'a** na "Guillaumie Tellu" i z towarzyszącymi mu "Genereux" oraz fregatami "Diane" i "Justice") walczący jeszcze "Tonnant" poddał się jednak (mimo owej przybitej bandery) dopiero gdy zmarł kapitan, a walczący właściwie wrak został otoczony przez cztery brytyjskie okręty.
  Napoleon dowiedział się o klęsce dopiero 13 sierpnia, gdy ścigającego jaki mameluków oddział, kurierzy dopadli gdzie na Synaju. Sekretarz de Bourienne zanotował, że był przez długą chwilę przytłoczony tym nieszczęściem. Miał ponoć zawołać "Brueyesie nieszczęsny, cóżeś ty uczynił!" najwyraźniej nie przyjmując do wiadomości, że on sam jest tej klęski w niemałej części przyczyną i za nią ponosi odpowiedzialność. Być też i może, że przy swoim umyśle i zdolności błyskawicznego rozumowania, był jednym z niewielu, którzy w lot pojęli wszystkie, nawet te najbardziej dalekosiężne skutki tej klęski, wśród których uwięzienie jego i jego żołnierzy w Egipcie bynajmniej nie wyczerpywało listy...
  Na koniec bym o jeszcze jednej chciał przypomnieć sprawie, osobliwie tym, co się na jakie do Egiptu wywczasy wybierają...:) Otóż owo całe złoto kawalerów maltańskich, którego zabór i załadunek żeśmy w części tegoż cyklu wtórej opisywali, w czasie batalii znajdowało się na, a ściślej: pod pokładem flagowego "L'Orienta", tegoż właśnie który eksplodował, zasypując płonącemi szczątkami całą zatokę na pół mili wokoło... Ano i podług mojej wiedzy dopotąd to jedynie mikre z tego cząstki odnaleziono, zatem kto się za wybrańca Fortuny uważa, może miast miejscowych "złotych pociągów" luboż ich miraży szukać, może całkiem realnego złota w zatoce Abukir poszukać...:)
__________________________
* - nie było niczym niezwykłym, że na okrętach jednak przebywały i niewiasty. Pomijając portowe ladacznice, które niemal zawsze marynarze próbowali jakoś przemycić w rejs, wierząc, że znalezione na pełnym morzu nie spowodują zawrócenia okrętu, czasami podróżowały nimi i żony niektórych oficerów, lub też czyniono "grzeczność" jakiejś żonie przewożonego dyplomaty czy generała wojsk lądowych, natomiast w zasadzie zawsze z żonami podróżowali niektórzy okrętowi specjaliści, zbyt cenni, by się ich umiejętności i wiedzy pozbywać zbyt wcześnie. Niektóre z tych żon głównych artylerzystów, żaglomistrzów, cieśli czy nawet niektórych zasłużonych marynarzy zostawały wdowami, nieraz na własne oczy widząc śmierć mężów swoich... Cztery takie wdowy właśnie kapitan Foley z "Goliatha" kazał wciągnąć po Abukirze na listę załogi, zapewniając im zaprowiantowanie i żołd i poniekąd rozpoczynając narodową dyskusję nad systemem zaopatrywania wdów i sierot po poległych...
** -przyszły przeciwnik Nelsona spod Trafalgaru. Nie ścigano uciekających, bo każdy z brytyjskich okrętów miał takielunek w gorszym stanie, niż nie biorący dotychczas w walce Francuzi.


                                 ................


27 komentarzy:

  1. W zasadzie tego należało się spodziewać po analizie poprzednich odcinków.
    Jeszcze odnośnie skutków rażenia na pokładzie i w pomieszczeniach zamkniętych - obijające się o ściany kawały drewna czyniły większe spustoszenie niż na w miarę otwartej przestrzeni pokładu. Na pokładzie, jeżeli nie trafiały w przeszkodę, to leciały za burtę, nie czyniąc więcej szkód. W pomieszczeniu, latały, obijając się o wszystko na co trafiły, aż wytraciły energię. To trochę analogicznie jak w czołgu - maleńki pocisk, gdy wpadł do środka, czynił nieproporcjonalne spustoszenie, bo zanim wyhamował, to kilka razy się odbił od ścian.
    Te "Nelsony" to poza takim samym brzmieniem nazwiska (imienia) miały cokolwiek wspólnego z TYM Nelsonem??? :D :D :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o, tak zadymiało ...
      http://img-9gag-fun.9cache.com/photo/aZMV1op_460sv.mp4

      PS. Jeszcze zrazów po nelsońsku brak w kropkach ;)

      Usuń
    2. Nie sądzę by "te" Nelsony miały wiele z "tamtym" wspólnego, choć Mandela mógł dostać imienia ku czci wielkiego admirała. W jednej z poprzednich części był rum "Nelson" i jakoś nikomu nie przeszkadzał:))
      Myślę, że analogie do czołgu i kuli są tu nietrafne, bo pocisk ma dużej prędkości wlotowej i nawet po kilkukrotnym zrykoszetowaniu to nadal jest duża prędkość, zatem i siła rażenia spora. Drewna kawalec, który by się pod pokładem obił o jakie elementy konstrukcji, grodzi, schodni, czy masztów raczej już nie miał siły lecieć gdzieś dalej. Masz rację, że na pokładzie te same kawałki, jeśli leciały za burtę były niegroźne, ale jeśli trafiały w ludzi, to to ich ciała były tym, co zatrzymywało impet...
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
    3. Nie tylko zrazów, Małgośko...:) Jeszcze nie było podwójnego nelsona, ani nawet pojedyńczego:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
    4. A dostałeś ty kiedyś po łbie od takiego odbijającego się polana, nawet gdy ledwie od siekiery poleciało? Bo ono wcale nie leci w sposób bardzo przewidywalny, tylko na ogół koziołkuje, odbijając się dość zaskakująco. Poza tym w pomieszczeniu, szczególnie przy ścianie, gdy oberwiesz takim kawałem drewna po głowie, to ta obija się z drugiej strony równie skutecznie, jak z uderzonej. A na dodatek taki kawał wyrwanej belki najeżony jest z obu stron wielkimi drzazgami, a te jak wiesz działają jak sztylety - i to ostre! Z całą pewnością gdzieś tę energie kinetyczną musiały oddać, a miejsca było mało. Na pokładach działowych trzeba było chodzić schylonym, bo musiano dbać o jak najniższy środek ciężkości i ilość pokładów. Gdy leciała ta połamana i koziołkująca belka, to naprawdę nie bardzo mogła nie trafić w tej ograniczonej przestrzeni.

      Usuń
    5. No jakoś na razie Pombócek uchował... Chyba, że mam Twój komentarz traktować jako pogróżkę i zapowiedź jakich na Watrowisku w tej mierze prób z Twojej strony... jeśli to ostatnie, to z góry uprzedzam: nie radzę!:P
      Przekonałeś mnie tą niskością pokładów bateryjnych, że to ogranicza przestrzeń, ale nie do tego, że drewna odłupany kawalec, bijący po kolejnych ścianach, czy słupach jest równie groźny jak rykoszetująca kula...
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
    6. No bez przesady - nie mówiłem, że aż tak, ale że analogicznie - z cała pewnością po jednym odbiciu, taki kawał drewna miewa wystarczającą energię, żeby na długo wyeliminować każdego bohatera!
      Nim pacholęciem będąc eksperiencji niejakiej nabrałem, nie raz po łbie od własnoręcznie urąbanej szczapy oberwałem! Stąd wiem, że i odbita od ściany czy belki dobrze gwiazdy pod czupryną zaświecić potrafi! :)
      Co do godzenia w siebie toporami, to akurat nie widzę ja na razie większego powodu, wiec pewnikiem skończy się na jakim pijaństwie większym?! :D
      Wachmistrzowe naleweczki niezrównane i już raz Dreptaka nieomal powaliły! :D :D :D

      Usuń
    7. Knezia, Dreptaku, Knezia... Wy mi się tu, Dreptak nie podlizujcie, bo co boskie Bogu, co cesarskie cesarzowi, co kneziowe to Kneziowi, a nad Wami to się dopiero zastanowimy... :P
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
    8. Knezia, to dopóki na nogach się był trzymał! :P

      Usuń
  2. 1. Pomysł ladacznic okrętowych uważam za świetny. Pamiętam z lektur, że w Cesarstwie Rosyjskim wojsko chodziło czwórkami do burdelu (ale nie jestem pewien, czy raz w miesiącu, czy raz na tydzień); podobnie postępowali Japończycy, o co do dzisiaj są pretensje (jak najbardziej słuszne, skoro w tym wypadku dziewczyny nie były zawodowymi dziwkami, tylko do procederu je zmuszano). Pewnie w innych armiach tamtych czasów było podobnie, chociaż to tylko mój domysł. po prostu zauważano, że żołnierz potrzebuje kobiety.
    2. Tymczasem w PRL-u (a w tym czasie byłem w wojsku) zdawano się zupełnie o tym zapominać, organizując grupowe wyjścia do kina na film radziecki i wieczorki z kulturą Kraju Rad. Tymczasem uważam, że nie tędy droga. przy garnizonie musi być burdel (albo kilka), a żołnierze powinni mieć prawo do bezpłatnych talonów umożliwiających im korzystanie z nich. Wojsko zadowolone to wojsko bitne.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To zależy od regionu, a nie czasów. W Ameryce Południowej to powszechne zwyczaje, ponoć.

      Usuń
    2. Ad.1 W przypadku Royal Navy z pewnością nie można byłoby ich nazywać okrętowymi, natomiast była tolerowana praktyka zwożenia na okręt "żon" (a kto to sprawdzał i niby jak miał tego zrobić czy to naprawdę żona:) w portach, zwłaszcza jeśli nie dozwalało się marynarzom, z obawy przed dezercją, schodzić na ląd. Choć byli i tacy oficerowie, którzy się na to nie godzili, więc trudno to uznać za zwyczaj obowiązujący. Po prostu zależało to od dobrej woli kapitana, a znów kiedy się te niewiasty na okręcie znalazły, to jest tam tysiąc możności pochowania ich tak, by ich nie znaleziono... Doświadczeni oficerowie rachowali przybywające i przed odstawieniem na ląd sprawdzali czy się ilość zgadza i jeśli nie, to najczęściej zatrzymywali całą grupę i ogłaszano, że jak się nie znajdzie ta brakująca, to reszcie się odbierze ich zarobek i będą wracać wpław... Z reguły skutkowało:)
      Ad.2 Bo nie służyłeś w armii carskiej tylko w marionetkowej przybudówce do Armii Czerwonej... A w Krasnoj Armii kwestię bitności wojska rozwiązywano systemem oddziałów zaporowych z cekaemami, choć skrzywdziłbym naczalstwo twierdząc, że kwestii kobiecej nie dostrzegało... Owszem, w tej materii wojsku dawano jasno do zrozumienia, że jak zdobędą ten czy tamten gorod to sobie będą mogli "pohulać"...
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
    3. W Ameryce Południowej podejrzewam, że się to utrzymuje z lęku przed puczem, które i tak zwykle wisi na włosku, ale wojsko pozbawione możności wizytowania burdelu zapewne byłoby do puczu jeszcze bardziej skłonne...:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  3. Marynarz od progu zamtuza obwieścił, że owszem, chętnie skorzysta z usług, ale tak jak on chce. Panienka wyjaśniła, że ona na stażu, więc może starsza koleżanka. Niestety, żadna nie wiedziała, aż doszło do samej szefowej. Ta za komunikowała, że po 30 latach w zawodzie nic jej nie zaskoczy. Pod schodami zebrał się cały personel ( pokoje były ma piętrze) i cierpliwie czekał na nowinki. Naraz otworzyły się drzwi, marynarz wykręcał fikołki po stopniach i kiedy legł na podłodze, personel jednym głosem wyrzucił z siebie: szefowo, jak on chciał? Matrona podparła się pod boki, po czym spokojnie oświadczyła : na kredyt!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To dopiero zboczeniec...:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  4. O matkobosko, ten przypadek kapitana w trocinach robi wrażenie! Oraz się zastanawiam czy wdowy traktowano z szacunkiem, żołnierskim obyczajem. A skoro miały żołd to czy wymagano od nich 'majtkowania' - w sensie uczestnictwa w oporządzaniu okrętu.
    No nic, muszę wygenerować czas na przeczytanie reszty cyklu. Ukłony.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powitać przede wszytkiem nader miło:) Wdowy, owszem, zazwyczaj traktowano z szacunkiem, co nie oznaczało, że miały jakiekolwiek zapewnione utrzymanie... Po bardzo zasłużonych poległych zazwyczaj ustanawiano jakąś niewielką rentę, ale pragmatyka wypłacania jej pozostawiała wiele do życzenia i zazwyczaj też nikt też tych wdów nie szukał, o ile się same nie zgłosiły. A często nawet nie wiedziały, że miałyby po co... Inną próbą jakiegoś zaopatrzenia wdów i sierot były składki samych załóg, zazwyczaj każdych stu marynarzy składało się na dwie po ich kolegach pozostałe familie, a pozostałe po poległym rzeczy osobiste licytowano wśród załogi, gdzie znów punktem honoru było zlicytowanie wszystkiego i za takie kwoty, że dajmy na to stara poszczerbiona fajka szła za cenę pięciu nowych... Tyle, że znów te pieniądze ktoś z załogi musiał przekazać osobiście wdowie, zatem musiał zejść na ląd i dotrzeć do miejsca ich zamieszkania, a przecież bywało, że załogi, zwłaszcza okrętów blokujących francuskie porty, całymi latami nie schodziły z pokładów...:((
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  5. Uprzejmie informuję, że mapka zajmuje cały ekran, a Wachmistrzowy portret usadowił się gdzieś między Heurexem, Mercurym a Timoleonem, zasłaniając je niemal całkiem. Wnosząc z opisu drastycznych konsekwencji, to ja już wolę zostać na lądzie ;-) Przynajmniej można się próbować ukryć za jakimś drzewem albo w okopach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mogłem pozwolić na tak okropne widoki, zatem pozwoliłem sobie mapkę zmniejszyć i już nie konkuruję z Mercurym i innymi...:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
    2. Szczęście wielkie, boć tam była mielizna przecież! To dopiero by klęska była dla nas wszystkich, gdyby Wachmistrz na mieliźnie osiadł i żeglować po historii więcej nie mógł ;-) A my jak barki za holownikiem płyniemy :-)

      Usuń
    3. Mielizna mielizną, ale Brytowie musieli by się tęgo starać, żeby w tak duży cel jak Wachmistrz nie trafić...:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  6. Znowu mapka! Aczkolwiek, jak już zauważyła Notaria, urozmaicona mile zdjęciem szanownego Autora.:)))
    Nie dość, że się pogubiłam, to jeszcze makabra...
    Ale Willie Nelson zawsze należał do moich ulubieńców.:)
    Jeśli chodzi o tego ostatniego, to wprawdzie niczego sobie, ale szczegóły jego stroju wzajemnie o siebie zgrzytały.:)))
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mapka została szczęśliwie uwolniona od konieczności dźwigania Wachmistrza:) Na makabry nie poradzę: c'est la guerre...
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  7. szczur z loch ness18 kwietnia 2016 09:12

    Po prawdzie, ja żem więcej zrozumiał z Waszmości barwnej opowieści w blogu pomieszczonej niż z owej malowanki (malowanek) oraz 31 stron tekstu w linku, gdzie na piątej stronie zacząłem ziewać, a na siódmej zasnąłem :-) Nie zmienia to faktu, że jedno z drugim połączone skłania do przeróżnych refleksji. Przyznać muszę, że faktycznie kluczem do całej sprawy było wpłynięcie Nelsona między mieliznę i okręty francuskie, co Waszeć bardzo rzetelnie wyłożyłeś. W każdym razie, dowiedziałem się o sprawach arcyciekawych, do których zaliczyłbym przede wszystkim cały szereg tzw. dobrych zmian w organizacji obsługi przez Francuzów dział okrętowych :-) Co oczywiście nie napawa optymizmem.
    Kłaniam z zaścianka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlaczego znów nie napawa?:) Ja to postrzegam bardzo optymistycznie: skoro taki naród jak Francuzi, wykonawszy w wielu dziedzinach setki takich szeregów "dobrych zmian" wciąż jeszcze się liczą na arenie światowej jako państwo istotne, to może i dla nas jest jakaś nadzieja?:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
  8. Twoja wiedza, Waść, mnie powala. Na kolana.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja bym bardzo uprzejmie prosił jednakowoż się podnieść, bo w naszym wieku nie jest to pozycja ani komfortowa, ani też i zdrowotności nie służy...:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń

Być może zdaje Ci się, Czytelniku Miły, że nic nie masz do powiedzenia aż tak ważkiego, czy mądrego, by psuć wzrok i męczyć klawisze... W takiem razie pozostaje mi się tylko z Tobą zgodzić: zdaje Ci się...:)